Wieder Seiten eines Buches auf der Straße

Ewa Maria Slaska

Was ist mit uns passiert?

Es ist schon meine Tradition, dass ich über die Bücher schreibe, die ich irgendwo bekommen (oder nicht bekommen), gefunden oder, naja, entwendet habe, in schierer Hoffnung kein Mensch wird sich dafür interessieren.

Nein, nein, seien Sie beruhigt, ich habe sie nicht aus den Bibliotheken entwendet, auch nicht aus Euren Bibliotheken.

In Berlin gibt es so viele Möglichkeiten, Bücher umsonst zu bekommen. Oder sie unbemerkt zu entwenden, Cafees etwa, die über Bücher verfügen…

In der ganzen Stadt gibt es vor allem verschiedene Büchertische, die zum Teil schon ganz schön groß geworden sind und den Raum einnehmen, die man eigentlich Laden oder Buchladen nennen wird und nicht Tisch.
Aber was soll es?

In einem von diesen Läden, in denen man Bücher einfach so bekommt, habe ich die Bücher nicht bekommt, weil man sie gerade schön im Ladenfenster ausgelegt hatte. Ein Gehabe, das man gewöhnt ist zu akzeptieren, wenn es  die Fenster grossen Läden und Konzernen sind. In einem Laden wie Zara wird dir niemand das Kleid von der Fensterpuppe abnehmen. Es ist nicht erlaubt, manchmal gar verboten, manchmal unter der Strafe… Manchmal behauptet man, man muss dem Chef anrufen, dann zeigt sich aber, dass der Chef es doch nicht erlaubt.

In kleinem Laden wird anders umgegangen. Im kleinem Laden wißen die Verkäufer(Innen), dass nichts besser gefällt, als das, was man in voller Fülle an einem Kunstkörper sieht, viel besser als das, was sich auf den Auslagen stappelt oder auf den Stangen aneinanderreibt.
Aber in diesem großen Büchertisch, der doch einfach ein klein Laden war, im Karl-May-Jahr hat mir die Verkäuferin (Buch-Abgeberin? sie verkaufte doch nichts!) nicht erlaubt, mir ein Buch vom May auszusuchen, weil sie gerade alle May-Bücher so schön “drapiert” hat. Das Wort machte mich total stutzig. Ich weiss, dass man in der neudeutschen Sprache die Steine auf dem Kaminsims und Obst in der Schale drapieren kann. Für mich ist jedoch drapieren bei seinem Ursprung geblieben und bedeutet ausschliesslich etwas weiches, fliessendes kunstvoll in Falten oder Plisses zu legen. Ich glaube, man benutzt es jetzt in steifen und hartkantigen Kontext, weil es elegant und salonhaft klingt, und die Buch-Abgeberin hat es gerade so elegant im Fenster aufgebaut.

Aber sonst sind Bücher überall zu bekommen, dh. auch zu abgeben. Man kann sie im Metro finden oder liegenlassen, auf einer Parkbank, in einer Kiste neben der Türeingang, auf den Fenstersimse in Treppenhäuser… Im Krankenhäuser gibt es massenweise alte Hardcover-Romane, offensichtlich aus verschiedenen Bibliotheken aussortiert (zugegeben – da bediente ich mich auch ein paar mal). Manchmal liegen sie auch in Bibliotheken und sind für einem symbolischen Obulus zu haben…

Ein grosser Teil meiner Bibliothek bilden die Bücher, die ich gefunden und manchmal gerettet habe. Seit ein oder zwei Jahren finde ich aber auf den Strassen die Bücherseiten… Bücherseiten eines Paperback, eines Taschenbuches… Offensichtlich Hardcover schützt vom Wandalismus. Kann sein. Als wir mit Monika Wrzosek Müller im Mai in Lemberg waren, hat uns ein Verleger gesagt hat, dass er alle Bücher als Hardcover herausgibt. In Ukraine, sagte er, sind Paperbacks keine Bücher.

Ist das die Erklärung?

Bis vor kurzem war ich eigentlich zufrieden, als ich auf der Strasse ein paar Seiten gefunden habe, weil es für mich ein Test meiner Geschicklichkeit war, als ich aus diesen ein paar Seiten rekonstruiert habe, WAS für ein Buch es war. Immer habe ich die Bücher dann auch gekauft, gelesen, über sie geschrieben…

Jetzt aber, bei dem neuen Fund – es ist Der Duft der Kaffeeblüte, ein Roman von Ana Veloso – bin ich eigentlich erschrocken. Wer macht das? Weshalb? Auch wenn ihm das Buch nicht gefällt. Muss nicht, ist eine langweilige Liebesgeschichte, wo die Bäuerin die schönste ist und Zeit hat, blühenden Kaffezweige zu bewundern. Aber auch dann…Warum kann er/sie es nicht einfach igendwo ablegen, damit es die Andere lesen? Wieso reist er/sie die Seiten aus, wieso verstreut er/sie sie über die Strassen…

Schauet nur:

Der neuste Fund, gefunden als ich den obigen Text schon fertig hatte – 26. August 2018, Fremdwörter Lexikon, Berlin-Friedrichshain

August 2018, Ana Veloso, Der Duft der Kaffeeblüte, Berlin-Schöneberg

Mai 2018,  Antonio Skármeta, Die Hochzeit des Dichters, Berlin Tempelhof, direkt vor meinem Haus

Februar 2017, Max Frisch, Andorra, Berlin-Charlottenburg

Juni 2016, Hermann Kasack, Die Stadt hinter dem Strom, Berlin-Kreuzberg

Juni 2013, Lutz van Dijk, Verdammt starke Liebe, Berlin Ku_Damm

Es sind meistens gute Bücher, kein Schund, den man einmal liest und wegwirft. Wer macht das mit den Büchern? Weshalb?
Was ist mit uns passiert?

Ratując, co się da 4

A. M. Rosner

Wszystko jest zapisane

Roman Arbatov siedział w swoim wygodnym, wysokim fotelu i wertował życiorysy. Jeden, najbardziej obiecujący, opatrzony fotografią apetycznej brunetki, odłożył na bok. Praktycznie podjął już decyzję, zostały tylko formalności.

Szukał asystentki, czy jak nazwaliby to inni, sekretarki. Człowiek na jego stanowisku nie mógł poradzić sobie sam z nawałem pracy, o czym przekonał się boleśnie po odejściu ostatniej pomocy biurowej. Do tej pory nie opanował korespondencji z kontrahentami, miał problemy z obsługą faxu, a ekspres do kawy, na który wydał prawie tyle samo, co na siedmioletniego sedana, stanowił dla niego nieprzeniknioną zagadkę. Za każdym razem, kiedy miał ochotę na espresso, dostawał latte. Najwyraźniej maszyna wiedziała lepiej niż on, co powinien pić, a postępowanie zgodnie z instrukcją obsługi nie robiło na niej najmniejszego wrażenia.

– Chyba ta będzie najlepsza – powiedział do stojącego z tyłu mężczyzny.
– Powinna sobie poradzić, ale dla pewności zaproponuj jej okres próbny. Wolałbym kogoś starszego, z większym doświadczeniem, a ta jest bardzo młoda.
– Wyrobi się. Potrzebujemy poza tym kogoś, kto będzie wizytówką naszej firmy.
– Zgoda, zadzwoń do niej i zaproś na spotkanie, zobaczymy…

Rozmowę przerwało im chrząknięcie. Nie przypadkowe, lecz jedno z tych, które mają na celu zwrócenie na siebie czyjejś uwagi. Roman przez chwilę zastanawiał się czy nie zapomniał znowu o jakimś spotkaniu, tak jak dwa dni wcześniej, gdy jeden z japońskich biznesmanów czekał na niego ponad godzinę we włoskiej restauracji. Kosztowało go to intratny kontrakt i na samą myśl o podobnej wpadce, włosy stanęły mu na karku. Wspólnik do tej pory miał o to pretensje, a w ich sytuacji nie mogli pozwolić sobie na podobne sytuacje.

Młody człowiek, stojący po drugiej stronie biurka, nie wyglądał jednak na przedsiębiorcę ani inwestora. Nosił wyświechtane jeansy i spraną koszulkę, a w jego minie ani postawie nie było nic z zakłopotania. Emanował raczej butą i zawziętością. Roman nie przypominał sobie, żeby zatrudniał kogoś takiego. Jednak to nie jego mina czy samo pojawienie się zaskoczyło go najbardziej. Tym, co wywarło na Romanie największe wrażenie, był wygląd młodzieńca. Przez chwilę wydawało mu się, że ma przed sobą siebie samego sprzed kilku zaledwie lat.

– Przepraszam bardzo, ale musimy porozmawiać – odezwał się młodzieniec spoglądając raz na jednego, raz na drugiego mężczyznę.
– Tak? A był pan umówiony? – Roman wiedział jak idiotycznie w zaistniałej sytuacji musiało to zabrzmieć, jednak obecność wspólnika zmusiła go do szybkiej, nie do końca przemyślanej, reakcji.
– Nie. Powiedzmy, że nie mogłem się umówić.
– Wie pan, to poważna firma, do nas nie przychodzi się z ulicy…
– Spokojnie Romuś, może pan ma nam coś ciekawego do zaproponowania. Jestem Eryk Szalski, a to mój wspólnik…
– Roman Arbatov, wiem jak się nazywacie – przerwał mu młodzieniec. – Miło mi was poznać, ale jeśli pozwolicie daruję sobie te wszystkie urocze wstępy i przejdę do sedna. Nie mam dużo czasu, poza tym chyba będzie najlepiej, jeśli prosto z mostu wyłożę całą sprawę. Wiem, że opracowaliście technologię podróży w czasie. Wiem, że rozkręcacie firmę i chcecie organizować komercyjne wycieczki w przeszłość…
– Kto cię przysłał?! Dla kogo pracujesz?! – fuknął Roman.

Wstał powoli, wspierając się o biurko. Przez głowę przewijały mu się nazwiska ewentualnych konkurentów i współpracowników, którzy mogli widzieć projekt Czaso-Przerzucacza i dać się podkupić.

Eryk splótł ramiona na piersi i spoglądając raz na gościa, raz na Romana, rzucił:

– To zaczyna być ciekawe. Mów, młody, dla kogo pracujesz i skąd to wiesz.
– Ty mnie przysłałeś, z roku 2039 – skłamał, wskazując skinieniem głowy Romana. Decyzję o podróży i spotkaniu z ojcem podjął sam, za jego plecami. Staruszek nie był w stanie logicznie myśleć, nie po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło. On zaś był zdeterminowany i wiedział, że musi przekonać go do swoich racji. Jedynym, co miał po swojej stronie, był czas. Jeśli bowiem nie udałoby mu się tym razem, próbowałby jeszcze raz i jeszcze raz… do skutku. Mógł w końcu wracać do 2013 tyle razy, ile tylko chciał, jedynym warunkiem był bezpieczny powrót do przyszłości, w której jeszcze raz mógłby uruchomić maszynę.

Roman opadł na fotel. Próbował zebrać myśli. Choć pozornie wszystko wskazywało na zdradę, wygląd gościa nasuwał inne możliwości.

Jeśli projekt wypali – pomyślał, – firma osiągnie sukces, możliwe, że rozmawiam z własnym synem lub wnukiem, który postanowił odwiedzić mnie w przeszłości. Przecież o to w tym wszystkim chodzi. Tak, istne szaleństwo, ale maszyna zadziała. Projekt jest sprawdzony, przetestowany. Odwaliłem kawał dobrej roboty.

– Nie możesz tego zrobić – wypalił nagle młodzieniec, wytrącając go z samozachwytu. – Najlepiej by było, gdybyś nigdy nie zbudował tej cholernej maszyny, ale jeśli już musisz to zrobić, zadbaj o bezpieczeństwo nasze i czaso-turystów.
– Czaso-turyści – powtórzył pod nosem. Spodobała mu się ta nazwa, postanowił wykorzystać ją w czasie wieczornej rozmowy z potencjalnym inwestorem.
– Tak, czaso-turyści. Wiesz o czym mówię. Nie możesz…
– Poczekaj… Po pierwsze nie stój tak nade mną, tylko łaskawie usiądź. Po drugie spójrz mi w oczy i powiedz jeszcze raz, że przybywasz z przyszłości. Wyglądasz jak ja, do tego mam wrażenie, że wiesz o czym mówisz, ale to dość nietypowa sytuacja. Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz, że ktoś cię nie wynajął, żebyś przyszedł i opóźniał start projektu, dając jednocześnie czas konkurencji?
– Spodziewałem się, że mi nie uwierzysz. Jestem na to przygotowany.

Eryk przysiadł na parapecie i posyłając wspólnikowi uśmiech rzucił:

– Miło mi to słyszeć, prawda? Pewnie poznamy numer najbliższego lotka, albo dowiemy się kto wygra kolejny mundial.

Siadając młodzieniec powiódł wzrokiem po biurze, choć zdawało się, że najbardziej zainteresował go widok rozciągający się na zewnątrz budynku. Roman odniósł wrażenie, że sporo dziejących się za nim rzeczy było dla przybysza niezrozumiałych. Przyszłość, o której mówił, nie mogła być odległa, ale przy dzisiejszym tempie rozwoju technologii, w jego czasach mogło nie być już samochodów czy starego budownictwa.

– Jesteś moim synem? – spytał w końcu.
– Tak. Powiedziałeś mi, że mam przenieść się do tego właśnie dnia i przekazać ci, że…
– Jeśli się, jak to powiedziałeś, przeniosłeś, podróże w czasie są możliwe, a projekt maszyny jest dobry! Wszystko zadziała tak, jak powinno.

Zerknął na Eryka, który delikatnie skinął głową. Nigdy nie był gadatliwy ani wylewny, choć Roman wolałby usłyszeć od niego choć słowo wsparcia.

– Jest dobry – przyznał młodzieniec. – Zbudowałeś maszynę jako pierwszy, choć od 2034 masz silną konkurencję. To oni donieśli do Izby Kontroli Zaburzeń Czasu o tych wszystkich wpadkach z ochroną i braku kontroli czaso-turystów. Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać.
– Zaburzenia czasu? Przerzucacz nie może nic takiego powodować.
– Może – odparł spokojnym głosem. – Problem polega na nieszczelnym systemie kontroli czaso-turystów, przekupności pracowników działu ochrony i rutyniarstwie. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem, nic złego się nie działo, ale w pewnym momencie, kiedy czaso-turystyka stała się popularna, straciłeś nad tym kontrolę.
– To nie może stać się masowe! Maszyna wymaga zbyt wiele energii, to nieopłacalne! – Znów rzucił spojrzenie Erykowi, licząc na to, że jako autor planu zasilania raczy się odezwać. Ten jednak słuchał w skupieniu słów gościa i tym razem nawet nie kiwnął głową.
– W pierwotnej wersji może i nie, ale po ulepszeniach, dodaniu nowego systemu zasilającego, podłączeniu silniejszej turbiny i ulepszeniu systemu chłodzącego – młodzieniec wyliczał odginając kolejne palce – wszystko okazało się całkiem tanie. Na podróże nie stać wszystkich, ale nawet członkowie klasy średniej mogą pozwolić sobie na czaso-turystykę. Właśnie na tym polega cały problemem. Dopóki pozwolić sobie mogli na to tylko bogacze, wszystko odbywało się zgodnie z procedurami. Pierwsze raporty o problemach pojawiły się dopiero po obniżce cen. Podróż w prezencie ślubnym, na komunię, z okazji rocznicy… za dużo tego po prostu, zbyt wielu chętnych i za mało pracowników.

– Silniejsza turbina – mruknął pod nosem Eryk. Rozmowa schodziła na najbardziej interesujący dla niego temat. Wyjął z kieszeni marynarki długopis i zaczął notować coś na kartce porwanej z biurka Romana. Choć wyglądał, jakby zatracił się w obliczeniach, jego wspólnik wiedział, że słuchał dalej i nie należało spodziewać się z jego strony żadnych pytań. Przynajmniej na razie. To on musiał prowadzić rozmowę, jak zawsze.

– Jakie znowu, jak to nazywasz, raporty? Przecież udostępnienie takiej możliwości wszystkim ludziom to coś wspaniałego! Właśnie to, tak naprawdę, chcę osiągnąć!

Młodzieniec westchnął ciężko widząc upór swojego przyszłego ojca. Po chwili podjął spokojnym, nieco monotonnym głosem:

– Nie możesz pozwolić im wybierać sobie dowolnego miejsca i czasu, do którego chcą się przenieść i pozwalać robić tego, na co tylko mają ochotę. Wszystko, co wydarza się w przeszłości ma wpływ na przyszłość. Jeśli już musicie rozkręcać ten cały przeklęty interes zróbcie to tak, żeby mogli oglądać to, co ich interesuje, ale nie pozwalajcie im ingerować w przeszłość. Odkąd wycieczki stały się tak popularne, ludzie zaczęli przemycać różne rzeczy, spotykać się z ludźmi z przeszłości…
– Ależ przeszłość jest czymś niezmiennym, nie da się na nią wpłynąć. Mam ekspertyzy, które to potwierdzają. Prowadziliśmy badania dotyczące tego zagadnienia. Właśnie na tym polega geniusz naszego interesu. Wszystko jest już zapisane, ich podróże i to co robią w przeszłości też. Nasze życie idzie zgodnie z wielkim, tajemniczym planem – opowiadał, choć jego gość wyglądał, jakby słyszał to już wielokrotnie, – a ja tylko zgarniam kasę za coś, co i tak jest jego częścią. Dlatego nie interesuje mnie, że coś tam ze sobą zabierają. Chcą porobić zdjęcia, to niech je sobie robią. Jeśli zabierają aparat, to tak było zapisane w tym całym planie.
– Aparaty to nic, zdjęcia robili od zawsze, tak samo jak filmy. Próbowali też przywozić do naszych czasów jakieś przedmioty, ale nie możesz pozwolić im zabierać wszystkiego, co chcą przewozić. I to niezależnie od tego, czy wwożą to w przeszłość, czy przywożą do swoich czasów.
– Zrozum, historia, cała nasza historia, jest już napisana. Przeszłość i przyszłość są niezmienne. To, że podejmujemy jakiekolwiek decyzje, to tylko złudzenie. Postępujemy zgodnie z wielkim planem, który od dawna jest już ustalony. Oglądanie tego, co było wcześniej, nic nie zmieni. Co więcej, nawet jeśli ktoś przedostanie się do przyszłości i sprawdzi numery lotka z najbliższej kumulacji, a potem ją zgarnie, nijak nie zachwieje rzeczywistością. Wygrana jest zapisana, tak jak sama podróż i podejrzenie magicznych cyferek. Wszystko jest już zapisane. Wydałem fortunę na badania, które to potwierdzają, poświęciłem temu ostatnich kilka lat. Jestem pewien, że właśnie tak to wygląda. Podróże są bezpieczne.
– Nie są…
– Są. Wiesz, że w czasie bitwy pod Grunwaldem zaobserwowano na niebie dziwny, jasny obiekt? Jak myślisz, co to było?
– Co? – mruknął młodzieniec, który najwyraźniej nie miał pojęcia nie tylko o tajemniczej obserwacji, ale i o całej bitwie.
– To był ślad po podróżnych, po czaso-turystach jak ich nazwałeś. Wiadomo o tym, choć ta podróż jeszcze się nie wydarzyła. A taki Nostradamus? Myślisz, że wiedział to wszystko, bo był jasnowidzem? Nie, ktoś mu to wszystko opowiedział, pewnie po to, żeby zmienić przyszłość. Facet przepowiedział drugą wojnę światową, wynalezienie dynamitu i broni jądrowej, a nawet to, że będziemy mieszkać w domach ze szkła. Czy cokolwiek to zmieniło? Nie… – Odpowiedział sam sobie.
– Nie rozumiesz… – Sróbował mu przerwać. Bezskutecznie. Roman wierzył w to, co mówił. Należał do ludzi upartych i niechętnie zmieniających poglądy.
– To ty nie rozumiesz. Alchemicy oszukiwali królów używając sztuczek, których dziś uczy się na lekcjach chemii, w szkole podstawowej. Pewnie ktoś sprzedał im te sztuczki w czasie jednej z wycieczek. Czy uzyskali dzięki temu złoto z niczego? Odkryli tajemnicę nieśmiertelności? Nie. Nic takiego się nie stało. Ich prace są udokumentowane, można to sprawdzić. Fakt, niektóre z tych dokumentów są dziwne, ale wiadomo o pokazach i trickach, którymi omotywali władców. Nikt poza nimi nie wiedział co się dzieje, a dziś każdy może się tak bawić. To, że ktoś powiedział im, że osolona woda wrze w niższej temperaturze niż nieosolona, nie zniszczyło świata. Tak samo jak to, że zaczęli stosować naczynia z podwójnym dnem, czy barwić wodę jakimiś odczynnikami.
– Mylisz się. Nic z tego nie jest dowodem na niezmienność rzeczywistości.
– Rzeczywistość?

Zaaferowani rozmową mężczyźni nie zwracali uwagi na Eryka, który nie tylko przestał notować, ale od dłuższej chwili przysłuchiwał się im z uśmiechem na twarzy.

– Roman ma rację – powiedział w końcu – mówiąc, że istnieje taki plan. Wszystko co się dzieje, wszystko czego doświadczasz, jest jego częścią. Nieważne co ani jak, ważne jest tylko to, do czego nas to doprowadzi. Ten cel, punkt do którego zmierzamy, on jest określony i wiadomy. To, jaką drogą do niego dojdziemy, to tylko nieistotny szczegół. Ważne jest to, żeby go osiągnąć.
– Są dowody na to, że wszystko jest z góry ukartowane. Nic nie możemy zmienić, a co za tym idzie, podróże w czasie są bezpieczne – dokończył Roman zadowolony z tego, że Eryk w końcu raczył zabrać głos, a jednocześnie przestraszony tym, że znowu może dojść między nimi do spięcia na temat konstrukcji czasu. Wolał dyskutować z nim na ten temat w cztery oczy, najlepiej nad szklaneczką whiskey.

Młodzieniec spojrzał na przyszłego króla czaso-turystyki z politowaniem. Spodziewał się, że zadanie okaże się ciężkie, ale nie przewidział aż takiego uporu. Ojciec, którego znał, był znacznie rozsądniejszy i uważniejszy. Może lata doświadczeń z podróżami w czasie czegoś go nauczyły, a może była to kwestia dojrzałości.

Eryka znał od zawsze, ale dla niego był przyjacielem rodziny i współpracownikiem ojca. Wujkiem Erykiem, z którym nie rozmawia się o teorii podróży w czasie, tylko gada o dziewczynach, chodzi się po górach czy jeździ na koncerty. Facetem, który bezbłędnie rozstawiał namiot, miał prywatny samolot i od lat nie mógł zdać końcowego egzaminu koniecznego do wyrobienia licencji pilota.

– Twoja teraźniejszość może jeszcze być niezmieniona, ale ja żyję w tej, która została zdeformowana przez wybryki czaso-turystów – powiedział młodzieniec. Postanowił wyciągnąć asa z rękawa i, jak miał nadzieję, przedstawić rozmówcom skutki ich lekkomyślności. – Opowiem wam kilka rzeczy o moim świecie, sami zdecydujecie, czy rzeczywiście nic się nie zmieniło.

Nie doczekał się odpowiedzi. Roman zaszczycił go tylko lekkim skinieniem głowy. Protekcjonalny uśmiech, którego nienawidził całe życie, nie schodził z jego twarzy.

– Przeniosłem się tu z czasu, w którym przejąłem firmę. Przeczytałem raporty z wypraw, które nie poszły zgodnie z planem. Nie wiedziałem wcześniej, że cokolwiek jest nie tak, ponieważ moja rzeczywistość zmienia się i dostosowuje do każdej ingerencji w przeszłość. Dla mnie skutki tych wybryków są czymś, co po prostu się wydarzyło, o czym uczono mnie w szkole.

Młodzieniec musiał być jego synem, ten upór był dziedziczny. Roman dobrze o tym wiedział, to z jego powodu nie rozmawiał z własnym ojcem już ponad dziesięć lat.

– Mówię ci przecież, że to niemożliwe – wtrącił znużonym głosem.– Nie rób już takiej zniecierpliwionej miny, mów dalej. Co niby takiego twoim zdaniem, jak to nazywasz, zmieniłem?

Młodzieniec wyciągnął z kieszeni kawałek papieru i podpierając się zapisanymi na nim informacjami, powiedział:

– W 2028 roku wysłałeś w przeszłość człowieka do Londynu. Dał łapówkę kontrolerowi, a ten pozwolił mu wejść do maszyny z taką małą, podręczną gaśnicą. Mówi ci coś rok 1666? Mnie nic, bo w mojej rzeczywistości nic się tam nie wydarzyło. Pewnie ta gaśnica odegrała jakąś rolę, bo wrócił z opróżnioną. Nie mogłem znaleźć nic niezwykłego w historii tego miasteczka, bo i kto zajmowałby się badaniem jego przeszłości, skoro stolicę Imperium Walijskiego przeniesiono do Aberdeen w trzynastym wieku, a w szesnastym do Awinionu? Niemniej informacja o gaśnicy była jedną z najwcześniejszych, które wydały mi się istotne.
– Imperium Walijskie?
– No tak, tak się to nazywało. Jestem noga z historii, ale tyle jeszcze wiem. Drugim, moim zdaniem dość poważnym incydentem, był ten z 2030 roku. Jeden z czaso-turystów przemycił taką małą, składaną mapę.
– A co w tym złego? – wtrącił Eryk.
– W przemycie nic, poza tym, że to złamanie protokołu bezpieczeństwa. Problemem jest to, że wedle raportu sprzedał ją Hiszpanowi, Ernesto Vellonowi. W raporcie nie ma o tym słowa, ale uważam, że to nie przypadek, że w kilka lat po kupieniu mapy od naszego klienta Vellon przeprawił się przez Atlantyk i, jak podają podręczniki, odkrył nowe ziemie.
– A co z Kolumbem? To on odkrył Amerykę…

Roman spojrzał zaskoczony na wspólnika, lecz ten najwyraźniej postanowił dać gościowi dokończyć to, co miał do powiedzenia. Chłopak zamilkł na chwilę, przenosząc wzrok z jednego mężczyzny na drugiego. Po chwili przerwał ciszę:

– Z kim? Kolumbem? Pierwsze słyszę… A tej całej Ameryki też nie znam. Nowe ziemie nazwano na cześć odkrywcy Vellonią, ale to była jedna wielka pomyłka.
– Dlaczego?
– Jak to dlaczego? Nie wiesz o czym mówię? Jeśli tak, to znaczy, że ta mapa rzeczywiście mogła coś zmienić…
– Mów po prostu dlaczego uważasz, że to była pomyłka – wtrącił znów Eryk, bardziej zainteresowany historiami młodzieńca, niż jego dociekaniami o powodach zmian w jej biegu.
– Dlatego, że miejscowi, Tahuantinsuyu – rzucił z obrzydzeniem, – okazali się groźniejsi od Walijczyków i Seleucydów razem wziętych! Vellon wrócił, choć większość jego armii wybito na miejscu. Potem był odwet, drugi, trzeci… Nie dość, że nasi bronili się marnymi muszkietami, a tamci mieli broń maszynową, to jeszcze łupili nasze miasta przez następne dwieście lat. Łapali niewolników i wywozili na te swoje plantacje. Do tej pory stosunki między kontynentami są napięte, ale przynajmniej Tahuantinsuyu ograniczają się teraz wyłącznie do łupienia naszych statków.

Roman odwrócił się na krześle i posłał Erykowi pytające spojrzenie. Jego syn zawiesił na chwilę głos, spodziewając się pytań lub protestów. Podejrzewał, że niedopatrzenia o których mówiły raporty wpłynęły jakoś na historię, nie wiedział tylko jak bardzo, ani jak wyglądała ta jej wersja, którą znali mężczyźni.

– Mówię tylko, co znalazłem w twoich papierach. Podejrzewam, że ta mapa jakoś zmieniła rzeczywistość. Nie wiem czy to Vellon powinien tam płynąć, czy nazwano te ziemie tak, jak powinny się nazywać, czy może przez tę mapę wylądował nie w tym miejscu, w którym powinien. Wiem za to, że ta wyprawa rozpoczęła wojnę, w której zginęły miliony. Do tego w tym samym tygodniu, w którym tamten facet przemycił mapę, jakaś kobieta przeniosła się w lata sześćdziesiąte zeszłego stulecia. Okazało się, że też jakimś cudem przeniosła ze sobą odtwarzacz muzyki i spotkała się z jakimś producentem czy przedstawicielem wytwórni płytowej. Rozmawiała z nim o, jak sama potem powiedziała – znów zerknął w notatki – niebezpieczeństwie związanym z muzyką gitarową. Twierdziła, że to przywołuje jakieś demony, że zagraża życiu słuchaczy, powoduje choroby. Dziwnym trafem kilka miesięcy po jej wizycie zakazano tych instrumentów. Teraz wytwarza się je w nielegalnych pracowniach lutniczych, a grywa tylko w podziemiu. Jak do tej pory nikt nie zachorował, ale prawo obowiązuje już tak długo, że nie ma szans na jego zniesienie. Za posiadanie gitary grozi dożywocie, za wytwarzanie kara śmierci. Zupełnie, jakby to był jakiś alkohol czy coś takiego…
– Alkohol?
– Tak. No przecież za posiadanie tego świństwa grozi do dwudziestu lat, a za pędzenie kulka w łeb. Nie mówcie mi, że w waszej rzeczywistości jest inaczej.
– W mojej rzeczywistości, jak to nazwałeś, alkohol jest powszechnie dostępny. – Roman cedził słowa, jakby jednocześnie mówił i starał się zrozumieć to, co przed chwilą usłyszał. – Jest nawet w kosmetykach i chemii domowej. Można go kupić wszędzie i pić ile się chce. Gorzej z prowadzeniem samochodów po kielichu, ale nawet za to nie grozi nic więcej niż kilka miesięcy i parę punktów karnych.
– W takim razie na te przepisy też ktoś musiał wpłynąć. Mnie uczono, że tej śmiertelnie niebezpiecznej używki zakazano pod koniec dziewiętnastego wieku. Nieważne zresztą, znacznie gorsza była sprawa sprzed miesiąca i mam dziwne wrażenie, że znajdę gdzieś w archiwach notatki dotyczące tego całego incydentu z dinozaurem. Potrzebuję tylko więcej czasu, ale jakkolwiek dziwnie to brzmi, zaczyna mi go brakować.
– Jakiego znowu, jak to nazwałeś, incydentu z dinozaurem?
– Jakiś miesiąc temu taka nieduża jaszczurka zabiła kilkadziesiąt osób w stolicy Imperium Silezianum, Oslo. Jest tam jedno z przedstawicielstw naszej firmy. Okazało się, że system nie wykrył uśpionego zwierzęcia schowanego w plecaku czaso-turysty. Facet koniecznie chciał zobaczyć świat z okresu kredy, sprawa była bardzo głośna, bo pierwszy raz organizowaliśmy wycieczkę w tak odległą przeszłość. Początkowo wyglądało na to, że wszystko poszło dobrze, ale kiedy ludzie z ministerstwa zaczęli go przesłuchiwać, przyznał, że przemycił tego gada.

Młodzieniec sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej złożony w kostkę, przezroczysty materiał. Rozkładał go, aż do chwili osiągnięcia rozmiaru strony gazetowej, po czym podał Romanowi.

Eryk przysunął się bliżej i wraz z przyjacielem zaczął oglądać gadżet. Choć dziwny papier prawie nic nie ważył, najwyraźniej był czymś w rodzaju elektronicznego papieru. Gdy patrzyli nań z jednej strony, widzieli artykuł o ataku dziwnego stworzenia, po drugiej jednak materiał był w pełni transparentny.

Roman obracał go w rękach, starając się skoncentrować nie na tym, co o niedoróbkach systemu mówił jego syn, lecz na tym, czy rzeczywiście historia mogła się zmieniać. Z tego co wiedział, takie sytuacje nie powinny się zdarzać, najwyraźniej pojawienie się gada też było zapisane w wielkim planie. Miał przecież ekspertyzy. I to całkiem kosztowne.

– Podejrzewam, że niedługo i tak zamkną cały interes, ciebie wsadzą na długie lata do więzienia, Eryka pewnie też, a ja będę do końca życia tyrał na odszkodowania – rzucił młodzieniec. – Dlatego proszę, zrezygnujcie z tego projektu, albo wprowadźcie zaostrzone normy bezpieczeństwa. Zrujnujecie nie tylko moje przyszłe życie, ale i swoje. Ta maszyna to wielka odpowiedzialność, chyba zbyt wielka…

Przedsiębiorca przez chwilę milczał. Wiedział, że Eryk, tak samo jak on, zastanawiał się jak wyprowadzić z błędu dziwnego gościa. W końcu przemówił, siląc się na ton, jakim (jak podejrzewał), mógł mówić do swojego przyszłego syna w czasach, kiedy ten był dzieckiem:

– Jestem ci wdzięczny za te wszystkie historie i za to, że się tu zjawiłeś. Zaufaj mi i uwierz, że przeszłość i przyszłość jest już zapisana. Nie można ich zmienić. To, że tu jesteś, też zapisano. Uważasz, że przyszedłeś ostrzec mnie przed błędami i uczulić na wzmocnienie systemu zabezpieczeń. Wprowadzę te zmiany, bo tak najwyraźniej zapisano, a dzięki temu albo ty będziesz dorastać w takim samym świecie, w jakim żyję ja, albo przekonamy się, że te „zmiany” też są zapisane. Pamiętaj tylko, że nie ty na mnie wpływasz, obaj podlegamy temu, co już jest zapisane i zatwierdzone. Jesteśmy częścią wielkiego planu i choć możesz mieć wrażenie, że coś zmieniasz, w rzeczywistości tylko go realizujesz.
– Nie. Nie ma żadnego planu. Sam mi powiedziałeś, że się myliłeś – mruknął mając nadzieję, że pozbawiony doświadczeń wychowawczych ojciec nie zorientuje się, że kłamał. – Każda decyzja, każda akcja, niesie ze sobą zmianę.
– Cholernie jesteś uparty, młody – wtrącił Eryk. – Sam prowadziłem badania, z których jasno wynika, że nie tylko istnieje taki plan, ale dodatkowo wszystko, co się dzieje, ma na celu tylko i wyłącznie doprowadzenie do jego realizacji. Zastanów się choćby nad ewolucją. Małpy nie zaczęły w pewnym momencie chodzić z wyprostowanymi plecami dlatego, że miały takie widzimisię, ani dlatego, że pozwalało im to lepiej rozglądać się po okolicy. Miały stać się ludźmi, a to mogły osiągnąć tylko poprzez nauczenie się wyrabiania narzędzi. Nie da się ich wytwarzać ani używać, kiedy ręce służą do unoszenia ciężaru ciała. W planie zapisano, że ma tak być. To on wyznaczył cel, do którego ewolucja doprowadziła te małpiszony. Tak samo jak cel, do którego my teraz zmierzamy. Plan istnieje, wszyscy jesteśmy jego częścią i przybliżamy się do jego wypełnienia każdego dnia. Przeszłość jest zamknięta, wydarzyła się już i zrobiła to w konkretny sposób, narzucony przez plan. Tylko on się liczy, a nie sposób, w jaki dojdzie do jego realizacji.

Chłopak czuł się, jakby walił głową w mur. Próbując zebrać myśli, sięgnął po odłożony wcześniej na bok życiorys kandydatki na sekretarkę. Uśmiechnął się na widok znajdującego się u góry podania zdjęcia.

– Co cię tak rozbawiło?
– Nic. To podanie mamy. Zatrudnisz ją jako sekretarkę, zakochasz się i… zmienisz zasady bezpieczeństwa, mam nadzieję.

– Pokaż mi to.

Młodzieniec podał ojcu życiorys i zerknął na zegarek. Zsynchronizował go wcześniej z maszyną, dzięki czemu wiedział, że zostało mu niecałe piętnaście minut. Miał coraz mniej czasu i praktycznie żadnej pewności, że cokolwiek wskórał. Ojciec był uparty i przekonać go do czegokolwiek mogłaby chyba tylko rozmowa z samym sobą – starszym, mądrzejszym i bardziej doświadczonym. Problem polegał na tym, że nie chciał przenosić się do przeszłości i niczego sobie tłumaczyć. Zasłaniał się tym, że jeśli nie pamiętał takiego spotkania, nigdy nie miało miejsca, co za tym idzie nie było zapisane w żadnym planie i nie powinno się wydarzyć.

Zastanawiał się czy Eryk – ten którego znał całe życie, nie ten zarozumiały i pewny siebie facet z przeszłości – nie byłby skłonny porozmawiać z samym sobą albo z jego ojcem. Wcześniej przekonywanie go do tego nie przyszło mu nawet do głowy, teraz wydawało się całkiem kuszącym rozwiązaniem.

Z zamyślenia wyrwał go warkot maszyny, stojącej z boku biurka ojca.

– Co ty robisz?!
– Mówiłem ci już, wszystko jest zapisane – odpowiedział Roman, wsuwając życiorys swojej przyszłej żony do niszczarki. Patrzył na powoli znikającą i zmieniającą się w równe, wąskie paseczki makulatury kartkę. – To też nic nie zmieni. Urodziłeś się, jesteś jej i moim synem i będzie tak, nawet jeśli zniszczę jej podanie. I tak się spotkamy, tylko w innych okolicznościach niż miałem nadzieję. Nie zadzwonię do niej, nie zaproponuję tej pracy, ale i tak wszystko potoczy się dokładnie w taki sposób, w jaki to zapisano. Rozumiesz?

Podniósł wzrok, lecz fotel, na którym jeszcze przed chwilą siedział jego niespodziewany gość, był pusty.

– Gdzie on…
– Nawet się nie pożegnał, gnojek jeden – fuknął Eryk. – Maszyna ma programator pozwalający wrócić do niej po upływie określonego czasu. Pewnie ustawił ten mechanizm i zapomniał sprawdzić ile czasu mu zostało.
– Dziwne spotkanie.
– Od razu dziwne… Przynajmniej wiesz, że będziesz miał zaradnego i samodzielnego synka. Zadbaj tylko o jego edukację, bo coś mi się wydaje, że ma problemy z rozumieniem podstaw konstrukcji czasu. Wyślij go na kółko fizyczne, albo zafunduj dodatkowe lekcje. Poza tym, jeśli sam się przyznaje, że jest noga z historii…
– Wyślę go do ciebie na korepetycje – odpowiedział. – Swoją drogą nieźle zmyślał z tymi zmianami. Ma chłopak wyobraźnię.
– Czy ja wiem… tak naprawdę to, czy zmieniamy przeszłość czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia. To, co było się nie liczy, ważny jest tylko plan i jego realizacja. Może rzeczywiście jest kilka ścieżek, którymi można do niego dojść, a nie tylko jedna, jak zakładaliśmy. Nie ważne, kto odkrył Amerykę i jak ją nazwano, ważne jest tylko to, że została odkryta.
– Czyli co? Będziemy musieli powtórzyć badania? Wiesz ile kosztowały, sponsorzy drugi raz nie dadzą na to kasy.
– Nie. Nie ma powodu, żeby cokolwiek badać. Co ma być, to będzie, a to co było nie jest istotne. To tylko historia, jaka by nie była i tak osiągniemy cel.

Roman nie miał pewności, czy Eryk miał rację. Choć opowieści jego przyszłego syna brzmiały niedorzecznie, zaintrygowały go na tyle, by sprawdzić nie tylko wyniki ekspertyz, ale na własną rękę przeprowadzić dodatkowe.

– Wezmę to na kilka dni, jeśli nie masz nic przeciwko – powiedział nagle Eryk zgarniając z biurka gadżet, o zabraniu którego zapomniał ich gość. – Może uda mi się rozpracować technologię, na jakiej to oparto. Warto by to opatentować zanim ktoś inny to zrobi.
– Bierz, bierz. Na pewno da się na tym zarobić, a na nadmiar kasy akurat nie możemy narzekać – odpowiedział wybudzając komputer ze stanu uśpienia. Otworzył skrzynkę pocztową i przeszedł do odpowiedzi, które nadsyłały kandydatki na sekretarkę.

Eryk, stojąc już przy drzwiach gabinetu, odwrócił się i spytał po chwili namysłu:

– Zadzwonisz do niej?
– Zastanawiałem się nad tym. Ekspertyzy są kosztowne, a dzięki tej wizycie mogę zrobić bardzo tanie badania. Jeśli zadzwonię do jego matki… jego przyszłej matki – poprawił się – postąpię zgodnie z planem, jeśli zadzwonię do jakiejś innej, plan będzie musiał dostosować się do mojego zachowania. Możemy sprawdzić, czy rzeczywiście dam radę zmienić przyszłość…
– Sprytnie, ale jest coś, o czymś zapomniałeś. Ta brunetka była najlepsza, zna języki, ma doświadczenie i coś mi podpowiada, że okiełzna ekspres. Zadzwoń do niej, nie mamy czasu na to, żeby dawać szansę dziewczynie bez doświadczenia.

Roman przejrzał jeszcze raz zgłoszenia, po czym wybrał numer dziewczyny, która miała być matką jego przyszłego syna.

Pieprzyć wielki plan – pomyślał. – Ona rzeczywiście nadaje się bardziej, niż pozostałe. Lepiej nie ryzykować i zatrudnić od razu kogoś, kto spełnia nasze wymogi.

To niestety ostatnie opowiadanie uratowane ze strony http://www.johnnydrake.pl. Szkoda. Ale niestety nie możemy w nieskończoność korzystać z tych zasobów wspaniałych piracko-fantastycznych opowieści – strona została już zlikwidowana. Ale szukajcie. A.M.Rosner wydaje książki…

Niemcy z drogi 1

Dla Christine Ziegler

Ewa Maria Slaska

Na przełomie marca i kwietnia 2018 roku opublikowałam TU cztery fragmenty powieści Andrzeja Stasiuka Wschód, a uzasadniłam to w sposób następujący:

…jest to książka nie tylko o naszej przeszłości, rzymskiej, mongolskiej, stalinowskiej, jagiellońskiej, peerelowskiej, piastowskiej, ale też książka o tym, co przyjdzie, co się czai, jest tuż tuż, a zaraz się objawi… Czarne wydało Wschód w roku 2014, w roku 2015 to, co się czaiło, a co odkrył tylko geniusz pisarza, stało się prawdą, która od maja 2015 roku zaczęła nas dławić, dławi dziś i dławić zapewne będzie jeszcze dobrych kilkanaście lat. (…) On to wiedział już wtedy, trzeba było czytać ze zrozumieniem, to nic by się wprawdzie nie zmieniło, ale przynajmniej nie stalibyśmy z rozdziawioną buzią, patrząc jak na naszych oczach z zakamarków, komyszy i oczeretów naszego świata, z tego stasiukowego piachu i kurzu wypełza… Suweren!

W roku 2018 Christine Ziegler, jedna z moich licznych autorek-przyjaciółek (ten blog jest ich pełen, niektóre są też moimi siostrami, ciotkami lub kuzynkami), podarowała mi książkę niemieckiego dziennikarza, który w sierpniu 2016 roku zszedł z asfaltu i betonu, które pokrywają Niemcy na powierzchni 6,2% (tak twierdzi Autor) i poszedł tysiąc kilometrów na przełaj, z Darst na Północy, która jest jednocześnie Wschodem, na najwyższy szczyt Niemiec – Zugspitze – na Południu, który jest również Zachodem.

Sußbach szedł więc a nie jechał jak Stasiuk, a jego wędrówka wiodła na Południe, a nie na Wschód, ale mimo to łączy ich obu obserwacja, która ociera się o… profetyzm. Stasiuk zobaczył niewidzialnych ludzi, którzy w dwa lata później wyszli w Polsce “po swoje”, Sußbach pisze o takich samych ludziach w Niemczech. O tych, których nie ma, których my – “miastowi” – nigdy nie widzimy, nawet jeśli czasem wyjedziemy na wieś i kupimy u nich ze stoiska przy drodze szparagi, grzyby lub truskawki.

Ludzie, których nie ma

To nie jest tytuł  nadany przez autora, to mój tytuł, wspólny dla Stasiuka i Sußbacha. Nie wydaje mi się, by książka Sußbacha ukazała się (już) w Polsce. Nie znalazłam jej w sieci. Sugeruję jednak wydawnictwu WAB, by zamówiło u mnie jej tłumaczenie (tu na początek kilka stron), i jak najszybciej ją wydało, bo to ważna książka, być może ważniejsza niż wszystko, co do tej pory napisano o nas i o tym, co idzie… Sugeruję też, byśmy to “przeczytali ze zrozumieniem”. Nawet jeśli niczego to nie zmieni, to przynajmniej nie będziemy zaskoczeni…

Też będzie kilka odcinków.

Mięso bułka ogórek

Drugi badacz, z którym rozmawiałem, zanim ruszyłem, jest profesorem socjogeografii na Uniwersytecie w Jenie. Benno Werlen, Szwajcar z górskiej wioski. Werlen bez zachwytu ustosunkował się do mojego pomysłu. “Nie będzie tam panu dobrze”, powiedział z politowaniem.
“Dla kogo urządzono ten kraj tak, jak on dziś wygląda?”, zapytał i sam sobie odpowiedział: “Dla tych jego mieszkańców, którzy pracują. Dla tych, którzy pracują i poruszają się autem. Te aspekty, które są ważne dla osiągnięcia produktu socjalnego brutto, są traktowane priorytetowo przy kształtowaniu świata materialnego”. Dzieci, wedle kryteriów ekonomicznych, kategoria nieproduktywna, zostają zamknięte “w wydzielonych i ogrodzonych rezerwatach”. Połączenia kolejowe na terenach o niskim zaludnieniu zostają zlikwidowane. Dorosły, który siedzi bezczynnie na przystanku autobusowym, i nawet nie wsiadł do auta i nie udaje, że coś robi, jest podejrzany.

Tu oczywiście muszę wtrącić swoje trzy berlińskie grosze. W Berlinie w biały roboczy dzień wszystkie knajpy są pełne ludzi. Oczywiście, wielu z nich to turyści, ale nawet oni pytają ze zdumieniem: czy u Was nikt nie pracuje? No ale Berlin to zdegenerowany wyjątek w solidnym krajobrazie niemieckiego społeczeństwa pracującego…

Geograf nie skarżył się na to, że tak jest. Jego analiza nie miała w sobie elementów nawracania. Chłodno mówił o tym, jak zasada efektywności pracy i wynikająca z niej konieczność mobilności przy użyciu samochodu, wpływają na wygląd naszego otoczenia. Już pierwsza restauracja McDonald’sa, powiedział profesor, była przeznaczona dla użytkowników aut. Był to pawilon typu drive-in na parkingu w Kalifornii. “A dlaczego? A dlatego że od czasu industrializacji przestrzeń mieszkania oddzieliła się od przestrzeni pracy. To sprawia, że wciąż jesteśmy w ruchu i rzadko w domu. Jedną z odpowiedzi na ten stan rzeczy było związanie jedzenia z autem.”

Berlinka-adminka musi się tu wtrącić po raz kolejny. W Berlinie samochód nie jest może aż tak wszędobylski, jak w innych miastach, bo mamy dobrze funkcjonującą komunikację miejską i siłą rzeczy nasze jedzenie przeniosło się do metra. Stacje metra oferują z reguły co najmniej jedną potrawę fast-food, czasem zamieniają się w prawdziwe centrum gastronomiczne o zróżnicowanej ofercie. Zasada jednak pozostała ta sama. A Berlin dla hipsterów to nie reszta świata. Już pięć kilometrów od centrum oferta sprowadza się do… 

“Trzeba więc było zorganizować to tak, by jedzenie podano nam do auta. Fastfood, szybkie zaspokajanie głodu. To jednak będzie funkcjonowało najlepiej, jeśli oferta będzie wąska, a wybór ograniczony i sprowadzony do produkcji seryjnej. Gdy wszyscy jedzą to samo, wystarczy wszędzie posadzić to samo. Potrzeba tylko mięsa, bułek, ogórków.”
Gegrafa szczerze ubawiła wizja tego, jak wędruję przez krajobraz mięsa, bułek i ogórków. Facet bez pracy i auta, ale związany z jakimś miejscem w tym krajobrazie, jakiś wioskowy przygłup, może sobie poradzi, ale człowiek taki jak ja – pracujący mieszczuch-konsument – zginie. Bo wprawdzie ten świat został urządzony po to, żeby zaspokoić potrzeby takich jak ja, ale spełnia swoją funkcję pod warunkiem, że trzymamy się od niego z daleka.

To były strony 49-50. Ciąg dalszy za tydzień…

 

 

Ratując, co się da 3

I już po raz trzeci w ciągu tego koszmarnie upalnego lata opublikowane na blogu opowiadanie przenosi nas w głąb prawdziwie zimnej zimy

A. M. Rosner

Rzeczywistość jest tylko płaszczem…

Jakkolwiek dramatycznie i tandetnie brzmią podobne zdania, uważam, że muszę właśnie tak zacząć – obawiam się o własne zdrowie, a nawet życie. Wszystko zaczęło się od decyzji o zakupie samochodu. Jestem historykiem i nie znam się na autach, nie wiem, czym kierować się przy ich wyborze, ani jak poznać w jakim są stanie. Nie mając innego wyjścia zdałem się na łut szczęścia i po stosunkowo krótkim czasie kupiłem wysłużonego, czarnego Citroena. Wiem, że brzmi to infantylnie, nawet głupio, ale od chwili, gdy pierwszy raz zobaczyłem go w komisie, miałem wrażenie, że czekał właśnie na mnie. Nie mogłem oderwać od niego oczu, zupełnie jakby coś mnie do niego przyciągało.

Sprzedawca nie znał jego wcześniejszej historii. Miał co prawda dane poprzedniego właściciela, lecz upierał się, że nie może mi ich zdradzić. Sam oceniłem stan karoserii i wnętrza, a zaprzyjaźniony mechanik zapewnił mnie, że pojazd nie miał poważnego wypadku i był w przyzwoitym stanie. W parę dni załatwiłem wszelkie formalności, odbyłem też kilka krótkich wypraw w najbliższej okolicy domu, by choć trochę przypomnieć sobie trudną sztukę prowadzenia przed poważniejszym wyjazdem.

Po około tygodniu ukontentowany nowym nabytkiem ruszyłem wreszcie na poważniejszą wyprawę. Archiwum, do którego jechałem, znajdowało się blisko Zakopanego, a ponieważ praca nie zapowiadała się na długą, zaplanowałem wyprawę tak, by spędzić kilka dodatkowych dni za miastem. Rzadko miewam okazję się rozerwać, o wyprawach na narty nie wspominając, nie wiedziałem więc powodu, dla którego miałbym odmówić sobie tych kilku drobnych przyjemności. Dodatkowo zachęcał mnie fakt, że świąteczni amatorzy dwóch desek zdążyli już zwolnić nieco miejsca na stokach, a do ferii szkolnych pozostało jeszcze parę dni.

Wyruszyłem kilka minut po dziesiątej. Ustawiłem nawigację w telefonie komórkowym, wrzuciłem do bagażnika torbę z laptopem i ruszyłem przed siebie. Śnieg, który spadł w nocy, spowijał pobocza i mijane przeze mnie wioski. Początkowo obraz ten wydał mi się niezmiernie kojący. Drzewa przywodziły na myśl ulepione ze śniegu i lodu duchy, które tylko jakimś niepojętym cudem zdolne były przeciwstawić się sile wiatru. Skrzące się połacie bieli przypominały idealnie wykrochmaloną, staromodną pościel, a domy wyglądały jak wycięte ze świątecznej pocztówki. Obserwowanie widoków pochłonęło mnie tak bardzo, że nie zorientowałem się nawet, gdy radio przestało odbierać nastawioną przeze mnie stację.

Spodziewałem się, że z czasem, kiedy zacznę oddalać się od miasta, zasięg radiostacji osłabnie i w końcu zmuszony będę szukać innej częstotliwości, albo sięgnąć po płytę. Przez chwilę próbowałem nastawić coś, czego dałoby się słuchać, jednocześnie starając się nie odrywać wzroku od drogi. Do tej pory nie wiem, czy to, że niczego nie znalazłem, było spowodowane marnym stanem odbiornika, czy może mroźną pogodą. Zrezygnowany zdecydowałem się zostawić stację, która ledwie odbierała, w nadziei, że z czasem jakość sygnału ulegnie poprawie.

Teraz, kiedy się nad tym zastanawiam, mam wrażenie, że właśnie wtedy po raz pierwszy dostrzegłem delikatne pasma mgły, powoli wypełzające na jezdnię. Widoczność nie pogorszyła się nagle w znaczący sposób, dlatego postanowiłem jechać dalej, starając się wykorzystać te kilka godzin dziennego światła, jakie mi jeszcze pozostały. Wówczas wydawało mi się całkiem zabawne porównanie delikatnych nici bieli do macek jakiejś gigantycznej ośmiornicy, czy też mitycznego krakena, starającego się pełzać po lądzie.

Białe pasy, początkowo delikatne i ulotne, stawały się z czasem coraz wyraźniejsze i cięższe. Obserwowałem jak mgła kotłowała się w obniżeniach terenu po obu stronach drogi, zakrywając drzewa, krzewy i otulając budynki. Uważam podobne zjawiska za niezwykle urokliwe, lecz tym razem wydały mi się bardziej niepokojące niż zachwycające. Nie jestem w stanie tego wyjaśnić, po prostu odczuwałem dyskomfort na ich widok. Miało to prawdopodobnie związek z moim brakiem doświadczenia za kierownicą – pomimo włączenia świateł przeciwmgielnych, prowadzenie w tak ciężkich warunkach nie należało do przyjemności. Nie był to jednak zwykły stres, lecz jakiś wewnętrzny niepokój, dreszcz, który nie dawał mi spokoju z powodu swej irracjonalności. Żyłem przecież w świecie, w którym jedynymi zagrożeniami, jakie mogły na mnie czekać, były zbłąkane łosie i nieuważni kierowcy.

Starałem się skupić myśli na światłach jadącego przede mną samochodu dostawczego. Monotonia drogi, szum silnika i radioodbiornika na każdego działałyby usypiająco i ja też zaczynałem odczuwać lekkie znużenie. Póki mogłem podziwiać przewijające się za oknami samochodu obrazy, prowadziło mi się znacznie łatwiej. Odkąd jednak mgła zaczęła gęstnieć, jedynym co widziałem przed sobą były cztery czerwone punkciki i zarys naczepy. Próbowałem utrzymywać stałą prędkość, tak by nie stracić ich z oczu, jednocześnie wypatrując kątem oka znaków drogowych. Nie miałem najmniejszego zamiaru zatrzymywać się na poboczu, nie w takich warunkach. W końcu, jeśli ja widziałem tak niewiele, inni kierowcy mieliby problemy z dostrzeżeniem mojego samochodu, a ostatnim, na co miałem ochotę, była stłuczka. Postanowiłem po prostu szukać informacji o stacji benzynowej czy restauracji, w której mógłbym chwilę odpocząć i napić się kawy.

Trudno mi określić jak długo tkwiłem w tak beznadziejnej sytuacji. Coraz bardziej odczuwałem klaustrofobiczność blaszanej puszki, w której zamknąłem się z własnej woli. Miałem wrażenie, że dach znajdował się niepokojąco nisko, drzwi zbyt blisko, a wszystkie mechanizmy pojazdu działały coraz wolniej i bardziej opornie. Dźwięki dobiegające z głośników, zamiast nieść ulgę i pomagać skoncentrować się na drodze, stawały się z każdą chwilą bardziej irytujące. Na ledwo słyszalną muzykę nakładały się odgłosy innej audycji, rozmów ze słuchaczami czy jakiegoś słuchowiska.

Zdawałem sobie sprawę z tego, że wszystkie te odczucia nie były niczym innym, niż wynikiem zmęczenia i stresu. Na chwilę skoncentrowałem wzrok na zarysie tablicy informacyjnej, która wyłoniła się z mgły po prawej stronie drogi. Miałem nadzieję, że dostrzegę informację o jakimś zajeździe. Nagle, kątem oka, zauważyłem, że czerwone lampy ciężarówki zaczęły przybliżać się do mnie z niepokojącą prędkością. Z przerażeniem, na ile to możliwe, przygotowałem się na uderzenie i huk, a przed oczami przewinęły mi się obrazki z telewizyjnych wiadomości drogowych. W uszach zadźwięczały mi słowa:

Młody, niedoświadczony kierowca zginął tragicznie…

Do dziś nie wiem, czy były wynikiem jakiejś niezrozumiałej reminiscencji czegoś, co kiedyś zasłyszałem, pochodziły tylko z mojej wyobraźni, czy też wydobyły się z radia. Nie miałem czasu zastanawiać się nad tak banalną kwestią, przekonany że lada chwila roztrzaskam się o naczepę. Pamiętam jak spostrzegłem, że światła te nie były już kwadratowe, lecz wykrzywione, niczym oczy wydrążonej na święto duchów dyni. Ich źrenice płonęły żywym ogniem i czułem, że przewiercają mnie na wskroś. Rzuciły się na mnie, na mój samochód, próbując wedrzeć się do środka i dopaść mnie uwięzionego w fotelu kierowcy.

Instynktownie nadepnąłem pedał hamulca, wciskając go w podłogę tak mocno, że bałem się, iż przebiję się nogą do samego asfaltu. Samochodem gwałtownie szarpnęło i uruchomiły się światła awaryjne. Spodziewałem się nagłego bólu, eksplozji poduszki powietrznej i huku gniecionej blachy. Zamiast tego ze zdziwieniem patrzyłem jak przeistoczone w złowrogie oczy reflektory rozbijają się o przednią szybę. Jednocześnie, odziane w swoje kwadratowe ciała, oddalały się niknąc gdzieś przede mną w białej toni, najzwyklejsze i nadal przytwierdzone do naczepy. Wszystko to sprawiało wrażenie eksplozji, w której dostrzec można było pojedyncze iskry. Czerwień przez chwilę rozlała się po przedniej szybie samochodu, a ja czułem się tak, jakbym rozbił jakąś wielką mydlaną bańkę.

Stoczyłem się resztką pędu na pobocze, próbując wyrównać oddech i opanować tłukące się w piersi serce. Jeszcze przed chwilą, gotowy na najgorsze, byłem przekonany, że wjadę w hamującą ciężarówkę. Teraz, powoli zdając sobie sprawę z tego, że wciąż żyłem, próbowałem otrząsnąć się z koszmaru i zrozumieć, co się właściwie stało.

Jestem człowiekiem od urodzenia sceptycznym i wiem, że wszystko co widzę ma logiczne wyjaśnienie. Prawdopodobnie właśnie dlatego mój umysł bez większych oporów przyjął najprostszą z odpowiedzi – musiałem przysnąć, poddałem się znużeniu i zbliżyłem do tej przeklętej ciężarówki w ostatniej chwili trzeźwiejąc i hamując. Dziwne wizje musiały być czymś pomiędzy halucynacją a marą senną, która chciała pochwycić mnie w swe szpony. Ciągle czułem lekkie drżenie rąk i dziwne pulsowanie w nogach, które zapewne powodowała krążąca w moich żyłach adrenalina. I choć byłem pewien, że po czymś takim senność nie da rady znowu nade mną zapanować, zapragnąłem jak najszybciej dotrzeć do parkingu, na którym mógłbym odpocząć.

Wyłączyłem światła awaryjne i już miałem wrócić na szosę, gdy usłyszałem głos – ten sam, który towarzyszył czerwonemu rozbłyskowi. Z niemalże absolutną pewnością mogłem już określić, że wydobywał się z głośników. Był niewyraźny, zlewał się z piosenką ledwie słyszalną na niedostrojonej częstotliwości, ale docierał do mnie za pośrednictwem eteru. Tym razem rozbrzmiał nieco głośniej, jakby wyraźniej i pewniej.

Rzeczywistość jest tylko płaszczem, skrywającym coś…

Ciągle zdenerwowany nie starałem się wsłuchać w słowa, które, jak myślałem, nie miały najmniejszego sensu. Wziąłem głęboki oddech i wróciłem na szosę. Postanowiłem jechać wolno, uważając, że żaden kierowca nie porwie się na szaleńczą jazdę w takich warunkach. Nie pokonałem jednak kilkudziesięciu metrów, gdy nagle coś wyprzedziło mnie wyłaniając się brutalnie i znikając bezpowrotnie we mgle. Nie miałem pewności co to było –wszystko zdarzyło się zbyt szybko, zbyt nagle i gwałtownie bym mógł mieć pewność. Zdawało mi się jednak, że to coś miało kształt nie motocykla, samochodu czy ciężarówki, lecz pociągu…

Nie wierzyłem własnym oczom. Staromodny parowóz ciągnął wagony wyglądające jak te, jakimi jeździli pasażerowie Orient Expresu. Poruszał się z zawrotną prędkością, i to jezdnią, nie torami, co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. Nie wiem czy radiowy głos powiedział coś więcej, nie słyszałem go, bo wnętrze samochodu wypełnił na chwilę turkot i ryk pociągowych dzwonków ostrzegawczych.

Byłem tak zaskoczony, że nie zdążyłem nawet zareagować. Mgła otulała mój samochód pozwalając dostrzec wyłącznie to, co znajdowało się nie dalej niż na kilkanaście metrów wokół mnie. Widziałem brzeg drogi razem z białymi liniami odgraniczającymi jezdnię od pobocza, wyłapywałem wyłaniające się z bieli znaki drogowe i słupki kilometrażowe. Próbowałem wmówić sobie, że padłem ofiarą złudzenia optycznego, ignorując dźwięki i wspomnienie dziwnego kształtu. Byłem przerażony i zmęczony, a moje oczy ledwie radziły sobie z wszechobecną jasnością bijącą z mlecznego kłębowiska.

Tłumaczyłem sobie, że to, co pojawiło się po mojej lewej stronie, a co wziąłem za pociąg, było ciężarówką z finezyjnymi malowidłami na plandece. Jednocześnie czułem, że choć moje zdrowie psychiczne tego ode mnie wymagało, sam się okłamywałem. Podobno zwierzęta są w stanie wyczuć pewne zagrażające im zjawiska, jak trzęsienia ziemi czy tornada. Wydaje mi się, że to, co czują, podobne jest do wrażenia, które tego dnia coraz silniej mnie ogarniało. Miałem ochotę uciekać, wyjść z ograniczonej coraz ciaśniejszymi blachami przestrzeni i biec jak najdalej przed siebie, nie myśląc nawet o oglądaniu się za plecy.

Starałem się opanować, choć przychodziło mi to niezwykle ciężko. Z jednej strony sam dostrzegałem irracjonalność całej sytuacji, z drugiej jednak miałem świadomość tego, że to, co widziałem, było pociągiem, a jego obecności nic nie mogło tłumaczyć.

Przypomniały mi się słowa, które chwilę wcześniej popłynęły z głośników.

– Rzeczywistość jest tylko płaszczem – mruknąłem sam do siebie, mając nadzieję, że własny głos doda mi otuchy. Chciałem zapamiętać to zdanie, by móc do niego wrócić w zaciszu zarezerwowanego pokoju hotelowego. Byłem ciekaw czy znajdę w Internecie jakieś podpowiedzi, co do jego pochodzenia, lub choć rozwinięcie tłumaczące o co mogło chodzić autorowi audycji. Wyobraziłem sobie, jak siedząc wieczorem przed monitorem śmieję się z własnych lęków i omamów. Jak utwierdzam się w przekonaniu, że padłem ofiarą iluzji albo zmęczenia.

Z zamyślenia, choć trwało ono zaledwie kilka sekund, wyrwało mnie pojedyncze słowo. Tym razem głośniki ryknęły tak głośno, że podskoczyłem na siedzeniu.

Nadchodzi!

Ścisnąłem mocniej kierownicę, jakbym chciał się jej przytrzymać. W tym samym momencie dostrzegłem coś, co przekraczało wszelkie możliwości racjonalnego rozumowania. Z mgły wyłonił się bowiem kształt do złudzenia przypominający olbrzymie ramię ośmiornicy.

Kraken – przemknęło mi przez myśl, gdy wciskałem pedał hamulca. – Cholerny kraken, tylko dlaczego na lądzie?

Zatrzymałem się z piskiem opon, stawiając samochód w poprzek jezdni. Oszalałem, byłem tego absolutnie pewien. Nie wiem dlaczego, ani w jaki sposób, ale musiałem postradać resztki zdrowego rozsądku. Rozpadające się na przedniej szybie światła ciężarówki, Orient Expres mijający mnie w towarzystwie dzwonków, a teraz jeszcze wielka kałamarnica próbująca złapać i oderwać kawałek asfaltu. Ogarnęło mnie szaleństwo, albo umarłem jakimś cudem tego nie zauważając i znalazłem się w przeznaczonym tylko dla mnie koszmarze, piekle, w którym cała wieczność wyglądać będzie właśnie w ten sposób.

Huk i wstrząs, które pojawiły się, gdy wielka macka dotknęła samochodu od strony pasażera, doprowadziły mnie na skraj paniki. Towarzyszyło im dziwne, nieprzyjemne mlaśnięcie, jakie można usłyszeć, gdy uderzy się w coś galaretowatego. Podejrzewałem, że człowiek martwy nie jest zdolny do odczuwania podobnych rzeczy. Jeśli rzeczywiście tak było, pozostawało mi założyć, że żyję, choć sam nie wiedziałem, która z możliwości była mniej przerażająca – śmierć czy obłęd.

Drżącymi rękoma wrzuciłem luz i nie wyłączając silnika zdjąłem nogę ze sprzęgła. Ostatkiem sił zmusiłem się, by spojrzeć przez okno pasażera i upewnić, czy to, w co wjechałem, nadal znajdowało się na drodze. Początkowo widziałem tylko biel, rozciągającą się nad jezdnią, lecz po chwili dostrzegłem zarys niewielkich krakenich odnóży, wijących się i co rusz pojawiających na wysokości szyby. Niektóre z nich przybliżały się do drzwi pojazdu, inne oddalały od nich podrygując jakby w szaleńczym tańcu.

Odpiąłem pas i wyskoczyłem na zewnątrz blaszanej pułapki gotowy do ucieczki. Nie wiedziałem, czy nogi nie odmówią mi posłuszeństwa, czy nie przewrócę się i nie padnę ofiarą bestii rodem z żeglarskich opowieści. Jedyne, o czym myślałem, to bieg – nieważne gdzie, byle jak najszybciej znaleźć się tak daleko od tego miejsca, jak tylko to możliwe. Kiedy jednak znalazłem się kilka kroków od samochodu, coś zaskoczyło mnie jeszcze bardziej, niż wszystkie najdziwniejsze nawet wizje, przewijające mi się tego dnia przed oczyma.

Mój samochód rzeczywiście stał pośrodku drogi. Silnik ciągle pracował, a włączone światła rzucały jasne snopy na pokryte śniegiem pobocze. Nie spowijała go jednak mgła, a blask nisko wiszącego, zimowego słońca. Po niebie przesuwały się pojedyncze obłoki, niewinne i nieprzesłaniające idealnej widoczności mroźnego popołudnia.

Nie wiem jak długo stałem na drodze przenosząc spojrzenie z nieba na ziemię i z powrotem ku górze. Wiem tylko, że z transu, czy też otępienia, wyrwał mnie czyjś głos. Gdy pierwszy raz dotarł do mych uszu, przestraszyłem się, że wydobywał się z samochodowych głośników i zapowiadał kolejne nieszczęście. Spadający samolot? Przebiegającego przez jezdnię potwora ze skandynawskich legend? A może pojawienie się wiszącego nisko nad polami zeppelina?

– Nic się panu nie stało?

– Kraken… – wymamrotałem i od razu pożałowałem, że słowo to opuściło moje usta. Stała przede mną jakaś kobieta. Zatroskana, przerażona, z telefonem przy uchu, obserwowała mnie badawczo, najwyraźniej próbując się gdzieś dodzwonić.

Boże – przeszło mi przez głowę – pomyśli, że zwariowałem. Odwiozą mnie do domu bez klamek…

– Nic się panu nie stało? Już dzwonię po pogotowie.
– Nie trzeba, dziękuję… – mruknąłem.

Musiała pomyśleć, że uderzyłem się w głowę. Stałem jak ogłupiały pośrodku szosy, prawdopodobnie nie reagując na jej słowa przez jakiś czas. Teraz, kiedy wyrwałem się z transu, czułem na twarzy chłodne powietrze, palce rąk szczypały mnie od mrozu, lecz tym, co przyprawiło mnie o prawdziwe dreszcze, było wspomnienie wypadku. Nie zastanawiając się nad tym co robię, odwróciłem się, by sprawdzić w co wjechałem.

Pamiętałem to, co zobaczyłem we mgle. Wiedziałem, że mój refleks mnie nie zawiódł, że w ostatniej chwili skręciłem kierownicą i uderzyłem w przeszkodę bokiem, nie przodem pojazdu. Na drodze jednak, zamiast kałamarnicy, krakena czy jakiegokolwiek innego potwora, leżało drzewo. Zwykłe, powalone przez wiatr i być może osłabione mrozem drzewo. To, co wziąłem za wielką mackę, było konarem, a tańczące przed szybą dziwa niczym innym, niż gałęziami.

– Jest pan pewien, że karetka nie jest potrzebna? Wydaje mi się, że jest pan w szoku.
– Dziękuję, nic mi nie jest – odpowiedziałem nieco pewniej.

Odwróciłem się do kobiety czując ulgę tak wielką, że nie sposób jej opisać. Spojrzała na mnie jeszcze bardziej podejrzliwie, lecz opuściła rękę rezygnując z połączenia.

Musiałem coś do niej powiedzieć. Coś, co przekona ją, że nic mi się nie stało i pozwoli uniknąć przyjazdu karetki czy policji. Nie wiem jak miałbym wytłumaczyć funkcjonariuszom dlaczego nie zauważyłem wielkiego drzewa leżącego na jezdni.

– Niech pani zadzwoni po strażaków, to drzewo trzeba usunąć z drogi, zanim ktoś w nie wjedzie.
– Na to akurat już za późno – skwitowała patrząc na Citroena. – Nie wiem czy nie trzeba będzie zadzwonić po lawetę, niech pan zobaczy, czy samochód w ogóle jest w stanie jechać. I tak przydałoby się go przestawić na pobocze.

Przyznałem jej rację i wróciłem do auta. Gdy usiadłem na swoim miejscu i spojrzałem przez przednią szybę, serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Mgła rozciągała się nad polami, niewiele rzadsza niż w momencie stłuczki. W oddali, wysoko nad ziemią, pojawił się zarys jakiegoś ciemnego kształtu. Spojrzałem w bok i zamiast drzewa ponownie ujrzałem coś, co wyglądało jak odnóża potwora. Po szybie pełzało kłębowisko nerwowo ruszających się larw.

Zerknąłem w drugą stronę, przez otwarte drzwi. Kobieta chodziła nerwowo przed maską swojego samochodu tłumacząc coś osobie po drugiej stronie linii. Skąpana w słońcu droga przecinała ośnieżone pola, a widoczność była idealna aż po horyzont. Z drugiej strony jednak nie przekraczała dwudziestu metrów i choć mgła podnosiła się powoli, na jezdni podrygiwało coś, czego wolałbym nigdy w życiu nie oglądać.

Byłem tak zaskoczony i jednocześnie zażenowany, że nie mogłem podjąć żadnej sensownej decyzji. Zgodnie z prośbą zatroskanej kobiety wrzuciłem bieg i zatrzaskując drzwi spróbowałem podjechać do skraju jezdni. Samochód ruszył z miejsca i choć zniszczenia boku były znaczne, nie uniemożliwiły mi przestawienia pojazdu. Oczywiście, dalsza droga była wykluczona, co zrozumiałem, gdy skręciłem mocniej kierownicę i usłyszałem dźwięk blachy trącej o oponę.

Zza kierownicy nie widziałem drugiego samochodu. W miejscu, w którym zaparkowała, stała dorożka, a zaprzężony do niej koń obrzucał mnie nerwowymi spojrzeniami. Odziana w długą, typową dla połowy dziewiętnastego wieku suknię dama, ruszyła w moim kierunku. Ciągle zszokowany wydarzeniami ostatnich kilkudziesięciu minut nie zastanawiałem się co robić. Odruchowo opuściłem szybę i gdy jej krawędź zjeżdżała w dół, przypomniały mi się zasłyszane w radio słowa. „Rzeczywistość jest płaszczem”. Choć nie wiedziałem w jakim kontekście zostały wypowiedziane, musiałem się z nimi zgodzić. Z tym, że ktokolwiek był ich autorem, zapomniał napomknąć o rozdarciach i dziurach.

Do miejsca, do którego sięgała szklana tafla, widziałem scenę jak z dziwacznego snu – kary koń, dorożka, staromodna dama i konające w drgawkach obrzydliwe coś, co poharatało mój samochód. Powyżej tego miejsca świat wyglądał inaczej, czy może raczej „normalniej”. Obca kobieta kończyła rozmowę, podczas gdy jej samochód stał na awaryjnych światłach, ostrzegając nadjeżdżających kierowców.

– Strażacy są w drodze, ale pan to już chyba dalej nie pojedzie. Zagapił się pan, czy spadło panu przed maskę z zaskoczenia?

– Można chyba powiedzieć, że mnie zaskoczyło… – odparłem zerkając raz nad, raz pod szybą, mając nadzieję, że czynię to dość dyskretnie.

Musiałem się uspokoić. Kobieta nadal wyglądała na zatroskaną, a ostatnim czego chciałem, była rozmowa z nadgorliwymi ratownikami, których niechybnie lada chwila wezwałaby, pomimo zapewnień dotyczących mojego stanu zdrowia. Zasunąłem szybę narażając się ponownie na dziwne widoki i wyłączyłem silnik. Wtedy nie zastanawiałem się nad tym, lecz teraz wydaje mi się to całkiem zrozumiałe, że w chwili, gdy przestał pracować, dziwne wizje zaczęły rozmywać się na jego szybach. Stawały się coraz mniej wyraźne by w końcu zniknąć – mam nadzieję – bezpowrotnie.

Zmusiłem się do wyjścia na zewnątrz i kurtuazyjnej rozmowy. Nie pamiętam, czego dotyczyła, jedynym, co zostało mi w głowie, była świadomość tego, że miała na celu ocenienie mojej przytomności. Chyba nieźle mi poszło, bo zamiast karetki wezwała tylko lawetę, która zresztą odwiozła mnie i mój demoniczny wrak do domu.

Od tego zdarzenia minęło już kilka tygodni. Nie odważyłem się od tego czasu usiąść za kierownicą nie tylko mojego, ale i żadnego innego samochodu. Citroen trafił do remontu, a mechanicy okazali się dość wyrozumiali, by odstawić go po skończonej pracy pod mój dom. Dałem ogłoszenie i szukam kupca. Nie obchodzi mnie, co się z nim stanie ani kto go weźmie. Staram się wierzyć, że to on sprowadził na mnie wszystkie nieszczęścia, ale nie mam pewności czy pozbycie się go cokolwiek zmieni.

Teraz zależy mi tylko na pieniądzach, szczególnie że mechanicy zażądali za swoją pracę niemalże drugie tyle, ile wydałem na starego grata. Przydadzą się też dlatego, że chyba jednak będę zmuszony zasięgnąć porady specjalisty. Choć nie zdarzyło mi się widzieć niczego podobnego do tego, co objawiło mi się przez samochodowe okna, to nie wiem już czy to, co widzę, jest prawdą, czy też wytworem mojego skołatanego umysłu.

Ze specjalnymi podziękowaniami dla Marthy za inspirującą i owocną dyskusję w Starbuksie :)

Styczeń 2013

Barataria 80 Don Kichot i Janosik

Elżbieta Kargol

Na pewno można porównać Don Kichota i Janosika, ale za mało znam obie postacie, żebym się odważyła.

Tetmajerowskiego Janosika znam tylko z filmu Passendorfera. Byłam wprawdzie w Ruzenberku, gdzie został schwytany, ale nic poza tym.

Don Kichota zaczęłam czytać w liceum, ale chyba nie skończyłam. W sumie nie byłam zadowolona, gdy Tomek, przy mojej zresztą pomocy, tego Janosika w tym miejscu stawiał. Zburzył mi horyzont, może nie horyzont, ale to samo od lat spojrzenie w dal. Już się jednak przyzwyczaiłam. Latem w całej tej zieloności nie wysuwa się już tak na pierwszy plan. Tomek obiecał mi, że zmieni mu nakrycie głowy na bardziej “janosikowe“, na coś w rodzaju kłobuka zbójnickiego (kołpaka). No bo miska udająca kapelusz góralski czyni z niego górala podhalańskiego lub… Don Kichota.


Jak powstał? Ojciec mój budując dom w Lachowicach nasadził obok niego dużo świerków, jodeł i sosen. Gdy wyrastały za wysoko, ścinał im wierzchołki. Starał się tak uciąć w specjalnym miejscu, żeby swierkowi wyrosło kilka nowych wierzchołków. Im więcej tym lepiej, wtedy mógł ściąć taki świerk i po okorowaniu i odpowiednim przycięciu powstawało coś w rodzaju wideł do rozrzucania siana.

Świerkowi janosikowemu wyrosły tylko dwa wierzchołki, które Tomek zamienił w kończyny dolne a trzeci, jakby w zarodku, stał się janosikowym przyrodzeniem. Ramiona i ręce są umocowane i doczepione z pomocą metalowych obręczy, zakupionych w miejscowym sklepie budowlanym. A że postać jest wysoka, chuda, koścista, a w rękach trzyma ciupagę niczym kopię, która przy większym wietrze się łamie, z pewnością może przypominać Don Kichota.

Nasz Janosik Don Kichot zamiast z wiatrakami walczy z dzikimi świniami, które podchodzą pod okna i są tak bezczelne, że potrząsają śliwką i częstują się nie pytając.

Nie wiem, czy rzeźbiarz zaplanował następne postacie.

Zależy co wyrośnie i co się zetnie, i jak się zetnie lub co rzeźbiarz znajdzie.

Ja rok temu znalazłam w lachowickim potoku kamień już wyrzeźbiony. Dla mnie to Madonna z Dzieciątkiem, ale można też w kamieniu zobaczyć bacę z owieczką, może tą, która uciekła Don Kichotowi.

Koni w Lachowicach dostatek, tych rzeźbionych i tych prawdziwych, są kozaki, Sanczo Pansa też się znajdzie niejeden, no i Maryna biegnąca ku dolinom.

Zdjęcia: autorka, rzeźby: Tomek

Ratując, co się da 2

Ta historia zachęci was być może do przeczytania książki, którą ja już sobie zamówiłam i już sobie ostrzę pazurki. Czytelnicy cyklu Barataria dobrze wiedzą, że lubię opowieści o piratach. Autorka twierdzi, że (ach, niestety!) nie pisała nic o Jeanie Lafitte czyli piracie z Baratarii, ale tytuł książki – Republika Piratów – brzmi nader zachęcająco i niewykluczone wszak, że ta republika to jednak, metaforycznie rzecz biorąc, jest Barataria. Się okaże. A zanim się dowiemy, zapraszam do lektury innej pirackiej opowieści…

A. M. Rosner

Kapitan James Long stał na achterdeku Lady Eleonor i zastanawiał się, co zrobić. Dowodził brygiem w służbie Marynarki Wojennej Jego Królewskiej Mości Króla Jerzego i reprezentował go na wyznaczonych do patrolowania wodach. Chełpił się tym, że rufę jego okrętu zdobiła bandera oznaczająca przynależność do flotylli komodora Jonathana Wilsona – błękitna, z krzyżem świętego Jerzego wpisanym w krzyż świętego Andrzeja w górnej, lewej kwarcie.

Rozkazy, które otrzymał, były proste: zatrzymywać cywilne jednostki, sprawdzać listy przewozowe i szukać kontrabandy, jednocześnie mając oko na panoszących się po całych Karaibach piratów. Tych ostatnich nie spodziewał się napotkać i szczerze nad tym ubolewał. Miał nadzieję pojmać kiedyś jednego z nich i zyskać w oczach przełożonych. Wiedział jednak, że nie miał na to szansy tak długo, jak kazano mu poruszać się między Antiguą i Barbudą. Po akwenie kręciło się zbyt wiele patrolowców mających oko na trasy handlowe, niezwykle popularne wśród brytyjskich armatorów. Piraci trzymali się na północy, w okolicach New Providence.

Większość kolonistów, towarów, korespondencji i rozkazów nadsyłanych z Whitehall zaraz po przebyciu Atlantyku trafiało do Fort James – fortyfikacji na Antigui i siedziby gubernatora Wysp Podwietrznych, Waltera Hamiltona. Dopiero stamtąd rozsyłano wszystko dalej, tam, gdzie zgodnie z listami przewozowymi miało trafić. Brama do Nowego Świata – bo tak nazywano nieoficjalnie Antiguę – stanowiła najważniejszy punkt na handlowej mapie brytyjskich Indii Zachodnich, a kapitan Long był dumny, mogąc dbać o to, by ten stan rzeczy nie uległ zmianie.

Tego jednak dnia spotkało go coś, z czym nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Takiej impertynencji i bezczelności nie życzył nikomu, nie wierzył też, że w ogóle była możliwa. Ostatecznie mógłby dopuścić do siebie myśl o tym, że jakiś Hiszpan czy Francuz pozwoliłby sobie na podobne zachowanie. Ostatecznie. Tu jednak rzadko się pojawiał się ktokolwiek, kto nie był Anglikiem.

Jeszcze raz przyłożył do oka lunetę i spróbował przyjrzeć się żaglowcowi.

– Panie Finley – zwrócił się do pierwszego oficera – będzie pan łaskaw powiedzieć mi, co widzi.

Mężczyzna wziął od kapitana przyrząd i wykonał polecenie.

– Sir, jestem absolutnie pewien, że to szkuner. Jednostka handlowa. Sądząc po ogólnym stanie, dość stara. Brak bandery, nazwa na rufie nieczytelna. Na pokładzie nie widać żywej duszy.

– Dziękuję, panie Finley.

– Sir, wydaje mi się – dodał po chwili oficer, cały czas patrząc na statek – że kogoś widzę. To znaczy, on raczej nie żyje. Przywiązali go do masztu.

– Zły omen…

Kapitan zerknął na sternika, który ośmielił się wyrazić opinię na temat napotkanej jednostki i przywiązanego do masztu nieszczęśnika, po czym dodał, widząc, że już przynajmniej dziesięciu marynarzy nadstawiło uszu, by dowiedzieć się co miał na myśli:

– Będzie pan łaskaw podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami?

Uważał, że Samuel Bricks dobrze radził sobie na swoim stanowisku, koło zdawało się słuchać go jak nikogo innego, jednak jego wiara w zabobony stawała się nieznośna. I nie chodziło nawet o to, że jako dowódca musiał ich wysłuchiwać. Sternik zwykł dzielić się swoimi przemyśleniami z innymi marynarzami. W dodatku czynił to w czasie, kiedy nie pełnił akurat wachty i nikt nie miał nad nim kontroli, a to powodowało, że strach, jak zaraza, rozprzestrzeniał się między załogantami, obniżając morale. Co więcej, z nudów, jakie towarzyszyły im w czasie większości rejsów, traktowali jego dywagacje jako swoistą rozrywkę, bez reszty się jej oddając. Long wiedział, że powinien ukrócić ten proceder i nie widział powodu, dla którego nie miałby zrobić tego właśnie teraz.

– Przepraszam, sir. Nie powinienem mówić niepytany, ale szkunery najczęściej są holenderskie. Ten tu to jakiś statek widmo, bez załogi, a o Latającym Holendrze wszyscy przecież słyszeliśmy.

Stojący najbliżej pokładu rufowego mężczyźni zaczęli kiwać zgodnie głowami.

– Zgadza się, panie Bricks, każdy słyszał o Latającym Holendrze. Czy chce mi pan powiedzieć, że to właśnie on?

– Cóż, sir…

– Cieszy mnie, że przykłada pan wiarę do marynarskich legend i przykrość mi sprawia, że muszę pana rozczarować – wtrącił kapitan. – Holender nie istnieje. To bajka dla dzieci. Zresztą, ci, którzy twierdzą, że rzeczywiście go spotkali, przebywali koło Przylądka Dobrej Nadziei. Tam, gdzie jego załoga pożegnała się ze swoim nędznym życiem. Wie pan, gdzie jest ten przylądek? W Afryce, panie Bricks. Jeśli nie wie pan, gdzie leży Afryka, nawigator Marrick pokaże panu potem adekwatne mapy.

– Tak jest, sir – rzucił machinalnie stojący obok sternika mężczyzna. – Z przyjemnością pokażę.

– Tak więc, panie Bricks, jeśli to byłby Latający Holender, bylibyśmy pierwszymi, którzy wpadliby na niego w Nowym Świecie. Poza tym wszystkie znane mi relacje, dotyczące tej wyplutej z piekielnych czeluści łajby, mówią o poświacie, jaka miała się za nią ciągnąć. Widzi pan tu jakieś światło urągające prawom bożym i fizyki jednocześnie?

– Nie, sir – przyznał coraz bardziej zawstydzony sternik.

– Otóż to. Nie ma go tu, ponieważ to, co pan widzi, to nie Latający Holender, lecz jednostka, której załoga skryła się pod pokładem i ignoruje naszą obecność. Zapewne przewożą coś zakazanego. Uważają, że nie wejdziemy na ich pokład i uda im się przemycić alkohol, proch, broń albo coś innego.

Kapitan zerknął na marynarzy przysłuchujących się rozmowie. Z ulgą zauważył, że przynajmniej na chwilę stracili zainteresowanie sternikiem i jego opowieściami. Zerkali raz po raz na ścigany statek, jednak już nie ze strachem, lecz z rozczarowaniem.

– Sir, jeśli wolno zauważyć – wtrącił Tobias Finley, zniżając głos tak, by marynarze go nie dosłyszeli. Dopiero co przestał obserwować pokład szkunera. – Istnieje jeszcze jedna możliwość. Nadpłynęli ze wschodu, a to znaczy, że nie żeglują z kolonii, lecz z Europy. Może mieli na pokładzie jakąś zarazę i, choć nie mamy rzecz jasna do czynienia ze statkiem widmo, rzeczywiście na pokładzie nie ma żywej duszy?

– O tym, panie Finley, zaraz się przekonamy – odparł dowódca.

Oficer zdążył zerknąć w jego stronę. Już miał zadać pytanie o zamiary kapitana, gdy ten, splatając dłonie za plecami, rzucił dość głośno, by dosłyszeli go wszyscy:

– Panie Finley, proszę wydać polecenia do przygotowania do salwy ze sterburty. Wypatrzona jednostka nie reaguje na wezwania do zatrzymania, co uprawnia mnie do działania siłowego. Proszę załadować armaty od pierwszej do siódmej łańcuchowymi i czekać na sygnał do ataku. Sierżancie Smith, proszę przygotować swoich ludzi do inspekcji na pokładzie szkunera – zwrócił się do przebywającego na pokładzie dowódcy niewielkiego oddziału piechoty. W przeciwieństwie do odzianych w niebieskie mundury marynarzy, ludzie podlegli Smithowi nosili czerwień. Charakteryzowały ich też ignorancki stosunek do życia na morzu i godne pozazdroszczenia umiejętności szermiercze. Long nie miał problemu z tolerowaniem ich na swoim okręcie, cieszył się nawet, wiedząc z doświadczenia, że potrafili wykazać się w potencjalnie niebezpiecznych momentach.

– Panie Marrick – zwrócił się następnie do nawigatora – weźmie pan lunetę i będzie informował mnie o tym, co dzieje się na pokładzie. Jeśli pojawi się na nim ktokolwiek, zaprzestaniemy ostrzału.

Marrick zasalutował. To samo uczynił Finley, rozumiejąc, że kwestionowanie rozkazu, z którym nie do końca się zgadzał, pozbawione było nie tylko sensu, ale i podstaw prawnych. Zasady panujące na pokładzie były jasne i streścić je można było w niezwykle prostym zdaniu: kapitan miał zawsze rację.

Zszedł na pokład główny i odnalazł dowódcę działowych, Gordona Kenny’ego. Przekazał mu instrukcje, po czym stanął pod grotmasztem gotów do pracy. Jego zadaniem było powtarzanie słów kapitana tak, by nikt nie miał wątpliwości, co robić. Informował też dowódcę o stanie prac na pokładzie.

Szkuner poruszał się wolniej od Lady Eleonor, dogonienie go nie stanowiło więc większego problemu. Gdy znalazł się w zasięgu dział, kapitan zaczął wydawać rozkazy:

– Ster lekko na bakburtę. Przygotować się do salwy. Strzelajcie wyłącznie w maszty. Mamy go zatrzymać, nie zatopić.

– Przygotować się do salwy – powtórzył po kapitanie Finley. – Odciągnąć działa! Nabijać łańcuchowymi!

Kanonierzy, dodatkowo strofowani przez Kenny’ego, błyskawicznie wykonywali polecenie. Byli zgraną, dobrze współpracującą grupą. Przetoczyli wózki armatnie na odpowiednią odległość, wsypali do luf proch i ubili go. Następnie zaczęli delikatnie umieszczać na nim kule, złączone ciężkim łańcuchem. Na koniec upchnęli w lufach pakuły i dokładnie wszystko ubili. Ostatnim elementem było ponowne umieszczenie działa na miejscu i podsypanie prochu zapłonowego.

– Załadowane od pierwszej do siódmej, sir. Przeciwnik w zasięgu – zakomunikował w końcu Finley.

– Obrać cel – polecił kapitan.

– Podnieść klapy furt działowych! – krzyknął oficer. – Wycelować w maszty i takielunek! Sprawdzić ustawienie!

Gordon Kenny przeszedł na dziób i cofając się ku rufie, upewnił się, czy nachylenie wszystkie siedmiu dział odpowiednio wyregulowano. Dwa czy trzy razy polecił wprowadzić niewielkie korekty. Na koniec podszedł do oficera i rzucił krótko:

– Gotowe, sir.

– Panie kapitanie – zawołał Finley – działa gotowe.

– Ognia!

Nim zdążył powtórzyć rozkaz, kanonierzy przystawili zapalniki do otworów prochowych i siedem z dziesięciu dział sterburty Lady Eleonor plunęło płomieniami. Nad wodą przetoczył się huk mogący zbudzić ze snu zmarłego, a przestrzeń pomiędzy jednostkami spowił dym.

Gdy wiatr zaczął go unosić, John Marrick zakomunikował, że kule łańcuchowe zrobiły dokładnie to, do czego je stworzono:

– Fokmaszt złamany dwa metry nad pokładem, grotmaszt w połowie. Szkuner stracił napęd!

– Refować żagle! Do zatrzymania! – rozkazał Long, a Finley znowu po nim powtórzył. – Przygotować się do przejścia na obcy pokład. Sierżancie Smith, proszę rozkazać nabić muszkiety.

Dowódca oddziału piechoty, którego członkowie zdążył ustawić się już na pokładzie rufowym, przekazał swoim ludziom, co mieli robić. Świetnie słyszeli rozkaz kapitana, obyczaj jednak nakazywał, by czekali na polecenie swojego przełożonego. Dowódca jednostki rzadko rozmawiał z załogantami. Komunikował się tylko z oficerami, oni zaś byli odpowiedzialni za to, by wszystko działało zgodnie z jego wolą.

Smith nie spodziewał się, by ktokolwiek na zaatakowanym statku zamierzał stawiać opór, w głębi duszy jednak wierzył, że lepiej być dobrze przygotowanym, niż zostać czymkolwiek zaskoczonym. Jego ludzie nie przepadali za rejsami, woleli służyć na lądzie, jednak w chwilach takich jak ta, gdy malowała się przed nimi choćby mglista szansa potyczki, działali sprawnie i szybko.

W czasie gdy mamroczący cały czas pod nosem sternik ustawiał bryg tak, by zrównał się ze szkunerem, załoga przygotowywał się do działania. Jej członkowie rzadko musieli sięgać po tak drastyczne rozwiązania, większość dowódców rewidowanych jednostek godziła się z losem i pozwalała przejść piechocie na swój pokład. Abordaż był rzadkością, każdemu z nich jednak zdarzyło się choć raz brać udział w podobnej akcji. Ustawili się pod sterburtą, trzymając w rękach liny zakończone hakami kotwicznymi lub obciążone ołowianymi odważnikami sieci.

Tobias Finley kazał im czekać, a gdy burta zwalniającego z każdą chwilą szkunera znalazła się na wysokości ich okrętu, polecił działać. Przerzucili liny, które wpiły się w poszycie statku. Naciągnęli je i uwiązali na własnym pokładzie, dzięki czemu ofiara nie mogła się już oddalić. Następnie w ruch poszły sieci. Część z nich utworzyła przejście między pokładami, niektóre zwisały, sięgając wody. Zadaniem tych drugich było zapewnienie możliwości łatwego wdrapania się na pokład nieszczęśnikom, którzy wpadliby do wody. Dopiero kiedy wszystko było już gotowe i obie łajby praktycznie stały w miejscu, przerzucono między nimi trapy abordażowe.

Marrick, uznając, że skoro wszyscy widzieli pokład szkunera, nie musiał dłużej go obserwować, oddalił się na chwilę, by przynieść kapitanowi tubę. Nowoczesne urządzenie, w pełni wykonane z byczej skóry, potęgowało głos użytkownika, sprawiając, że był słyszalny z olbrzymiej nawet odległości. Jeśli na szkunerze ktoś był, nie miałby prawa mówić, że przespał ostrzał i nie usłyszał komunikatu.

Dowódca skinął głową w podzięce, po czym przyłożył tubę do ust i krzyknął:

– Tu kapitan James Long, dowódca Lady Eleonor, w służbie Jego Wysokości Króla Jerzego. Zostaliście ostrzelani w związku ze zignorowaniem polecenia zatrzymania się do kontroli. Pełnimy służbę pod rozkazami komodora Jonathana Wilsona. Macie minutę, żeby wyjść na pokład i poddać statek rewizji.

– Nikt nie odpowie – mruknął pod nosem Bricks – bo nikogo tam nie ma.

Kapitan postanowił zignorować tę uwagę, jednocześnie pamiętając, by odbyć z mężczyzną jeszcze jedną rozmowę, tym razem w cztery oczy. Nie chciał pozbywać się swojego sternika, musiał jednak znaleźć jakiś sposób, by raz na zawsze zamknąć mu usta i świetnie rozumiał, że w tym akurat przypadku chłosta na nic się nie zda.

– Dokonaliście wyboru. Wchodzimy na wasz pokład – krzyknął po chwili. – Na każdą próbę walki odpowiemy z pełną stanowczością.

Odstawił tubę, po czym zwrócił się do piechura:

– Sierżancie Smith, proszę poprowadzić swoich ludzi na pokład szkunera. Przeszukajcie go dokładnie, zaczynając od forkasztelu. Jeśli zostaniecie zaatakowani, macie prawo odpowiedzieć ogniem i zabić napastników. W przypadku odnalezienia ciał, nie zbliżajcie się do nich na odległość mniejszą, niż będzie to konieczne. Nie dotykajcie ich. Panie Finley – rzucił w stronę oficera – idzie pan ze mną.

Odziana w czerwień grupa żołnierzy przeszła po trapach. Handlowa jednostka była niższa od brygu. Kapitan Long przyjrzał się jej pobieżnie, nim zszedł na pokład szkunera. Łajba znajdowała się w zdecydowanie gorszym stanie niż Lady Eleonor, dawno nie przechodziła karenażu, a jej burty nosiły ślady wieloletniego użytkowania. Takielunek musiał wyglądać żałośnie nawet zanim porwały go kule. Bloczki były stare, liny miejscami nadwyrężone, a same żagle wielokrotnie już łatane i naprawiane.

Przed zobaczeniem czegokolwiek innego kapitan Lady Eleonor postanowił obejrzeć ciało przywiązane do grotmasztu. Jedyny załogant lub pasażer nieszczęsnego szkunera musiał tkwić w tym miejscu od dłuższego czasu. Jego twarz była szara, bez śladu ogorzenia od słońca, niemożliwego do uniknięcia na pokładzie. Oczy zapadły się w czaszce, a z otwartych ust wystawał suchy jak wiór język.

– Przywiązali go tu i zostawili na śmierć?

– Tak przypuszczam, panie Finley – odparł kapitan. Dobył kordelasa i delikatnie odwrócił drewnianą tabliczkę, zawieszoną na szyi trupa. Przez chwilę nie mógł odcyfrować zapisanego na niej słowa. – Jonasz? Co za bzdury!

– Nawet jeśli uważali, że przynosił im pecha, są barbarzyńcami. To chyba najokrutniejsza ze śmierci!

– Zdziwiłby się pan, panie Finley, do czego zdolni są ludzie. Chodźmy do kajuty kapitana.

Oficer zamierzał zasugerować, by najpierw sprawdzili ją piechurzy, lecz kapitan nie dał mu szansy. Szybkim krokiem przeszedł przez pokład i wszedł do niewielkiej nadbudówki w rufowej części jednostki.

Kajuta wyglądała bez porównania skromniej niż ta, w której rezydował Long. Przez wąskie burtowe okna do środka wpadało niewiele światła. Bez trudu jednak dawało się zauważyć, że nieliczne meble należały do najprostszych i najtańszych. Nieprzykryta żadnym dywanem podłoga nieprzyjemnie skrzypiała, gdy Long podchodził do biurka, z pewnością służącego kapitanowi krypy za podstawowe miejsce pracy.

– Rozłożona mapa z zaznaczoną trasą – mruknął, wskazując Finley’owi cienką linię starannie wyrysowaną na zwoju. – Wypłynęli z Southampton. Ktoś dość długo i starannie nanosił pozycję statku. Wygląda na to, że kierowali się na Antiguę.

– No to dotarli. Ale gdzie, u licha, jest załoga?

– No cóż, panie Finley, tego póki co nie wiemy. Raczej nie zostali przez nikogo napadnięci. Myślę, że przybory nawigacyjne ukradłby każdy pirat, a tu wszystko jest.

Kapitan sięgnął niżej i zaczął otwierać szuflady biurka. Pierwsza była pusta, w drugiej jednak znalazł to, czego szukał – dziennik pokładowy. Otworzył go na ostatniej zapisanej stronie i przeczytał na głos:

 

14 kwietnia 1715

Harry Spikes. Być może to nie jego wina. Być może, być może, być może…

Prawda jest taka, że z dwudziestu ośmiu ludzi załogi przy życiu zostało nas teraz ledwie czterech. Czterech i Spikes…

Nie wiem, co się dzieje, a jako kapitan, powinienem. Ludzie po prostu znikają. Wieczorem jeszcze są, a gdy nadchodzi brzask, okazuje się, że znów jest nas o jednego mniej. Staramy się nie spać, patrzeć sobie na ręce, pilnować nawzajem. Dzieje się tu coś złego.

Spikes to Jonasz, jestem co do tego szczerze przekonany. To moja wina, zgodziłem się wziąć go na pokład, przewieźć go z tym całym ładunkiem, wierząc w rekomendacje od jego pracodawcy. Przeklinam dzień wyjścia z portu. Przeklinam dzień, w którym mnie najął! Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że zapłacił z góry. Oby mojej drogiej Elizabeth te pieniądze nie przyniosły pecha. Oby dobrze je wykorzystała. Oby była szczęśliwa beze mnie, bo nie wierzę, że jeszcze się zobaczymy.

 

– Przynajmniej wiemy, jak nazywa się ten nieszczęśnik z masztu – rzucił Finley, sprawdzając pozostałe szuflady.

Kapitan tylko na niego zerknął, po czym wrócił do czytania:

 

15 kwietnia 1715

Jonasz, Jonasz, Jonasz.

Było czterech, zostało trzech. Trzech i Jonasz. Jonasz, już teraz potrzebny do obsługi łajby.

Trzech i Jonasz na jednym pokładzie. Trzech, Jonasz i śmierć.

Trzeba wyrzucić ładunek za burtę. Potem wyrzucimy Jonasza.

Najpierw to zrobimy, a potem przywiążę do masztów Tommiego, Stephena i Pete’a. Nie znikną, nie wypadną, nie umrą. Nie porwie ich diabeł, kraken, lewiatan czy to coś, co zjada mi ludzi. Nie pozwolę.

Wojna! Właśnie tak, wojna, Jonaszu!

 

– Jezu. On oszalał, prawda, kapitanie?

– Zapewne – odparł Long, zatrzaskując dziennik. – Wezmę go, przyda się, kiedy nadejdzie czas składania raportu.

– Coś mi nie daje spokoju, sir.

Long zerknął na oficera i zachęcił do mówienia ruchem ręki. Ciekaw był, co usłyszy, szczególnie, że jemu więcej niż jedna rzecz „nie dawała spokoju”.

– Ten człowiek przywiązany do masztu, Spikes. Widziałem wielu wisielców wystawionych na działanie słońca i wody. Jak każdy zresztą, odkąd szubienice dla piratów zaczęto stawiać praktycznie przy każdym wejściu do portu… Oni nie wyglądają tak jak on. Słońce ich wysusza i skóra staje się ciemniejsza, ptaki wydziobują, co tylko się da. On wygląda, jakby tkwił tam od niedawna, a zapiski urywają się ponad tydzień temu.

– Rzeczywiście – odparł po chwili kapitan – ma pan rację. Nie mamy jednak pewności, kto ani kiedy go tam zostawił.

– Mimo wszystko… – mruknął pod nosem i skierował się ku drzwiom. Nim jednak zdążył przez nie przejść, te otwarły się i stanął w nich odziany w czerwień dowódca piechurów. Na jego twarzy malowało się najszczersze zaskoczenie.

– Sir? Właśnie miałem sprawdzić kajutę.

– Nie trzeba, panie sierżancie. Już ją obejrzeliśmy. Proszę meldować.

– Przeszukaliśmy każdy skrawek łajby. Nie znaleźliśmy nikogo, ani żywego, ani martwego. Poza tym przy maszcie. Czy mamy go odciąć?

– Nie – odparł kapitan, zmierzając do wyjścia.

Sierżant wiedział, że nie powinien zagradzać przejścia, tylko puścić dowódcę przodem. Zamiast to jednak uczynić, zamknął drzwi i dodał:

– Sir, jest jeszcze coś.

– Niechże pan w takim razie mówi i zejdzie mi z drogi, nim stracę cierpliwość.

– Przepraszam sir, ale uważam, że powinniśmy odbyć tę rozmowę z dala od moich ludzi i jestem absolutnie przekonany, że nie powinna jej też słyszeć pańska załoga. Szczególnie sternik… Pod pokładem jest siedem trumien.

– I co w tym nadzwyczajnego? Zdarza się. Te wykonywane w Europie są lepsze od miejscowych, może któryś z kolonistów złożył nietypowe zamówienie dla siebie i rodziny?

– Raczej nie, sir. Podnieśliśmy jedną z nich i doszliśmy do wniosku, że są pełne. Znaczy, tak po ciężarze.

– Chce pan powiedzieć, że przewozili pełne trumny? Szatański pomysł, ale to może tłumaczyć zniknięcie załogi. Smród ciał każdego doprowadziłby do szaleństwa, a morowe powietrze, wydobywające się ze zwłok, zapewnie wywołało zarazę.

– Tam wcale nie śmierdzi, sir.

– W takim razie najwyraźniej służyły do przemytu czegoś zakazanego. Trzeba je otworzyć i sprawdzić, co jest w środku.

– Sir, pozwoliłem sobie już to zrobić. Nakazałem ludziom wyjść z ładowni i otworzyłem jedną z nich. Są w nich ciała. Tak jakby…

– A cóż to ma znaczyć? – fuknął kapitan, zniżając głos. Jednocześnie zerknął na swojego oficera. Mężczyzna przysłuchiwał się rozmowie. Wydawało się, że z minuty na minutę stawał się coraz bledszy.

– Zobaczyłem kobietę, bladą, jakby była trupem, jakby zeszła biedaczka z tego świata ledwie przed chwilą. Możliwe, że podróżowała tym szkunerem, bo nieopodal trumien znaleźliśmy skrzynie podróżne z prywatnymi rzeczami należącymi do mężczyzn i kobiet. Każdy, wybierając się w podróż, zabiera swoje rzeczy, to oczywiste. Z tym że zabieranie trumny wydaje mi się mocną przesadą… Nie umiem tego określić, sir, ale coś nie dawało mi spokoju. Patrzyłem na nią i poczułem nagle, jakby ktoś rozkazał mi zamknąć wieko. Nie chciałem tego robić, chciałem pokazać ją panu, ale…

– Co pan zrobił, panie sierżancie? – odezwał się w końcu Finley.

– Nic. Zamknąłem trumnę i przyszedłem wszystko przekazać kapitanowi. Obawiam się, sir, że w pozostałych też są ciała, a że brak odoru, myślę, że wszystkie są świeże.

Kapitan otworzył dziennik pokładowy i znalazł datę wyjścia szkunera z Southampton.

– W spisie towarów rzeczywiście figuruje siedem trumien. Jest też dopisek, by pod żadnym pozorem ich nie otwierać. Ale nie ma tu nic o kobietach na pokładzie.

– Ta, którą otworzyłem, sir, ma na wieku wypalony napis. Początkowo myślałem, że wykonano ją na miarę albo jakoś dostosowano na wyraźne polecenie zamawiającego, ale teraz podejrzewam, że nie o to chodzi. Ktoś napisał na niej „Elena, córka Jure Grando Alilovicia”. Nie mogę mieć pewności, sir, ale wydaje mi się, że to ona leży w tej trumnie.

– Cóż to za nazwisko – Finley najwyraźniej zaczął myśleć na głos.

– Brzmi jak południowoeuropejskie…

– Możliwe, sir. Jeśli można, sugerowałbym opuszczenie pokładu tego szkunera i zatopienie go. To wszystko jest odrażające. Kto zabiera w drogę przez ocean trumnę podpisaną własnym nazwiskiem? Nikt! A tu jest takich aż siedem!

– Wykluczone – rzucił kapitan, jakby słowa sierżanta wyrwały go z letargu. Zatrzasnął dziennik i odpychając mężczyznę od drzwi, wyszedł na pokład. Podążyli ramię w ramię za nim.

Minął zebrany na pokładzie oddział piechoty i przeszedł trapem na pokład Lady Eleonor. Dopiero wówczas ponownie odezwał się do mężczyzn, mając świadomość, że słuchało go więcej par uszu, w tym ta należąca do sternika:

– Panie sierżancie, proszę sprowadzić piechotę na nasz pokład. Dobrze się dziś spisali. Panie Finley, proszę upilnować, by szkuner został wzięty na hol. Odprowadzimy go na Antiguę, tam zajmą się nim nasi urzędnicy. Skoro na pokładzie nie ma żywej duszy, nie możemy postąpić inaczej. Nie widzę przesłanek, by podejrzewać, że na pokładzie wybuchła zaraza, nie życzę sobie jednak, by ktokolwiek bez wyraźnego powodu schodził pod jego pokład. Proszę uwinąć się z pracami przed zachodem.

– Tak jest – zasalutował Finley. Na nasłonecznionym pokładzie czuł się znacznie pewniej niż w tamtej kajucie. Poczuł się, jakby wracały mu siły, tam powoli go opuszczające.

– Będę w swojej kajucie. Proszę zameldować, kiedy skończycie prace.

Kapitan Long zostawił ich, nie dodając już nic więcej. Tobias Finley świetnie wiedział, jakie rozkazy wydawać ludziom, nie potrzebował, by ktoś patrzył mu na ręce. Long miał zresztą ciekawsze rzeczy do robienia.

Przeszedł przez drzwi swej kajuty i usiadł w szerokim fotelu. Przy meblach z drugiego pokładu siedzisko i stół wyglądały, jakby przed chwilą wyniesiono je z dóbr jakiegoś możnowładcy. Położył na blacie dziennik pokładowy szkunera i nim go otworzył, nalał sobie kieliszek wina.

Przeszło mu przez myśl, że paskudna okładka powodowała, iż dziennik idealne pasował do rozpadającej się powoli łajby. Nie myślał, by szkuner zdołał jeszcze raz przeprawić się przez Atlantyk, byłby to jego ostatni rejs, nawet gdyby załoga nie zaginęła w tajemniczych okolicznościach.

Demeter – prychnął, gdy znalazł nazwę, pod jaką statek zarejestrowano. – Butne imię dla takiej krypy, a za pychę na wodzie płaci się najwyższą cenę.

Zaczął czytać, chcąc zrozumieć, co mogło wydarzyć się na łajbie. Nie lubił podobnych sytuacji, a z niezadowoleniem przyznawał sam przed sobą, że czuł się kompletnie ogłupiały. To, że z kapitanem stało się coś złego, że postradał zmysły, było oczywiste. Tak samo jak to, że jego ludzi spotkał najsmutniejszy los, na który prawdopodobnie sobie nie zasłużyli. Wiedział jednak, że gdzieś musiały znajdować się wskazówki pozwalające na wysnucie sensownych, logicznych wniosków. Był racjonalistą twardo stąpającym po ziemi i postanowił znaleźć coś, co mogłoby pomóc mu w pisaniu raportu.

Uśmiechnął się pod nosem, wyobrażając sobie, co powiedziałby o sprawie pan Bricks. Wszystko zwaliłby na trumny, bo – jak wiadomo – nie oznaczały niczego dobrego. Po części zgadzał się z nim, sam nie miałby ochoty przewozić takiego towaru, nawet jeśli nie wierzył w marynarskie bajania o pechu i Jonaszach. Nie zamierzał jednak wspominać o tym choćby słowem.

Znalazł początek zapisków dotyczących ostatniego rejsu Demeter i informację o pojawieniu się Harry’ego Spikesa.

– Co my tu mamy? Pan Spikes to nie załogant, lecz przedstawiciel rodu Alilovici z Istrii. Referencje od Jure Grando Alilovici – mruczał, przeglądając włożone między karty dziennika listy – którego był faktorem. Znowu informacja o zakazie otwierania skrzyń i trumien. Tylko po co? Po co wieźć ze sobą trupy? I po co im ubrania, po co codzienne przedmioty? Przecież nie potrzebują tego wszystkiego. Nie wstaną z tych skrzyń i nie pójdą na kolację…

Reblog: Marysia Kwaśniewska

Znalezione na Facebooku, u Anity Kucharskiej-Dziedzic

Zdjęcie z Hitlerem

Jest sierpień 1936 roku. Igrzyska olimpijskie w Berlinie. Na stadionie trwa właśnie konkurs oszczepniczek. Do rzutu przygotowuje się dwudziestotrzyletnia Polka, Marysia Kwaśniewska. Ciemnooka, zgrabna i śliczna. Staje na starcie, dmucha w grot oszczepu, jakby chcąc dodać mu lekkości, potem rozbieg, rzut i… świetnie! Oszczep wbija się w trawę ponad czterdzieści metrów dalej. Wynik jest znakomity, ale dwie Niemki rzucają jeszcze lepiej. Polka zdobywa brązowy medal.
W czasie dekoracji stoi na podium wyprostowana, w dresie z orłem na piersi, jak wycięta z innego świata, bo wszyscy wokół niej unoszą rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Na trybunach siedzi Adolf Hitler. Nikt z organizatorów nie miałby nic przeciwko temu, by to on dekorował najlepszych, na szczęście regulamin olimpijski tego zabrania. Natomiast Führer chce osobiście pogratulować medalistkom. Prowadzą je do loży honorowej. Wokół wodza cała nazistowska wierchuszka, jest Göring i Goebbels. Uśmiechnięty Hitler ściska dłonie dziewcząt, a do Marysi mówi:
– Gratuluję małej Polce.
Na to ona, niewiele myśląc: – Pan też niezbyt wysoki.
Wszyscy wybuchają śmiechem, ale potem Goebbels nieźle się namęczy, żeby do niemieckich gazet nie przedostała się błyskotliwa i odrobinę bezczelna riposta “małej Polki”. Usłużni pismacy będą donosić, że Führer gratulował małej Polsce, a nie Polce. Tak czy inaczej niewysoki wąsaty (165 cm) najwyraźniej bardzo chce mieć zdjęcie ze śliczną Polką (166 cm), którą wybrano Miss Olimpiady. Mocno zażenowany wąsacz, wyginający wargi w coś, co ma przypominać uśmiech, niezgrabnie pozuje do zdjęć z ładnymi medalistkami… Dziewczyny z 1936 roku pewno wybuchały śmiechem, patrząc na jego miny. Wtedy nikt nie przypuszczał, że już wkrótce za sprawą tego groteskowego Niemca cały świat stanie na głowie. Że od jednego jego słowa będzie zależało być albo nie być pojedynczych ludzi i całych narodów.
Kiedy Marysia wrzuca do walizki “zdjęcie z Hitlerem”, jako zabawną pamiątkę berlińskich igrzysk, nie ma pojęcia, że kiedyś ta fotografia pomoże jej ocalić życie setkom ludzi. Na razie to zwykła fotka, wspomnienie startu na berlińskiej olimpiadzie, który okazał się bardzo udany. Wiecie, że możemy go obejrzeć? Występ Polki zarejestrowała kamera Leni Riefenstahl, reżyserki hołubionej przez Führera, która nakręciła film pokazujący zmagania sportowców na igrzyskach.Dziwnie jest myśleć, że już za trzy lata ci młodzi ludzie ścigający się na stadionach będą do siebie strzelać. Jeszcze żyją tak, jakby mieli przed sobą całą dobrą przyszłość. Marysia myśli o następnej olimpiadzie. Za cztery lata, w 1940 r. mają spotkać się w Tokio. Kwaśniewska jest jedną z naszych największych sportowych nadziei, więc Polski Związek Lekkiej Atletyki daje jej stypendium i wysyła na południe Europy. Mieszka nad ciepłym morzem Lazurowego Wybrzeża, trenuje i cieszy się życiem, w którym wszystko co najlepsze dopiero przed nią.Gdy wybucha wojna, Maria jest wciąż na południu Europy. Ale w jednej chwili jest gotowa wracać do Polski. Namawiają ją, by została. Nie mogą zrozumieć, dlaczego rwie się tam, skąd wszyscy uciekają. No jak to dlaczego! Patriotyzm – a ona nie boi się tego słowa – to nie tylko olimpijskie podium. Pakuje się i 2 września rusza do domu. Wiele lat później w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” powie, że jechała pod prąd: “Na granicy w Zebrzydowicach patrzyli na mnie trochę jak na wariata. Tabuny ludzi wyjeżdżały z kraju, a ja wracałam do Warszawy, chociaż nie bardzo miałam czym i jak. Podróżowałam różnymi środkami lokomocji, wozami, pociągami. W końcu trafiłam”.
Jest młoda, silna, sprawna i sporo umie – przed wojną skończyła kurs sanitarny i samochodowy. W bombardowanej, płonącej Warszawie tacy ludzie są na wagę złota. Trafia do sanitarki przeciwlotniczej na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Na ramionach wynosi żołnierzy z okopów znad Wisły, siada za kierownicą sanitarki (“kierowcę zabili, nie było komu jeździć, jeździłam ja”). Od prezydenta stolicy Stefana Starzyńskiego dostanie za to Krzyż Walecznych. Druga ważna próba przyjdzie pięć lat później, gdy w Warszawie wybuchnie powstanie.
Gdy zaczyna się powstanie, Maria mieszka w podwarszawskiej Podkowie Leśnej. W sąsiedniej gminie Niemcy już 5 sierpnia zakładają niesławnej pamięci Dulag 121 Pruszków, obóz przejściowy dla wypędzanej ludności Warszawy. Przez całe powstanie i później będą szły tam transporty. Ponad pół miliona warszawiaków. Po brutalnej segregacji i rozdzielaniu rodzin, młodszych i silnych wyślą na roboty do Rzeszy, starszych i słabszych – czesto do Auschwitz. W tym strasznym miejscu umrą tysiące ludzi, ale też blisko trzydzieści tysięcy uda się ocalić. Dla wielu przepustką do życia będzie marysine zdjęcie z Hitlerem.
Kiedy czytam, jak Maria Kwaśniewska opowiada o wyciąganiu ludzi z obozu, brzmi to tak, jakby wszystko było nieziemsko proste. “Był w tym obozie tzw. barak chorych. Z tego baraku wyprowadzało się ludzi po stu, stu pięćdziesięciu… Pokazywałam przy bramie tę moją fotografię z Hitlerem. Żandarmi traktowali ją jak ausweis. Bili w czapę i przepuszczali mi transport”. Jakoś nie dodaje, jak ryzykowne były to akcje. Wiele kończyło się aresztem, wysyłką do obozu, a nawet kulką w łeb, a nie żadnym “biciem w czapę”!
Ale jej się udaje. Teraz we własnym domu zakłada obóz przejściowy. Przez jej mieszkanie przewijają się całe tłumy ludzi, znanych i nieznanych, jednakowo ważnych – Ewa Szelburg-Zarembina, Stanisław Dygat i chłopiec z przestrzelonym płucem, który, jak Maria będzie wspominać później, “dziś ma 70 lat i nadal pisze do mnie kartki”. No, czy to nie piękne, że “małej Polce” znów udało się dać Hitlerowi przytyczka w nos?
Już niedługo wojna się skończy. Warszawiacy wrócą do swoich ruin i zaczną zmieniać je w dom. Pochowają zmarłych, przywitają ocalałych, posprzątają ulice, a zdjęcia Hitlera wyrzucą na śmietnik.
Maria Kwaśniewska dożyła sędziwego wieku 94 lat. Zmarła całkiem niedawno, w 2007 roku. Po wojnie pracowała w Polskim Komitecie Olimpijskim, objeżdżała kraj, aktywna do ostatnich dni, wspierając zwłaszcza małych sportowców. Tym, którzy mieli szczęście ją znać, zostawiła po sobie mnóstwo jasnych wspomnień, ale nikt nie zadał sobie trudu, by jej ciekawe życie zamknąć w książce. Zła jestem, że tak długo nie miałam pojęcia, że istniała.

Ratując, co się da 1

z likwidowanej strony pełnej wspaniałych tekstów współczesnych, pirackich i science fiction

A. M. Rosner

Ręka

Co dwa lata świat dookoła nas się zmienia. Raz silniej, raz słabiej. Szczęśliwie, to tylko tymczasowa zmiana, choć dość odczuwalna. Silniejsza następuje kiedy przychodzą mistrzostwa świata, słabsza kiedy europy. Tak, mówię o piłce. Wiem, że wszyscy mają jej już dość, ale co ja poradzę – tak już jest.

Zresztą, pocieszenie znajduję w tym, że są na świecie także rzeczy niezmienne – w co drugie lato wszystkie reklamy dotyczą piłki, zawsze też gramy mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor. Czy to się kiedyś zmieni? Nie wiem… Może tak, a może nie. Nie jestem wróżką, nie znam przyszłości – gdybym znał, grałbym regularnie w totka.

Wiem jedno – nie zmieni się z pewnością to, że mój kolega, Bartek, za każdym razem kiedy kadra gra mecz, próbuje wyciągnąć mnie do pubu na wspólne oglądanie. Nie lubię tego i rzadko się zgadzam. Jasne, miło obejrzeć mecz, szczególnie jeśli jest dobry, ale dlaczego robić to w tłumie podchmielonych wariatów? I dlaczego oglądać akurat naszą kadrę, skoro jest tyle lepszych? Zawsze kibicowałem Anglii, nawet kiedy odpadali w idiotyczny sposób, rzadziej Polsce.

Tym razem zabrakło mi argumentów i Bartek zatriumfował. Wyciągnął mnie do niewielkiego pubu blisko mojego domu, znalazł i zajął nienajgorsze miejsce, postawił piwo. Próbował wcisnąć mi na głowę biało-czerwoną czapkę, ale dałem odpór – wszystko ma swoje granice.

Za nami usiadła para młodych ludzi. Chłopak wyglądał na typowego specjalistę, takiego co to zna się na piłce, medycynie i polityce. Od początku tłumaczył jej dlaczego selekcjoner popełnił błąd i wybrał zły skład. Dziewczyna przytakiwała, choć byłem święcie przekonany, że nie rozumiała czym różni się skrzydłowy od bramkarza. Nie to, żebym sam jakoś wybitnie się na tym znał, ale moja ignorancja ma pewne granice.

Bartek, od lat pisujący felietony piłkarskie dla jakiegoś portalu internetowego, słyszał ich rozmowę równie wyraźnie co ja. Łypał na mnie raz po raz, mamrocząc coś pod nosem. Wydaje mi się, że chciał wyjaśnić młodzieńcowi jak bardzo się mylił. Szczęśliwie udało mu się powstrzymać.

– No, to teraz patrz – powiedział rzeczony młodzian, kiedy zawodnicy zaczęli wychodzić na boisko.
– Którzy to nasi?
– Jak to którzy? Ci z orzełkiem, bynajmniej.
– Aha… A ci drudzy?
– Kolumbia – warknął. – Gramy przeciw Kolumbijczykom.

Zerknąłem na Bartka. Wyjął z kieszeni notes i ogryzek ołówka, przygotowany do robienia notatek. Podejrzewam, że korzysta z nich w czasie pisania.

– Misiek, a ci? – niewiasta nie dawała za wygraną.
– Którzy?
– No ci. O, tam.
– To sędzia główny, a tamci to liniowi.
– Tak? To oni też grają?
– Pilnują tego całego interesu – odparł, zachowując cierpliwość. – Bynajmniej powinni.

Szczęśliwie zaczęto grać hymn. Wszyscy w pubie wstali i zaczęli się drzeć. Połowa nie znała tekstu, albo znała „tak nie do końca”. Cześć schowała ręce w kieszeniach, inni trzymali kufle. Nigdy nie przejmowałem się specjalnie połajankami dotyczącymi stania na baczność w takich sytuacjach, ale nawet mnie to zaskoczyło.

– Misiek, a ile to potrwa? – dobiegło mnie.
– Dwa razy po czterdzieści pięć minut.
– Ojej, bo wiesz, z Andżeliką się umówiłam… Ale to dobrze, to zdążę. Tylko żeby się nie spóźnili.
– Dwa razy po czterdzieści pięć minut i piętnaście minut przerwy. Bynajmniej tak powinno być, bo mogą coś doliczyć.
– O cholera, to mogę się nie wyrobić. A nie mogą grać szybciej?

Nie odpowiedział jej. Myślę, choć nie mam pewności, że ograniczył się do posłania jej złowrogiego spojrzenia. Zauważyłem też, że kilka osób zajmujących stolik nieopodal nas zerknęło na nich z zainteresowaniem.

– Ale nie będą grali dłużej, niż te dwie części, co nie, Misiek?
– Nie. Dogrywki są poza fazą grupową, i tylko wtedy, kiedy jest remis.
– Aha… to dobrze.

Nachyliłem się do Bartka i rzuciłem krótko:

– Wolę to, co za nami, niż to co przed nami.
– Normalne – odparł – jesteś historykiem.

Aż mnie zamurowało. Bartek i poczucie humoru! Tego się nie spodziewałem i przyznam szczerze – gdybym wiedział, że go na to stać, częściej bym z nim wychodził na piwo.

– Misiek, a co oni robią? – odezwała się dziewczyna.
– Próbują podejść bliżej pola karnego. To tam – uprzedził jej pytanie – pod bramką. Widzisz takie linie? To jest pole karne, a dalej, bynajmniej, jest bramka.
– No wiem, że bramka, Misiek. Nie jestem głupia! Piwo mi przynieś.
– Teraz?!
– Tak, teraz.
– Nie chciałaś przecież! Mogłaś wcześniej powiedzieć!
– Ale mecz się zaczął i chcę do mecza. Małe. Z soczkiem, Misiu! – zawołała, co pozwoliło mi przypuszczać, że chłopak dał za wygraną i poszedł złożyć zamówienie. Barman też oglądał, a zawracanie mu głowy takimi sprawami (szczególnie z sokiem) w czasie gry nie jest w dobrym tonie.

– Normalnie są tu ludzie, którzy wiedzą co się dzieje – mruknął Bartek, nachylając się w moją stronę. – To coś nowego.

Uśmiechnąłem się do niego i odparłem:

– Spokojnie. Nawet mi się to podoba, bynajmniej, teges… No i mamy blisko do domu, w razie czego zawsze możemy się ewakuować. To znaczy nasze osoby mogą się ewakuować.
– Przestań tak mówić, bo ci zostanie. Lubię oglądać w pubie…

– Dziękuję Misiaczku – rzekła nagle niewiasta, dość głośno bym nie usłyszał co mówił Bartek.

Odwróciłem się, niby po to, żeby poprawić zawieszoną na krześle kurtkę. Miała burzę czarnych, farbowanych loków, mocny makijaż podkreślony barwami narodowymi na policzkach i przerażająco długie, kolorowe szpony. Myślę, że jej „Misiaczek” jest tak posłuszny, bo wie, co można zrobić drugiej osobie podobnymi pazurami.

Nagle na boisku się zakotłowało. Wszyscy jęknęli z niedowierzaniem, a ona, jako jedyna, krzyknęła:

– Jest!
– Cicho, głupia! To nam strzelili, a nie my im! Patałachy cholerne…
– Jak to „nam”? To przegrywamy?
– Tak!
– Ale ten tam, w zielonym, ma polskie nazwisko na plecach, Misiu.
– Bo to bramkarz… – wyjaśnił, nieco zrezygnowanym głosem. – Nie złapał piłki, patałach, bynajmniej.

Minęły dwie, może trzy minuty, gdy znów doszło mnie:

– Aha… No to przesrane. A dlaczego ten w żółtej koszulce teraz coś im tłumaczy? Przecież oni poszli grać, a nie wykładów słuchać.
– Ręka była, musi być wolny.
– Co?
– Ręka. Ręką nie wolno grać – dodał, i mogę przysiąc, że jego głos pierwszy raz przybrał minimalny odcień zniecierpliwienia. – To piłka nożna, bo bynajmniej gra się nogami. Rękoma nie wolno. Jeśli któryś tak zagra, jest rzut wolny. Albo karny.

Zauważyłem, że ludzie koło nas zaczynali łypać w stronę parki, niektórzy pokazywali ich sobie dyskretnymi skinieniami głów.

– Nic z tego nie rozumiem, Misiu – mruknęła i wierzę, że mówiła szczerze. – To takie nudne. Mogliśmy zostać w domu i oglądnąć serial.

Przez pub przeszedł kolejny pomruk zawodu, kiedy nieźle zapowiadająca się akcja „naszych” skończyła się interwencją bramkarza „tych drugich”.

– Co on robi? No co on robi? Misiu, dlaczego sędzia na to pozwala?!
– Na co? Przecież wszystko…
– Zagrał ręką! Złapał piłkę w ręce! Mówiłeś, że nie wolno!
– To bramkarz – wycedził przez zęby Miś. – Jemu akurat wolno.

Kilka osób przy stoliku po naszej lewej zaczęło się śmiać. Inni próbowali zachować spokój, choć widziałem, że szło im coraz oporniej.

– No ale jak to, Misiaczku? Przecież zasady są dla wszystkich, prawda?
– Tak, są dla wszystkich, ale bramkarzowi wolno złapać piłkę.

Bartek nachylił się nade mną i szepną, dość teatralnie (inaczej nic bym nie usłyszał):

– Wiesz, chyba jednak dokończymy w domu.

Pokazałem mu wyciągnięty do góry kciuk i, by nie zmienił zdania, dodałem:

– Mam mrożoną pizzę, zdąży się zrobić w czasie przerwy.

Przez pub przetoczyły się siarczyste przekleństwa. Spojrzałem na ekran i zobaczyłem sędziego sięgającego do kieszeni na piersi.

Dziewczę zareagowało tak, jak się spodziewałem:

– Misiaczku, a co on robi?
– Kartka będzie. Żółta.
– Ale dlaczego on naszemu ją pokazuje?
– Faulował, bynajmniej – wyjaśnił karnie Misiaczek. – To było nieprzepisowe, więc dostał kartkę. Jak dostanie drugą, wylatuje z boiska. Dwie żółte to tyle, co jedna czerwona. A po takiej wypada się z gry.
– A zielona? Co będzie, jak pokaże zieloną?
– Jak to zieloną?
– No, Misiaczku – powiedziała, jakby rozmawiała z niedorozwiniętym umysłowo – przecież jest czerwone, żółte i zielone, prawda?

Bartek schował notes do kieszeni, dopił duszkiem pół kufla piwa i rzucił, nie dbając już o to, czy ktoś go usłyszy, czy nie:

– Idziemy. Mam dość. Do początku drugiej połowy będziemy na kanapie z tą pizzą w ręce.
– Ale ręką nie wolno – odparłem. Gdyby wzrok mógł zabijać, Bartek siedziałby już w areszcie i czekał na proces.

Upiłem jeszcze łyk i powlokłem się za nim.

– Miałem nadzieję, że zapyta o off side – burknąłem, gdy go dogoniłem.
– Nadzieję? Ty to masz dziwne marzenia.
– Może dziwne, ale za to realistyczne.

Miałem dodać coś jeszcze, ale wtedy z pubu doszedł nas kolejny pomruk niezadowolenia. Tylko dziewczyna krzyknęła coś wysokim tonem, jakby znowu się cieszyła.

Rzuciłem okiem za siebie i zobaczyłem, że kilka osób próbowało wdać się w dyskusję z Misiaczkiem. Podejrzewam, że chcieli zasugerować mu, by jednak udał się ze swoją dziewczyną oglądać serial.

Nie wiem czy zapytała o off side, ale myślę, że tak.

Nie wiem czy usłyszała odpowiedź, ale nawet jeśli tak się stało, wątpię by ją zrozumiała.

Nie wiem czy ten związek przetrwał do końca drugiej połowy. Gdybym miał obstawiać, powiedziałbym, że tak, bo Misiaczek wyglądał na bardzo cierpliwego. Pewnie za te wszystkie odpowiedzi czeka go w domu nagroda. Tego mu życzę, bynajmniej.

Reblog: Kate Bush und die Sturmhöhen

Der Debütsong von Kate Bush, „Wuthering Heights“ feierte bereits im Januar sein 40-jähriges Jubiläum. Fans auf der ganzen Welt wollten die Sängerin aber besonders feiern und organisierten am 14. Juli 2018 den „Most Wuthering Heights Day Ever“. In mehreren Städten auf der ganzen Welt trafen sich die Anhänger und tanzten in roten Kleidern das bekannte Video zu „Wuthering Heights“ nach.

Hier ein Foto von meinem Sohn, Jacek Slaski, gemacht in Sydney, Austalien (geklaut). Darunter ein Videobericht aus Berlin. Und danach ein Reblog über die Geschichte und Bedeutung des Lieds…

Christine Dongowski in der Reihe Pop-Anthologie

4.08.2018

Niemand, der „Wuthering Heights“ von Kate Bush einmal gehört und ihr Tanzvideo gesehen hat, wird das Lied je wieder vergessen. Inspirationsquelle war der gleichnamige Roman von Emily Brontë, die in dieser Woche 200 Jahre alt geworden wäre.

© dpaKate Bush, 1978

Überirdisches Klaviergeklimper, sphärische Klänge einer Harfe – dann diese hohe Mädchenstimme, die singt: „Out on the wild and wily moors …“ Und dann der Refrain. Dieses insistierende, sich wiederholende:

Heathcliff, it’s me, I’m Cathy
I’ve come home, I’m so cold
Let me in through your window.

Niemand, der „Wuthering Heights“ von Kate Bush einmal gehört hat, wird das Lied je wieder vergessen. Selbst wenn man den Roman „Wuthering Heights“ von Emily Brontë nie gelesen oder eine der zahlreichen Verfilmungen und TV-Serien gesehen hat, – man weiß einfach, dass man Zeuge einer Geistererscheinung ist, dass man einem Geist zuhört. Einer verlorenen Seele, die den angeredeten Heathcliff auf die andere Seite, in ihr Reich zu ziehen versucht, und vielleicht auch das Publikum gleich mit.

Kate Bush war 19, als sie mit „Wuthering Heights“ ihren ersten Hit hatte: Die Single erschien am 20. Januar 1978 als erste Auskoppelung ihres Debütalbums „The Kick Inside“. Bush hatte gegen den Rat ihrer Plattenfirma EMI und ihrer Mentoren in der englischen Prog-Rock-Szene wie David Gilmour von Pink Floyd auf „Wuthering Heights“ als ihrer ersten Single überhaupt bestanden. Anfang März stand der Song nach einem zügigen Aufstieg in den UK-Charts auf Platz Eins und blieb dort vier Wochen lang. Kate Bush war die erste Musikerin, die das mit einem selbst komponierten und getexteten Lied schaffte. Die Single und das ganze Album waren weltweit sehr erfolgreich, es gab zahlreiche Top-Ten-Plätze. In den Vereinigten Staaten schaffte „Wuthering Heights“ nur Platz 85 der Charts, obwohl für den Markt sogar ein eigenes Musikvideo aufgenommen wurde.

Heute hat dieses Video selbst Kultstatus: Kate Bush vollführt hier, in ein knallrotes Kleid gehüllt, rote Nelken im langen Haar, eine Tanz-Performance, die klassische Ballet-Figuren, expressionistische Tanz-Formen und Pantomime verbindet. Und das alles in einer diffus an die Yorkshire Moors erinnernden Landschaft, in der Emily Brontës „Wuthering Heights“ spielt (auf Deutsch meist als „Sturmhöhe“ übersetzt). Zum Schluss verschwindet die Gestalt Bushs langsam in dieser Landschaft, wie eine Geistererscheinung oder eine der Feen, die in den Höhlen der Pennington Cracks hausen sollen. Eine Sequenz, die man genauso in den englischen Folk-Horror-Filmen der Sechziger und Siebziger finden kann, zum Beispiel im legendären „Wicker Man“ von Anthony Shaffer und Robin Hardy. In diesem Folk-Horror-Kultfilm spielt auch jener Mann mit, von dem Bush ihr Bewegungsrepertoire gelernt hatte: Lindsay Kemp. Kemp, 1938 geboren, wurde in den Sechzigern berühmt für seinen experimentellen, expressiven Tanz- und Pantomime-Stil. Er war Teil der queeren Londoner Theater- und Performing-Arts-Kultur und hatte maßgeblichen Einfluss auf David Bowies Bühnen-Persona Ziggy Stardust. Bush war seit 1976 seine Schülerin, der Song „Moving“ auf „The Kick Inside“ ist Kemp gewidmet.

Was vor 1975 musikalisch und performativ noch avantgardistisch war, umwehte 1978 allerdings bereits der Flor des Altmodischen: Kate Bushs Debüt-Album und ihre erste Single trafen bei der Pop-Kritik auf keine besondere Begeisterung. Während heute „The Kick Inside“ als eines der bahnbrechenden Alben in der Entwicklung hin zu experimentellen Formen des Pop und des Art-Pop von Björk, St. Vincent, Tori Amos und den Post-New-Wave-Bands der späteren Achtziger wie Suede gilt, war die Platte zum Zeitpunkt der Veröffentlichung sehr deutlich „Old Wave“. Angesagt waren der Minimalismus, die Lakonie und die konzeptuelle vokale Wurstigkeit und Aggression von Post-Punk und New Wave. Zusammen mit Kate Bush debütierte beispielsweise Debbie Harrys Band Blondie in Großbritannien. Ihr Hit „Denis“ war die Nummer Zwei hinter Bushs „Wuthering Heights“. Gegenüber Debbie Harry oder den Frauen des britischen Punk wie Poly Styrene und Viv Albertine wirkte Bushs künstlerische Persona antiquiert, fast schon reaktionär. Ihre hoch emotionalen, aufwendig produzierten Songs sah man in einer Linie mit Art- und Prog-Rock-Figuren wie Gilmour und Peter Gabriel. Kate Bush war 1978 alles, nur nicht cool. Dem Publikum, vor allem aber Bush selbst, war das aber gleichgültig.

In fünf Stunden niedergeschrieben

Bushs „The Kick Inside“ kann man auch als eine Art programmatisches Album verstehen. Sie stellt sich, am deutlichsten mit „Wuthering Heights“ und den dazu gehörigen Videos, in eine konkrete britische Tradition, in der Populär-Kultur und Folklore integrale Elemente der Hochkultur sind, die von der Wiederentdeckung oder besser Neuentdeckung druidischer und anderer vor-christlicher Kulte in lokalen Traditionen durch gelehrte Pfarrer und Landedelleute im 18. und 19. Jahrhundert über die esoterischen Lehren, die von William Blake bis William Butler Yeats ein Fundament englischer Poetiken waren, bis zum eher praktisch-ästhetischem Revival regionaler handwerklicher und mythologischer Traditionen in der Arts-and-Crafts-Bewegung reicht.

Dieses Verspätetsein gegenüber den ästhetischen Trends der kulturellen Zentren verbindet Kate Bush dabei mit Emily Brontë, von deren Roman „Wuthering Heights“ sie sich inspirieren ließ. Dieser, 1847 veröffentlicht, recycelt Formen der Gothic Novel und des empfindsamen Romans, die zum Zeitpunkt der Veröffentlichung komplett aus der Mode waren. Dazu kommen die Faszination für Rollenprosa und das (Versteck-)Spielen mit unterschiedlichen ästhetischen Personae. Zu allem Überfluss teilen sich beide Künstlerinnen auch noch einen Geburtstag: Am 30. Juli jährte sich der von Brontë zum 200. Mal, Kate Bush wurde 60. „Wuthering Heights“ war Brontës erster und einziger Roman, sie starb wenige Monate nach seiner Veröffentlichung, erst 30 Jahre alt.

© dpa Emily Brontë (1818 bis 1848) |

Angeregt zu ihrem Song wurde Bush aber ursprünglich nicht durch die Lektüre des Romans, sondern durch eine der zahllosen BBC-Serien, vermutlich die von 1967. Erst danach begann sie den Roman zu lesen; den Text zu ihrem „Wuthering Heights“ schrieb sie dann angeblich in fünf Stunden – in der Nacht vom 5. März 1977, so die Künstlerinnenlegende. Sie hat dafür ganze Zeilen aus dem Romn übernommen, vor allem für den Refrain. Jede „Wuthering Heights“-Leserin erkennt die Stimme wieder, die Lockwood, einer der Erzähler der Geschichte von Heathcliff und Cathy, in seiner ersten (und einzigen) Nacht im Gutshof Wuthering Heights hört:
„‘Let me in—let me in!’ ‘Who are you?’ I asked, struggling, meanwhile, to disengage myself. ‘Catherine Linton,’ it replied, shiveringly (why did I think of Linton? I had read Earnshaw twenty times for Linton) ‘I’m come home: I’d lost my way on the moor!’“

Es handelt sich bei Bushs „Wuthering Heights“-Version aber keineswegs um eine Art empathische Kurzfassung des Romans, auch wenn das die Bush-Philologie suggeriert, die noch für jede Zeile des Songs eine Korrespondenz im Roman gesucht – und gefunden hat. Bush schreibt keine SparksNotes mit Musik. Bush erfindet ihre Szene, ihren Cathy-Monolog, neu und leiht der Figur ihre eigene Stimme. Man kann das als die Reaktion einer jungen Frau auf eine der großen dunklen Liebes-Passionsgeschichten der europäischen Tradition lesen – und das so abwertend meinen wie viele Musikkritiker, die lange auf Kate Bushs Beliebtheit vor allem bei jungen weiblichen Fans herumritten: Spät-Pubertät, Fan-Fiction, identifikatorisches Lesen, Mädchen-Musik.

Offensive Formulierung destruktiven weiblichen Begehrens

Oder man macht sich klar, dass Pop-Musik genau das ist: ein Identifikationsangebot für junge Menschen, die noch nicht wissen, wer sie sind. Ein Rollenspiel – für die Performerin und die Fans. Ein Testlauf für Gefühle. Und eine Möglichkeit, Gefühlen eine Gestalt zu geben, die in ihrer Intensität für Mädchen und junge Frauen im „echten“ Leben so nicht vorgesehen sind.

Kate Bushs Cathy ist so jemand: Eine junge Frau, eigentlich noch ein Teenager, die sich nicht in die Rolle der auf ihren Prince Charming wartenden Märchenfrau fügt, genauso wenig wie in die einer Unschuld vom Lande, die sich von der Faszination durch den dämonisch-leidenschaftlichen Liebhaber à la Fifty Shades of Grey überwältigen lässt. Auch wenn Formulierungen wie diese eine solche Lesart nahelegen:

„Ooh, it gets dark, it gets lonely
On the other side from you
I pine a lot, I find the lot
Falls through without you
I’m coming back, love
Cruel Heathcliff, my one dream
My only master“

Aber wer hier Meister, wer Gemeisterte/r ist, lässt sich schon am Anfang des Liedes nicht unterscheiden. Cathy singt: „You had a temper like my jealousy /Too hot, too greedy“ – alle Unterscheidungen verschwimmen in der Intensität der Gefühle, die Heathcliff und Cathy empfinden, vielleicht füreinander, vielleicht ist der andere aber auch die Gestalt des eigenen Selbst-Gefühls. So wie es Brontës Cathy in ihrem berühmten Monolog formuliert: „my great thought in living is himself. If all else perished, and he remained, I should still continue to be; and if all else remained, and he were annihilated, the universe would turn to a mighty stranger: I should not seem a part of it. (….) I am Heathcliff! He’s always, always in my mind: not as a pleasure, any more than I am always a pleasure to myself, but as my own being.“

Bushs Cathy wartet nicht brav im Jenseits auf die verlorene Liebe ihres Lebens. Ihr Wille, sich den anderen anzueignen, ihn zu besitzen, ist so stark, dass sie aus dem Grab, dem Himmel, dem Jenseits zurückkommt, nach Hause, um ihn zu sich zu holen.

Ooh, let me have it
Let me grab your soul away
You know it’s me, Cathy

Eine selbstbewusste, offensive Formulierung destruktiven weiblichen Begehrens, das man auch 1978 noch, trotz sexueller Revolution, nicht von einer Neunzehnjährigen im Manic-Pixie-Dreamgirl-Look erwartete. Genauso wenig wie die Gewalt-,Wut- und anderen Gefühlsexzesse, mit denen 130 Jahre vorher die dreißig Jahre alte Pfarrerstochter Emily Brontë in ihrem Roman ihre viktorianische Leserschaft und sogar ihre Schwester Charlotte schockierte.

Mädchen-Musik eben.

***

Kate Bush: „Wuthering Heights“

Out on the wiley, windy moors
We’d roll and fall in green
You had a temper like my jealousy
Too hot, too greedy
How could you leave me
When I needed to possess you?
I hated you, I loved you, too

Bad dreams in the night
They told me I was going to lose the fight
Leave behind my wuthering, wuthering
Wuthering Heights

Heathcliff, it’s me, I’m Cathy
I’ve come home, I’m so cold
Let me in through your window
Heathcliff, it’s me, I’m Cathy
I’ve come home, I’m so cold
Let me in through your window

Ooh, it gets dark, it gets lonely
On the other side from you
I pine a lot, I find the lot
Falls through without you
I’m coming back, love
Cruel Heathcliff, my one dream
My only master

Too long I roam in the night
I’m coming back to his side, to put it right
I’m coming home to wuthering, wuthering
Wuthering Heights
Heathcliff, it’s me, I’m Cathy
I’ve come home, I’m so cold
Let me in through your window

Heathcliff, it’s me, I’m Cathy
I’ve come home, I’m so cold
Let me in through your window

Ooh, let me have it
Let me grab your soul away
Ooh, let me have it
Let me grab your soul away

You know it’s me, Cathy
Heathcliff, it’s me, I’m Cathy
I’ve come home, I’m so cold
Let me in through your window

Heathcliff, it’s me, I’m Cathy
I’ve come home, I’m so cold
Let me in through your window
Heathcliff, it’s me, I’m Cathy
I’ve come home, I’m so cold

Dwie rocznice

Ewa Maria Slaska

Zawsze te same dwie rocznice, Mama i Lorca, Lorca i Mama…

Irena Kuran-Bogucka
urodziła się 5 maja 1925 roku w Warszawie, zmarła 21 sierpnia 1995 roku w Kartuzach, w wyniku wypadku samochodowego.

Wikipedia podaje krótko: polska graficzka, tłumaczka poezji.

I tak rzeczywiście było. Najpierw była graficzką, potem tłumaczką. W międzyczasie było jak to w życiu, życie, miłość, śmierć, to mija, ale to, że tworzyła, że była, jak mówili przyjaciele, artystą, nie mija…

Z Federikiem Garcíą Lorką łączył ją związek, o którym my, rodzina, myśleliśmy, że jest silniejszy niż jej związek z nami. Może był jej dajmonionem, może ona była jego duchową siostrą – skąd my możemy to wiedzieć. Storzyła dwa czarno-białe cykle grafik do jego poezji, godzinami słuchała Paco Ibaneza, który śpiewał jego poezję, aż uznała, że polskie tłumaczenia Lorki nie dadzą się tak zaśpiewać. I wtedy nauczyła się hiszpańskiego – po to, by móc tłumaczyć jego wiersze. Nauczyła się, przetłumaczyła, wydała kilka książek z jego poezją…

Cóż więc dziwnego, że odeszła w rocznicę jego śmierci. W dokumentach jest data o dwa dni późniejsza, to te dni, które współczesna medycyna wyrwała śmierci, dni, kiedy leżała na oddziale intensywnej terapii, podtrzymywana przy życiu maszynami do podtrzymywania życia. Nic te maszyny nie pomogły, była silniejsza, odeszła do swego duchowego brata wtedy, kiedy i jego zmuszono do odejścia…

Irena Kuran-Bogucka, Mężatka niewierna, Federika Garcíi Lorki

Umarli w tym samym czasie i opłakujemy ich razem.

Irena Kuran-Bogucka, Płaczki (Ballada o hiszpańskiej żandarmerii) Federika Garcíi Lorki

Federico García Lorca, urodził się 5 czerwca 1898 roku w Fuente Vaqueros w prowincji Granada, zginął zamordowany przez frankistów 19 sierpnia 1936 w Viznar koło Granady. Hiszpański poeta i autor sztuk teatralnych. Krótko, reszta to tylko rozpisanie na lata poezji i teatru… W polskiej Wikipedii nie ma strony o nim, czy to możliwe. Odsyłam więc czytelnika na razie do Wikipedii angielskiej, ale myślę, że będę musiała to nadrobić. Gdyby Mama żyła w czasach Wikipedii, to ona by to zrobiła, ale Mamy już nie ma, są dwie rocznice…

W tym roku te sierpniowe dni zostały wzmocnione, bo właśnie niedawno w wytwórni płytowej Soliton w Sopocie ukazała się płyta Jarosława Chojnackiego, Horyzont zdarzeń. Poezja śpiewana, ta polska specjalność, której nie ma w żadnym innym języku, bo nie ma jej w żadnej innej kulturze, nawet u Rosjan jest inna.  17 utworów. Krzysztof Karasek, Adam Asnyk, Grażyna Małkowska, on sam – Jarosław Chojnacki, Krzysztof Cezary Buszman, Jerzy Andrzej Masłowski, Wojciech Fułek, Marek Samselski, Dzidka Muzolf, Marek Grala, Wojciech Kass, Aleksander Szaganow. I on, Federiko García Lorca, w tłumaczeniu Ireny Kuran-Boguckiej. Pieśń jesienna.

Nieśmiertelni są tylko bogowie, śpiewa Chojnacki słowami Wojciecha Fułka w piosence Pociągi we mgle. Tak, bogowie są nieśmiertelni, a oni oboje nie byli bogami – byli duchami, których hiszpanie określają słowem dajmonion.

Dziękuję Jarosławowi Chojnackiemu, że pozwolił mi w tym roku lepiej przetrwać ten sierpniowy tydzień…

Piękna płyta, moi drodzy, poszukajcie, kupcie, posłuchajcie…