Trochę zimy latem

Janina Kowalska

Wiatr

Jest koniec lutego. Siedzę sobie w ciepłym pokoju u córki we Florencji i patrzę na skutki wzmagającego się wiatru. Nawet pada trochę śniegu. Miasto jest wciśnięte między góry i ten śnieg pada prawdopodobnie tam, a tu jest go tyle, ile go wiatr przywieje. Po drugiej stronie ulicy w ogródku rośnie młody cyprys, jest na wysokości metra podparty drewnianym płotkiem, ale wiatr i tak miota nim na wszystkie strony.

Przypomniał mi ten wiatr dzień sprzed lat, który…

Za oknem mojego pokoju w Poradni Zdrowia Psychicznego, gdzie pracowałam jako asystent społeczny1, wisiały dwie biało-czerwone flagi. Był 17 stycznia 1955 roku, rocznica „oswobodzenia“ Warszawy przez Armię Radziecką. Nie o politykę mi to jednak chodzi, a opiszę ten dzień z punktu widzenia kobiety-matki.

Rozmawiałam właśnie z rodziną pacjenta, gdy do drzwi zastukała sekretarka i powiedziała, że jest do mnie telefon. Bardzo zdziwiona pobiegłam do sekretariatu. Dzwoniła moja mama, która u siebie w pracy miała na biurku radio. Powiedziała, że właśnie usłyszała komunikat o nadchodzącym nad Warszawę bardzo silnym wietrze. Wróciłam do rozmowy z bliskimi pacjenta. Zauważyłam, że flagi za oknem już nie zwisają spokojnie i szarpie nimi wiatr. Widać było, że się wzmaga. Zakończyłam rozmowę i poszłam poprosić szefa o zwolnienie z dalszych godzin pracy. Miałam dwie małe córeczki, starsza, trzyletnia Małgosia była w przedszkolu blisko domu, półtoraroczna Maria w żłobku, około 5 kilometrów od mojego miejsca pracy. Zastanowiłam się przez chwilę, co mam robić i co się stanie, gdy wiatr osiągnie większą szybkość, temperatura spadnie i zmrozi wczorajszą odwilż?

Szef pozwolił mi wyjść z pracy.

Nie mogłam liczyć na pomoc męża, który pracował w szpitalu i jednocześnie kończył studia medyczne. Był tak zajęty, że nawet nie wiedziałabym, dokąd mam dzwonić, żeby się z nim porozumieć. Zatelefonowałam więc jeszcze z Poradni do Ojca, który sam był odpowiedzialny za swoją pracę redakcyjną i nie obowiązywała go, modna wówczas, dyscypilna pracy.2

Umówiłam się z Ojcem, że przyjedzie do domu i będzie na mnie czekał. Wiatr szarpał flagami coraz mocniej, wczorajsze kałuże ścinał mróz, a ja pobiegłam na postój taksówek. Widziałam, jak odjeżdżały, ale udało mi się złapać ostatnią, jaka tam stała. Pojechaliśmy prosto do żłobka, trochę to trwało, bo zrobiła się potężna ślizgawica. Podjechaliśmy jak najbliżej wejścia, ale miałam jeszcze do przejścia około 50 metrów wzdłuż siatkowego płotu. Było bardzo ślisko, nogi mi się rozjeżdżały, łapałam się siatki, a z tyłu naciskał na mnie potężny wiatr. Odebrałam Marysię, nie tłumacząc , dlaczego ją zabieram wcześniej, bo nie chciałam siać paniki. Opatuliłam małą, jak mogłam, zakryłam jej buzię szalikiem. Trzymając dziecko w ramionach doszłam do ścieżki przy płocie. Uderzył we mnie potężny wiatr. Teraz wiał mi w twarz i był tak silny, że szarpał mnie razem z dzieckiem, omal mnie nie przewrócił. Uczepiłam się jedną ręką siatki i pociągając się za nią, usiłowałam iść. Moje zmagania zauważył czekający na mnie taksówkarz. Wyskoczył z auta, przybiegł na pomoc, objął mnie w pół i pchał do przodu, a ja jechałam na butach jak na łyżwach, kurczowo trzymając przerażone dziecko. Tak dotarliśmy do samochodu. Kazałam jechać do domu, a nie, jak to sobie przedtem umyśliłam, do przedszkola. Liczyłam, że Ojciec już jest. Zapłaciłam za ten kurs, jak to się mówi, oczy z głowy, ale też bardzo podziękowałam taksówkarzowi za pomoc.

Ojciec już był w mieszkaniu i usiłował napalić w piecyku, ale wiatr wydmuchiwał ogień na tacę leżącą przed piecykiem. W pokoju było przeraźliwie zimno. Ogrzanie go zawsze było skomplikowane, bo piecyk był podczepiony do drzwiczek dużego pieca, który w środku był całkiem zrujnowany, ale miał drożny kanał do wylotu komina. Położyłam ubrane dziecko na tapczanie i razem z Ojcem wzięłam się za rozpalanie. Trzymałam drzwiczki od piecyka, żeby ogień nie wylatywał, a piec „złapał ciąg“. Po kilku minutach udało się. Zostawiłam małą z Dziadkiem. a sama pobiegłam do przedszkola po Małgosię. Ubrałam ją i wzięłam na ręce, mocno ją do siebie przytulając. Kiedy wyszłam na ulicę, dziecko się przestraszyło i rozpłakało. Rozpięłam palto i przycisnęłam ją do siebie, całkowicie ją odgradzając od potwornego wiatru, i tak ruszyłam biegiem do domu. Małgosia przytulona do mnie, uspokoiła się. Biegłam tak z dziesięć minut, wiatr między domami nie był tak agresywny, a może ja się przyzwyczaiłam. W domu było ciepło i Marysia, już już bez płaszczyka, siedziała zadowolona na tapczanie. Ja padłam bez tchu. Ojciec zrobił herbatę i to mi wróciło siły. Najważniejsze, że dzieci były w domu.

Wiatr szalał i wzmagał się. Przed wieczorem mój mąż i mama też wrócili do domu. Mąż autobusem dojechał do Placu Uniii Lubelskiej i tam musiał się przesiąść do tramwaju. Na placu nawet w spokojne dni było wietrznie, a teraz, bez podpórki, nie można było ustać na nogach. Mąż na przystanku tramwajowym, w berecie naciągniętym na czoło i uszy, z podniesionym kołnierzem, stał trzymając się słupa latarni, ale do tramwaju miał do przebycia kilka kroków. Dwa razy nie udało mu się pokonać tej odległości, ale za trzecim zgiął się w pół i dobrnął do wejścia. Mama w pracy robiła bilans roczny i miała wracać do domu też dopiero wieczorem. Na szczęście trafiła na moment, gdy wiatr osłabł, dotarła do tramwaju i bez przeszkód do domu.

Wicher zrobił dużo szkód w Warszawie, wciąż jeszcze nie odbudowanej. W spalonych domach przewracały się ściany i leciały cegły. Było kilka osób rannych.


1/ Na początku lat pięćdziesiątych przyjechała do Warszawy Jekaterina Furcewa, minister oświaty Związku Radzieckiego, i wygłosiła na Uniwersytecie Warszawskim wykład „O szkodliwości stosowania badań psychologicznych“. Zamknięto wtedy wydziały psychologii, a psychologów przemianowano na asystentów społecznych. Zakazano, pod karą zwolnienia z pracy, stosowania testów. W Poradni Zdrowia Psychicznego jedna ze starszych psychologów, w wyjątkowo trudnym do diagnozy przypadku, zastosowała test osobowości. Nie wiadomo, jak ta wiadomość dotarła do dyrekcji i wywołała panikę; panią chciano zwolnić z pracy, a była tuż przed emeryturą. Z trudem udało się ją obronić.

2/ Dyscyplina pracy polegała wtedy na tym, że trzeba było przychodzić do pracy super punktualnie, a po przyjściu można już było nic nie robić.

Barataria 76 Babcia i wnuczka

Pamiętamy, Mietek Węglewicz odkrył, że słowo Barataria jako zaklęcie zostało użyte w zwariowanej sztuczce Gałczyńskiego, babcia i wnuczek, i że to od tego to zaklęcia wzięła się nazwa kawiarni Barataria w Warszawie na ulicdy Wilczej, o której wprawdzie w internecie nic nie można znaleźć, a przecież i tak już kilkakrotnie pojawiała się w tych wpisach (TU i TU, i oczywiście, siłą rzeczy, TU). Dawno temu odezwała się pani Zofia Klaybor, która jako studentka chodziła do Baratarii na kawę i spotykała tam Szymona Kobylińskiego (mieszkał ponoć niedaleko). Jednakże poproszona o obszerniejszy komentarz pani Zofia, nie odezwała się już więcej.

Jednak to jej zawdzięczam linka do ślicznego wspomnienia profesora Andrzeja Warchałowskiego z Uniwersytetu we Wrocławiu o  profesorze Macieju Mroczkowskim (1927-2007), entomologu i… psiarzu.

Przez następne sześćdziesiąt lat widywaliśmy się wielokrotnie w czasie moich wyjazdów do Warszawy, najpierw służbowych, a później związanych z moimi funkcjami w redakcjach, radach naukowych i Komitecie Zoologii PAN. Parę razy gościł także u mnie we Wrocławiu wraz ze swymi pieskami, gdy przyjeżdżał na wystawy psów rasowych. Maciek, bo tak Go koledzy w rozmowach nazywali, przez te wszystkie lata prawie zupełnie się nie zmieniał. Zaszyty w swoim gabinecie, zatopiony w stosach literatury, witał gości z wesołym wyrazem twarzy, zawsze mając dla nich jakąś zabawną anegdotę lub plotkę, bardzo bowiem lubił żarty i psoty. Na przykład: przy
ulicy Wilczej, naprzeciwko Instytutu, przez wiele lat znajdowała się cukierenka czy też barek o nazwie „Barataria”. Pracownicy Instytutu, a także i Maciek, zachodzili tam na drugie śniadanie lub na filiżankę kawy. Zachodził tam także znany rysownik i
grafik, Szymon Kobyliński ze swymi dwoma psami, zawsze tymi samymi, okropnie brzydkimi kundlami. Za każdym razem gdy wszedł i zajął miesce przy stoliku, to Maciek, jeśli akurat tam był, bardzo głośnym i przenikliwym szeptem odzywał się
do swoich towarzyszy: „O, patrzcie, pan Szymon przyprowadził nowe psy. Te, coście widzieli w zeszłym tygodniu, już zjadł”. Kobyliński znał się na żartach, więc tylko groził mu palcem.

Kobyliński rzeczywiście – psiarz nad psiarze, zresztą napisał nawet książkę – Zbrojny pies i zestaw plotek. No, a poza tym jest autorem komiksu pod tytułem… Przygody pancernych i psa Szarika (1970-1971)…

Cóż, literatura jest tylko naśladowczynią rzeczywistości, i Gałczyński powraca tu nam co i raz, to tu (powyżej), to tam czyli poniżej. Jak na dzisiejsze czasy przystało, w opowieści Kamili nie pojawia się wnuczek tylko wnuczka. A i babcia (też ma zresztą na imię Zofia) nie jest groteskowa czyli z groteski poetycko-krytyczno-społecznej, lecz jak najprawdziwsza i przez wnuczkę Kamilę nader kochana. A zatem, jak to w baratarystyce, wszystko odwracamy do góry nogami i oddajemy głos Kamili. Kamila napisała przed kilku dniami komentarz do wpisu numer 6 i tak to się zaczęło.

Kamila

Witam! Niezmiernie cieszę się, że ów wątek o tej kawiarni znalazłam 🙂 Moja Babcia pracowała w kawiarni Barataria na ul. Wilczej przez ok. 20 lat, począwszy od roku 1963. Opowiadała mi wiele ciekawostek, różnych sytuacji ze swojej pracy. Z opowiadań wynika, że był to w sumie najszczęśliwszy okres w jej życiu, bo pracę swą uwielbiała. Nazwa „Barataria” wzięła się z Don Kichota – od nieistniejącej/wymyślonej wyspy, której wielkorządcą miał być Sancho Pansa. Tak mówi Babcia. Kawiarnia co najmniej trzy razy zmieniała właścicieli, lecz wygląd i nazwa pozostawała. O cytatach z Gałczyńskiego Babcia również opowiadała, tak jak i wiszącym tułowiu kobiety-manekina ze szczotą zamiast głowy. Najbardziej spodobał mi się tekst podobno umieszczony przed ladą, który babcia zawsze z uśmiechem na ustach przywołuje: „Samoobsługa nie dotyczy królów, mężów stanu i poetów” 🙂
Babcia wiele razy opowiada o studentach z Politechniki, którzy w kawiarni byli stałymi bywalcami. Może ktoś tutaj pamięta moją Babcię Zosię, która przez te 20 lat parzyła kawę, nalewała koniaczek, podawała eklerkę? 🙂 Pozdrawiam. Kamila

Natychmiast napisałam do Kamili

Pani Kamilo, ten Pani komentarz byłby świetny jako osobny wpis. Czy Pani by się zgodziła wystąpić jako autorka? Chciałaby Pani sama taki wpis przygotowac? albo może zechciałaby Pani odpowiedzieć na kilka pytań uściślających a zarazem rozszerzających temat? Pytania dotyczyły by Babci i tego co ją łączyło z Baratarią i czy może zachowały się jakieś zdjęcia z tamtego czasu?
Bardzo serdecznie pozdrawiam
Ewa

Kamila natychmiast odpisała…

Bardzo, bardzo mi miło, dziękuję za odpowiedź! Jeżeli chciałaby Pani przygotować listę pytań… Babcia na pewno z chęcią na wszystkie odpowie – o ile pamięć jej nie zawiedzie i będzie miała na nie odpowiedź (w tym roku skończyła 83 lata). Wszystko mogę spisać i przesłać Pani.
Poszperam też w domowych pudłach ze zdjęciami, lecz z tego co kojarzę zachowało się praktycznie jedno jedyne zdjęcie Babci w kawiarni przy dużym ekspresie podczas parzenia kawy.
Jeśli chce Pani opublikować wpis, to ja oczywiście wyrażam na to zgodę – Babcia myślę, że też nie będzie miała nic przeciwko, a wręcz przeciwnie (zawsze kiedy pojawia się temat kawiarni staje się niezmiernie ożywiona i gotowa opowiadać, każdemu kto tylko chce słuchać).Mogłabym pokusić się o przygotowanie takiego wpisu, ale nie wiem też jakie oczekiwania wobec niego miałaby Pani. Tak sobie myślę, że jeśli Babcia odpowiedziałaby na większość pytań to byłby to może fajny wywiad. W takim wpisie więcej byłoby wtedy Jej.

Ps. Strasznie się cieszę, że Pani do mnie napisała!

Pozdrawiam,
Kamila

No to czekamy… na zdjęcie Babci Zosi przy ekspresie do kawy i na odpowiedzi na pytania:

Kiedy Babcia zaczęła pracować w “Baratarii”? Ile miała lat? Jaki był jej stan rodzinny?
Kto był wtedy właścicielem? Czy dobrze go znała?
Czy wie, kto nazwał kawiarnię “Baratarią”? Czy ten ktoś to opowiadał, czy było to zapisane, czy ktoś jej o tym powiedział?
Czy słyszała przedtem o Baratarii? A jeśli tak, to której? Tej Sancho Pansy czy tej pirata Laffitte? A może o Gałczyńskim?
Podobno lata pracy w “Baratarii” wspomina jako bardzo szczęśliwe. Dlaczego? Z uwagi na życie osobiste? Czy z uwagi na pracę w kawiarni? Czy jedno i drugie? A może praca i życie się splątały w jakiś szczególny sposób?
W jakich godzinach kawiarnia była czynna? W jakich ona pracowała? Czy stale w tym samym czasie, czy na zmiany?
Czy może opisać wygląd kawiarni? Bar? Stoliki? Okna? Obrazy?
Czy wie, kto urządził kawiarnię? Czy ludzie lubili wnętrze kawiarni?
Czy były gazety do czytania? A jeśli tak, to jakie?
Czy pamięta jak się parzyło wówczas kawę i jak się ją podawało?
Czy podawano alkohol?
Czy pamięta, co było do jedzenia? Jakie były ciastka? Kto je piekł?
Czy mogła by podać przepis na coś, co lubiła jeść, gdy była w pracy?
Czy może opowiedzieć jakieś anegdoty z czasu pracy? O ludziach? O zdarzeniach? O przedmiotach? O muzyce? O poezji?
Czy jakieś zdarzenie polityczne czy kulturalne szczególnie jej utkwiło w pamięci i w jakiś sposób wiązało się z jej pracę (np. czy szła po pracy na jakiś koncert albo nie mogła wrócić do domu, bo na ulicy były zamieszki?)
Czy wie kiedy i dlaczego “Barataria” została zamknięta?
A kiedy i dlaczego on przestała pracować w “Baratarii”?

A w ogóle niech nam po prostu opowie, co pamięta, a Kamila niech nam to zapisze
i opisze!!!

Orient powszedni XI

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Być w Augustowie i nie płynąć Kanałem Augustowskim to jak palić, ale się nie zaciągać. Takoż rzecz ma się z pobytem na Suwalszczyźnie i odwiedzinami w Suwałkach. Toteż bezpośrednio po rejsie Kanałem ruszyło Viatorostwo w kierunku Suwałk.

Wędrowiec był już tutaj trzydzieści lat temu. Z owego czasu pozostało mu wspomnienie głupawej nieco radochy, gdy w mieście ówcześnie wojewódzkim widział głównie małomiasteczkowe domki, w niczym nie licujące z powagą siedziby województwa. Tak mu się wówczas wydawało, ale to działo się dawno temu, a on był wtedy, jak napomknął, młody i głupi. Dziś już potrafi docenić niską – to fakt – ale elegancką, foremną, przemyślaną, przyjazną człowiekowi zabudowę Śródmieścia, zwłaszcza ulic Kościuszki i Chłodnej oraz placu Piłsudskiego. Fasady malowane na biało lub w barwach pastelowych: uczta dla oka. Dorósł Viator przez te trzy dekady. Dojrzał.

Wśród niewysokich, klasycystycznych kamienic niemal monumentalnie prezentuje się, również klasycystyczna, konkatedra św. Aleksandra, choć w istocie wcale nie jest taka wielka. Kwestia skali, otoczenia, myśli urbanistycznej.

Kościół jest, rzecz jasna, katolicki. Bo też taki w większości charakter mają Suwałki. Zdecydowanie dominują tu łacinnicy polskiego etnosu (tak, tak! Viator pamięta o Litwinach, ale o nich będzie później), choć drzewiej różnie z tym bywało, wszak miasto, dawny gród Jaćwingów, szczyci się zabytkowym Zespołem Cmentarzy Siedmiu Wyznań. A na nim, pośród innych, groby wspomnianych tydzień temu starowierców: do dziś Wędrowiec płoni się ze wstydu na myśl, że nie uwzględnił w planie wizyty suwalskiej molenny. Nie odwiedził także stojącej gdzieś na peryferiach cerkwi prawosławnej. Za to podziwiał wznoszący się w Śródmieściu elegancki, jak wszystko tutaj, kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, obecnie katolicki, niegdyś ortodoksyjny. Panta rhei!

Kierunek wschód. Za niedługo Wędrowcy znajdą się w jednym z najpiękniejszych i najbardziej mistycznych miejsc Suwalszczyzny. Półwysep wrzynający się w długie, rynnowe, niebywałej urody jezioro Wigry. Klasztor Kamedułów.

Czytelnik nie musi mieć takich zwichrowanych zainteresowań jak Viator, przeto i nie jest zobowiązany posiadać wiadomości na temat białych mnichów: lektura Pana Wołodyjowskiego to jednak za mało. Dlatego Pielgrzym czuje się w obowiązku przekazać garść podstawowych informacji, bez których wizyta w Wigrach nie mogłaby się udać.

Żyjący na przełomie X i XI wieku książęcy syn, Romuald z Rawenny, wstąpił do zakonu benedyktynów, aby pokutować za grzechy ojca i własne. Po kilku latach odczuł potrzebę bardziej radykalnej realizacji rad ewangelicznych, przeprowadził przeto reformę zakonu, a ściślej rzecz ujmując – stworzył nowy zakon, w którym połączyć chciał charakterystyczny dla synów świętego Benedykta monastyczny, wspólnotowy sposób życia z duchem pustelniczym. Czyli… pożenił wodę z ogniem, o czym świadczyć ma herb zakonny – dwa gołąbki pijące z jednego naczynia – symbolizujący harmonijne połączenie wspólnoty braterskiej z samotnością, monastycyzmu z eremityzmem. Ten zakon to oczywiście kameduli. Mnisi większość dnia spędzają jak pustelnicy: w samotności, w milczeniu, dzieląc czas między prywatną modlitwę kontemplacyjną i pracę fizyczną. Jedynie kilkakrotnie w ciągu dnia gromadzą się na wspólnej mszy oraz na modlitwie Liturgii Godzin (czyli, tak bardziej po ludzku, na modlitwie brewiarzowej). Poza tym, kilka razy w roku, spotykają się na braterską rekreację, aby celebrować ducha braterskiej wspólnoty. Z takiego trybu życia wynika wprost architektura klasztoru: nie jest to, jak zazwyczaj, duży jednolity budynek z wirydarzem pośrodku, tylko zespół osobnych malutkich domków – eremów. Pracują kameduli ciężko, milczą wytrwale, jedzą skromnie. Memento mori! Habity noszą białe. Stąd teren, na którym znajdowała się siedziba zakonników, nazwano często Bielanami. Tak jest w Krakowie, na Srebrnej Górze w Lasku Wolskim, gdzie bracia żyją do dziś. Tak też sprawy się mają w Warszawie (no właśnie imć Michał Wołodyjowski!), gdzie co prawda mnichów od dawna już nie ma, ale klasztor stoi. Należy do Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

W obu tych miejscach był już Viator, Wigry to trzeci kamedulski erem, ku któremu zmierza. A cóż go ku niemu ciągnie? Wszak i tutaj już od 1805 roku nie ma zakonników: pruscy zaborcy ich stąd wygnali. Mnichów nie ma, ale atmosfera pozostała. Wędrowiec uprzedzał na samym początku podróży, iż będzie to wędrówka mistyczna, na granicy światów. I taką właśnie jest. Jaka więc siła tajemna ciągnie Viatora ku eremowi? Mysterium fascinosum wymieszane z mysterium tremendum. Bo też i radykalizm oraz odmienność życia kamedulskiego budzą podziw splątany ze strachem. Choć, z eschatologicznego punktu widzenia, są całkowicie uzasadnione. Logiczne. Skoro uznaję, że życie przyszłe jest ważniejsze, prawdziwsze, cenniejsze od doczesnego, to bez żalu to drugie i jego pokusy poświęcam, aby lepiej się przygotować na nieuchronne a wyczekiwane spotkanie z Wiecznością. Memento mori. Z takim podejściem niekoniecznie się trzeba zgadzać, ale niewątpliwe budzi ono szacunek: o ile Błażej Pascal ze swoim zakładem jawi się jako mały, silnie interesowny i merkantylny kupczyk, o tyle kameduli to hazardziści z wielkim rozmachem: kładą na szalę wszystko, ryzykują ogromnie, żadnych półśrodków. Bo już nawet nie chodzi o to, że ciężko jest trwać na wysuniętej modlitewnej placówce przed obliczem Najwyższego, ale o to, że pozostaje się na niej sam na sam… ze sobą samym. A to wyjątkowo uciążliwe towarzystwo, każdy z nas ucieka od niego w pracę, życie towarzyskie, ekran smartfona. Trzeba odwagi na takie spotkanie. Szacunek. Szacunek tym bardziej, że kameduła robi to, co robi, na własny jedynie rachunek, nikogo do niczego nie zmusza: wszelka aktywność zewnętrzna, także misjonarska i duszpasterska, jest w tym zakonie surowo zakazana. I taką postawę Viator, choć jej nie podziela, to jednak darzy głęboką estymą. Zwłaszcza, że żyje w świecie, w którym ciągle ktoś chce go zbawiać na siłę, podając do wierzenia i do realizacji różne mądrości. Ciągle ktoś wie lepie, co jest wartościowe i godne ofiary z życia, najchętniej cudzego. Szczególnie tak jakoś od trzech lat próbują go na siłę uszczęśliwiać. Marny trud, przyjaciele.

Wigierski klasztor nie dość, że malowniczo na półwyspie i na wzgórzu położony, jest też świetnie zachowany.

A wśród innych kamedulskich siedzib wyróżnia się niezwykłą, dwupoziomową konstrukcją: dwa tarasy eremów.

Kameduli, surowi za życia, pozostają takimi po śmierci. Gdy zakonnik umiera, bracia kładą jego ciało na prostą deskę, wsuwają do wnęki w podziemiach kościoła, zamurowują otwór i… tyle. Czeka tam sobie duchowy hazardzista na Sąd Ostateczny. Takie katakumby widział już kiedyś Viator w krakowskim eremie, dziś ogląda je w Wigrach. O przeznaczeniu krypty świadczy jedyny zachowany na jej ścianach fresk: dance macabre, taniec śmierci. Kostucha pląsa z mnichem.

Są też dwa przeszklone otwory, można w nich obejrzeć to, co pozostało z cielesnej powłoki świątobliwych braci; to ślad po próbie plądrowania katakumb, jaką podjęli żołnierze kajzera, okupujący Suwalszczyznę podczas I Wojny Światowej. Obejrzeć można, ale zdjęć robić nie wypada: uszanujmy majestat śmierci.

Aż dziw bierze, iż tacy mocarze metafizyczni jak kameduli wigierscy potrafili od czasu do czasu splamić się małostkowością. Na przykład wadzili się gwałtownie z pustelnikiem ze Studzienicznej (Wędrowiec tydzień temu o nim opowiadał), kto jest doskonalszym eremitą… Czy dlatego muszą jeszcze przez jakiś pokutować, wcieleni w stado białych czapli, które Wędrowcy spotkali na Kanale Augustowskim? Bo że to oni właśnie, Viator nie ma żadnych wątpliwości. Ale może powód ich przedłużonego doczesnego pobytu jest zupełnie inny. Niewykluczone, że Najwyższy, obdarzony wyrafinowanym poczuciem humoru, wysłał ich w nagrodę na urlop: nie mogli za życia, niech teraz nacieszą się do syta pięknem suwalskich jezior i augustowskich lasów. Kto wie.

Z żalem żegnają Wędrowcy niezwykłe miejsce. Można powiedzieć że Viator, jak stachanowiec, wyrobił już 60% normy. Pozostały mu jeszcze do odwiedzenia ostatnie dwa polskie eremy kamedułów. Czynny klasztor w Bieniszewie pod Koninem oraz pokamedulski zespół w Rytwianach na Sandomierszczyźnie. Uczyni to niechybnie!

Słońce chyli się powoli ku zachodowi. Viatorostwo podąża za nim, by dzień w pełni wykorzystać. Przez Szypliszki i Wiżajny (takie dziwne nazwy to jeden z niewielu śladów po Jaćwingach, dawnych gospodarzach tych ziem) mkną Wędrowcy pośród wysokich wzgórz morenowych, takich prawie gór kieszonkowych, pędzą wśród jezior i ani się spostrzegą, gdy opuszczą Suwalszczyznę i wjadą na Mazury. Postój w Bolciach, krótka wizyta na trójstyku granic Polski, Litwy i Rosji, reprezentowanej tutaj przez eksklawę kaliningradzką. Oby nie za szybko te granice po raz kolejny zmieniły swój przebieg!

Dalej, czas nagli, jak zwykle zresztą. Zmrok już niemal zapadał, gdy Wędrowcy stanęli u stóp kolejowych wiaduktów w Stańczykach. Linia Gołdap-Żytkiejmy, której były częścią, już nie istnieje, ale zabytkowa konstrukcja z początków XX wieku, wzorowana na ponoć na prowansalskich akweduktach w Pont-du-Gard, wysoka na 36 i pół metra, na szczęście przetrwała dziejowe zawieruchy. Prezentuje się tym bardziej monumentalnie, że wokół (jak śpiewała Budka Suflera w jednej ze swych dawnych, dobrych piosenek) wagnerowski ton – mroczno, chmurno, a niebo co chwilę rozświetlają błyski nadchodzącej wielkimi krokami burzy.

Viatorka

Sprawami metafizycznymi na tym odcinku podróży zajął się Viator, jak zwykle zresztą, pieczołowicie i drobiazgowo. Pozostało więc Viatorce poczynić kilka uwag natury zdecydowanie bardziej przyziemnej. Doczesnej.

Po pierwsze: w Suwałkach znowu delektowało się Viatorostwo kuchnią regionalną. Nie, i tym razem nie skosztowaliśmy jeszcze kartaczy, Viator bowiem, po konsultacji z gospodarzami naszego noclegu, oświadczył, że najlepsze są jednak na Litwie. No trudno. Restauracja Karczma Polska oferowała na szczęście tyle innych pysznych regionalnych specjałów, że i tak Wędrowcy wyszli stamtąd ledwo ruszając się z przejedzenia. Po spożyciu chłodnika litewskiego podanego z okraszonymi ziemniakami pozbyła się w końcu Viatorka wyniesionego z dzieciństwa (ściślej mówiąc z przedszkolnej kuchni) uprzedzenia do chłodników. Ponadto czosnkowo-serowe chlebki litewskie, swojski smalczyk z pieczywem i ogórasem oraz kiszka ziemniaczana. Na koniec bliny litewskie. Nie wiedzieć czemu wydawało się kiedyś Viatorce, że są one robione z ciasta drożdżowego. A tymczasem to po prostu placki ziemniaczane nadziewane mięsnym (albo grzybowym) farszem. Bardzo smaczne, chociaż, jak inne potrawy kuchni suwalsko-litewskiej, bardzo syte i kaloryczne. W końcu dawni mieszkańcy tej ziemi musieli mieć siłę do ciężkiej pracy w polu!

Interesująca na swój sposób była też dla Viatorki wizyta w klasztorze w Wigrach. Owszem, bardzo lubi ona, podobnie jak Viator, atmosferę tego typu miejsc i chętnie je odwiedza. Ale akurat w Wigrach uwagę Viatorki przykuło coś naprawdę przyziemnego – trasa dla wózków! Pierwszy raz w miejscu zabytkowym w Polsce spotkało się Viatorostwo z takim rozwiązaniem. Jakaż to ulga, kiedy można spokojnie, nawet samemu, bez niebezpieczeństwa utraty koła i bez szczękania zębami podczas jazdy po bruku, przemieszczać się od parkingu przez prawie cały teren klasztoru. No, wiadomo, że wieża, krypta czy dolny poziom eremów dla wózkowiczów raczej pozostanie niedostępny, ale i tak trasa zasługuje na pochwałę.

Okazuje się, że można coś takiego gustownie zrobić w miejscu zabytkowym, a konserwator zabytków nie piętrzy problemów. Dlaczego więc zwykle nasze miasta rewitalizuje się bez myślenia o potrzebach niepełnosprawnych? Bruk wygląda pięknie, ale dla ludzi poruszających się na wózkach czy o kulach, jak też zresztą dla pań na szpilkach, jest prawdziwą udręką. Takie to są wieloletnie Viatorki frustracje. A przecież można powielić takie praktyczne i dobrze prezentujące się ścieżki, jak ta wigierska chociażby. Urody żadnemu rynkowi na pewno nie ujmą. Tylko, że łatwiej urzędnikom twierdzić, że się nie da. tak samo, jak rzekomo się nie da zrobić podjazdu czy windy w zabytkowym budynku. Bo konserwator, bo to, bo tamto… A zresztą to kosztuje, a ilu tych niepełnosprawnych w końcu przychodzi; to się nie opłaca. Natomiast wydawać pieniądze na broszurki, kwiatki, cateringi, imprezy czy PR opłaca się jak najbardziej. Cóż, syty głodnego nie zrozumie.

Zaraz za Stańczykami złapała Wędrowców burza. Ale taka straszna, że też można ją uznać za rodzaj doświadczenia mistycznego (tak przynajmniej stwierdził Viator). W deszczu i wśród grzmotów powróciło Viatorostwo z Mazur na Suwalszczyznę. Gdy dojeżdżali do Augustowa, niebo już się wypogodziło, ale zapadła noc. Augustowskie noce… Cóż: gdy się tak intensywnie przeżywa augustowskie dnie, w nocy śpi się jak kamień.

Ślub w rodzinie

…skłonił mnie do zreblogowania dawnego mojego wpisu, w którym słynna kobieta literacka bierze ślub. Wpis ukazał się na blogu Jak udusić kurę…, w którym niemal w każdym wpisie była zagadka, najczęściej literacka, i przepis kulinarny. Najpierw zagadka:

Stół zastawiono pod wozownią. Znalazły się na nim cztery pieczenie wołowe, sześć kurcząt, duszona cielęcina, trzy ćwiartki baranie, a pośrodku pieczone prosię przybrane czterema kiełbaskami ze szczawiem. Po rogach stały karafki z wódką. Słodki jabłecznik, musując w butelkach, otaczał korki gęstą pianą, a kieliszki już zawczasu napełnione były winem aż po brzegi. Na wielkich półmiskach z żółtą galaretką, która drgała za każdym potrąceniem stołu, wypisane były kolorowym maczkiem monogramy nowożeńców. Ciasta i torty piekł cukiernik sprowadzony z Y. Starał się, jak mógł, bo był to pierwszy jego występ w okolicy. Deser był arcydziełem i powitany został okrzykami podziwu. Na niebieskiej tekturowej podstawie w kształcie świątyni z portykami, kolumnadą, posążkami ze stiuku ustawionymi w niszach, usianymi złotymi gwiazdami z papieru, stała wieża z ciasta otoczona pomniejszymi fortyfikacjami z tataraku, migdałów, rodzynków i pomarańczowych skórek. Wreszcie na najwyższej kondygnacji przedstawiającej zieloną łączkę wśród skał i jezior z konfitur, wśród okrętów z łupinek orzecha kołysał się mały amorek na czekoladowej huśtawce, której słupy ozdobione były, niby kulkami, pąkami świeżych róż.

Jedli do wieczora; kto był zmęczony siedzeniem, szedł przejść się trochę na podwórze albo do stodoły na partię kręgli i wracał znów do stołu. Wreszcie kilka osób zdrzemnęło się, niektórzy chrapali nawet. Ale przy kawie ożywili się wszyscy. Śpiewali, mocowali się, nosili ciężary, próbowali dźwignąć wóz na ramionach, dowcipkowali i całowali panie. Wieczorem, gdy przyszła pora odjazdu, konie po chrapy spasione owsem wierzgały, stawały dęba, aż pękała uprząż, a panowie klęli lub wybuchali śmiechem. W całej okolicy widać było w tę księżycową noc pędzące galopem po kałużach, wybojach i bezdrożach bryczki, z których wychylały się kobiety, by chwycić lejce…

Co to za książka? Co to za kobieta?

Za rozwiązanie zagadki będzie nagroda.

Zastanowiły mnie te kiełbasy ze szczawiem. Wydaje mi się, że nie ma przepisu na kiełbasę, która miałaby szczaw w środku i raczej chodzi o potrawę, w której kiełbasy (kiełbaski) ułożone są na warstwie szczawiu. Nie znalazłam przepisu, któryby się tak nazywał, również w języku oryginału. Tym niemniej w oryginale są to też kiełbasy ze szczawiem. Dziwne, dziwne… ale być może Flaubert nie miał pojęcia o kulinariach, albo, przeciwnie, miał pojęcie jak najbardziej, ale była to potrawa, która już dziś nikogo nie rajcuje i nikt jej już nie robi.

Ja proponuję placek lotaryński czyli kisz ze szczawiem i kiełbaskami (oczywiście może być bez kiełbasek lub z kiełbaskami sojowymi). Tarta jest przepyszna, najlepsza jaką kiedykolwiek jadłam (oczywiście bez kiełbasek)…

Ciasto:
1 szklanka mąki
0,5 kostki masła
2 żółtka
2 łyżki zimnej wody

Farsz:
1 cebula
ok. 0,25 kg szczawiu
1 ząbek czosnku
2 łyżki musztardy dijon
60 g sera (powinien być ostry i twardy)
6 kiełbasek typu dobre cienkie parówki, bez skórki lub ze skórką jadalną
3 jajka
1 duży jogurt kremowy
tymianek świeży i suszony
gałka muszkatołowa cała (mamy tarkę lub młynek do gałki? Bo jak nie, to wziąć w proszku)
pieprz

Zimne masło pokroić w kostkę, mąkę przesiać przez sito, żółtka ubić z wodą. Wszystkie składniki stopniowo wrzucić do malaksera i ukręcić ciasto, albo zagnieść ciasto w misce. Tak czy owak powinna się zrobić nie lepiąca się do palców kula. Zawinąć w folię przezroczystą i włożyć na godzinę do lodówki.
Wyjąć, rozwałkować, natłuścić masłem okrągłą foremkę do tart, wyłożyć ciastem, pokrywając również brzegi. Ciasto nakłuć widelcem. Aby kształt placka się utrzymał, dobrze jest pokryć ciasto folią do pieczenia lub papierem i nasypać suchego grochu. Nagrzać piekarnik do temperatury 180 stopni. Piec 8 minut, wyjąć z piekarnika, usunąć fasolę i folię, wstawić z powrotem do pieca na 2 minuty. Wyjąć, ostudzić, posmarować musztardą i wsadzić z powrotem do pieca na 2-3 minuty. Wyjąć i schłodzić.

Ufff. Teraz farsz.

Cebulę, pory, szczaw, kiełbaski pokroić. Podsmażyć na patelni kiełbaski (na oliwie lub na boczku, jak kto woli), wrzucić cebulę i rozgnieciony czosnek oraz suszony tymianek, podsmażyć, dodać pokrojony szczaw. Raczej dusić niż smażyć, aż składniki zmiękną. Ostudzić.
Połowę sera pokroić w cienkie plasterki, połowę zetrzeć na tarce. Plasterkami wyłożyć dno tarty.
Jogurt wymieszać w miseczce z 3 jajkami, utartym serem i startą gałką muszkatołową, pieprzem, solą. Dodać świeży tymianek.
Do foremki z ciasta nałożyć farsz, zalać sosem jogurtowo-jajeczno-serowym.
Piec 20 minut, aż wierzch się zetnie i zrumieni.
Podawać na zimno lub ciepło.

No i na zimno można było ułożyć takie kawałki tarty wokół pieczonych mięsiw. Czemu nie.

Heute abend auf dem Himmel

gestern schrieb ich über metaphorische Mondgöttin, heute

Klaus-Peter Schröder

schreibt über total un-metaphorische

totale Mondfinsternis über Deutschland (Reblog)

Nur selten fällt eine totale Mondfinsternis mit der günstigsten Sichtbarkeit eines äußeren Planeten zusammen: Am späten Abend des 27. Juli 2018 steht tief über dem Südosthorizont, nur knapp sechs Grad nördlich des Roten Planeten Mars, der ebenfalls rötlich leuchtende, verfinsterte Erdtrabant. Lesen Sie hier, wie Sie diesen besonderen Anblick am besten genießen können.

Am Abend des letzten Freitags im Juli 2018, zwischen 21:30 Uhr und 23:13 Uhr, ist es endlich wieder so weit: Zur Vollmondzeit tritt der Erdtrabant in den Schatten unseres Planeten ein und schimmert dann in einem kupferroten Licht. Währenddessen leuchtet nur eine Hand breit unterhalb des verfinsterten Mondes ein weiterer Himmelskörper, der ebenfalls durch eine rötliche Farbe auffällt: Es ist der Planet Mars, der nun besonders hell ist und während der gesamten Nacht über dem Horizont bleibt. Hat jeder der beiden Akteure für sich genommen schon viel zu bieten, so ist das Rendezvous am 27. Juli 2018 erst recht ein astronomisches Highlight. Bereits die Beobachtung dieses Himmelsschauspiels mit bloßem Auge verspricht Eindrücke, die Sie sich nicht entgehen lassen sollten!

© Felix Nendzig (Ausschnitt)

Beim Betrachten durch ein Fernglas oder ein Teleskop zeigen sich im Umfeld des verfinsterten Erdtrabanten mehrere lichtschwache Sterne, die im gleißenden Licht des Vollmonds niemals sichtbar wären. Dies verleiht dem Anblick eine ungeahnte räumliche Tiefe. Hinzu kommt die ungewohnte Farbe des Mondes, die besonders zur Mitte der Verfinsterung, gegen 22:23 Uhr, die Blicke auf sich zieht.

Bei einer solchen totalen Mondfinsternis steht der Erdtrabant der Sonne am Himmel gegenüber: Sonne, Erde und Mond sind dann entlang einer Linie aufgereiht. Gleiches gilt an diesem Tag für den Mars: Wie der Vollmond, so geht auch er zu Sonnenuntergang im Südosten auf und zu Sonnenaufgang im Südwesten unter – man sagt, der Planet befindet sich in Opposition zur Sonne.

© SuW-Grafik (Ausschnitt)

Der Erdschatten: Gar nicht so finster

Bereits um 20:24 Uhr MESZ beginnt der Ostrand des Mondes etwas angeknabbert auszusehen. Allerdings ist diese Phase der partiellen Verfinsterung nur in den östlichen und südöstlichen Teilen Europas gut sichtbar. In Mitteleuropa erreicht der Mond erst ab etwa 21:30 Uhr ausreichende Höhen über dem Horizont und ist dann bereits vollständig in den Kernschatten der Erde eingetaucht. Erheblich besser lassen sich die partiellen Phasen der Mondfinsternis nach dem Ende der Totalität, ab 23:13 Uhr, verfolgen.

© Fred Espenak / NASA / SuW-Grafik (Ausschnitt)

Verlauf der Mondfinsternis | Am 27. Juli 2018 durchläuft der Mond den Erdschatten nahezu zentral und erscheint daher besonders dunkel. In weiten Teilen Mitteleuropas steht er ab etwa 21:30 Uhr MESZ hoch genug über dem Horizont, um in einem Fernglas sichtbar zu sein. Zu dieser Zeit ist er bereits vollständig in den Kernschatten der Erde eingetreten.

Hätte die Erde keine Atmosphäre, so wäre der Mond während der totalen Phase der Finsternis unsichtbar. Die Brechkraft der irdischen Luftschichten lenkt aber ein wenig Sonnenlicht in den Kernschatten der Erde hinein, der in Mondentfernung etwa noch zweieinhalb Monddurchmesser groß ist. Ein Astronaut auf dem Mond würde unseren Planeten in diesem Moment als dunkle Scheibe mit zwei Grad Durchmesser wahrnehmen, die sich vom umgebenden Weltraum durch einen dünnen, feurig roten Lichtsaum abgrenzt: Aus seiner Sicht würde die Erdatmosphäre von hinten beleuchtet.

Es ist dieses vom Staub und Dunst der Atmosphäre rot gefilterte Licht, in dem wir den verfinsterten Vollmond am irdischen Himmel sehen. Besonders eindrucksvoll ist der Anblick, wenn Sie ein Fernglas benutzen – denn im Vergleich zu einem herkömmlichen Teleskop bietet dieses kompakte optische Gerät den Vorteil, dass Sie mit beiden Augen zugleich hindurchsehen können. Da der Mond den Erdschatten diesmal nahezu zentral durchläuft, erscheint er während der Totalität besonders dunkel.

Das Ende der totalen Verfinsterung ist um 23:13 Uhr erreicht; etwa um 23:45 Uhr erscheint der Mond noch halb verfinstert. Was ihn dann jedoch von einem gewöhnlichen Halbmond im letzten Viertel unterscheidet, ist sein Anblick im Fernglas oder Teleskop: Im letzten Viertel fällt das Sonnenlicht nahe der Hell-Dunkel-Grenze unter einem sehr flachen Winkel auf die Mondoberfläche, so dass hier Kraterwände und Gebirge lange, schwarze Schatten werfen. Entlang der reichlich unscharfen Hell-Dunkel-Grenze einer Mondfinsternis erscheinen diese langen Schatten jedoch nicht, denn das Licht trifft ja nun weiterhin direkt von oben auf die Mondoberfläche – und nicht von der Seite, wie beim echten Halbmond.

Um 00:19 Uhr MESZ ist auch der letzte fehlende Bissen am Westrand des Mondes verschwunden; der Mond hat dann den Kernschatten der Erde vollständig verlassen. Den Kernschatten der Erde umgibt eine ringförmige, weniger dunkle Zone, der Halbschatten. Er verrät sich kurz nach dem Ende der Totalität durch eine geringe, sehr diffuse Abschattung in der Nähe derjenigen Stelle, an welcher der Kernschatten soeben noch auf den Vollmond fiel.

Seltenes Ereignis

Das schöne Schauspiel einer Finsternis tritt nicht bei jedem Vollmond ein, denn dazu müsste die Mondbahn genau innerhalb der Erdbahnebene liegen. Tatsächlich ist die Bahn jedoch um rund fünf Grad geneigt. Dies hat zur Folge, dass der Mond die Erdbahnebene während eines vollen Umlaufs an zwei Punkten durchquert: an den so genannten Knotenpunkten. Durchläuft der Mond die Erdbahnebene von Nord nach Süd, steht er im absteigenden Knoten. Ihm gegenüber befindet sich der aufsteigende Knoten, in dem er die Erdbahnebene von Süd nach Nord durchläuft.

Stellung des Mondes zur Erde | Am 27. Juli 2018 steht der Erdtrabant zur Vollmondzeit in der Nähe des Punktes, in dem er die Erdbahnebene von Nord nach Süd durchquert: im absteigenden Knoten seiner Bahn. Die nun eintretende totale Mondfinsternis wird von zwei Sonnenfinsternissen flankiert, denn rund zwei Wochen zuvor, am 13. Juli, und zwei Wochen danach, am 11. August, befindet sich der Mond zur Neumondphase nahe dem aufsteigenden Knoten zwischen Erde und Sonne. Allerdings ist keine dieser partiellen Finsternisse von Mitteleuropa aus sichtbar.

Demzufolge müsste sich der Erdtrabant zur Vollmondzeit genau in einem der Knotenpunkte befinden, damit eine Finsternis eintreten kann. Dank der Größe des Erdschattens, der in Mondentfernung mehr als zweimal so groß ist wie der Mond, genügt es jedoch, wenn der Vollmond einem der Knoten sehr nahe kommt. Zumeist läuft er aber zu weit nördlich oder südlich am Erdschatten vorbei, so dass keine Finsternis eintritt. Und selbst wenn die Bedingung erfüllt ist, kann es vorkommen, dass wir in Mitteleuropa keine Finsternis erleben können, denn schließlich muss unser Kontinent zur passenden Zeit dem Mond zugewandt sein, so dass er für uns während der Nacht über dem Horizont steht.

Beispielsweise konnten wir die totale Mondfinsternis am 31. Januar 2018 nicht sehen, weil sich Mitteleuropa zur fraglichen Zeit auf der mondabgewandten Seite der Erde befand. Meist muss ein ortsgebundener Beobachter ein bis zwei Jahre auf die nächste totale Mondfinsternis warten. Partielle Verfinsterungen, bei denen der Trabant nur teilweise in den Schatten der Erde eintaucht, sind etwas häufiger.

Günstige Sichtbarkeit mit Handikap

Unser äußerer Nachbar Mars erreicht während seiner diesjährigen Opposition einen Winkeldurchmesser von rund 24 Bogensekunden, was beinahe der größtmögliche Wert ist. Auch seine scheinbare Helligkeit ist Ende Juli maximal. Dies hat einen einfachen geometrischen Grund: Sonne, Erde und Mars liegen am 27. Juli ja aufgereiht auf einer Linie. Der Planet steht dabei nahe am sonnennächsten Punkt seiner Bahn, dem Perihel. Gleichzeitig steht die Erde im Juli noch nahe an ihrem sonnenfernsten Punkt, dem Aphel. Somit kommen sich Mars und Erde während ihrer Begegnung diesmal viel näher als in durchschnittlichen Oppositionen. Der Abstand beider Planeten beträgt am Monatsende nur rund 58 Millionen Kilometer, während er in ungünstigen Fällen bis zu 101 Millionen Kilometer betragen kann.

Doch leider gibt es einen Wermutstropfen: Auf Grund der räumlichen Lage der Marsbahn ereignen sich Periheloppositionen stets im weit südlich gelegenen Teil des Tierkreises. Am 27. Juli steht Mars im westlichen Teil des Sternbilds Steinbock, das in Mitteleuropa niemals hoch über den Horizont gelangt. Das vom Planeten kommende Licht muss somit einen relativ langen Weg durch die Erdatmosphäre zurücklegen, bevor es das Teleskop des Beobachters erreicht. Deshalb ist es auch wahrscheinlich, dass die allgegenwärtige Luftunruhe die Sichtbarkeit feiner Details deutlich einschränkt.

Oppositionsschleifen von Mars, Saturn und Pluto | Die hellen Planeten Mars und Saturn tummeln sich derzeit im südlichen Teil der Ekliptik, in den Sternbildern Steinbock beziehungsweise Schütze. Hier, vor dem sternreichen Hintergrund der Milchstraße, zieht auch der lichtschwache Zwergplanet Pluto seine Bahn.

Unser roter Nachbar im Teleskop

© NASA / USGS (Ausschnitt)

Landkarte unseres Nachbarn | Viele der hellen und dunklen Gebiete, die auf diesem Gesamtbild der Marsoberfläche sichtbar sind, lassen sich unter günstigen Bedingungen schon in einem Amateurteleskop erkennen. Die Karte entstand aus Aufnahmen der NASA-Sonden Viking Orbiter 1 und 2, die den Roten Planeten ab 1976 mehrere Jahre lang erforschten.

Der Mars benötigt für eine volle Umdrehung rund 37 Minuten länger als die Erde. Beobachtet man ihn also täglich zur gleichen Uhrzeit, dann bemerkt man von Nacht zu Nacht eine kleine Verschiebung der Oberflächenstrukturen. Dem Zeitunterschied entspricht im Gradnetz des Mars ein Längenunterschied von rund neun Grad, so dass allmählich neue Gebiete auf den sichtbaren Teil der Marsscheibe vorrücken. Besonders deutlich wird dies, wenn das große, dunkle Hochplateau Syrtis Major auf der Vorderseite des Planeten angelangt ist. Diese Region wurde bereits im Jahr 1659 von dem niederländischen Physiker und Astronomen Christiaan Huygens (1629–1695) entdeckt. Schon in den ersten Julinächten wird sie kurz nach Mitternacht sichtbar sein.

Dunkles Gebiet auf dem Mars | Auf der Oberfläche unseres Nachbarplaneten Mars zeigen sich im Teleskop dunkle Gebiete. Am auffälligsten ist die Region Syrtis Major. Reinhard Neul fotografierte sie am 16. April 2014. Am 27. Juli 2018 steht der Rote Planet in Erdnähe.

Ein weiterer Leckerbissen ist die weiße Polkappe auf der uns zugeneigten Hemisphäre des Mars. In den Monaten vor der Opposition verringert sich ihre Ausdehnung im Verhältnis zum zunehmenden scheinbaren Marsdurchmesser, denn auch auf dem Mars gibt es Jahreszeiten. Ein Rotfilter verstärkt bei solchen Beobachtungen die Kontraste der Bodenformationen, weil das von der Oberfläche reflektierte rötliche Licht den bläulichen Dunst der darüberliegenden Atmosphäre besser durchdringt.

Keine technische Maßnahme hilft allerdings gegen einen Staubsturm auf dem Mars, der sich binnen ein bis zwei Wochen wie ein gelbes Tuch auf dem Planeten ausbreiten kann und dann den Blick auf die Oberfläche verhindert. Gerade in den Periheloppositionen kommen solche Stürme häufiger vor, weil die nun stärkere Sonneneinstrahlung mehr Energie in die Marsatmosphäre pumpt – ein Effekt, den wir beim Blick auf unseren atmosphärelosen Mond nicht befürchten müssen.


Der Autor ist Professor für Astrophysik an der Universität Guanajuato in Zentralmexiko. Als Student beobachtete er über viele Jahre hinweg regelmäßig mit dem eigenen Teleskop; heute sind die stellare und solare Aktivität seine Forschungsschwerpunkte.

Caption text

Nico, eine Mondgöttin

Sie liegt auf dem Selbstmörder Friedhof in Berlin begraben, obwohl sie gar keine Selbstmörderin ist, sondern ist auf Ibiza vom Fahrrad gefallen und gestorben. Am 18. Juli 1988.

Nico…

Von Andy Warhol entdeckt, kam sie zu Ruhm als weib­liche Stimme des ersten Albums von The ­Velvet Underground  und, wie Berliner TIP behauptet, werden ihre Soloplatten bis heute immer dann angehört, wenn man einmal so richtig tief depressive Musik hören möchte.

Sie war vielleicht keine Selbstmörderin, das ja, aber, na ja, sie war heroinsüchtig und depressiv, wirkte selbstzerstörerisch und ihr Leben war zu letzt lediglich ein Haufen dubiöser Umstände…

Ihr Grab ist eine Pilgerstätte für viele ihre todessehnsüchtigen Fans aus aller Welt, die dort eine Blume, aber auch einen Joint, eine Schnapsflasche oder eine ­Heroinspritze niederzulegen pflegen.

Anne Schmidt

schrieb über sie zum Buss- und Bettag letztes Jahres…

Es gibt Gräber, die muss man suchen, wenn man sie besuchen will.

Sie wurden anonym angelegt, weil die dort begrabenen Personen mit ihren Geschichten zur Zeit ihres Todes als Aufrührer oder gar Verbrecher galten, deren Gräber keinesfalls zu Pilgerstätten werden sollten.

Andere wiederum wünschten sich schon zu Lebzeiten ein idyllisches Plätzchen an einem weltfernen Ort für ein ewiges Ausruhen nach einem ruhmreichen, turbulenten,

Christa Päffgen, besser bekannt unter ihrem Künstlernamen „Nico”, hatte sich schon in noch unbeschwerten Jugendjahren den Waldfriedhof am Schildhornweg im Grunewald als letzten Ruheort ausgesucht. Dort findet man auf einem Grab unter dem Stein mit ihrem und dem Namen ihrer Großmutter ein gerahmtes Foto von ihr, das in ihrer glücklichen Zeit als Sängerin und Muse von Jim Morrison gemacht sein dürfte.

Wie lange man sie dort noch besuchen kann, ist der Wilmersdorfer Gemeinde überlassen, die den Friedhof aus Kostengründen schließen will.

Die russichen Selbstmörder, nach denen der Friedhof benannt ist, die vielen Toten einer Bombennacht im Jahre 1945 würden dann genau wie Nico und Rolf von Zukowsky umgebettet werden müssen oder dem Verfall preisgegeben werden.

Die Wildschwein rotten um den Friedhof herum, warten schon jetzt auf ein Offenlassen der Pforte.

Foto Elżbieta Kargol


Im Kino gibt es jetzt ein Film über sie. Ein, wie TIP Berlin es bezeichnet, beeindruckendes Biopic über die Spätphase der gefeierten Popikone: Nico, 1988.
I/B 2018, 93 Min., R: Susanna Nicchiarelli, D: Trine Dyrholm, John Sinclair, Anamaria Marinca.
Eine Geschichte über zwei letzte Jahre Nicos Leben.
Trine Dyrholm, die Nico spielt, singt im Film alle Lieder selbst.

Der Film ist fantastisch. Und es gibt gar eine merkwürdige halluzinatorische Vision Polens AD 1987 im Film. Polen an Allen Toten Tag.

Zwei ihre Aussagen, die sich einem für eine Ewigkeit einprägen.
– Bin ich hässlich? Ja? Gut. Ich war sehr unglücklich, als ich schön war.
Und
– Ich war ganz oben und ich war ganz unten. Auf den beiden Orten ist man verdammt allein.


Im TIP erzählt der Musiker Lüül (Lutz Graf-Ulbrich) über seine einstige Liebe und ihr Grab. Er war Musiker der Berliner Krautrockbands Agita­tion Free und Ashra, Mitglied des Kollektivs 17 Hippies – und Nicos ehemaliger Gitarrist und Liebhaber.

Foto: David Von Becker

„Es gab niemanden, der etwas Vergleichbares machte“, sagt Lüül. Er hat ein Buch geschrieben über seine Jahre mit Nico und es „Im Schatten der Mondgöttin“ genannt. Darin beschreibt er seine erste Begegnung mit ihr in der Pariser Opéra Comique 1973: „Nur ein Scheinwerfer. Dann kam sie. Nico. Überirdisch. Unnahbar schön. Allein mit ihrem indischen Harmonium.“ Magisch hat das damals auf Lüül gewirkt. Ja, und auch er hat sie angehimmelt. „Sie war ­sagenumwoben“, erinnert er sich. Wie von einem Nebelschleier umgeben, all die Geschichten, die man so von ihr erzählte und die sie über sich selbst erzählte, blieben vage, halb erlebt, halb erdacht. Die Kult- und Kunstfigur Nico lebte von ihrer Aura und dem Mysterium, das sie um sich herum schuf. „Sie war unergründlich“, sagt Lüül.

Schleierhaft ist ihm bis heute auch, weshalb sie sich ausgerechnet ihn ausgesucht hat, damals bei der ­Party des gemeinsamen Managers Assaad und später im Backstage-Zelt eines Festivals in Frankreich. Weshalb sie sich im Hotel vor ihm auszog und nackt aufs Bett legte. Vielleicht waren sie sich ja doch gar nicht so fern: Sie aufgewachsen in Schöneberg, im KaDeWe als Model entdeckt, er Musiker aus Charlottenburg, beide Kinder des Nachkriegsberlins. So jedenfalls kam die Mondgöttin ins Leben des 14 Jahre jüngeren Lutz Ulbrich und verlieh ihm ungeahnte Größe. Es folgte: „die wilde Zeit“. Ein Leben aus dem Koffer, von Paris nach Amsterdam, immer dem billigen Heroin nach, die Konzertreisen durch die USA. Apropos Heroin: Es machte sie selbstsicherer, sagt Lüül, aber auch selbstsüchtiger. „Sie war die egozentrischste Person, die ich je kennengelernt habe. Alle halten sie ja so hoch, aber hey, sie war auch eine Bitch! Sie hat Menschen betrogen.“ Doch so wie sie nicht vom Heroin loskam, kam er nicht von ihr los.

Dann das große Finale im Chelsea Hotel, New York. Einem Drehbuchautor würde man diese Szene wohl aus seinem Skript streichen, weil maßlos übertrieben: Nico auf Methadon und Alkohol, es kommt zum Streit, ein Bügeleisen fliegt durchs Fenster (Lüül: „Ich hätte es sonst voll in die Fresse gekriegt.“), sie spuckt ihm ins Gesicht, er würgt und schlägt sie, bis sie fällt und liegen bleibt (Lüül: „Ich dachte schon: Jetzt biste ein Mörder!“), doch sie lebt, die Polizei kommt, der Vorhang fällt. Im wahren Leben geht die Geschichte weiter, die beiden bleiben „in Freundschaft verbunden“, wie man so sagt, sie singt das Lied „Reich der Träume“ für ihn ein, er organisiert ihr letztes Konzert im Planetarium Berlin, sechs Wochen vor ihrem Tod, von dem Lüül am Telefon erfährt. Am 18. Juli 1988 fällt sie in Ibiza vom Fahrrad. Gehirnblutung.


Ein Kinotrailer, huch, so was habe ich noch nie gesehen. Ist 20Uhr51, ich klicke den Trailer an und lese eine merkwürdige Zeile: Aus jugendschutzrechtlichen Gründen darf dieser Trailer nur zwischen 23:00 Uhr und 06:00 Uhr abgespielt werden. Sogar den link zum Trailer kann man vor 23 Uhr nicht kopieren…

Hmmmm… Na egal… Der Trailer

Stuart 51

I don’t wanna be someone who walks away so easily
I’m here to stay and make the difference that I can make
Our differences they do a lot to teach us how to use
The tools and gifts we got yeah, we got a lot at stake
And in the end, you’re still my friend at least we did intend

Nie chcę być kimś kto łatwo odchodzi
Jestem tu by zmienić to co mogę zmienić,
Różnice pomiędzy nami uczą nas jak się posługiwać
Wszystkim co otrzymaliśmy a mamy tak dużo
A gdyby nam nie wyszło to wiem jesteśmy przyjaciółmi
I próbowaliśmy.
Jazon Mraz I won’t give up

Joanna Trümner

Ślub

Następnym etapem ich podróży po Europie była Bruksela. „Po raz pierwszy w życiu będę w miejscu, w którym ludzie mówią obcym językiem”, przyznała się Carlie. „Szczerze mówiąc dzięki tobie w ogóle po raz pierwszy wyjechałam z Australii”, dodała z wdzięcznością. Miasto zaskoczyło ich elegancją i graniczącym ze sterylnością porządkiem. Stuartowi przypomniał się miesięczny pobyt w Berlinie, miejscu, w którym od pierwszego dnia czuł się jak w domu. W Brukseli czuł się obco, po kilku godzinach zwiedzania miasta zastanawiał się, co go tu bardziej drażniło – język, którego nie rozumiał, czy też bogactwo i nienaturalna wręcz czystość ulic i parków. Wieczorny koncert był kompletnym niewypałem. Eleganckie, wielkie pomieszczenie z nowoczesnym, zbyt jaskrawym oświetleniem nie było miejscem odpowiednim dla jego muzyki.

Co ja tu robię?”, zastanawiał się i obserwował widzów, którzy ani na chwilę nie przerwali rozmów i cały czas zamawiali drinki. Był rozczarowany. „Nie jestem im do niczego potrzebny, taniej byłoby włączyć muzykę ze sprzętu audio”. „Nie wiedzałam, że tak się wpakujemy”, przepraszała Carlie podczas przerwy. „Zbyt pochopnie podpisałam tę umowę, trzeba było najpierw zorientować się, co to za miejsce. Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy.” Stuart próbował dodać sobie odwagi przed ponownym wejściem na scenę „Po latach koncertów to pierwsza wpadka, to się kiedyś musiało zdarzyć. Mogę się cieszyć, że nie zostałem wygwizdany. Zresztą nie wiem, może to by było lepsze niż ta cholerna obojętność, zachowują się tak, jakby mnie tutaj w ogóle nie było. Muszę jakoś wytrzymać do końca.”

Czuł się tak upokorzony, że po powrocie do hotelu nie mógł zasnąć. Postanowił przejść się po mieście. „Nie gniewaj się, chciałbym teraz być sam, wrócę jak się trochę uspokoję”, przeprosił Carlie i wyszedł z hotelu. Przez kilka godzin chodził ulicami starówki, które mimo późnej pory były pełne ludzi, wracających z wieczornych wizyt w restauracjach i klubach. Czuł, że powoli przechodzi mu złość, a kiedy w witrynie jednego ze sklepów jubilerskich zobaczył piękny pierścionek z drobnym brylantem pomyślał „Na coś ten dzień był jednak potrzebny, znalazłem pierścionek zaręczynowy”.

Kolejne dwa koncerty przebiegły podobnie. W ostatnią noc w Brukseli cieszył się na myśl o tym, że niedługo opuści to miasto, które jednoznacznie dało mu do zrozumienia, że nie potrzebuje jego muzyki.

Pierwszy dzień w Paryżu był dniem wolnym od koncertów. „Miasto zakochanych” było w połowie lutego miejscem deszczowym i szarym, mimo to udało im się znaleźć kilka pięknych zaułków. Podczas wieczornego rejsu statkiem po Sekwanie Stuart oświadczył się Carlie. „Kocham cię i chcę, żebyśmy byli razem. Mam nadzieję, że mi wybaczysz ten kompletny brak wyobraźni. Zdaję sobie sprawę, że te oświadczyny są w kiczowatym stylu z nienajlepszego amerykańskiego filmu”, powiedział, czekając na jej odpowiedź. „Jasne, że za ciebie wyjdę. Zaskoczyłeś mnie, bardzo się cieszę”, Carlie poprawiła pierścionek na palcu.

Na weselu mojej siostry było sto osób”, dodała po chwili „Nie chcę takiego teatru”. „Nie wiedziałem, że masz siostrę”, Stuart zdał sobie sprawę, że po kilku latach znajomości narzeczona potrafi go jeszcze zaskoczyć. Do tej pory niewiele opowiadała o rodzinie. Wiedział tylko, że rodzice nie żyją od kilku lat, sposób w jaki wspominała, a raczej milczała o swojej rodzinie sugerował, że nie miała szczęśliwego dzieciństwa. Mimo to fakt, że miała siostrę zaskoczył go, do tej pory był przekonany, że jest jedynaczką. Po chwili namysłu Carlie powiedziała: „Od lat nie mam z nią kontaktu, nie rozumiemy się. Nie chciałam dłużej patrzeć na to, jak bardzo uzależnia się od męża i jego religinego fanatyzmu. Obydwoje są świadkami Jehowy, razem chodzą po domach i nawracają ludzi. Są tak zajęci tym nawracaniem, że nie mają czasu dla własnego dziecka. Strasznie mi szkoda dzieciaka i kilkakrotnie próbowałam ich przekonać, że muszą poświęcać jej więcej czasu. Zagroziłam nawet, że sama się zajmę małą, bo każdy sąd przyzna mi rację, oni po prostu zaniedbują Susi. To była nasza ostatnia rozmowa, po tym jak ‘próbowałam im odebrać dziecko, bo nie mam własnych’, święty szwagier zabronił mi dalszych kontaktów. Czasami myślę, że trzeba było pójść do sądu albo przynajmniej zaalarmować odpowiedni urząd i jestem zła na siebie, że tego nie zrobiłam. Stchórzyłam. Zresztą to wszystko działo się w czasie, kiedy sama miałam masę problemów. Szczerze mówiąc nie ma dnia, żebym się nie zastanawiała, co teraz może robić Susi”.

Po koszmarze jakim były koncerty w Brukseli, Stuart z niepokojem czekał na pierwszy koncert w Paryżu. „Czy kiedykolwiek uda mi się zapomnieć to upokorzenie?”, zastanawiał się, widząc przed oczami zajętych rozmową i znudzonych muzyką słuczaczy. Po występie w małym klubie w Quartier Latin poczuł ulgę.

W dwa tygodnie później przylecieli do Berlina. „Nie mogliśmy się doczekać waszego przyjazdu”, przywitała ich Kate na lotnisku. „Pewnie jesteś ciekaw, co się zmieniło po zjednoczeniu. Zrobiło się tutaj jeszcze bardziej kolorowo, ciągle coś się dzieje, zaczęli masowo przyjeżdżać turyści z całego świata. Sami zresztą zobaczycie.” Stuart od chwili przylotu poczuł tą samą fascynację miastem, jaka towarzyszyła mu podczas pierwszej wizyty. Mimo zimna i opatulonych w ciepłe płaszcze ludzi Berlin tętnił życiem. Nieznany język, który tak bardzo drażnił go w Paryżu i Brukseli, tutaj brzmiał jak znana melodia.

Kate była pierwszą osobą, której powiedzieli o zaręczynach. „Bardzo się cieszę, chętnie przyjedziemy na ślub”. „Jeszcze nie wiem, czy w ogóle będzie jakaś wielka impreza, to nie w naszym stylu. A kiedy wy?”, zapytał Stuart i w tej samej chwili pożałował, że zadał siostrze tak intymne, osobiste pytanie. „Nie wiem, ja ciągle nie jestem pewna, że to jest to, czego szukałam”, odpowiedziała Kate. Stuart przyglądał się siostrze z niedowierzaniem. „Jak mogła zdecydować się na dwójkę dzieci z kimś, kogo nie kocha?”

Stuart przysłuchiwał się rozmowom Kate z Walterem, wyłapywał z nieznanego języka poszczególne słówka i dziwił się, że można rozmawiać o tak przyziemnych sprawach. Jego mądra siostra, która kiedyś nie rozstawała się z książką, znała każdy film i godzinami słuchała muzyki, wycinała teraz kupony z gazety i jechała na drugi koniec miasta, tylko dlatego, że benzyna była tam o kilka groszy tańsza. Zgubiła gdzieś swą zwariowaną, nieobliczalną spontaniczność. Po kilku dniach nabrał przekonania, że nigdy nie będzie w stanie przekonać się do sztywnego i pozbawionego humoru Waltera, i otyłych, przemądrzałych dzieci. Z wyrzutami sumienia myślał o George‘u w Londynie, jedynym dziecku w rodzinie, z którym udało mu się nawiązać więź. „Może to się kiedyś zmieni?”, myślał patrząc na Petera i Lizę.

Carlie była zaskoczona Berlinem, „Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie Niemcy”, powiedziała. „Myślałam, że znajdę bardzo czyste i świetnie zorganizowane miasto, w którym po zapadnięciu zmroku pustoszeją ulice. A tu jest jak w Londynie, kolorowo i nie niemiecko”.

Ostatni wieczór przed odlotem do domu rodzeństwo spędziło wspólnie. Carlie wybrała się z Walterem i dziećmi do kina. „Co zrobimy z pamiętnikiem mamy?”, zapytała Kate. „Długo o tym myślałem, chyba jednak nie powinniśmy go czytać”, odpowiedział Stuart. „Ja też się długo zastanawiałam. Nie mamy prawa do grzebania w jej myślach. Wszystko, czego o niej nie wiedzieliśmy, przestało być ważne. Liczy się tylko to, że nas kochała. Przy najbliższej okazji pozbędę się tego pamiętnika”, powiedziała Kate. Obydwoje poczuli, że kamień spadł im z serca.

Po powrocie do Sydney Carlie ze Stuartem wprowadzili się do domu Stuarta, którego wieloletni lokatorzy wrócili wreszcie do Brazylii. W czwartek, 09.09.1999 roku Stuart z Carlie byli jedną z wielu par, które wzięły ślub w pięknym, starym budynku urzędu stanu cywilnego na Queens Square. Świadkami byli Tom i cała jego rodzina – Rita, Emily i kilkumiesięczny John.

Koniec części pierwszej

Ciąg dalszy kiedyś

Wiersze z Włosienia

Łukasz Szopa

Uwaga

Dziś wiersze

Koniec Szopy w salonie

Ciąg dalszy kiedyś


ZANIM WNIKNIEMY W NOC

Umierająca Jeanne Moreau,
popękana blizna jej wykrzywionych spokojnie ust.

Kładę dłoń na półkulistej membranie.
Czuję dwa kopnięcia, potem trzecie.

WŁOSIEŃ: 385 KG

Zagadka: półtora roweru.
Pewnie Blecharski, albo jeszcze jego ojczym,
jeździli nim do PGRu i gminy.
Ale czemu jedna porudziała rama,
a cztery koła – żadne nie wyósemkowane?

Z trudem unosimy w dwójkę
kolejne części poniemieckiej młockarki.
Zarówno walec z kolcami, jak i dwumetrowa „tarka“
przypominają średniowieczne maszyny tortur.
Blaszany szyld producenta ukazuje na rewersie puszkę śledzi.

W rozwartą paszczę przeżartej ćwierci beczki,
którą trzyma tylko 30letnia zaschła smoła,
zbieramy żeliwne i żelazne pręty, płaty, płaskowniki.
Ostatnia oryginalność huków: każdy rzut wpływa na kształt następnych.
Innych części (drzwiczki, dusza) rozkruszonego pieca poszły wcześniejszym transportem.

W sumie 385, po 50 groszy (ceny znów idą w dół, ja tu nic nie poradzę)
ale muszę odliczyć 7% za nieczystości (pan wie, ta smoła, to drewno z maszyn),
czyli wychodzi 358 (o, tak ładnie się nam odwróciło),
razy 0 przecinek 5,
179 złotych

WŁOSIEŃ: BLUE SZOPA

Farba Tikkurila Valtti Color z 3-litrowej puszki
dopiero po wymieszaniu deseczką nabiera barwy RAL 5007
Niebieski patyk odrzucam przed krzaki.
Zanurzam pędzel, nasączam, podnoszę.

Zaczynam od lewej deski,
niebieska równa smuga
pokrywa piaskowożółty kolor szopy.
Kilka niebieskich strużek ciągnie się w dół.

Przez następny niebieski kwadrans barwa
wsiąka w drewno, w moją skórę, jej niebieski zapach w powietrze.
W chwili niebieskiej przerwy:
niebieskie buty, niebieskie pokrzywy, niebieskie pomidory.

Kolej na daszek, od dołu.
Podnoszę pędzel, wyginam się,
i duża niebieska kropla pada mi w oko.
Palący biały ból.

WŁOSIEŃ: MAGDA, ELENA

Mama, zmartwiona Magdą i Eleną, odreagowywuje palce na dziewięciu guzikach.
Tata między papierosami ucieka w darwinizm: „No tak, ale na naturę nic nie poradzisz…“
Ja chowam się w polu chwastów, starając się wyrwać jak najwięcej z korzeniami.

WŁOSIEŃ: DRUGI DZIEŃ ULEWY

Zagęszczone ciepło i spokój jak w kręgu mongolskiej jurty:

Astrid ożywia woskowym masażem czterohakowy wieszak
(„Handtuch“ – „Wischtuch“ – „Gläsertuch“ – „Messertuch“).
Ja czytam na zmianę „Topikę“ i „Gazetę Robotniczą“ z 2 kwietnia 1982 r.
(„Eksperymentalna sprzedaż produktów po cenach realnych“)
Tata próbuje przechytrzyć politykę międzynarodową
(reakcja na pętlowy slogan „Polskie Radio dla Gruzji“).
Samuel rozdaje wszystkim niewidzialne prezenty
(„Duże drzewo i kwiatek“, „Kombajn i drugi kombajn“, „Czarny słoń i Samuel“).
Mama wierzy w rychły koniec epoki lodowcowej gulaszu
(i walczy z funkcją piekarnika „rozmrażanie“).

(Czerwony kaflowy piec pozostał jedynym realistą.)

WŁOSIEŃ: DROGA PO NIC

Idziemy, Same i ja, wzdłuż granicy pola i szosy.
Obiecałem, że zobaczymy most, tory, i może pociąg.
Trzyma mnie za rękę, i mówi, abym uważał na auta.
Zaczyna kropić.
Odkrywamy, że na naszym gruncie rosną trzy młode dęby.
Stary wiadukt już niedaleko.
Zaraz potem leje. Udajemy, że tego deszczu nie ma.
Potem w lewo śladami starej drogi, wymijając świeże kałuże i resztki wysypiska.
Pociągu nie ma, lecz udajemy, że wkrótce przyjedzie.

ERAZM I ZIMA

Wędrówka oczu po górskim krajobrazie
lekko pomiętej „Süddeutsche Zeitung“ z 2 stycznia.
(ostre, wąskie, boczne światło żarówki
trójkątnymi cieniami zwiększa stoki, pogłębia doliny).
Skradziona drewniana skulptura Erazma z Rotterdamu,
jako przypadkowa ozdoba na dziobie statku,
zawędrowała w 1598 do Japonii,
gdzie w buddyjskiej światyni czczono jej oblicze.
Mimo wyświechtanych kapci marzną lekko stopy,
łykam wypłowiałą zieleń rumiankowej herbaty.
Samuel śpi. Dziś ulepił pierwszego żółwia ze śniegu.
Karla śpi. Dziś pierwszy raz widziała blask śniegu.

ŚRODEK SIERPNIA

Wieczory zaczynają być chłodne.
Ostatni papieros na ganku,
twarzą twarz z księżycem.
Dzieci śpią, gliniane ściany bezgłośnie oddychają.
Świerszcze ciągną swe koncertowe monologi.

Barataria 75 Genesis

Lech Milewski

W poszukiwaniu Baratarii

Szanowna Twórczyni Baratarystyki wspomniała nie tak dawno – TUTAJ – że poszukuję Baratarii i że trudno mi ją znaleźć.
To prawda. Nadeszła pora, aby zdać relację z tych poszukiwań.

Postanowiłem zbadać sprawę gruntownie. Kto i gdzie wspomniał pierwszy raz o wyspie? Czy to była Barataria to osobna sprawa.
Gdzie szukać takiej informacji? Gdzieżby indziej niż na samym początku czyli w Biblii.

A więc to było tak –
GENESIS.
Rodział I.1. Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię.
2. A ziemia była niekształowna i próżna, i ciemność była nad przepaścią, a Duch Boży unaszał się nad wodami.

Powyższy i wszystkie następne cytaty biblijne pochodzą z tłumaczenia Biblii przez księdza Wujka.
Wydawnictwo – Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne. Warszawa. 1961.

6. Potem rzekł Bóg: Niech będzie rozpostarcie, w pośrodku wód, a niech dzieli wody od wód.

To jeszcze nie wyspa, to kontynent, bo wyspa nie dzieli wód.
I tak przeminęło osiem pokoleń Adamowych, zleciało kilka tysięcy lat.
A równocześnie…

Rozdział VI. 1. I stało się, gdy się ludzie poczęli rozmnażać na ziemi, iż córki im się zrodziły;
2. Że widząc synowie Boży córki ludzkie, iż były piękne, brali je sobie za żony, ze wszystkich, które sobie upodobali.
(…)
4. A byli olbrzymowie na ziemi w one dni; nawet i potem, gdy weszli synowie Boży do córek ludzkich, rodziły im się syny. A cić są mocarze, którzy od wieku byli mężowie sławni.
5. A widząc Pan, że wielka była złość ludzka na ziemi (…) żałował Pan, że uczynił człowieka na ziemi i bolał w sercu swem.
(…)
7. I rzekł Pan. Wygładzę człowieka, któregom stworzył, z oblicza ziemi, od człowieka aż do bydlęcia, aż do gadziny, i aż do ptastwa niebieskiego: bo mi żal żem je uczynił.

Dygresja. Komentatorzy Biblii podsuwają hipotezę, że potop to była swoista czystka genetyczna. Wytracić istoty ludzkie, które miały sobie geny owych wspomnianych w paragrafie 2. “synów Bożych”. Ale dlaczego gadziny i ptastwo niebieske?

8. Ale Noe znalazł łaskę w oczach Pańskich.
(…)
18. … i wnijdziesz do korabia, ty i synowie twoi, i żona twoja, i żony synów twoich z tobą.
(…)

A córki, a wnukowie i wnuczki? Przecież Noe musiał mieć liczne potomstwo
Oczywiście, że miał, ale informacji o tym szukać trzeba już poza Biblią.

Cesaire.
To wnuczka Noego, córka Bitha – syna Noego, którego ojciec nie zabrał do arki gdyż podejrzewał go o kradzież.
Bith pogodził się z myślą, że zginie w potopie, ale Cesaire miała inne plany.
Zbudowała nie jedną, ale trzy arki. Obsadziła wszystkie kobiecą załogą (razem 50 pań).
Jedyni mężczyźni, których zabrała to jej ojciec Bith, Larda – jej brat oraz jej mąż Fintan MacBochra.

Cesaire wzięła kurs na Irlandię logicznie rozumując, że skoro jest to wyspa niezamieszkała to nie zna grzechu, ergo nie powinna zostać zatopiona.

Droga byłą kręta i długa. Kronikarze piszą, że arki zbudowano na brzegu Nilu skąd pożeglowano na morze Kaspijskie, stamtąd, rzekami, na szczyty Alp i dalej na morze Śródziemne. Na północnym brzegu Hiszpanii Cesaire weszła na wieżę, taką jak ta

Wieża

I okazało się, że Irlandia jest tuż, tuż.

Zgodnie z oczekiwaniami Irlandia była bezludna i w tym momencie kolonizatorzy zdali sobie sprawę jak ciężkie czeka ich zadanie – zaludnić wyspę.
Bith jako najstarszy i schorowany otrzymał zniżkę – tylko 16 kobiet. Pozostali dwaj panowie po 17.
Już wkrótce okazało się, że 16 to też za dużo dla seniora więc młodym podniesiono normę o 50%. Brat Cesaire, Larda, który doznał kontuzji podczas lądowania, wkrótce podupadł na zdrowiu i zmarł.
Cały trud spadł na Fintana, męża Cesaire. W tym momencie najsłabszym punktem okazała się Cesaire, która nie mogła pogodzić miłości do męża z misją zaludnienia Irlandii i zmarła ze zgryzoty.
Fintan też wkrótce zorientował się, że misja go przerasta, porzucił kobiety i ukrył się w grocie.

I wtedy nadszedł potop, który wbrew oczekiwaniom nie oszczędził Irlandii, ale w obecnej sytuacji nie miało to już większego znaczenia.
Wody podnosiły się, podchodziły już do groty, w której zamieszkiwał Fintan, który większość czasu spędzał śpiąc. Przyśniło mu się wówczas, że jest łososiem. Sen przerwały zalewające grotę wody, ale Fintanowi nic nie groziło gdyż obudził się jako łosoś.

Salmon of Knowledge

Powyżej pomnik Fintana-łososia w Belfascie.

Źródło opowieści TUTAJ.

W tym momencie odłożyłem na bok irlandzkie legendy i rozejrzałem się w terenie. Wody po potopie opadły, wynurzyły się wyspy brytyjskie a wśród nich Lindisfarne a to już przecież Barataria, patrz TUTAJ.

Zatrzymam się chwilę na Lindisfarne

Lindisfarne

Jak widać na zdjęciu jest to wyspa pływowa – właściwszy wydawałby mi się termin przypływowa gdyż Lindisfarne jest wyspą tylko podczas przypływu.

Czy to jednak Barataria?
Stosunki społeczne tego nie potwierdzają gdyż przez wiele wieków wyspę zamieszkiwali tylko mnisi, podporządkowani klasztornej dyscyplinie.

Na szczęście Wyspy Brytyjskie oferują tyle różnorodności, że na pewno coś się znajdzie.

Skorzystam z relacji gościa z kontynentu.

Rok 1726 – Wolter poróżnił się z niejakim kawalerem de Rohan-Chabot. Obrażony kawaler wynajął bandziorów, którzy pobili Woltera. Wolter wyzwał kawalera de Rohan na pojedynek, ale wpływowa rodzina arystokraty załatwiła uwięzienie filozofa w Bastylii.
Wolter, obawiając się, że może to być uwięzienie bezterminowe, poprosił o zamianę kary więzienia na ekstradycję do Anglii, co władze francuskie z ulgą zaaprobowały.

I oto co znalazł:
Wnijdź do kupieckiego w Londynie domu (…) Tam Żyd, Mahometanin i Chrześcijanin obcują jeden z drugim jak gdyby jednej byli religii a nazwisko Bankruta niewiernym tam dają. Tam Prezbiterianin powierza się Anabaptyście a Angielczyk od Kwakra przyjmuje obietnicę. Z tego zgromadzenia jedni idą do synagogi, drudzy do szynkowni. Tamten każe się ochrzcić (…) a ów syna swojego obrzezać daje, mrucząc nad dziecięciem hebrajskie słowa, których sam nie rozumie. Inni w opuszczonych kapeluszach idą do swych kościołów, a wszyscy są uspokojeni. Gdyby w Anglii jedna tylko była religia, samowładztwa obawiać by się potrzeba, gdyby były dwie, wzajemnie by się pomordowały, ale że ich jest trzydzieści, wszystkie zgodnie i szczęśliwie żyją“.

Wolter – Listy o Angielczykach.

I jeszcze… “Żaden człowiek, przez to że jest szlachcicem czy księdzem, nie jest wyłączony od płacenia podatków, te zaś Izba Niższa stanowi. Każdy daje nie podług swojej godności (gdyż to rzecz szalona), ale podług swego dochodu“.

No, rzeczywiście Barataria, ale…

Przypominam – Wolter przybył do Anglii w 1726 roku. W tym to roku w angielskich księgarniach ukazała się książka niejakiego Lemuela Gullivera – Podróże do kilku odległych krajów świata.

Guliwer

Lemuel Gulliver pisze o wielu wyspach i niejedna z nich ma w sobie coś z Baratarii. Porównuje je czasem do Anglii i muszę stwierdzić, że czytając te relacje zastanawiałem się często która z wysp jest Baratarią, a która jej przeciwieństwem – Anty-Baratarią?

Przypisy a raczej przy-śpiewki. Polecam piosenkę Hydropiekłowstąpienie, która nieco wyjaśnia sprawę misji Noego.

Orient powszedni X

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Kolejny poranek powitał Wędrowców. W zupełnie nowych okolicznościach przyrody… i niepowtarzalnej. Jak wspominał Pielgrzym tydzień temu, po całodziennej podróży dość przypadkowo i w ostatniej chwili (tego rodzaju taktyka bywa męcząca, ale ma swój urok) znalazło Viatorostwo nocleg na kwaterze w Studzienicznej – wiosce będącej, administracyjnie rzecz ujmując, dzielnicą Augustowa. Zauważył też, że ten wybór był znakomity, a lokalizacja taka, że lepszej nie mogli sobie wymarzyć.

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Suwalszczyzna to co prawda część województwa podlaskiego, ale historycznie niewiele ma z Podlasiem wspólnego. Inne ukształtowanie terenu, czyli jeziora, świerkowe lasy i morenowe wzgórza, których na Podlasiu nie uświadczysz. Inna kompozycja etniczna: tam Polacy wymieszani z Białorusinami, tu mieszkają obok Litwinów. Byliby i Jaćwingowie, wszak to ich ziemia gniazdowa, gdyby mniej w broni, a więcej w dyplomacji pokładali zaufanie; a tak to wspólnie przez Rusinów, Litwinów, Polaków i Krzyżaków po trosze wyrżnięci, po trosze wchłonięci zostali. Honor zachowali, ale ich samych już nie ma, hélas!

W każdym razie tutaj cerkwi, powszechnie na Podlasiu występujących, niemal nie uświadczysz, bo tak Polacy jak Litwini to en masse katolicy obrządku łacińskiego. Niemal, powiada Viator. Zdarzają się bowiem świątynie obrządku wschodniego, ale niepomiernie rzadziej i, zazwyczaj, w specyficznej odmianie, jako molenny starowierców. I niestety znów trzeba się przyznać do błędu, przełknąć gorzką pigułkę. Już po raz trzeci na trasie tej Podróży Mistycznej skrewił Wędrowiec. Zawiódł jego profesjonalizm, co zresztą wyszło na jaw dopiero po powrocie do domu. Planując itinerarium nie uwzględnił Pielgrzym dziedzictwa staroobrzędowców. Z jakiegoś względu umiejscowił ich sobie na Mazurach, a że Mazur, ze względów czasowych, nie brało Viatorostwo pod uwagę jako etapu tej wyprawy, to i wizyt w świątyniach starowierców Pielgrzym też nie przewidział. Skądinąd ta mazurska lokalizacja nie jest całkowicie błędna, jako że uciekinierzy spod opresji reform patriarchy Nikona osiedlali się zarówno tam, po pruskiej stronie granicy, jak i tu, na Suwalszczyźnie. Ale nie uwzględnić Gabowych Grądów na trasie podróży? Wstyd Viatorze! Hańba. To trzeba będzie nadrobić. Tym bardziej, że Suwalszczyzna warta jest następnej wizyty. Niejednej.

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Nad brzegiem Jeziora Studzienicznego. Z okien kwatery widać półwysep (dawniej wyspę, połączoną później z lądem solidną groblą) a na nim kapliczkę.

Sanktuarium Matki Bożej Studzienicznej. Sięga swymi początkami drugiej dekady XVIII wieku, gdy wysepkę obrał na swą siedzibę pustelnik, przybyły z klasztoru kamedułów w pobliskich Wigrach. Przykładem świątobliwego życia i mądrymi radami zaczął z czasem ściągać do siebie tłumy pielgrzymów. Odszedł stąd w roku 1728, ale pątnicy przybywali dalej masowo, uznając samo miejsce ze święte. A około roku 1770 osiedlił się tutaj kolejny eremita, były major czy nawet, jak prawiono, pułkownik wojska polskiego, Wincenty Morawski. Ten został aż do śmierci, ale wcześniej zbudował drewnianą kaplicę, w której umieszczono kopię ikony Czarnej Madonny. Obraz szybko cudami zasłynął, pielgrzymki coraz tłumniej i z coraz dalszych stron na wysepkę ściągały. Z czasem trzeba było na miejscu starego sanktuarium, jeszcze przez pustelnika Morawskiego wzniesionego, zbudować w roku 1872 kaplicę murowaną, zaś pięćdziesiąt lat później drewniany mostek zastąpiono ziemną groblą, Neoklasycystyczna kaplica stoi do dziś, a pątnicy wciąż do niej ciągną z daleka.

Poza kaplicą na półwyspie jest też cudowna studzienka (od której wioska wzięła nazwę), pomnik Jana Pawła II, który odwiedził, już jako papież, studzieniczne sanktuarium oraz łódź – Piotrowa, jak można przypuszczać, tym bardziej, gdy się przeczyta napis, umieszczony na rei.

Wypłyń na głębię! Wszak tak właśnie rzekł Jezus do Szymona Piotra. Jak przepastna może być ta głębia? Pustelnik Morawski, który w samotności żywot przed obliczem Najwyższego przepędził, może to wie. Viator nie ma pojęcia.

Obiecywał sobie Pielgrzym przed rozpoczęciem pisania dochowanie wiary zwięzłości wypowiedzi, ale na jedną dygresję musi i może sobie pozwolić: po Drohiczynie i Pannach z Wilka oraz Bielsku Podlaskim i Znachorze trzecia to już bowiem sytuacja, tym razem niezamierzona i nieplanowana, gdy Wędrowcy napotkali na swym szlaku plener kinematograficzny. Inne co prawda czasy, inny gatunek filmowy, ale dzieło też warte pamięci. Tak jak i jego reżyser, zmarły zaledwie pół roku temu Wojciech Wójcik. W przaśnych latach osiemdziesiątych jego filmy, zazwyczaj o tematyce kryminalnej i sensacyjnej, wyróżniały się, można by to nazwać, zachodnim sznytem – miały precyzyjnie skonstruowane scenariusze i były świetnie zrealizowane. Viator pamięta choćby doskonałe Prywatne śledztwo czy mroczny Trójkąt bermudzki, dzieła które, na dobrą sprawę, nie zestarzały się do dziś. Ale tutaj, w Studzienicznej, Wójcik znalazł plenery dla innego ze swych filmów, nakręconego w 1981 roku Karate po polsku. To właśnie w kaplicy, którą ze swych okien widzi Viatorostwo, wykonywali freski artyści plastycy zagrani przez Edwarda Żentarę i Michała Anioła. Tutaj (11 minuta 22 sekunda) mogą sobie Czytelnicy przypomnieć te sceny.

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Nad brzegiem Jeziora Studzienicznego. Gdy dotarło do nich, że jezioro to jest częścią szlaku wodnego, znanego powszechnie jako Kanał Augustowski, Wędrowiec raz tylko spojrzał na swą Towarzyszkę i już wiedział, od czego rozpocznie się dzisiejszy dzień.

Viatorka

Jeśli woda, to czas na kajaki i zupełnie nowe doznania. Pływało już bowiem Viatorostwo wieloma rzekami i jeziorami, a także naturalnymi i sztucznymi odnogami Szprewy w Spreewaldzie, ale długimi, wielokilometrowymi kanałami łączącymi jeziora, jeszcze nie. Poza tym, taki spływ to spotkanie z historią, przecież Kanał Augustowski wraz z całym zespołem budowli i urządzeń uznany został za pomnik historii oraz znalazł się w rejestrze zabytków. I słusznie! Pomysł na utworzenie kanału wodnego łączącego zlewisko Wisły i Niemna z Bałtykiem, z pominięciem dolnego biegu Wisły, powstał podobno już w 1823. Po prostu – Królestwo Polskie, kadłubowe państwo polskie połączone unią personalną z Rosją, potrzebowało otwartego i wolnego dostępu do morza. Spławianie towarów Wisłą do Gdańska było bowiem nieopłacalne: Prusacy nałożyli zaporowe cła.

Pierwotnie projektem zajął się Ignacy Prądzyński, późniejszy generał i wódz naczelny Powstania Listopadowego. Zadbał o patriotyczną symbolikę śluz – miały być wykładane czerwoną cegłą i białym piaskowcem, a więc nawiązywać do polskich barw narodowych. Po wielu perypetiach, przerwie związanej z walkami wyzwoleńczymi w 1931 r., następującej po nich utracie autonomii Królestwa Polskiego oraz wielu zmianach wprowadzonych do pierwotnego projektu, kanał otwarto w 1839 r. Jak się okazało, Prusacy w międzyczasie cła obniżyli, wiec nie było już potrzeby wozić kanałem towarów do Bałtyku, wykorzystywany był natomiast lokalnie, głównie do spławu drewna. Potem został też modernizowany, żeby przystosować go chociażby do przepływu łodzi motorowych.

Program podróży Viatorstwa po Podlasiu był bardzo napięty, nie istniała więc możliwość, aby przepłynąć cały Kanał. Ma on długość ponad 100 km, po drodze trzeba pokonać 18 śluz – na jeden dzień to stanowczo zbyt dużo. Po konsultacji z właścicielem wypożyczalni kajaków nad jeziorem Studzienicznym (skądinąd bardzo sympatycznym panem) wybrało więc Viatorstwo odcinek około 13 km, od śluzy Paniewo do śluzy Swoboda. Trasa bardzo ciekawa i o dużej a zmiennej urodzie.

Żałuje teraz Viatorka, że nie było czasu, żeby przepływać przez śluzę Paniewo, że obejrzeliśmy ją jedynie „od tyłu”.

Z tego ujęcia śluza nie robi wielkiego wrażenia, a to przecież jedyna śluza dwukomorowa, bo różnica poziomów między jeziorem Paniewo a jeziorem Krzywym, które łączy, wynosi ponad 6 metrów. A na przeprawę trzeba poświęcić podobno aż 40 minut. Następnym razem z pewnością Viatorostwo nie ominie tej atrakcji.

Za śluzą Paniewo jezioro o tej samej nazwie, którego długość i szerokość nie przekracza kilometra, a po nim sztuczny kanał i jezioro wytopiskowe Orle, nieco większe, ale znacznie płytsze od Paniewa. A na nim łabędzie, widać, że zaprzyjaźnione z ludźmi, bo kiedy tylko zobaczyły Viatorostwo, szybko pan łabędź, a za nim pani łabędziowa, podpłynęły do kajaka. No i rozczarowanie – ich tym razem, nie nasze – bo niczego do jedzenia niestety ze sobą nie mieliśmy. Nasze trochę też…



W końcu dopłynęło Viatorostwo do śluzy Gorczyca, a tam konsternacja. Czekamy, wołamy, a śluza zamknięta na głucho i żywego ducha nie widać. Co robić? Zdecydował się Viator wysiąść z kajaka i poszukać gospodarza, Viatorka zaś w tym czasie wbiła paznokcie w betonowy brzeg, żeby kajak nie uciekł jej na środek kanału, albo, co gorsza, się nie przewrócił. Po prawdzie kanał głęboki nie jest, ale zanurzenie się w zimnej i mętnej wodzie do przyjemnych by nie należało. Nie było Viatora kilkanaście minut, w końcu powrócił. Znalazł pana obsługującego śluzę w domu, oglądającego telewizję. Pan ze stoickim spokojem poinformował nas, że od kiedy remontują śluzę Swoboda, ruch jest tak mały (faktycznie, tego dnia Wędrowcy byli pierwszymi przepływającymi), że nie opłaca mu się tam cały czas siedzieć. Jak Swoboda jest otwarta, to pływają tędy często motorówki, ale teraz to nie. MOTORÓWKI! Faktycznie, zdało sobie Viatorostwo sprawę, że po drodze nie spotkało ani łodzi motorowych, ani żadnych kajaków. Nikogo. I dobrze, bo nie mieliśmy ochoty mijać się z motorówkami na wąskim kanale i do tego słuchać znowu huku silników. Za to samo przepłynięcie przez śluzę Gorczyca dostarczyło sympatycznych przeżyć. Wpływa się do szerokiej na 5 metrów i długiej na 43 metry komory, do której wpuszcza się  wodę. Mechanizm, jak niegdyś, jest ręczny. Woda gwałtownie rzuca kajakiem, aby na koniec podnieść poziom o niemal 3 metry.

Dalej, za śluzą, już tylko małe, szerokie na 400 metrów a długie na dwa kilometry jezioro Gorczyckie i w końcu najdłuższy i najwyżej położony sztuczny odcinek Kanału Augustowskiego – 7 kilometrów płytkiego, raczej wąskiego traktu wodnego, bez nurtu, z nieprzejrzystą wodą. Płynie się i płynie, a dystansu jakby wcale nie ubywało. Czas też niby płynie, a czujemy się, jakbyśmy stali w miejscu. Znużony Viator w końcu nadał mu nazwę: psychiczna prosta. Trzeba mieć cierpliwość, żeby ją pokonać.

Jednak ostatecznie dotarliśmy do końca spływu, czyli do śluzy Swoboda – tej remontowanej, a właściwie zdemontowanej jedynie, na której nic się nie dzieje. Podobno rok temu zaczęto coś tam grzebać, na zimę ekipa remontowa się zwinęła, aby w tym roku jeszcze się nie pokazać. Gdyby nie to, szybciutko dopłynęlibyśmy pod samą kwaterę w Studziennej. Ale za to pewnie po drodze udręczyłby nas hałas motorówek. Więc chyba nie ma czego żałować.

Marzy się Wędrowcom wrócić kiedyś na Kanał Augustowski, szczególnie, aby zobaczyć jego koniec, połączenie z Niemnem. Tylko, że te ostanie 20 kilometrów jest już na w Białorusi. Nie da się tak po prostu wynająć kajaka. Wycieczka musi być zorganizowana przez odpowiednie biuro, trzeba mieć wizy. Odwykło Viatorostwo od takich obostrzeń, za to przyzwyczaiło się przez kilkanaście lat do swobodnych podróży po Europie. Kto jednak wie, co będzie w przyszłości, może nawet nieodległej – czy nasi Rządzący nie doprowadzą znowu do zamknięcia granic, nie tylko na wschodzie.

Viator

Jak się wiosłuje, to nie można robić zdjęć. Zajęła się tym Viatorka. Ale stado rzadkich i pięknych czapli białych, które przez pewien czas towarzyszyły nam, tłumnie przelatując i obsiadając kolejne drzewa, musiał Wędrowiec uwiecznić, bo czegoś takiego jeszcze nie widział. Słaby aparat, to i fotki nieszczególne. Są raczej pretekstem, mającym pobudzić wyobraźnię Czytelników

 

Bacząc na dotychczasowe doświadczenia z podróży po Oriencie powszechnym, Viator nie miał wątpliwości, iż w to stado wcieliła się gromada tajemniczych duszyczek. Nie wiedział tylko, czyich. To się jednak miało okazać już tego samego dnia po południu – czyli za tydzień na blogu.