Porady kulturalne / Kulturelle Ratschläge

Samstag / Sobota

Niemcy też mają długi weekend i jest on właśnie teraz. Zaczął się wczoraj, skończy 3 października wieczorem, w Dzień Jedności Niemieckiej. Wszyscy wyjechali, a ci co nie wyjechali pójdą w ten weekend co najmniej raz na jakiś event kulturalny. Wiele z nich jest za darmo. Tu poniżej podaję trzy z nich.


(Manchmal) Draussen und umsonst.

In Deutschland herrscht Herbsturlaub-Stimmung! Seit Gestern bis den 3. Oktober hat die ganze Nation frei! Und wer nicht irgendwohin gefahren ist, geht doch irgendwo hin…

Heute ist der erste freie Tag. Wir gehen in die Oper. Draussen und umsonst. Und noch dazu sehr genehme Atmosphäre. Und man kann picknicken! Also Alles in Einem!

Foto: Thomas Bartilla

30. SEPTEMBER UM 17 UHR

Staatsoper für alle: Open-Air-Konzert und Live Übertragungen

Die Staatsoper ist zurück in ihrem Stammhaus Unter den Linden!

Nach mehr als sieben Jahren kehren das gesamte Ensemble, das Orchester, der Chor und alle Mitarbeiterinnen und Mitarbeiter wieder an ihren angestammten Ort zurück. Das möchten wir mit euch allen feiern!

Eintritt frei! Dank BMW Niederlassung Berlin

Open-Air-Konzert STAATSOPER FÜR ALLE
30. Sep 17.00 Uhr Bebelplatz

Dirigent: Daniel Barenboim
Sopran: Diana Damrau
Mezzosopran: Okka von der Damerau
Tenor: Burkhard Fritz
Bass: René Pape
Staatsopernchor
Staatskapelle Berlin

Ludwig van Beethoven
Sinfonie Nr. 9 d-Moll op. 125

Live-Übertragungen STAATSOPER FÜR ALLE
3. – 7. Okt. Bebelplatz

Im Rahmen von STAATSOPER FÜR ALLE werden alle Vorstellungen des PRÄLUDIUMS zur Wiedereröffnung der Staatsoper live aus dem Großen Saal übertragen: Die Eröffnungspremiere »Zum Augenblicke sagen: Verweile doch!« mit Schumanns »Szenen aus Goethes Faust« in der Inszenierung von Jürgen Flimm (3.10., 20 Uhr, auch am 6.10., 18 Uhr) das Konzert am 4.10., 19:30 Uhr (Daniel Barenboim, Maurizio Pollini, Staatskapelle Berlin) sowie das Konzert am 7.10.,18 Uhr mit den Wiener Philharmonikern und Zubin Mehta am Pult . Kommt vorbei!

Alle Termine zu STAATSOPER FÜR ALLE Unter den Linden unter: http://bit.ly/2gQ2eUg


30. SEPTEMBER UM 20 UHR

Und wenn man nach der Oper noch nicht genug von Musik hat, geht man in die Regenbogenfabrik und hört meine (ankommende) Lieblig-Musikerin: Quena Tapia.

Violeta Parra

Quena Tapia lädt zur Peña:

100 Jahre Violeta Parra

Sa., 30.9.17 | 20 Uhr | RegenbogenKino

Violeta Parra war Folk-Musikerin und bildende Künstlerin.
Vor fast 100 Jahren wurde Violeta del Carmen Parra Sandoval in Chile geboren.

Peña bedeutet Fels, aber auch Stammtisch und steht in ganz Chile für kulturell-politische Gemeindefeiern, bei denen Gesangswettbewerbe aller Generationen solo und als Chor, mit und ohne instrumentale Begleitung häufig im Mittelpunkt stehen.
Heute gibt es viele Peñas in Chile, Lateinamerika, Nordamerika, Europa und Australien, die sich aufgrund der Chilenen, die nach Augusto Pinochets Putsch ins Ausland flohen, ausgebreitet haben.

Ab 1952 begann Parra Folkloremusik aus den ländlichen Zonen aufzunehmen und zusammenzustellen. Diese Sammlung entdeckte die Poesie und das Volkslied aus den ziemlich verschiedenen Regionen Chiles. Diese Arbeit förderte den enormen verborgenen Reichtum der Traditionen zu Tage, die zur chilenischen Kultur verschmolzen waren. Von hier begann sie ihren Kampf gegen die stereotype ausländische Musik und transformierte bzw. gewann die authentische Volkskultur wieder zurück. Sie komponierte Lieder, Décimas und Instrumentalmusik, wurde zur Malerin, Bildhauerin, Stickerin, Töpferin.

Violeta Parra schuf die Basis für La Nueva Canción Chilena, die Neue Gesangsbewegung Chiles, die die chilenische Folkloremusik erneuerte. Diese Bewegung breitete sich in den sechziger und siebziger Jahren in Chile aus. Da sie folkloristische Musikelemente mit religiösen Formen und Inhalten der Protestbewegung und Sozialkritik der sechziger Jahre vereinte, wurde sie der Kopf einer mächtigen kulturellen Strömung und erfasste das ganze Land. Sie wurde auch nach dem Putsch in Chile 1973 für viele ein Synonym für das unter der Militärdiktatur leidende und kämpfende Chile, das seine Rückkehr zur Demokratie erreichte.

Eugenia Tapia (Quena Tapia)
Cantante / compositora / Guitarra

Eugenia Tapia wurde als Tochter Chilenischer Musiker in Rüdersdorf geboren, daher die Freude an Ethno-Einflüssen.
Sie studierte 2 Jahre Komposition an der Universität Arsis-Chile (SCD) und Gesang dazu. Danach Gitarrenstudium im Conservatorium – Badalona.
Eugenia startet ihr Musikerinnenleben mit verschiedenen Bands: teils in Chile, Barcelona und seit 2011 auch in Berlin.
Nicht nur live kann mensch sich an Eugenias Kunst erfreuen, sie hat auch einen Lullabye Song aufgenommen: “Tu mi Mariposa” (E.Tapia /P. v. Rothkirch). 2011 CD -Heart & Toes – Lullabies from Around the world.

Eintritt frei – Spenden willkommen

Gute Nacht


Guten Morgen

01. OCTOBER UM 14 UHR


Gallion-Bild der Ausstellung: Neavenezia 2015/17, was natürlich Berlin ist

In der Komunalen Galerie Berlin  auf dem Hohenzollern Damm 176 gibt es noch bis 29. Oktober eine Ausstellung von Matthias Koeppel

Experiment und Methode

Matthias Koeppel zum 80. Geburtstag

Fotografie, Zeichnung, Grafik, Gedichte, Komposition, Malerei

Während der Ausstellung wird sich der Künstler drei Mal mit seinem Publikum treffen und es durch die Ausstellung führen. Ein Termin ist schon vorbei, zwei bleiben noch, davon ein – morgen:

Führungen mit Matthias Koeppel

Sonntag, 10.09.2017 | 14 Uhr

Sonntag, 01.10.2017 | 14 Uhr

Sonntag, 15.10.2017 | 14 Uh

Leider nicht in der Ausstellung, auch als Plakat nicht: Matthias Koeppel ‘Requiem für Luise’, Plakat zur 750-Jahr-Feier Berlins

Auf dem Blog Café Deutschland liest man: Abgebildet sind die Humpe-Sisters: Annette und Inga Humpe gehörten zu den Schaumkronen der Neuen Deutschen Welle. Annettes Blaue Augen (1981) und Ingas Ich düse im Sauseschritt (1983) haben noch heute großen Wiedererkennungswert. Zwischen 1985 und 1987 hatten sie als Humpe & Humpe eine gemeinsame Band.

Das ‘Requiem für Luise’ ist mein Lieblingsbild von Koeppe – ironische Nachahmung der berühmten Skulptur von Prinzessinnen Luise und Frederike Hohenzollern von Johann Gotlieb Schadow aus den Jahren 1795-7.

Poeci wykręci*li kran

Jan Kozłowski i Krzysztof Pukański niemal w tym samym momencie nadesłali mi wiersze prześmiewcze i wykrętne. Nie mogłam się oprzeć, by ich nie opublikować tu razem… Mają one, choć poeci się nie znają, nie tylko pewien wspólny rys prześmiewczo ironiczny, ale i, niekiedy, wspólną… góralskość. Lubię… 

Krzysztof Pukański

Utwór wierszowany prozom:

Pambuk przyszed do mnie w ziele

(wszelkie cudaki i po-pisownie zamierzone)

No i co ja mam z tem fantem zrobić? Pisać? Nie pisać? Pisać-niepisać? Pisać, ale nie-pisać?
– No bo przyszedł.
– No ale w ziele.
– No, ale przyszedł.
– No przyszedł.
– Znaczy pisać?
– No pisać.
To pisze.

Jan Kozłowski

(pamiętacie wiersze o Trocu?)

Kierpce

Aż do góry
Skacze serce
Gdy na nogi
Wkładam kierpce.

Kierpce to mój
Cały świat –
Matka, ojciec,
Dom i brat.

Gdy się z bólu
Cały wiercę,
Ból uchodzi,
Gdy mam kierpce.

Kiedy marznę
Na swej derce,
Ciepło w duszy,
Gdy mam kierpce.

Gdy smakuję
Z pieca sierpce,
Smak najlepszy,
Gdy mam kierpce.

Ten i tamten
Zwie mnie mędrcem.
Moja mądrość –
To me kierpce.

Lindley

Kurtyzana
Katarzyna
Figle-migle
Z gościem wszczyna.

Zrazu wolno,
Potem śmiglej,
W wannie wody,
Gdyż gość – Lindley.

Woda wokół
Wciąż się leje,
Gdy K. migli
Się z Lindleyem.

Pryska, bryzga,
Chlusta, chlupie,
Niby dziki
Sztorm w szalupie.

Wciąż wzbierają
Wody fale,
Ku Lindleya
Dzieła chwale.

Bo w tym życia
Jest uroda,
Kiedy z kranu
Płynie woda.

***
Lindley to ten, no, William Lindley (1808 – 1900) – brytyjski inżynier. Projektował i budował razem ze swoimi synami linie kolejowe, sieci kanalizacyjne i wodociągowe dla około 30 miast europejskich, m.in. w Warszawie, Hamburgu, Bazylei i Sankt Petersburgu. Dla Szczecina i Berlina rolę tę pełnił James Hobrecht. Tylko, jak go zrymować?
Zawsze w wodzie jest mi dobrze,
jeśli grzbiet mi natrze Hobrecht?

Na zdjęciu wieża Lindleya, część filtrów warszawskich

Jeden fioletowy kwiatek

Wpis miał się nazywać Alcalá de Henares, bo chciałam pisać o rocznicy urodzin Cervantesa, a pisarz się tu właśnie urodził, w tej najpiękniejszej części starego Madrytu (na zdjęciu Casa de Cervantes). Od co najmniej trzech miesięcy było zapisane w kalendarzu, że dziś będzie wpis na ten temat. Niestety zniosło mnie na manowce…

Ewa Maria Slaska

28 września 1547. Urodziny Cervantesa. Dobrze liczę? 470 lat? Nie ufam sama sobie, ale excel, który szybciej liczy niż kalkulatory, potwierdza. 470 lat temu urodził się jeden z najsłynniejszych pisarzy na świecie.

To się tak łatwo mówi. Najsłynniejsi pisarze na świecie. Tacy naprawdę najsłynniejsi… Już o tym TU kiedyś pisałam. Zresztą TU też. Najwyraźniej to jakiś mój problem, ten światowy kanon lektur i lista najważniejszych pisarzy.

Zdumiewa mnie zawsze, jak jest ich niewielu w tej pierwszej dziesiątce, która się nam automatycznie nasuwa, chyba nie ma ich nawet dziesięciu. Homer jakieś 2800 lat temu, plus minus, nie bądźmy drobiazgowi. Cervantes. Szekspir urodzony w roku 1564, małe pokolenie później niż wielki Hiszpan. Dante, 1265, trzysta lat przed Szekspirem, Goethe, Proust, Tołstoj, Joyce… to już całkiem niedawno, prawie nasi rówieśnicy… Ośmiu. Jeśli zacznę teraz dodawać innych, to będą oni z innej półki, i równie dobrze mogę zacząć robić listę ośmiuset.

Ilu z nich jeszcze tak naprawdę czytamy? Ilu z nich ja tak naprawdę czytam? Wyrwana ze snu, odpowiedziałabym, że lubię Homera, ale tylko Odyseję, bo Iliady nie lubię. Odyseję w tłumaczeniu Parandowskiego czyli prozą. Czytałam ją wiele razy. Ale kiedy ostatni raz? Dziesięć lat temu, jak sądzę, a przecież mam książkę w domu, pod ręką i uważam, że jest świetnie przetłumaczona.

Dante? Tu gorzej. Pewnie tak naprawdę jakieś 30 lat temu, a może nawet 40. Oczywiście pomijam kartkowanie w poszukiwaniu cytatu, co mi się zdarza często, zwłaszcza nieustannie szukam tych nieszczęsnych Niemców, którym się od Dantego oberwało i nazwał ich żarłocznymi – Tedeschi lurchi (znowu musiałam poszukać!), ale nie czytam, bo tłumaczenie jest okropne, staroświeckie, niezrozumiałe… Za to wciąż namawiam różnych młodych zdolnych, żeby studiowali włoski (starowłoski) i przetłumaczyli Dantego na miarę naszych czasów.

Szekspir. No tu przynajmniej mogę z ręką na sercu powiedzieć, że jego to czytam co i raz. Przede wszystkim dlatego, że w Berlinie są dwie świetne grupy teatralne, specjalizujące się w Szekspirze, wystawiające jego sztuki w plenerze, i to jakim! W ruinach średniowiecznego klasztoru, w zamienionych na park pustkach poprzemysłowych, w drewnianym okrągłym teatrze, który jako żywo bardziej przypomina szekspirowski Globe niż nazywający się szekspirowskim teatr w GdańskuSzekspir w Berlinie jest ostatnio tak znakomity, że właściwie nie wyobrażam już sobie lata bez Snu nocy letniej, a zimy bez Opowieści zimowej i Wieczoru Trzech Króli. A jak się już idzie do teatru, to się jednak sięgnie i po tekst… Coś sprawdzić, coś sobie przypomnieć… No i jednak wciąż wyciągam z półki, oglądam i czytam, stare wydanie Burzy, które dostałam od Mamy, i które jest jednym z niewielu moich prawdziwych skarbów… Mama też ciągle czytała Szekspira i był dla niej miarą poziomu, do którego nikt z nas nie dosięgnie.

Jak dotąd nienajgorzej, ale dalej to już zpełna klęska. Cervantes… teraz oczywiście, z uwagi na publikowany tu co poniedziałek, meandrowo wędrujący po świecie cykl Barataria, którego pomysł wywodzi się od samego mistrza, czytam go właściwie bez przerwy. Ale przedtem, wstyd się przyznać. Czytałam go tak dawno, że właściwie nieprawda, i jeszcze wcale go nie lubiłam…

Tołstoj, zresztą tylko Anna Karenina, ostatni raz co najmniej dziesięć lat temu i to tylko z uwagi na to niezwykłe zdanie rozpoczynające tę powieść: Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.

Joyce! O ten, to jest dopiero miara klęski! Stosunkowo niedawno, dostałam Finneganów tren w tłumaczeniu Krzysztofa Bartnickiego, i próbowałam go czytać… Naprawdę próbowałam, raz, drugi, trzeci, potem stwierdziłam, że nie mogę go czytać w łóżku (a tak przecież wszyscy czytamy – badania to potwierdzają), bo natychmiast zasypiam, ale czytanie na fotelu też nam (Joyce’owi, tłumaczowi i mnie) niewiele pomogło. W końcu, jeśli czytam, to tylko Ulissesa, ale, z ręką na sercu, cała ta lektura sprowadza się zawsze i nieodmiennie do monologu Molly i dwóch irlandzkich śniadań. A przecież wciąż jeszcze mi się marzy wyjazd do Dublina na 16 czerwca, żeby przejść trasę, jaką tego dnia w roku 1904 przebył Leopold Bloom.

Goethe… No Goethe jak Szekspir, jest wciąż obecny, zresztą nawet na stole. Z Schillerem.

Pieprzniczka i solniczka. Na pytanie, który z dwóch poetów soli, a który pieprzy, odpowiadam nieodmiennie, że zgodnie z tytułem filmu (już zresztą trzeciego z kolei) Fack ju Göhte, pieprzy Goethe. Ale szczerze powiem, wiersze pisał fajne, i często je sobie czytam (choć wolę Heinego), natomiast Faust jest, moim zdaniem, mocno przereklamowany, a nawet – w gruncie rzeczy wstrętny.

No i zostaje Proust, intelektualne wyzwanie XX (a i XXI) wieku, wciąż czytany, i na pewno najbardziej z nich wszystkich kochany, ale… Czytany. Schmidt czyta Prousta. Koperski czyta Prousta. Milewski czyta Prousta. Ja też czytam Prousta. Czytałam go w życiu swoim co najmniej dwadzieścia razy, najpierw od początku do końca, od pierwszego tomu do siódmego, potem, nawet nie wiem, kiedy to się stało, chyba już w Niemczech (choć czytam oczywiście po polsku! oczywiście!), zaczęłam, jak Mama, czytać tylko trzy pierwsze tomy, potem już tylko pierwszy, potem już tylko W stronę Swanna, bo Miłość Swanna zaczęła mnie potwornie irytować, aż wreszcie zdarzyło się kiedyś, że zniechęcona odłożyłam proustowską magdalenkę, wywołującą dalekie piękne dzieciństwo narratora w Combray, i jak dotąd jeszcze do niej nie wróciłam. Odkryłam nie tyle, że już mnie owa kraina przestała interesować, ile – że znam ją zbyt dobrze. Nie muszę jej czytać. Jest ze mną zawsze, dostarcza mi rozwiązań i przemyśleń na każdą okazję. Gdy wracamy z wnukiem do domu i zaczyna padać, podaję mu swój szal i opowiadam o tym, jak słynny pisarz, gdy był małym chłopcem, wychodził w Combray na spacer podczas ulewnych deszczy, owijając się w gruby koc…

Zagadka – z jaką sceną z I tomu Prousta może się kojarzyć to zdjęcie? Podpowiem, że jest tu jeden fioletowy kwiatek. Będzie nagroda!

Die beste aller Welten / Najlepszy z możliwych światów

Morgen startet den Film / Jutro premiera filmu: Die beste aller Welten

Idźcie koniecznie! / Geht hin! Und zwar unbedingt. Denn: Wenn ihr nicht in der ersten Woche hingeht, verschwindet der Film von der Leinwandoberfläche der deutschen Kinos… So sind die Regeln der unsichtbaren Hand des Marktes.

Główna rola kobieca / Die Hauptdarstellerin Verena Altenberger / Foto: Filmperlen/ Ritzlfilm

Dorota Cygan i Ewa Maria Slaska

Film, na który nigdy byśmy nie poszli i byłaby to strata niepowetowana
Zum Film, den wir uns wohl kaum angeschaut hätten – was aber sehr schade wäre …

Obejrzałyśmy ten film, bo wybrali go do preview redaktorzy berlińskiej gazety miejskiej TIP. Poszłyśmy, bo w międzyczasie nauczyłyśmy się, że jeśli ta grupka krytyków wybrała jakiś film, to znaczy, że jest on naprawdę warty uwagi. Dzięki nim obejrzałyśmy przed rokiem Manchester by the sea i wyszłyśmy naprawdę pod wrażeniem siły i autentyczności tego obrazu, a potem, ale dopiero potem, dostał on Oskara. Do kogoś trzeba mieć w życiu zaufanie, my pokładamy je w tych kobietach i mężczyznach. Sie schrieben für uns auch, wovon der Film handelt:

Wir haben uns den Film angeschaut, weil er von der Redaktion der Stadtzeitung TIP für ein Preview empfohlen wurde. Mittlerweile haben wir ja auch gelernt, dass Filme, die von den Filmkritikern der TIP ausgewählt wurden, wirklich sehenswert sind. So verdanken wir ihnen, vor einem Jahr Manchester by the sea gesehen zu haben: Wir waren zutiefst beeindruckt, als wir den Kinosaal verließen, und zwar von der Kraft und Authentizität des Dargestellten.Der Film bekam (später!) auch den Oskar. Auf etwas muss man sich verlassen können – etwa auf das Urteil des Redaktionsteams, das uns im Falle von Die beste aller Welten folgendes von der Handlung verrät:

Der kleine Adrian stellt sich seinen Alltag immer wieder als grandioses Abenteuer vor. Und er hat auch allen Grund dazu, denn seine Mutter hat ein Riesenproblem: Sie steckt tief im Salzburger Drogenmilieu fest, und versucht verzweifelt, dem Sohn mit fantasievollen ­Geschichten über die bittere Wirklichkeit hinwegzuhelfen. Adrian Goigingers „Die beste aller Welten“ ist ein gelungener Versuch über die Schutzfunktion der Fantasie und über die Risse, die jede Lügengeschichte irgendwann bekommt. Die kindliche Perspektive lässt „Die beste aller Welten“ zu einem schmerzhaften Psycho­thriller werden. Der Salzburger Dialekt trägt viel zur besonderen Atmosphäre dieses Films bei.

Am Ende des Previews könnten wir Fragen an die Hauptprotagonistin und einen der Nebendarsteller, den sog. Griechen, stellen. Wir traffen sie auch in der Kinobar.

Adminka z główną aktorką filmu, foto: Dorota Cygan

Uwaga, jest coś, czego gremium redaktorów nie napisało (i chwała im za to) i co się okazuje dopiero, jeśli się uważnie i ze zrozumieniem przeczytało końcowe napisy. Nie psujcie sobie i innym napięcia, z jakim ogląda się ten film, nie szukajcie tej informacji (bo na pewno gdzieś jest), nie zdradzajcie jej innym, ale nie wychodźcie z kina zanim film się naprawdę nie skończy i obsługa zgasi światła na sali… Bo ominie was efekt całkowitego zaskoczenia.

Aufgepasst: Das Redaktionsgremium hat eines nicht verraten (vielen Dank dafür!). Dies erschließt sich einem erst, wenn man den Abspann aufmerksam (und verstehend:-)) verfolgt hat. Sucht diese (sicherlich irgendwo versteckte) Info nicht im Vorfeld – seid nicht eure eigenen Spielverderber, bringt euch nicht um den Spaß und die Spannung, mit der ihr den Film sehen könnt. Und bitte plaudert auf keinen Fall etwas aus. Verlasst den Kinosaal nicht, bevor der Film zu Ende ist und die Lichter ausgehen. So lasst Ihr Euch nicht etwas entgehen, was Euch komplett überrascht.

Kiedyś to było oczywiste, że podobnie jak pierwsze sceny tak i ostatnie napisy są częścią filmu i nikt się nie ruszał z kina przed czasem. Była przecież wciąż jeszcze muzyka, ważne informacje, czasem nawet pojawiała się jakaś najostatniejsza scena. W Berlinie jednak jest obyczajem powszechnym wychodzenie z kina natychmiast, praktykują to również mieszkający w Berlinie Polacy, obawiam się więc, że ten plebejski zwyczaj dotarł już i do Polski.

Früher mal war es für die Zuschauer selbstverständlich, dass der Abspann genauso zum Film gehört wie der Vorspann oder die erste Szene. Daher hat niemand den Kinosaal vorzeitig verlassen, schließlich lief noch die Musik und es konnte gut sein, dass ganz zum Schluss noch die allerletzte Szene oder die allerwichtigste Information kam. In Berlin hat sich allerdings der Brauch durchgesetzt, das Kino sofort zu verlassen. Davon sind auch die Berliner Polen nicht ausgeschlossen, daher nehme ich an, dass der plebejische Brauch mittlerweile in Polen angekommen ist.


Jeden z bohaterów filmu, tzw. Grieche / Grek w foyer berlińskiego kina

Ludzie, których już nie ma…

Andrzej Rejman

Odwiedziliśmy z rodziną Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Wystawa zrobiona świetnie, wielokrotnie opisywana i chwalona.

Oby nikt jej nie zepsuł!

Przerażające i silne wrażenie robią wielkie plansze z dziesiątkami portretów – ludzi, którzy zginęli.

(Podobnie wygląda wystawa w muzeum w Waszyngtonie, United States Holocaust Memorial Museum, Washington. Też setki twarzy ludzi z obozu w Terezinie/ Getto Theresienstadt)

Niektóre postacie są tak wyraziste, fizjonomia tak żywa i współczesna, że miałem wrażenie, że widziałem tych ludzi niedawno na ulicy, w autobusie, w metrze, w Warszawie… w Berlinie…

Z przedwojennych zdjęć spoglądały wprost na mnie oczy spokojne, ufne, zdradzające siłę, a może i jakieś słabości charakteru, lecz oczy ludzi pewnych siebie i swojej przyszłości, gotowych żyć długo i intensywnie, ludzi nie przeczuwających niczego złego.

Postanowiłem wracać do nich, lub im podobnych, i jakoś połączyć się z nimi myślą, gdziekolwiek by nie byli… No i w końcu kiedyś zrobić coś pozytywnego, “dla nich”, “za nich”… …

Na stronie ofiar deportacji wojennych z Francji są setki takich zdjęć …

https://phdn.org/archives/holocaust-history.org/klarsfeld/French%20Children/html&graphics/T0433.shtml

Jedno z nich, zrobione w październiku 1943, przedstawia dzieci z ochronki dla dzieci żydowskich w Saint-Mandé, prowadzonej przez UGIF ( l’Union générale des israélites de France), organizacji powołanej przez rząd Vichy.

Tylko jedna z dziewczynek – pierwsza z lewej w drugim rzędzie – trzynastoletnia Rose (Rosette) przetrwała…

http://www.convoi77.org/pl/deporte_bio/korman-henriette/

Przypomniałem sobie opowieść mego ojca, o przedwojennej Polsce, o szkole, o ludziach, o społeczności żydowskiej z regionu z którego pochodził – z Łańcuta.

W Łańcucie przed wojną było co najmniej 30% Żydów.

Podobne zdjęcie z Łańcuta, ale wcześniejsze – dziewczynki również uśmiechnięte nie mają jeszcze przyszytych Gwiazd Dawida na sukienkach…

http://shtetlroutes.eu/pl/yizkor-book-of-lancut/

Ojciec sporo mówił o swojej klasie w Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza w Łańcucie. Nie zapisałem wielu ciekawych faktów, sięgam jednak do zdjęcia tej klasy – rocznik maturalny 1933/34.

Wiele osób z tej klasy zginęło podczas wojny.

 

Wśród nich był także Emanuel Mechlowicz, kolega szkolny mojego ojca. Z tego co pamiętam, został rozstrzelany zaraz po wkroczeniu Niemców do Łańcuta.

A Scott Mechlowicz, młody, ale już dosyć znany aktor amerykański (m.in. Dr House, Czekając na wieczność, Droga donikąd) pewnie jest jakimś jego kuzynem, bo, jak czytam, jego babcia pochodziła z rejonu Przemyśla.

c.d.n.

Barataria 35 Leśmian 15 Sindbad 7

Ewa Maria Slaska

Tam, w krajach nieznanych…

…wszystko jest zaklęte i zaczarowane. Na każdej wyspie rozkwita inna baśń. W każdej baśni przebywa inna królewna.

To ostatnia już podróż Sindbada. On tego oczywiście nie wie, ale my, czytelnicy, wiemy, że to koniec, zbliżamy się przecież do końca książki. Książka i film posiadają bowiem tę specjalną moc, która na zawsze przepełniła nas przekonaniem, że każda przygoda, chćby najgorsza, ale niestety i najświetniejsza, zawsze się skończy. Choćby miała to być tylko po prostu tylna okładka książki bądź napis the end. Nawet nie happy.

Tym razem w podróż do krajów nieznanych wyruszają z Sindbadem jego wuj Tarabuk, poeta, pokryty własnymi wierszami wytatuowanymi na całym ciele i jego osobisty tautuażysta, określany przez naszego bohatera mianem “Chińczyk”. Wsiadają na statek, jak zawsze w ostatniej chwili (pochyla się nad nimi nieznana wówczas jeszcze z imienia, ale przecież wszechobecna w ludzkim życiu, muza Prokrastynacji). Jak zawsze Diabeł Morski przemyślnie sprawił, iż jeden z nich, a był to tym razem wuj Tarabuk, trzymał w dłoni jego zwiastujący nieszczęścia list.

Jeśli nie dostaje nam wyobraźni, to powiem, że wuj (będący zapewne autoironicznym portretem samego Leśmiana) już w początkach opowieści był niezbyt powabny – niski, brodaty, poczochrany, teraz jednak, pokryty drobniutkimi jak ziarnka maku literkami swych cudownych poematów, stał się wręcz odrażający i, jak to stwierdzili marynarze, przypominał jako żywo dziecię diablicy i orangutana. Wiemy co się stanie: wuj a z nim Chiżczyk i Sindbad zostaną zmuszeni do opuszczenia statku. Tym razem jednak, zanim do tego dojdzie, pojawi się okręt niosących zagładę Purpurowych Feministek. O tak! Pewnie je wyśnił król Mirakles z poprzedniej opowieści. Wybudzony przez Sindbada z błękitnego snu, natychmiast zasnął znowu, by śnić sen purpurowy…

Kapitan spojrzał przez lunetę:

Widzę okręt, zwany Purpurowcem. Załoga jego składa się z okrutnych kobiet-olbrzymek, które zajmują się rozbojem na morzu. Warkocze ich są purpurowe, a twarze piękne i straszne zarazem. Kobiety owe napadają na zbłąkane okręty, biorą w niewolę załogę i sprzedają swych niewolników czarodziejom, którzy zamieszkują wyspy zaklęte. Trudno im stawić opór, gdyż są nadzwyczaj silne. Nic nam jednakże nie pozostaje, jak tylko walczyć do ostatniej kropli krwi! Bądźmy mężni i odważni! Nie ulęknijmy się przemocy tych olbrzymek! Wstyd bowiem okazać się tchórzem wobec kobiet!

O siostry z różowymi parasolkami, zbierające podpisy pod akcją Ratujmy kobiety!

Na pokładzie Purpurowca widniały groźne postacie olbrzymek, które właśnie zaplatały swe purpurowe warkocze, aby im nie przeszkadzały w boju. Zaplatały je szybkimi ruchami białych, cudownych dłoni. Oczy olbrzymek płonęły niby gwiazdy. Wkrótce Purpurowiec zbliżył się do nas o tyle, żeśmy mogli dosłyszeć śpiew strasznych olbrzymek.
– Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! – śpiewały olbrzymki. – Bystry Purpurowiec unosi nas na wzburzonych falach. W świetle czerwonych latarni płoną nasze warkocze szkarłatne. Zaplatajmy je co prędzej, aby nam nie przeszkadzały w bitwie. Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! Dziwaczny Purpurowiec kołysze się na grzbietach fal. Noc nadchodzi. Światło czerwonych latami zabarwia ciemność dokolną. Zaplatajmy co prędzej nasze warkocze szkarłatne. Zbliża się godzina bitwy. Zwycięski Purpurowiec piętrzy się w ciemnościach nocnych. Biada naszym wrogom!

Każdy autor baśni, czy będzie to Szeherezada czy autorzy scenariusza Gry o tron, sięga po utrwalone wzorce opowieści. Purpurowe kobiety o rudych warkoczach siejące postrach wśród mężczyzn to oczywiście Amazonki, ale nie tylko… Najwspanialsza rudowłosa wojowniczka żyła naprawdę. Niestety skończyła tragicznie, ale jej życie było znacznie bardziej fascynujące niż archetypiczne mity: Boadicea czyli Budika.

Urodziła się w 22 roku naszej ery, zmarła w roku 61. Jej imię, pisze Wikipedia, oznacza Zwycięstwo. królowa Icenów zamieszkujących wschodnią Brytanię. Wykorzystując nieobecność rzymskiego namiestnika Brytanii, Swetoniusza Paulinusa, około 60 roku n.e. wznieciła powstanie przeciw Rzymianom, odpowiadając w ten sposób na falę terroru i poniżeń, jaka stała się udziałem Icenów po śmierci jej męża Prasutagusa. Ona sama została wychłostana, obie jej córki publicznie zgwałcone. Boadicea dramatycznie przegrała powstanie: w ostatecznej bitwie zginęło 80 000 Brytów (w tym również kobiety i dzieci) i zaledwie 400 Rzymian. Boadicea popełniła samobójstwo.

Była bardzo wysoka i wyglądała groźnie. Patrzyła srogo, a mówiła ochryple. Wspaniałe włosy bujnie spływały aż po biodra. Do ubioru − niezmiennie nosiła wspaniałą złotą kolię wokół szyi i wielobarwną tunikę. Na tym gruby płaszcz spięty broszą. Gdy przemawiała, chwytała włócznię, aby jeszcze bardziej przestraszyć patrzących.

— Kasjusz Dion Kokcejanus “Historia rzymska” 62, 2

Jeśli zadawałam sobie pytanie, czy pisząc o Purpurowych Wojowniczkach Leśmian mógł znać historię wspaniałej rudowłosej Brytyjki, Wikipedia mi odpowie, że tak – mógł:

Pomnik Boudiki, przedstawiający ją na rydwanie wraz z dwiema córkami, został stworzony w XIX wieku i stoi dziś przy moście westminsterskim. Jest jednym z najbardziej znanych symboli Londynu.

William Cowper (1782) poświęcił jej balladę zatytułowaną Boadicea, również Enya oddaje jej cześć w utworze również zatytułowanym Boadicea (album The Celts), Alfred Tennyson poemat, a Fletcher i Beaumont napisali tragedię Bonduca, opartą na Kronikach Holinsheda, której premiera odbyła się przed 1619 rokiem. W 2003 roku wydana została bestsellerowa tetralogia pt. Boudica, epicka opowieść o losach Boudiki, bazująca na faktach historycznych. Jej autorką jest Manda Scott. Powstał również film pod tytułem Boudica (w USA The Warrior Queen) z 2003 roku. W Civilization V: Bogowie i królowie Boudika jest liderką cywilizacji Celtów.


Statek, na którym płyną Sindbad, wuj i Chińczyk, przegrywa, zresztą z winy nieszczęsnego wuja-poety, walkę z olbrzymkami. Kobiety zabierają ich na Wyspę Szmaragdową – Irlandia? Szmaragdowa Wyspa Elfów? Niestety, to nie elfy zamieszkują tę wyspę, lecz przybywają tu czarnoksiężnicy, którym na targu olbrzymki sprzedają jeńców. Naszą trójkę kupił potworny czarnoksiężnik Barbel o pysku mopsa i przeniósł ich magicznym zaklęciem do swego zamku.

Znaleźliśmy się nagle w komnacie pałacowej o ścianach pozłocistych (…). W głębi komnaty stały trzy otomany: jedna zielona, druga błękitna, trzecia złota. Na zielonej leżała królewna w szatach zielonych, na błękitnej – królewna w szatach błękitnych, a na złotej – królewna w szatach złocistych. Wszystkie trzy królewny zdawały się być nieruchome, drętwe i jakby nieżywe.
W kącie komnaty stał trójnóg, na którym płonął ogień różowy. Ogień ów, zamiast syczeć, wydawał dźwięki melodyjne i taneczne. Czar tych dźwięków był tak nieodparty, żem poczuł w całym ciele niezwalczoną chęć tańca. Barbel pozbawił nas więzów i rzekł:
– Spójrzcie na te trzy królewny, które leżą na trzech otomanach. Są one piękne, ale nieruchome. Sen, podobny do snu wiekuistego, obezwładnił ich ciała. Powołać je do życia można tylko z pomocą tańca. Czy słyszycie muzykę cudowną, która się dobywa z głębi płonącego na trójnogu ognia? Ogień różowy gra im do tańca, lecz trzem królewnom brak trzech tancerzy i dlatego też spoczywają na otomanach – nieruchome, drętwe i nieżywe. Nabyłem was w tym celu, abyście spełniali przy królewnach czynność wiernych tancerzy. Zbliżcie się do nich i zaproście je do tańca, a natychmiast ożyją i powstaną, i wesprą się na waszych ramionach, aby wespół z wami wirować w tańcu zaklętym.

To kolejne senne królewny w leśmianowskiej opowieści. Najpierw była Urgela, potem Chryzeida, teraz były już trzy – błękitna, zielona i złota.

Królewny powstały ze swych otoman i pochyliły się ku naszym ramionom. Ujęliśmy je wpół i rozpoczęliśmy taniec zaklęty. Upojony melodyjnymi dźwiękami płonącego ognia zwiewnie wirowałem po komnacie wraz z moją królewną błękitną. Chińczyk tańczył ze zwinnością wiewiórki i tak szybko, że złota królewna zdawała się migotać w jego objęciach. Wuj Tarabuk potykał się co chwila o zieloną szatę swej damy, ale tańczył mimo to z wielką starannością i sumiennością.

Było im pisane pląsać tak aż do upadłego, a tańca nie dało się przerwać. Mieli tańczyć, póki wyczerpani nie skonają ze zmęczenia. Ich tancerki wcale zresztą nie były prawdziwymi królewnami – zielona była płaczącą wierzbą, niebieska – strumieniem, a złota – złotą rybką igrajacą w falach potoku. Jako młode kobiety były piękne, ale przeogromnie nieszczęśliwe i zmęczone nieustannym tańcem, którym zabijały swoich partnerów. Jedno tylko mogło zniweczyć zły czar – trzeba było zdmuchnąć różowy zaklęty ogień… Jednak jak dotąd żadnemu z tancerzy się to nie udało, również Chińczyk i Sindbad ponieśli porażkę, gdy tymczasem pokraczny i dziwaczny wuj Tarabauk… O tak, to poeta zdmuchnął płomień i uwolnił ich wszystkich z mocy Zła! Znaleźli się w nieznanej dolinie, pełnej kwiatów i krzewów, gdzie ocieniony gałęziami wierzby z wolna płynął strumyk, a w nim pląsała radośnie złota rybka. Uciekli czym prędzej, dotarli na brzeg wyspy, gdzie akurat (pamiętamy ta słowo? akurat) przepływał statek.


To już koniec przygód Sindbada żeglarza. Powrócili z wujem do domu (czyli do swoich stu pałacy w stu ogrodach). Trzeba jeszcze tylko napisać, jakie były ich dalsze losy. Otóż załoga okrętu, którym wracali do Persji, składała się z rozmaitych osób. Uwagę naszych poszukiwaczy przygód zwróciła pewna piękna dziewczyna oraz pewna wiekowa już, ale bardzo miła jejmość. Dziewczyna okazała się córką jednego ze sławnych podróżników, zaś jejmość – wdową po kupcu perskim. Dziewczynie było na imię Arkela, zaś jejmości – Barabakasentoryna. Arkela oczarowała Sindbada, który oświadczył się jej niezwłocznie i został przyjęty. Wuj Tarabuk zachwycił się otyłą nieco postacią Barabakasentoryny. Idąc w  ślady siostrzeńca nie zwlekał ani chwili, jeno od razu wyjawił jej chęć ożenku. Narzeczona zażądała jednak usunięcia z ciała poety paskudnego tatuażu. Nie pomogły tłumaczenia, że to wiekopomne dzieło poetyckie. Nie znoszę książek i nigdy ich nie czytam – oznajmiła Barabakasentoryna, podając poecie wonne zioła, zmywające każdą plamę.

Odtąd żyliśmy spokojnie w pałacu rodzinnym. Diabeł Morski już nie nawiedzał mię we śnie i nie kusił do podróży, ponieważ stałem się człowiekiem żonatym i poważnym.
Wuj Tarabuk od czasu do czasu próbuje pisać wiersze, ale Barabakasentoryna drze je na drobne kawałki, bo nie znosi poezji. Wuj pozwala jej na wszystko i nigdy się jej nie sprzeciwi.
Sam jej przynosi każdy świeżo napisany wiersz i mawia zazwyczaj:
– Moja droga Barabakasentoryńciu! Przynoszę ci tu wierszyk, abyś go mogła zawczasu zniszczyć.
I Barabakasentoryna niszczy bezlitośnie utwory wuja.


Imaginacja to czy upoetyzowana opowieść o życiu poety…? Chyba póki co – tylko zabawa literacka. Z biografii Zofii z Chylińskiech Leśmianowej, wykształconej w Akademii Juliana w Paryżu malarki, wynika, że Sindbad żeglarz powstał jeszcze w czasie, gdy Zofia i Bolesław byli zgodnym i kochającym się małżeństwem. Już wkrótce potem bywało różnie, o czym więcej TU. Ale nawet wtedy, gdy działo się źle, Zofia bardzo szanowała twórczość swojego męża. Ba, sam Leśmian napisał w liście do Miriama: Pod względem twórczości jest mi teraz tak dobrze, jak nigdy. Pracuję co dzień. Zawdzięczam to mojej żonie, która mnie z upadków moich własnoręcznie podniosła (…). Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy.

Z reguły starałam się odkryć cztery reguły, które wynikają z przytoczonej opowieści o kolejnej awanturze Sindbada, teraz, na zakończenie, pokuszę się o cztery Wielkie Kategorie Logiczne bajek pana Leśmiana, a może w ogóle każdej bajki:

Zacznę od ostatniej, ale za to najważniejszej:

  1. Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy. Czyli, jak głosiła Maria Trapp w Dźwięku muzyki: My nie jesteśmy biedni, my tylko nie mamy pieniędzy
  2. Każda bajka się kończy, każda bajkowa księżniczka znika, przedtem jednak zdąży nam pożreć ostatnie bajkowe brylanty. Czyli nie zapominajmy, że najczęściej życie nam da wybór – albo wolność i klepanie biedy, albo niewola i bogactwo. A poza tym, że zacytuję popularny przed laty żarcik: ile się tych żab trzeba nacałować, żeby trafić na księcia lub księżniczkę.
  3. Potwory nas przestaną nawiedzać i kusić przygodą, jeśli się ustatkujemy, co być może oznacza również, że jeśli nie spoważniejemy, wciąż będziemy przeżywać przygody. Ale może jest na odwrót, jak z kolei głosiła moja babcia, zresztą chyba rówieśnica Marii Trapp: trzeba się najpierw porządnie sparzyć na kontaktach z księżniczkami i książętami, aby docenić zwykłego męża i zwykłą żonę.
  4. I wreszcie moja własna mądrość: nie łudźmy się, nawet jeśli nam się trafi książę lub księżniczka, zamieni się przy nas w żabę, a różnica między czarodziejką i czarownicą (a i czarodziejskim księciem i czarownikiem Gargamelem) to jakieś dwadzieścia lat. Przyzwyczajenia…

Wspomnienie o mojej Mamie (4)

Janina Kowalska

Daleka droga

Był początek sierpnia 1944 roku, wojsko niemieckie w popłochu uciekało na Zachód. W Warszawie było Powstanie, którego pożary i wybuchy dobrze było słychać w położonej na prawym brzegu Wisły Zielonce. Obie z Mama wróciłyśmy już z kilkumiesięcznej tułaczki, musiałyśmy się ukrywać, bo po tym jak nas obie wykupiono z Pawiaka, Gestapo nas poszukiwało, mając nadzieję, że uda się za nas ponownie dostać pieniądze.

Teraz w Zielonce i okolicach był front, w nocy podchodzili bolszewicy, a w dzień wracały wojska niemieckie. 4 września Niemcy wyrzucili nas wszystkich z domów i kazali iść na Pragę do kościoła św. Floriana. Udało się nam “odłączyć” od kolumny wypędzonych, eskortowanej przez patrole niemieckie na motocyklach i dotrzeć do brata Mamy, Edwarda, który z żoną mieszkał na Pradze. Oboje pracowali w Monopolu Spirytusowym na ul. Ząbkowskiej. Razem z bratem ciotki i jego żoną było nas sześć osób – mieliśmy dołączyć do pracowników Monopolu, których za trzy dni czekała ewakuacja do Żyrardowa, gdzie znajdowała się podległa Monopolowi gorzelnia. Cała grupa miała ciężarówką przejechać przez Warszawę podczas 24-godzinnego zawieszenia broni. Tak znaleźliśmy się w Żyrardowie.

16 stycznia 1945 roku wojska sowieckie zajęły Żyrardów, Niemcy oddali miasto bez jednego wystrzału. Przez główną, przelotową ulicę, przy której mieszkaliśmy, jechały przez 40 godzin sowieckie czołgi, dosłownie jeden za drugim, “zderzak w zderzak”. Pogoda była cały czas piękna, ale mróz siarczysty, siedzieliśmy w domu i cały czas paliliśmy w piecyku, aby nie zamarznąć. Dołączyła do nas kuzynka ciotki, a więc było nas razem siedem osób w dwóch malutkich pokoikach, ale ważne, że byliśmy razem. Niestety wciąż jeszcze nie mieliśmy żadnych wieści o Ojcu, którego z Pawiaka wywieziono do obozu koncentracyjnego nad Bałtykiem, w Stutthofie. Wielkich nadziei na to, że zobaczymy go jeszcze żywego, nie mieliśmy.

Wszyscy martwiliśmy się też tym, z czego będziemy żyć, bo gorzelnia, w której pracowali dwaj wujkowie i ciotka, była zamknięta. Na szczęście mieliśmy sporo butelek spirytusu, który rozdano pracownikom przed wejściem wojsk sowieckich, a w tamtym czasie była to dobra “waluta”, bo za nią od żołnierzy rosyjskich można było kupić każde jedzenie. Nie wiedzieliśmy nic o najstarszym bracie Halszki i Edwarda, Ryszardzie, który mieszkał pod Tarczynem, trzeba było się z nim jakoś skontaktowac, ale jak? Front był niedaleko, poczta nie działała, pociągi nie chodziły, a mróz nadal trzymał i było dużo śniegu i lodu.

Gdzieś chyba w połowie lutego Mama oznajmiła, ze pójdzie do brata na piechotę, “to będzie jakieś 30 kilometrów, w dwa dni zajdę”. Edward chciał iść z Mamą, ale stanowczo się temu sprzeciwiła. Teraz wszyscy wyciągali, co mieli ciepłego do ubrania, żeby Halszka w tej drodze nie zmarzła.

Wyszła z domu o świcie, ubrana w dwa swetry, żakiet i jesionkę, a na to wszystko miała chłopską chustę zawiązaną na głowie i spadającą na ramiona. Wyglądała jak wiejska babina i dobrze, bo nie wyróżniała się wyglądem. W kieszeniach żakietu i palta miała dokumenty, pieniądze i coś do jedzenia. Trasę omówiono już w dniach poprzednich, ale jak ją wytyczono, tego nie wiem, bo nikt nie miał żadnej mapy. Poszła na “czuja”, “na nos”, no i “koniec języka za przewodnika”. Bardzo się o nią martwiłam, znała język rosyjski (urodziła się przecież i wyrastała w zaborze rosyjskim), ale w tamtych czasach przyznawanie się do tego było ryzykowne, bo znających rosyjski często brano za szpiegów, a jak kończyli szpiedzy w czasie wojny, wszyscy wiemy. Całą nadzieję pokładałam w tym, że Mama będzie wiedziała, kiedy się można przyznać do znajomości języka, a kiedy nie.

Wróciła cała i zdrowa po tygodniu, ale bardzo zmęczona. Powitaliśmy ją jak bohaterkę, a wieczorami opowiadała nam o tej trudnej drodze.

W tamtą stronę szła dwa dni, nocowała w jakiejś wsi. Były to czasy, kiedy każdego wędrowca przyjmowano na nocleg, bo dużo ludzi chodziło, poszukując swoich bliskich wypędzonych z Warszawy i okolic przez Niemców. Opowiadała, że kilka razy podwoziły ją samochody wojskowe, które często zatrzymywały się, żeby podwieźć pieszego kilometr albo dwa. Czasem ona sama machnięciem ręki zatrzymywała samochód.

Ryszard oniemiał, ujrzawszy Mamę w drzwiach swego domu, ostatnio widzieli się jakieś dwa lata wcześniej. Radość była ogromna, ale i zdziwienie, że przebyła taką drogę w taką mroźną pogodę. Po czterech dniach ruszyła w drogę powrotną, którą przebyła w… jeden dzień.

Wdała się w rozmowę z żołnierzem rosyjskim, kierowcą ciezarówki, którą zatrzymała. Rozmawiała z nim po rosyjsku, a on najpierw przestraszony, zapytał ją, czy nie jest szpiegiem, bo tak dobrze zna język. Wtedy Halszka zrobiła mu wykład, jak to za cara gnębiono Polakow i kazano mówić po rosyjsku, nawet w szkole lekcje były w tym języku i wszyscy z jej pokolenia go znają. Chłopina zrozumiał i wyłożył jej swój propagandowy pogląd na carat. Wzruszył się tak tą opowieścią, że zboczył z drogi, którą miał jechać i podwiózł ją pod Żyrardów. Mama spytała, czy nie będzie miał kłopotów, bo jedzie nie tą drogą, co trzeba, ale ją uspokoił, mówiąc, że w zimie drogi zawiane śniegiem i jest nakaz, by jechać tak, aby nie utknąć w zaspie. Ostatni odcinek drogi przebyła na piechotę, ale leciała jak na skrzydłach z radości, że wyprawa, acz ryzykowna, tak się pomyślnie kończy.

Cziste szaleństwo

Lech Milewski

Cziste szaleństwo czyli fortepian Stalina w Temple Beth Israel

Cziste szaleństwo? To nie pomyłka w tłumaczeniu, przeciwnie, czyż można lepiej zintepretować błąd ortograficzny – shir zamiast sheer?

Bilet otrzymałem przez internet i miałem czas na przeczytanie reguł tego szaleństwa. Poniżej kilka istotnych wskazówek.
LEGAL SPIEL:
The Festival has all rights to film, photo and video production of this Festival and your sheyna punim may be filmed incidentally.
Don’t be a schmuck!
If you’re a schmo we will deal with you.
Footwear is to be worn at all times, you’ll look like a schlub otherwise.
Sorry, but don’t schlep your pets to the festival.

Pełen słownik – TUTAJ.

Shir Madness to festiwal gromadzący doskonałych żydowskich muzyków z całego świata. Odbywa się corocznie, naprzemian, raz w Melbourne raz w Sydney.
To ci okazja, można posłuchać na żywo najlepszych nowojorskich klezmerów bez potrzeby wyjazdu do Krakowa. Więcej o festiwalu TUTAJ.

Tu przyznam się do drobnej wpadki. Przetłumaczyłem tytuł imprezy fonetycznie, ale jak widać choćby z cytowanych wyżej wskazówek, na tym gruncie trzeba być ostrożnym – shir w języku hebrajskim znaczy pieśń.

Impreza odbywała się w Temple Beth Israel.

Temple Beth Israel

Wbrew nazwie nie jest to świątynia, ale kehilla kedosha czyli zgromadzenie duchowe. W tym przypadku ma ono na celu wprowadzenie innowacji i postępu do żydowskiej tradycji – KLIK.

Oczywiście dla mnie głównym magnesem był wspomniany w tytule Fortepian Stalina. Jest to tytuł multimedialnego programu opierającego się na ryzykownym według mnie pomyśle – tworzenie na żywo podkładu muzycznego do wygłaszanego tekstu.

Istotnym magnesem była dla mnie, znana mi z innych występów, wykonawczyni tego programu pianistka Sonya Lifschitz – KLIK.

Na wstępie wykonawczyni wspomniała o pewnym związku artystów i polityków. Oczywiste, że artyści są zależni od polityków. Wszak od polityków w dużej mierze zależy czy artysta będzie miał wolność tworzenia. Do tego dochodzi sponsorowanie z państwowej kasy.
Sonya Lifschitz wymieniła również kilku artystów, którzy na krócej lub dłużej byli politykami. Jakże przyjemnie mi było, gdy na początku wymieniła Ignacego Jana Paderewskiego. Mina mi nieco zrzedła gdy wymieniła również R. Reagana i A. Hitlera.

Podczas godzinnego występu na ekranie zostały wyświetlone wypowiedzi 18 osób. Czasem były wyświetlone tylko teksty z podkładem głosowym. Na tym tle artystka grała na fortepianie muzyczną interpretację tych wypowiedzi.

Było kilka ciekawych punktów.

Fragment przesłuchania Bertolda Brechta przez Komisję do badania działalności antyamerykańskiej – KLIK.

Wypowiedź Le Corbusiera – “I am a young man of 71 years old. I am a visual man…” – była kilkakrotnie ucinana i wyświetlana od nowa. Dawało to efekt muzyki rap. Na tyle wyraźny, że nie zwróciłem uwagi na to, co grała pianistka.

Podobną technikę zastosowano w przypadku rozmowy Johna F. Kennedy’ego z generałami w okresie kryzysu kubańskiego, z tym że tym razem nie sposób było nie zauważyć muzyki – radosna rumba.

Któż jeszcze na tej liście? Frank L. Wright, australijski kompozytor Percy Grainger, Tomasz Mann, Mao Tse Tung, Joseph Goebbels.

A gdzie Stalin i jego fortepian?
W tym przypadku nie było przemówienia i fortepianowej interpretacji, tu przemówiła artystka.
Opowiedziała o przypadku gdy J. Stalin usłyszał w radio transmisję z koncertu, na którym pianistka Maria Judina wykonała koncert fortepianowy nr 23 W.A. Mozarta. Koncert spodobał mu się tak bardzo, że zażądał aby dostarczono mu jego nagranie na płycie gramofonowej.
Problem w tym, że koncert nie był nagrywany.
Pracownicy Kremla obudzili w środku nocy Judinę i członków orkiestry, zawieźli ich do studio i kazali grać. Dwóch kolejnych dyrygentów nie wytrzymało napięcia, dopiero trzeci poprowadził dobrze orkiestrę. Maria Judina nie miała żadnych problemów. Pospiesznie wytłoczono jeden egzemplarz płyty i rano czekała już na Stalina w sekretariacie.

Wkrótce po tym wydarzeniu Maria Judina otrzymała z Kremla przekaz na poważną kwotę. Judina napisała list z podziękowaniem: …będę się modlić za Was dzień i noc i prosić Boga by przebaczył grzechy popełnione przeciw ludziom i krajowi. Bóg jest miłosierny i Wam przebaczy.
Stalin przeczytał ten list na głos w wąskim gronie zaufanych osób. Wszyscy czekali w napięciu na jakiś sygnał lecz Stalin w milczeniu schował list.

Ciekawe, że gdy Stalin umarł, pierwsze osoby, które dotarły do jego sypialni zauważyły kręcący się gramofon, a na nim właśnie tę jedyną w swoim rodzaju płytę – M. Judina, koncert fortepianowy nr 23 Mozarta.
Maria Judina przeżyła Stalina o 9 lat.

Akompaniamentem do opowieści o tym wydarzeniu był szum kręcącego się gramofonu.
Powyższa historia i nieco więcej o Stalinie i Judinie TUTAJ.

Moje osobiste wrażenie z tego punktu programu to jednak zawód. Pomysł fortepianowej interpretacji przemówień nie był udany. Dużo większe wrażenie robiły filmowe sztuczki.

Na szczęście w sąsiednich salach dużo się działo:
– David Krakauer i jego zespół Ancestral Groove. Ten sam, z którym wystąpił na otwarciu Muzem Żydów Polskich – Polin – KLIK.
– zespół Klezmatics z programem zaprezentowanym na festiwalu w Krakowie – KLIK . Ja trafiłem na ich występ w momencie gdy wykonywali piosenkę Mury J. Kaczmarskiego. Proszę skoczyć do 34 minuty na zlinkowanym filmie.
– zespół Zourouna – klimat Turcji, Syrii, Libanu.

Zdążyłem jeszcze wpaść na ostatnie chwile występu Bretta Kaye, tenora znanego z występów jako kantor.
Swój występ zakończył słowami: We all have music in our kishkas.

Pełna zgoda.

Nasz rok Leśmianowski (16) / Unser Leśmian-Jahr (16)

Maria Szewczyk

informuje / informiert:

heute dzisiaj heute dzisiaj heute dzisiaj

Freitag 22.09.2017 um 18.30 Uhr entgeltfrei
VHS, Antonstr. 37
Raum 207

Leśmian – Lust und Lyrik / Leśmian – Rozkosz poezji!

Die polnische Autorin und Literaturwissenschaftlerin, Prof. Dr. Brigida Helbig wird uns in das Leben und die Poesie des polnischen Poeten der Spät-Moderne, Boleslaw Leśmian (1877 – 1937), einführen. In seinem doppeltem Jubiläums-Jahr lassen wir uns von der Magie der Poesie verzaubern.

Administratorin des Blogs fügt dazu: Leśmian ist bis heute, 80 Jahre nach seinem Tode, in Polen einer der meist gelesenen polnischen Dichter. 2016 stellten mehrere Kultureinrichtungen Polens einen Antrag an den polnischen Sejm, das Jahr 2017 zu dem Leśmian-Jahr zu berufen. Der Antrag wurde von der  polnischen PiS-Regierung abgelehnt. Infolge dessen feiern verschiedene kulturelle Einrichtungen in Polen sowie Polen im Ausland, unabhängig von offiziellen Feierlichkeiten oder deren Nicht-Existenz, diesen magischen Dichter. Auch auf diesem Blog gab es schon mehrere Beiträge über Leśmian und es wird noch mehrere geben.

Polska pisarka, poetka i literaturoznawczyni, prof. dr Brigida Helbig, zaprasza na spotkanie z poezją Bolesława Leśmiana. Wykładowczyni i organizatorka przypominsają, że rok 2017 jest prokiem podwójnie jubileuszowym, Leśmian urodził się bowiem w roku 1877 i zmarł w roku 1937.


Dazu noch ein Gedicht in der Maniere von Leśmian, geschrieben von Julian Tuwim (1894 – 1953), einen anderen wichtigen Dichter der polnischen Moderne. Er war berühmt aber auch berüchtigt für seine bissige Ironie. 1931 verfasste er eine Reihe der Parodien, die alle Vermutungen anstellten, wie der eine oder andere zeitgenössiche polnische Dichter das allgegenwärtiges Kinderliedchen “Wlazł kotek na płotek” (“Bestieg eine Katze einen Zaun”) geschrieben hätte. Auf polnisch kann man all diese Parodien HIER lesen. Das Liedchen war (und ist bis heute) sehr populär so etwa wie “Alle meine Entchen” im deutschen Sprachraum.

Wlazł kotek na płotek                          Die Katze bestieg den Zaun
i mruga,                                               und blinzelt,
ładna to piosenka,                               es ist ein schönes Liedchen,
nie długa.                                             nicht lang.
Nie długa, nie krótka,                          Nicht zu lang, nicht zu kurz,
lecz w sam raz,                                    nur richtig,
zaśpiewaj koteczku,                            singe mir, mein Kätzchen,
jeszcze raz.                                          noch einmal.

Leider sind wir nicht imstande, die Tuwims kunstvolle Parodie des kunstvollen Stils von Leśmian zu übersetzen.

Jak Bolesław Leśmian napisałby wierszyk „Wlazł kotek na płotek”

Na płot, co własnym swoim płoctwem przerażony,
Wyziorne szczerzy dziury w sen o niedopłocie,
Kot, kocurzak miauczurny, wlazł w psocie-łaskocie
I podwójnym niekotem ściga cień zielony.

A ty płotem, kociugo, chwiej,
A ty kotem, płociugo, hej!

Bezślepia, których nie ma, mrużąc w nieistowia
Wikłające się w plątwie śpiewnego mruczywa,
Dziewczynę-rozbiodrzynę pod pierzynę wzywa
Na bezdosyt całunków i mękę ustowia.

A ty płotem, kociugo, chwiej,
A ty kotem, płociugo, hej!

Akedat Jicchak

To wpis na jutro, ale zgodnie z tradycją żydowską trzeba go wstawić o zachodzie Słońca w dzień poprzedzający Rosz Haszana – żydowski Nowy Rok w roku 2017 skończył się o zmroku w piątek, 22 września.

Rosz Haszana nawiązuje do narodzin i poświęcenia Izaaka (Akedat Jicchak), przede wszystkim jednak jest to święto upamiętniające zakończenie boskiego aktu stwórczego, jego szósty dzień, w którym stworzony został człowiek.

Nowy Rok obchodzony jest zupełnie inaczej niż Nowy Rok w większości kultur. Nie jest okazją do radosnej celebracji, alkoholu i zabawy. Jest Dniem Sądu. Przygotowania do tego dnia polegają na analizowaniu własnych uczynków, szczególnie tych złych – skierowanych przeciwko ludziom i Bogu. Celem etycznym Rosz Haszana i następującego po nim (dziesiątego dnia tiszri) Jom Kipur jest analizowanie własnego życia, dostrzeżenie win, okazanie skruchy, przebłaganie Boga i skrzywdzonych bliźnich. Jest szczególną cechą judaizmu, że Nowy Rok staje się okazją do rozliczenia swojego życia, ocenienia własnej postawy wobec Boga i ludzi.

Zadałam autorowi pytanie, co ostatnio pisze. Przyszła odpowiedź, a do niej jeszcze dwuczęściowe wyjaśnienie

Konrad Sałagan

Wyjaśnienie I

Ewo

ten tekst, czyli post, napisałem
dla Ciebie – może, by Cię trochę
zainspirować.

Ciebie da się tak inspirować, bo jesteś
człowiekiem księgi i książki. A takich
ludzi jest coraz mniej na świecie.

Jeśli tak uważasz, Ewo, opublikuj ten
tekst na twoim blogu.

Proszę tylko zachowaj formatowanie tego
tekstu – właśnie w smukłej kolumnie
w dół; tak, jak rozkładają się wersy poezji.
Zresztą, za tym tekstem, jak za zasłoną,
ukrywa się tchnienie poetyckiej inspiracji.

***

Co piszę?

Ewo

pisałem od końcowych dni lipca 2017 r.
poema o Powstańcach Warszawy 44 r.,
mając w zamiarze również pisanie
o Powstańcach Warszawy 43 r.
w Getcie (także o symbolu tego powstania,
symbolu wolności, rabinie Menachemie
Ziębie). Szukałem połączenia tych dwóch
Powstań Warszawy. Ale przerwałem.

W sierpniu 2017 r. w Warszawie na Żoliborzu
przypadkowo spotkałem Jerzego Maksymiuka.
Może to nie był przypadek. Między nami
wywiązała się rozmowa – między innymi
przestrzegł mnie przed “mitologizacją”
Powstania Warszawskiego. Dał przykład
z podobnego zamiaru twórczego
Krzysztofa Pendereckiego z końca lat 60
XX w. Przestrzegł, że pisząc poema
o Powstaniu Warszawskim 44 r.,
sprowadzę na siebie nieopacznie “sprawy
niezałatwione panoszącej się nad
Warszawą bestii, jeszcze teraz” – coś w tym
stylu. Penderecki w tamtych latach (latach 60)
ponoć popadł przy pisaniu takiej muzyki
w ciężką depresję. I nie napisał.

Nie posłuchałem od razu sugestii Jerzego Maksymiuka
i dalej pisałem poema we wspomnianym temacie.
No, ale gdy zacząłem “ostro odjeżdżać” jak przy
psychodelicznej grze komputerowej (np. przy
Morrowind), dałem spokój.

Z zasady jestem przeciwnikiem wszelkiego
mesjanizmu – więc dałem spokój. Pytanie
o człowieczeństwo. Ile istot ludzkich obchodzi
idea człowieka? Przedtem lub teraz w kręgach
Hadesu. Czytam opowiadanie Stanisława Lema
“Kongres Futurologiczny. Ze wspomnień Iliona Tichego”.
Taka powtórka z lektury.

Choć dalej marzy mi się posąg rabina Menachema Zięby
w Warszawie, w miejscu gdzie zginął, biegnący
ze Zwojami Tory. Bez naszywki żółtej gwiazdy tak,
jak zwykle się nosił rabin Menachem Zięba,
godny obywatel Rzeczpospolitej. A zarazem “mój”
symbol Wolności.

W te dni pospolite, gdy świat chybocze się nad
przepaścią (co jest chyba stałym elementem
gry – od zarania); wypijam oceany zielonej
herbaty tu w Warszawie, w lokum na Bielanach
warszawskich; na przełomie sierpnia a września
2017 r.

 

***

Wyjaśnienie II

Polacy i Polacy izraelskiego pochodzenia
nie wiedzą kim był rabin Menachem Zięba
– w ogóle nie znają tej osoby.

Angielski tekst biografii rabina Menachema Zięby
na Wikipedii, mówiąc delikatnie, ma zasadnicze
błędy. Ale dobrze, że jest.

Najwięcej i najsensowniej można poznać działalność
rabina Menachema Zięby w Żydowskim Instytucie
Historycznym w Warszawie (ul. Tłomackie 3/4)
– np. o jego zasadniczej roli w Powstaniu Getta
Warszawskiego 43 r. Piszę o tym na wszelki wypadek.

Nieprawdą jest, że Kościół Katolicki nie chciał
go wyciągnąć z Getta (ale naukowe organizacje
międzynarodowe również chciały go uchronić
wraz z rodziną od śmierci) – rabin Menachem Zięba
odmówił, a jego rodzina również. Odpowiadał wciąż
z uporem, że w takiej chwili musi zostać ze swoimi.

Właśnie rabin, jeden z największych rabinów w historii
Izraela, rabin i chasyd, zsakralizował walkę Żydów,
obywateli Rzeczpospolitej, o wolność i prawo do życia.

Niemcy podpalili budynek, gdzie rezydował (a nie
ukrywał się) – i rabin Menachem Zięba wybiegł
ratując swego wnuka i Zwoje Tory w drugiej ręce.
I Niemcy go zabili.

Wybacz długi post, ale musiałem kilka spraw wyjaśnić.
Dla mnie postawa rabina i chasyda Menachema Zięby
jest kluczowa wobec bestii – jakiejkolwiek nacji.
To był ten szczególny wyjątek od reguły ahinsy.

Mięliśmy jeszcze w miarę dobrą sytuację, lat 1981-1989,
że walczyliśmy metodą Mahatma Gandhiego – przede wszystkim
wolnym słowem i pomocą dla prześladowanych.

PS. Gdy postawią pomnik Menachema Zięby
w Warszawie, “dobiegną końca” Powstania: 43 i 44,
tam w górze nad Warszawą – jak mi się wydaje.
Ot, poetycka intuicja.