Reblog: Koty i cmentarze

Myślę, że nawet gdy, jako adminka, postanowiłam, że w tym roku nie obchodzimy na blogu Dnia Kota (17 lutego), to jednak jako miłośniczka kotów i cmentarzy nie mogłam się oprzeć pokusie zreblogowania tego wpisu z Szuflady Małgosi… A że po czasie, cóż temat jest wieczny, dziesięć dni później nic nie znaczy

Małgorzata Płoszaj

Cmentarni strażnicy

Nie wypada, by miłośniczka kotów siedziała cicho w takim dniu, jak dzisiejszy. Nawet profilowe zdjęcie „Szuflady” jest kocie i choć seria z zawstydzoną i obrażoną Mrużką ma już ponad cztery lata, to nadal ją lubię 😉

Jednak to nie własne koty chcę dziś pokazać. Przy okazji cmentarnych podróży zdarza mi się spotykać strażników, którzy pilnują grobów, złowrogo patrząc, gdy ktoś naruszy spokój pogrzebanych. Tak na przykład spojrzał na mnie ten cudny dziki kot na cmentarzu żydowskim w Katowicach.

Jego kolega w tym samym czasie kompletnie mnie ignorował i miał w dupie.

Pewnego roku, przy pracach renowacyjnych na żydowskim cmentarzu w Pszczynie, obserwacje prowadził kot (kotka?), który w momencie, gdy odłożyłam grabie i wzięłam aparat, odwrócił się dystyngowanie i odszedł. Być może uznał, że choć naruszamy mir cmentarny, to jest to w dobrej wierze.

Z kolei na ogromnym kirkucie tarnowskim koty mają swoje własne M-2, a może i M-3 😉 Jest to zrozumiałe, bowiem obszar do kontrolowania jest tam przeogromny.

Jeden z tarnowskich strażników wygląda tak.

Jedyna kotka (chyba w rui), która do mnie podeszła była częstochowianką. Pilnowała grobów masowych no i cmentarza. Obserwowała nas przez wiele minut, w końcu ośmieliła się podejść i uznać naszą obecność na jej terenie.

I na koniec potomkowie Muezzy, czyli ukochanego kota proroka Mahometa, pilnujący grobów w Sarajewie.

Międzynarodowy Dzień Kota dobiega końca, czas więc na sen z mruczącą Mrużką w stopach.  Mrauuuuuu :mrgreen:

Barataria 7 (i tak do końca roku) Karnawałowy Król

Dziś ostatni poniedziałek karnawału, zwany w Niemczech Rosenmontag – Różany poniedziałek, dziś  zaczyna się zabawa, którą zakończy skruszone posypywanie głowy popiołem w Środę Popielcową. Opowiem Wam więc o karnawałowym królu.

Pieter Bruegel starszy  (1526/1530–1569) Walka karnawału z postem (1559)
Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu
The Yorck Project: 10.000 Meisterwerke der Malerei (domena publiczna)

Ewa Maria Slaska

Karnawałowy król czyli Sancho Pansa w Baratarii

Karnawałowy król, król na rok, na miesiąc, na dziesięć dni, na jedną noc… A król, bo według Jadwigi Żylińskiej, największej polskiej znawczyni matriarchatu, to mężowie władczyń neolitycznych byli pierwszymi ofiarami. Ginęli, gdy spłodzili dziecko i  gdy się ono urodziło. Czyli po roku. Jest takie piękne opowiadanie  Żylińskiej o Ur, Mieście Królewskiej Pszczoły, w którym królowa proponuje mężowi, że go oszczędzi, a zabije się w ofierze karnawałowego króla. On się nie zgadza, będzie ostatnim księciem-małżonkiem, który zginie tańcząc na cześć życia i miłości. Piękne opowiadanie, świetna pisarka, może najlepsza… Nie ja jedna tak uważam, Grażyna Plebanek w Córkach rozbójniczki (wyd. WAB 2010) też się do niej odwołuje (Najchętniej stworzyłabym kult Żylińskiej).

Siła systemów religijnych polega na tym, że zagospodarowują potrzeby duchowe i oferują sferę sacrum, mamiąc decorum. Książki docierają do nas nie dzięki perswazji, ale sztuce. Opowieść Żylińskiej, poetycka, pełna niezwykłego piękna, poruszyła we mnie uczucia, które mogła zagospodarować religia. (…)
Moc kobiety. Świat, którym opiekuje się Wielka Bogini, a z kręgu jej kapłanek wyłania się Królową, która co roku bierze nowego męża, zwycięzcę Wielkich Igrzysk. Spośród jej dzieci wybiera się następczynię (musiała być najlepsza). Świętego Króla (co roku innego) kapłanki składają w ofierze, jego krwią skraplają pola, by rodziły. Odejście króla nie jest końcem, a przejściem do innego świata, powrotem na łono Matki, Wielkiej Bogini. Z czasem zamiast króla zaczęto składać jego zastępcę, potem świętego byka. Walki hiszpańskich torreadorów to echo ostatniego tańca Świętego Króla pod postacią byka.

Jadwiga Żylińska nadaje mitycznym bohaterkom imiona (…). Jedną z królowych nazywa Kuropatwą – to ta, która przeciwstawiła się zwyczajowi zabijania Świętego Króla. Miała przeciw sobie starszyznę kapłanek, które zaczęły opowiadać poddanym, ze zasiewy nie wzeszły, bo zabrakło świeżej krwi Świętego Króla. Kuropatwa w dniu uroczystości kazała przyprowadzić skazańca matkobójcę i to jego złożyła w ofierze zamiast Świętego Króla. W następnym roku zamiast skazańca kazała ofiarować Wielkiej Bogini białego byka. Kuropatwa była artystką, namalowała nowy rytuał na ścianie najstarszej części Miasta-Ula. ,,Stworzyłaś coś nowego, coś, czego nikt przed tobą nie odważył się dostrzec ani namalować” – pochwaliła ją poprzednia Królowa.

Składanie Świętego Króla w ofierze a dzielenie się ciałem Jezusa (…), umieranie i odradzanie się, postać kobieca, choć w wersji wykastrowanej z mocy, czyli zredukowana do roli matki (…) religie pożyczają od siebie (…). Robert Graves pisze w Białej Bogini: „pogańskie święta (…) schrystianizowano, lekko retuszując rytuał”.

Tak się kończy matriarchat. Powoli. Książę małżonek zachowuje życie, najpierw  towarzyszy żonie-władczyni, potem z nią współrządzi, potem… ach przecież wszystkie wiemy, jak będzie potem. Zresztą tu nie o tym, tu o karnawałowym królu, który włada przez jeden dzień, albo przez dziesięć dni a potem zginie lub inaczej zostanie ukarany za to, że był królem.

A jednak mimo że kultura matriarchatu odeszła w niepamięć, karnawałowy król-ofiara pojawia się ciągle, również w czasach współczesnych, np w pięknej książce Toma Robbinsa, Perfumy w rytmie jiteburga, o ludziach szukających idealnych perfum i nieśmiertelności. Książka kończy się w dniu Mardi Gras, czyli w karnawałowy wtorek w Nowym Orleanie (tak jest, w Nowym Orleanie, a tam przecież, w zatoce o tej samej nazwie leży nasza wyspa Barataria).

Jutro zaczyna się post, dziś wciąż jeszcze szaleństwo zabawy, a bohaterowie spotykają się z Panem, ostatnim bogiem żyjącym wśród ludzi. To zresztą drugi karnawał w powieści, pierwszy nie jest jeszcze wcale zabawny. Bohaterem powieści jest żyjący wiecznie, a w każdym razie długowiecznie, germański (a może słowiański) król Alobar, jasnowłosy król jasnowłosego plemienia o niebieskich oczach. Rzecz, przynajmniej na początku, dzieje się w Czechach. In those days the Earth was still flat, and people dreamed often of falling over edges.

Alobar dwukrotnie unika śmierci. Raz, gdy w owych pogańskich Czechach pierwsza żona pomaga mu uciec przed rytualnym mordem na królu, który się zaczyna starzeć. (…) Following a full day of chanting, singing, and frenzied dancing by painted figures in animal suits, the execution took place at twilight. Alobar przeżył, ale oczywiście nie był już królem.

Druga śmierć nadeszła wkrótce potem, kiedy Alobar mieszkał już jako chłop w wiosce chrześcijańskiej.

The traditional winter festival, which among Alobar’s folk as well as many other Europeans was celebrated during the twelve days that separated the end of the lunar year (353 days long) from the end of the longer solar year (365 days), and whose purpose it was to equalize the two different celestial years, had been appropriated by the Christians and transformed into a religious holiday called “Christmas.” As far as Alobar could determine, Christmas was the same winter festival of yore, except that the profound emotionalism annually precipitated by moon/sun influences, the priest here attributed to the natal anniversary of “Christ,” a Semitic man-god whose exact relationship to the One God, Alobar could never quite get straight.

Podczas wioskowych obrzędów Alobar dostał fasolkę w zapiekance, co oznaczało wybór na karnałowego króla.

a huge roar went up in the lodge. “The bean! The bean! The bean! The bean!” they cried, men and women together, and the villagers advanced on him, slapping his back, mussing his hair, hugging him, and squeezing his private parts. A wooden chair, a rickety imitation of a throne, was fetched and placed beneath a rack of antlers recently nailed to the wall. Alobar was led to the throne and made to sit on it, whereupon, amidst a deafening cacophony of whoops and hollers, belly laughs and sniggers, purposeful belches and equally intentional farts, a lopsided crown of mistletoe was laid atop his head. (…) “Viva Fabarum Rex!” he seemed to hear them shout, as if through curtains of snow and cake. “Viva Fabarum Rex! Long live the King of the Bean!”

Takie wybory karnawałowego króla poprzez migdały, fasolki i pieniążki w świątecznym cieście, uprawia się do dziś, że przypomnę chociażby rozdział z Dzieci z Bullerbyn i mojego własnego  greckiego Sylwestra. Oczywiście współczesne wybory karnawałowego króla już dawno nie kończy się krwawo. Ale jeszcze w powieści Shirley Jackson Loteria to losowanie… No cóż, sami przeczytajcie. Za czasów Alobara wyglądało to tak:

According to custom, the King of the Bean had absolute license. For twelve days following his chance selection, he reigned supreme, ordering his fellows about and indulging his passions. He was allowed to wallow in every pleasure, however sinful. No door nor bed was barred to him. At any hour, he might enter another’s house to eat and drink his fill. If he wanted a neighbor’s wife, she was his; likewise any daughter. Obscene behavior, such as urinating on the altar of the church, not only was permitted, it was encouraged. Wherever he went, whatever he did, the Bean King was attended by a rowdy entourage, adjusting his mock crown (so that it always set askew), pulling at his mock robes (so that they revealed his buttocks), plying him with song and cider, cheering him, jeering him, egging him on. (…)

Then the peasants explained to him the rest of the custom. At the end of his twelve-day rule, on the Day of the Epiphany, the usual restraints of law and morality were abruptly restored. Still wearing his crooked crown, the King of the Bean was led to a certain meadow outside the village, where his throat was cut.

Po zakończeniu Saturnaliów fasolowego króla czeka śmierć. Alobarowi uda się uciec, przedtem jednak oceni swoje dotyczczasowe życie, jako bezsensowną konfrontację ze śmiercią z najbłahszych powodów na świecie, raz z powodu siwego włosa, raz przez fasolkę. First a  hair and than a bean!

Gdy minie dziesięć wieków, takim karnawałowym królem zostanie Sancho Pansa jako gubernator Baratarii. Ale to już nie będzie obrząd ku czci bóstw płodności, lecz tylko żart. Taka jest bowiem kolej rzeczy, że sacrum traci moc, staje się legendą, żartem, dziecinną zabawą. Karnawał to tylko zabawa, karnawałowy król rządzi, bo tak sobie dla żartu życzą Książe i Księżna. Oboje przecież przez całą drugą część powieści zabawiają się kosztem głupca rycerza i jego błazeńskiego giermka. Ale dzięki temu nikt też już naszego błazenka nie będzie próbował zabić.

***

Alobar był królem, który na wygnaniu został chłopem, podobnie jak biblijny król Salomon, Sancho Pansa, był chłopem, który został władcą. Karnawałowi władcy muszę przejść i takie rytuały. Ale o tym opowiem za tydzień. Miłej zabawy jutro, czy będzie to wielkopolski podkoziołek czy gdański śledzik, czy wreszcie niemiecki Fasching – dzień przebierańców.

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (5)

Zbigniew Milewicz

Okruchy z podróży

taj5Prawdopodobnie najmłodszy motorowerzysta w Tajlandii

O jednym zapomniałem wcześniej napisać, drugie nie pasowało mi do wątku, trzecie było zwykłą ciekawostką, trochę się odłożyło w czasie pichcenia tego reportażu, a że nigdy żadnych resztek ze stołu nie wyrzucam, więc będzie jeszcze jeden krótki tekst z Tajlandii.

Kiedy Tajowie dowiedzieli się, że dni Ramy IX są policzone, skrzyknęli się za pomocą portali społecznościowych i we wtorek gremialnie przywdziali różowe stroje. Kilka lat wcześniej królewscy astrologowie orzekli, że kolor ten będzie pozytywnie wpływał na stan zdrowia popularnego monarchy, on sam nosił go chętnie, więc reakcja ludzi była zrozumiała. Zgodnie z tajską astrologią, opartą w dużej mierze na wpływach hinduskich, z każdym dniem tygodnia związany jest określony kolor: z poniedziałkiem – żółty, wtorkiem – różowy, środą – zielony, czwartkiem – pomarańczowy, piątkiem – niebieski, sobotą – fioletowy, niedzielą – czerwony; wywodzą się one od barw przypisywanych planetom i bóstwom, opiekujących się danym dniem. Astrolog pyta człowieka, w jakim dniu się urodził, ten odpowiada np., że w czwartek i wtedy słyszy, że pomarańczowy jest jego szczęśliwym, urodzinowym kolorem. Monarcha urodził się w poniedziałek, więc kolor żółty był królewski, z flagą monarszą włącznie. Za panowania Ramy IX żółte t-shirty w sklepach kosztowały zatem więcej, niż np. czerwone, podobnie było z owocami na bazarze, cena za żółte arbuzy przewyższała zielone. Dlaczego więc akurat wtorkowy róż miał królowi sprzyjać, tego nie wiem. Kolory w Tajlandii mają swój wymiar polityczny, ruch konserwatystów i rojalistów, zwanych żółtymi koszulami walczy ze zwolennikami odsuniętych od władzy premierów – w 2006r. Thaksina Shinawatry i w 2014r. jego siostry Yingluck Shinawatry, reprezentujących rzesze głównie rolników, spod znaku pro -demokratycznych czerwonych koszul. Czerwień symbolizuje tu ziemię, krew, ale i szczęście.

thaj4-autNa tym koniec, jeżeli chodzi o symbolikę kolorów. Policjantowi w czarnym uniformie, z którym sfotografowałem się przed Walking Street w Pattayi, tak dobrze patrzało z oczu, że nawet przez chwilę się nie zastanawiałem, czy ten kolor ma pozytywną, albo negatywną energię. Najpierw poprosił mnie rutynowo o okazanie komórki, z której robiłem zdjęcia, przejrzał pobieżnie dotychczasowe materiały i nie znalazłszy w nich niczego podejrzanego, niedbale polecił najbliższemu Tajowi, żeby zrobił nam fotkę. Tchnął z tej sceny jakiś znajomy mi, patriarchalny duch PRL-u, naród z władzą, władza z narodem, pod warunkiem, że ten niczego nie knuje… W rozrywkowych miejscach Pattayi policja jest wszędzie, ma swoje posterunki przy większych barach, dyskotekach i nadmorskiej promenadzie, gdzie kwitnie najstarszy zawód świata, ciekawostka – zakazany przez tajlandzkie prawo.

Trzymamy z władzą w Pattayi

Prostytucji nie wolno tutaj jednak uprawiać dopiero od 18 roku życia, więc młodsza młodzież robi to legalnie, a starsze roczniki trudno złapać na gorącym uczynku, bo striptease i petting w lokalach są dozwolone, a co się dzieje później, to oficjalnie wychodzi na jaw tylko w razie ewentualnego okradzenia klienta, albo pobicia czy zabójstwa którejś ze stron. Sama jednak świadomość, że gliny są w pobliżu ma z pewnością istotne, prewencyjne znaczenie.

taj58

Robotnicza sjesta

Widziałem ich w akcji, jak pomagali kolegom z tzw. policji turystycznej, przy zabezpieczaniu wysiadki pasażerów z promu na przystani w Pattayi, pełen profesjonalizm. Była wysoka fala, stateczkiem mocno bujało, wszyscy dzięki ich pomocy wydostali się na ląd szczęśliwie. Tajlandzka policja cieszy się respektem, w Sylwestra zaobserwowałem następujący obrazek: w zatłoczoną do granic możliwości miejską arterię wjeżdża policyjny radiowóz, przez megafon padają dwa krótkie zdania, w chwilę ulica pustoszeje, przejeżdża następny samochód na sygnale, za nim kolejny, po czym ulica znowu się zapełnia. Do dziś się zastanawiam nad tym, gdzie się schowały wtedy tamte wszystkie pojazdy.

taj56

Dar z hostelu trochę mi przypominał Zbyszka Cybulskiego z jego młodych lat…

Nie wiem też do jakiej szuflady włożyć inną zgoła scenę: starszy mężczyzna o europejskim, nobliwym wyglądzie idzie ulicą z tajskim chłopcem za rękę, prowadzi go do lokalu dla transwestytów… lub wieloosobową rodzinę anglojęzycznych turystów na Walking Street: dzieciaki w wieku od przedszkolaka do może trzecioklasisty za bardzo nie mają ochoty obejrzeć pokazu tabledance, ale ojciec przekonuje je, że później pójdą na lody… cóż, może jestem staroświecki.

taj57

Ciekawa reklama u jubilera

Zostały mi też jeszcze różne zdjęcia z tej podróży, częścią chętnie się podzielę. Wojaże kończę w Nowy Rok, odlatując z Bangkoku z powrotem do Europy, znowu via emiraty. A w Monachium celnik obserwuje, jak otwieram walizkę i wyjmuję zimowe rzeczy, żeby się przebrać. Mógłbym powiedzieć mu, że poza paroma podróbami markowych koszul niczego nie przemycam, ale jest tak wcześnie rano, że pewnie nie ma ochoty na rozmowę i tylko patrzy, nawet nie wiadomo, czy służbowo, czy tak sobie z nudów.

W sobotę o marszu

civil-march-for-aleppoEwa Maria Slaska

Darwina i Jacek Matuszczakowie

Było to pierwszego wieczora mojego uczestnictwa w marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy w hotelu robotniczym w Brnie. Poszłam do łazienki. Na drzwiach wisiała tabliczka z kobietą w spódniczce. Weszłam pod prysznic, ciuchy wisiały na wieszaku dość daleko od kabiny, gdy do łazienki ktoś wszedł, po czym z sąsiedniej kabiny prysznicowej dobiegły mnie chrząkania bez wątpienia męskie. Za to z części ogólnej odzywała się na pewno kobieta. Rozmawiali po polsku. Hmmm, pomyślałam. I co teraz? Z jednej strony jestem z Berlina, nic mnie “nie rusza”, tu wszyscy chodzą na golasa, nawet na ulicy teoretycznie wolno… Z drugiej strony wiem, że w Polsce nawet sauny są, jak to określiła moja przyjaciółka, “tekstylne”, i nikt się nikomu w miejscu publicznym na golasa nie pokazuje. A już starsza pani obcym ludziom… Nie uchodzi. No, ale kiedyś trzeba wyjść spod prysznica, nawet jak nie chcesz naruszać niczyich uczuć… Tak się poznaliśmy, Darwina z części centralnej dyrygowała mężem i mną, kto kiedy wychodzi, kto kiedy zamyka oczy… W końcu wszyscy troje byliśmy umyci, wytarci, ubrani i zaprzyjaźnieni lepiej niż na Facebooku.

To Darwina odkryła, że znak “Kobieta-Mężczyzna” na drzwiach łazienki jest dwustronny i daje się obracać. Jak wchodzi kobieta, to obraca znak na kobietę i łazienka jest damska, jak mężczyzna to…

Następnego dnia rano zobaczyłam u Jacka na plecaku muszlę świętego Jakuba. To przesądziło. Ja mojej ze sobą nie wzięłam, ale to nie muszla nas łączy, tych z Drogi Jakubowej, tylko Droga. Tak zaczęła się rozmowa, która mnie zaprowadziła do całkiem innego świata, świata ludzi, którzy maszerują i modlą się o pokój.

Wyglądają najnormalniej w świecie. On szczupły, wysoki, lekko siwiejący, poważny, ona wesoła, uśmiechnięta, przyjazna światu i życiu pulchna blondynka. Oboje w wieku średnim, on 40 lat, ona 37. Mijamy co dzień setki i tysiące takich ludzi, gdyby nie muszla niczego bym się nie dowiedziała.

jawpelerynie1

Idziemy, Jacek z tyłu za mną, w zielonej kurtce, z plecakiem, obok, w czerwonej kurtce i niebieskich spodniach Darwina; dla ciekawskich: ja z przodu z flagą w garści. Obok mnie autor poprzedniego wpisu, Krzysztof Nowak. Nadal jest tak, jak napisał: mgła i śnieg, śnieg i mgła, i tak przez cały dzień. Czasem przed czołem grupy przeleci rudel saren, tak ze sto na raz, czasem skoczy spod nóg siedem-osiem zajęcy (zdjęcie Janusz Ratecki)

Zaczęło się od pielgrzymek do Częstochowy, mówi Jacek. Ale te po jakimś czasie przestały mnie ciekawić. Jasne, z Chrzanowa, gdzie mieszka, jest do Częstochowy niespełna sto kilometrów. Rozumiem. Zaczął więc pielgrzymować do Wilna, a to już jest poważna odległość, ponad 800 kilometrów.
To trasa, która każdego amatora historii przyprawia o przyspieszone bicie serca. Tędy w roku 1520 przyjechała z Litwy do Polski Barbara Radziwiłłówna, piękna i nieszczęśliwa żona Zygmunta Augusta, to tą trasą ciągnął do Wilna jej kondukt żałobny. Ukoronowano ją 7 grudnia 1548 roku, zmarła 8 maja 1549 roku. 25 maja kondukt żałobny z trumną Barbary Radziwiłłówny wyruszył z Krakowa.  (…) Zygmunt August wraz z towarzyszącym mu orszakiem konno podążał za karawanem, przez miasta i wsie szedł pieszo. (…) 22 czerwca kondukt wszedł do Wilna. Po żałobnym nabożeństwie zwłoki Barbary Radziwiłłówny zostały pochowane w krypcie piwniczej Katedry pod kaplicą św. Kazimierza. (https://marszmilosci.wordpress.com/historia/)

Chronologicznie gdzieś pomiędzy Częstochową a Wilnem poznali się z Darwiną na czacie katolickim. Teraz chodzili razem. Pierwsza wspólna pielgrzymka – listopad, deszcz, śnieg, zimno, nikogo dookoła. Zima w Wilnie, -38°C. Trasa jako najlepszy sprawdzian małżeński.  W 2007 roku wzięli ślub.

Chodzili do Wilna, potem poszli do Rzymu trasą franciszkańską i do Santiago de Compostela trasą portugalską. Darwina studiowała, po studiach zaczęła pracę jako katechetka. Jacek, wieczny student, zaczął współpracę z projektem opieki nad więźniami Nowa droga.

Więźniowie wędrują setki kilometrów, by wrócić do normalnego życia, napisała dla Gazety Wyborczej Kornelia Wolf-Głowacka w grudniu 2015. Wiedziała, o czym pisze, bo przeszła część drogi z Bartkiem i jego opiekunem, Jackiem.

W ostatnich dniach pielgrzymki Bartek siadał na ławce i obwiązywał wytatuowaną nogę bandażem. Po kilkuset kilometrach nogi (…) dawały już o sobie znać. Należy im się szczególna atencja, gdyż to one, ich miarowy krok powtarzany przez wiele dni, z których uzbierał się miesiąc, wyprowadziły Bartka z więzienia.

Droga nie jest łatwa. Ale działa. Lepiej niż wszelkie programy resocjalizacyjne.

– Na dziesięć osób opuszczających zakład karny, do więzienia wraca 6-7 osób. Takie są statystyki – podkreśla opiekun wędrujących skazanych, Jacek Matuszczak. – Z 21 więźniów, którzy w Polsce przeszli Drogę do celi, nie wrócił żaden.

We Francji statystyki wskazują 90 proc. byłych więźniów, którzy po “Drodze” nie weszli w konflikt z prawem. Wzmianka o Francji nie jest przypadkowa. To tam Bernard Olivier, dziennikarz, który w krótkim okresie stracił żonę, matkę i pracę, postanowił nie poddać się złym myślom i przystanąć w biegu, choć brzmi to nieco paradoksalnie, jako że pretekstem do rozmyślań była piesza wyprawa do Santiago de Compostella. (…)

– Droga zmienia człowieka – zaznacza Jacek Matuszczak. – Uczy pokory, samozaparcia, wytrwałości. I tego, że świat ma lepszą stronę, czego możemy doświadczyć w kontakcie z napotkanymi ludźmi. W nich możemy ujrzeć dobro – w ich gościnności, otwartości, wyciągniętej dłoni. To ludzie w tej drodze są najważniejsi.

Z żoną i krzyżem Tau na szyi przemierzył tysiące kilometrów – drogą do Rzymu, szlakiem Jakubowym – z Lizbony do Santiago. A potem pielgrzymowali po krajach dotkniętych konfliktem – przez Kubę, Gruzję, z Ugandy do Rwandy. Zawsze w intencji pokoju. Nigdy z planem – gdzie spać, jeść, odpocząć. Mimo to głodu nie cierpią i zawsze znajdują nocleg, albo to nocleg znajduje ich.
(…)
– Nikt nas nie chciał bić z powodu krzyża. Niejeden raz gościli nas muzułmanie. Ludzie napotkani w drodze nie ścinają głów, czynią to opłacani najemnicy, ci, którzy są trybikami w machinie przemysłu zbrojeniowego – twierdzi Jacek. – Media tak dużo mówią o okrutnych muzułmanach, ale nie wspominają o tych normalnych, dobrych ludziach, którzy sami cierpią przez konflikty na tle religijnym. Gruzini wręcz uniemożliwiali podróż przez swą gościnność – zaganiali do domostw, rozpytywali, gościli. W Afryce witano ich szczerym uśmiechem. Gdy wędrowali przez Kubę letnią porą nazywaną z racji temperatur przez tubylców piekłem (50 stopni Celsjusza w dzień – 30 nocą) Kubańczycy z zapałem opowiadali o Popiełuszce, który cieszy się tam większą popularnością, niż w Polsce. Jest dla nich symbolem walki z systemem, walki, która nie wymaga przelewu krwi, ale wiary, wytrwałości, wewnętrznej siły. Przyjmujący pielgrzymów wiele ryzykowali – w kraju Fidela Castro nadal osadza się w więzieniu za zwykłą gościnność.

(…)

Jacek kocha drogę. To jedna z najważniejszych cech, jakich się wymaga od potencjalnych opiekunów. Kandydaci na “przewodników” przechodzą testy psychologiczne oraz specjalne szkolenie obejmujące zagadnienia związane z pedagogiką penitencjarną, komunikacją społeczną i metodycznymi aspektami pracy z młodocianymi przestępcami. Opiekunowie zachęcani są również do poszerzania wiedzy z zakresu prawa, turystyki, psychologii.

Przed wyprawą odpowiednie przygotowanie przechodzą również skazani. Miesięczna wędrówka to tylko jeden z czterech elementów dwuletniego programu. Przez pierwszych pięć miesięcy wytypowani (w wieku 18-26 lat) osadzeni pracują z psychologiem, wychowawcą i doradcą zawodowym. Po miesięcznej wędrówce uczestnik projektu przechodzi badanie umiejętności i odbywa kurs przygotowujący go do pracy u przedsiębiorcy, który współuczestniczy w projekcie. Po 5-miesięcznej praktyce zawodowej były więzień podejmuje pracę – gwarantowaną przez rok w ramach zatrudnienia wspieranego, współfinansowanego przez urząd pracy. Przez półtora roku może też korzystać z pomocy fundacji Postis – prawnej, a nawet finansowej. Bartek niewiele mówił o planach na przyszłość poza zakładem. Miał nadzieję wrócić do przedsiębiorstwa, gdzie był zatrudniony przed osadzeniem, ale stało się inaczej, zaczął pracę przy produkcji pieczarek.

(…)

Od 2015 r. Nowa Droga ma charakter ogólnopolski. W wyprawach uczestniczyli też byli więźniowie z Okręgowych Inspektoratów Służby Więziennej z Rzeszowa i Olsztyna (m.in,. ZK Uherce, Jasło. AŚ Olsztyn). Jak twierdzi prezes Stowarzyszenia POSTIS, Barbara Bojko-Kulpa, w przyszłym roku organizacja planuje rozszerzenie projektu na inne województwa, jak również na zakłady karne, gdzie osadzone są kobiety. Inspektoraty w całej Polsce, w tym w Okręgowy Inspektorat we Wrocławiu zostały powiadomione o projekcie.

Ale są jeszcze samodzielne wspólne wędrówki. I te dopiero wprawiają w podziw i zdumienie. Oboje twierdzą, że przeszli pewnie w tych pielgrzymkach po 20 tysięcy kilometrów na osobę. Te wędrówki to nie zabawa. Pokonują w nich średnio 30, a bywa, że nawet 50 kilometrów dziennie.  To wędrówki w intencji pokoju. Darwina i Jacek informują o nich na blogu Nasze wędrowanie.

W roku 2010 poszli do Rzymu, by, jak napisali, stanąć u grobu Jana Pawła II. 1500 km w 53 dni.

W roku 2011 połączyli Camino de Santiago z uczestnictwem w Światowych Dniach Młodzieży w Madrycie. W ogóle to przeszli już wiele części Camino, z Wilna do Gdańska, w Czechach, w Austrii. W średniowieczu Camino jak wielka sieć łączyło całą Europę.

W roku 2013 byli na Kubie, szli po śladach blogosławionego (jeszcze wtedy) Jana Pawła II.

W 2014 roku przeszli 1000 kilometrów przez Gruzję wzdłuż granicy z Turcją i Abchazją. Ich patronką była św. Nino, apostołka i patronka Gruzji, święta Kościoła katolickiego, ormiańskiego i prawosławnego.

W roku 2015 pielgrzymowali z Ugandy do Ruandy, tzw. Drogą Męczenników Ugandyjskich. Szli, jak sami napisali, przez drogi i bezdroża Afryki modląc się o pokój i pojednanie w Rwandzie, Afryce i na całym świecie. 900 kilometrów. W Afryce czuliśmy się bardzo bezpiecznie, mówią, ludzie są życzliwi. W Polsce jest podczas samotnej wędrówki dużo gorzej.

W roku 2017 dołączyli w Brnie do Marszu dla Aleppo.

Pytam jeszcze o filozofię tych wędrówek, która jest, wiem to, ich filozofią życiową.

Pokój, odpowiadają.
Miłosierdzie przed sprawiedliwością.
Etyka przed techniką.
Człowiek przed rzeczą.
Być przed mieć.

Reblog & Co: Uwe Rada

heuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheute

Von Berlin nach Polen und zurück

Vortrag und Gespräch mit Uwe Rada
– in Kooperation mit Städtepartner Stettin

23.2.17 | 20 Uhr | RegenbogenKino

Seit Jahren beschäftigt sich der taz-Journalist und Buchautor Uwe Rada mit den Beziehungen Berlins zu seinem östlichen Nachbarn. Dabei führen ihn seine Wege immer wieder nach Stettin und Breslau, aber auch in die Uckermark oder ins Oderzwischenland. Davon wird Uwe Rada bei seiner Lesung berichten. Und davon, wie sich die deutsch-polnische Grenzregion der politischen Großwetterlage zwischen Berlin und Warschau zu entziehen sucht.

Uwe Rada, geboren 1963 in Göppingen, lebt seit 1983 in Berlin. Er beschäftigt sich seit zwanzig Jahren mit der deutsch-polnischen Grenzregion.
Zuletzt erschien das Buch “Berlin und Breslau. Eine Beziehungsgeschichte”, das er zusammen mit Mateusz Hartwich herausgegeben hat.

Und als Kostprobe, ein Text über die Oder aus Taz:

Oderdämmerung

Sie ist einer der letzten frei fließenden Flüsse Europas, manche vergleichen sie mit dem Amazonas. In Brandenburg bildet sie den einzigen Flussnationalpark Deutschlands. Doch nun soll die Oder nach dem Willen der neuen polnischen Regierung zu einer Wasserautobahn ausgebaut werden. Umweltschützer beiderseits des Flusses sind alarmiert

von UWE RADA

Gerade jetzt, im Winter, ist das Zwischenoderland besonders eindrucksvoll. Zwischen Ostoder und Westoder frieren die Altarme zu, die ersten Zugvögel kommen zurück, über der wilden Oderlandschaft liegt eine Stille, die vergessen lässt, das nicht weit von dieser naturnahen Flusslandschaft die Großstadt Stettin brummt.

Doch die Idylle täuscht, wie Brandenburger Naturschützer und Politiker vor Weihnachten erleben mussten. Vertreter der polnischen Woiwodschaft Westpommern waren nach Criewen, dem Tor zum Nationalpark Unteres Odertal gekommen, um vorzustellen, wie sie sich die Zukunft der Oder vorstellen. Für den Landrat der Uckermark, Dietmar Schulze, waren die Pläne ebenso alarmierend wie für den Nationalpark-Mitbegründer und Träger des alternativen Nobelpreises, Michael Succow.

Was hatte die polnische Delegation im Gepäck? Um Stettin besser vor Hochwasser zu schützen, hieß es, sollen im Zwischenoderland 21 Kanäle ausgebaggert und 32 seit dem Zweiten Weltkrieg verfallene Wasserbauwerke, Schleusen und Durchlässe wieder instandgesetzt werden. Darüber hinaus sollen auf 60 Kilometer die Deiche modernisiert werden. Die Kosten in Höhe von 18,2 Millionen Euro, so die polnische Delegation, würde die Weltbank übernehmen.

Anders als der Nationalpark Unteres Odertal liegt das Zwischenoderland, auf Polnisch Międzyodrze, auf der polnischen Seite der Grenze. Offiziell hat es nur den Status eines Landschaftsschutzparks, in Wirklichkeit aber ist es für Naturschützer sehr viel wertvoller als der deutsche Nationalpark. Weil die Regulierungsbauwerke dieses 5000 Hektar großen Polders aus den Jahren von 1907 bis 1932 nicht instandgesetzt wurden, regelt hier die Natur den Wasserstand, es entstand ein Paradies für Vögel und Fische. Dass der Ausbau nur der Wasserregulierung und dem Schutz Stettins vor Hochwasser dienen soll, wird in Brandenburg angezweifelt. “Nicht einmal das Jahrhunderthochwasser von 1997 hat Stettin bedroht”, heißt es im Potsdamer Umweltministerium hinter vorgehaltener Hand.

Oder soll zur Wasserstraße werden

Die Pläne für das Zwischenoderland sind nur ein Teil einer gewaltigen Kraftanstrengung, mit der die neue polnische Regierung die Oder wieder zu einer internationalen Wasserstraße ausbauen möchte. Um das ambitionierte Ziel umzusetzen, hat die nationalkonservative Partei Recht und Gerechtigkeit (PiS) von Ministerpräsidentin Beata Szydło sogar ein eigene Ressort geschaffen – das Ministerium für Meereswirtschaft und Binnenschifffahrt. Dessen Vizeminister Jerzy Materna erklärte gleich nach seinem Amtsantritt im Dezember, dass die gesamte Oder als Wasserstraße der Klasse IV ausgebaut werden sollte. “Von der dritten Klasse will ich nie wieder etwas hören, in dieser Frage gebe ich keinen Millimeter nach”, sagte Materna der polnischen Tageszeitung Gazeta Wyborcza.

Die Wasserstraßenklasse IV ermöglicht den Verkehr der so genannten Europaschiffe mit einer Länge von 80-85 Metern und einer Ladekapazität von 1.000 bis 1.500 Tonnen. Materna strebt in Zukunft ein Transportvolumen von 50 Millionen Tonnen jährlich an. Zum Vergleich: Derzeit wid auf der Oder so gut wie nichts mehr tranportiert. Zwischen dem oberschlesischen Kohlerevier und Stettin, so lautet der Spin der neuen Regierung in Warschau, liegen 700 Kilometer ungenutzte Wasserautobahn.

Ganz billig wird es aber nicht sein, diese Autobahn fahrtüchtig zu machen. Alleine für die Ertüchtigung der Oder müssten laut Materna etwa 20 Milliarden Złoty, das sind rund fünf Milliarden Euro ausgegeben werden. Doch der Vizeminister des neuen Ressorts hat noch weitergehende Pläne. Er will die schlesische Oder bis ins tschechische Ostrau ausbauen und auch den alten Plan eines Oder-Donau-Kanals in Angriff nehmen. Damit soll das Schwarze Meer mit der Ostsee verbunden werden. Das es die neue Regierung mit der Umwelt nicht so genau nimmt, zeigte sich im Januar. In den Wäldern von Białowieża, dem letzten Urwald Europas, wurde damit begonnen, 400.000 Bäume zu fällen.

Nach dem Hochwasser 1997

Dreißig Kilometer von der niederschlesischen Metropole Breslau entfernt, liegt die kleine Ortschaft Maltsch, auf Polnisch Malczyce. Dreitausend Einwohner leben in Maltsch, das seine große Zeit längst hinter sich hat. Als die Oder tatsächlich eine Wasserstraße war, wurde im Hafen Kohle verladen. Der Maltscher Hafen machte mehr Umsatz als der in Breslau. Das war vor mehr als siebzig Jahren.

Heute steht Maltsch für eine Investition, die in Polen ebenso Kopfschütteln hervorruft wie der Bau des Flughafens BER in Deutschland. 300 Millionen Złoty, 75 Millionen Euro, sollte die neue Oderschleuse kosten, als 1997 mit den Bauarbeiten begonnen wurde. Nach dem Jahrhunderthochwasser an der Oder, das alleine in Polen 50 Menschenleben forderte, sollte mit dem Bau neuer Staustufen das Wasser reguliert – und die Oder wieder für die Binnenschifffahrt hergerichtet werden. Der Neubau der Maltscher Schleuse war neben der in Dyhernfurth (Brzeg Dolny) der erste an der Oder seit dem Ende des Krieges. Zuvor waren zwischen dem Gleiwitzer Kanal, der Oberschlesien mit der Oder verbindet, und Breslau 26 Staustufen errichtet worden. Unterhalb von Breslau aber war die Oder bis Hohensaaten, wo der Oder-Havel-Kanal in den Fluss mündet, ein frei fließender Strom geblieben.

Die Maltscher Schleuse ist bis heute nicht in Betrieb. Inzwischen sind die Kosten von 300 Millionen Złoty auf eine Milliarde gestiegen, ein Ende des Baus ist nicht in Sicht. Dennoch bringt der Warschauer Vizeminister für Binnenschifffahrt nun den Bau weiterer Staustufen ins Spiel. Bis zu zwanzig neuer Schleusen sollen in Zukunft entstehen, sagte Materna im Januar dem Sender Radio Zielona Góra. Finanziert werden sollen sie in Public-Private-Partnership-Projekten.

Schon einmal hatte die Regierung in Warschau große Pläne für die Oder vorgelegt, das war nach dem Jahrhunderthochwasser von 1997. Doch beim so genannten Programm für die Oder 2006 setzte Warschau vor allem auf Geld aus Brüssel. Das ist nun anders. “Im Rahmen des Weltbankprojekts Odra-Vistula Flood Management Project stehen Polen bis zum Jahr 2023 1,202 Milliarden Euro zur Verfügung”, sagt Sascha Maier. Der Naturschützer engagiert sich unter anderem beim Verein der Freunde des Deutsch-Polnischen Europa-Nationalparks Unteres Odertal und war auch dabei, als die polnische Delegation im Dezember ihre Pläne für den Ausbau des Zwischenoderlandes vorgestellt hatte. “Der geplante Ausbau der Oder bekommt damit eine neue Dimension”, so Sascha Maier.

Wo bleibt der Widerstand?

Nach dem Jahrhunderthochwasser von 1997 haben sich deutsche und polnische Naturschützer zusammengeschlossen und ein Bündnis mit dem Namen “Zeit für die Oder” gegründet. Es war ein grenzüberschreitendes Bündnis gegen die geplante Zerstörung von Auwäldern und für die Ausweisung neuer Schutzgebiete. Solche Bündnisse gibt es heute nicht mehr. Stattdessen haben sich rechts und links der Oder die Befürworter eines Ausbaus zusammengeschlossen.

Fast unbemerkt von der deutschen Öffentlichkeit wurde bereits am “7. April 2015 von Warschau und Berlin das “Abkommen über die gemeinsame Verbesserung der Situation an den Wasserstraßen im deutsch-polnischen Grenzgebiet” unterzeichnet. Verhandlungsführer auf deutscher Seite war der Brandenburgische Ministerpräsident Dietmar Woidke (SPD), der auch Polenbeauftragter der Bundesregierung ist.

Die Ziele des Abkommens lesen sich auf den ersten Blick vernünftig. Es geht um die Gewährleistung eines schnelleren Wasserabflusses bei Hochwasser sowie den Einsatz von Eisbrechern an der Grenzoder. Woidke selbst hatte sich dafür eingesetzt, dass Küstenmotorschiffe zwischen der Ostsee und dem Hafen Schwedt verkehren können. Damit soll der teure Umschlag der Waren aus den Schwedter Papierfabriken im Stettiner Hafen entfallen.

Doch es ist eine Zahl, die Umweltschützer wie Sascha Maier aufhorchen lassen. Im deutsch-polnischen Abkommen wird nämlich festgehalten, dass die Oder unterhalb der Warthemündung an neun von zehn Tagen jährlich eine Tiefe von 1,80 Meter aufweisen soll. Oberhalb der Warthemündung soll diese Mindesttiefe an acht von zehn Tagen gewährleistet sein.

Ob das realistisch ist, wird sich zeigen. Im Sommer, kurz nachdem das Abkommen in trockenen Tüchern war, fiel der Wasserstand der Oder auf ein Rekordtief. Radio Szczecin berichtete am 12. August von einem dramatischen Fall des Wasserstandes. In Küstrin (Kostrzyn) betrug er nur noch 63 Zentimeter. Im nahen Gozdowice führte der Fluss 80 Zentimeter, zu wenig für die Fähre “Ohne Grenzen”, die hier zum brandenburgischen Güstebiese verkehrt.

Wie die Mindesttiefe von 1,80 Metern realisiert werden soll, steht nicht im Abkommen, es wird jedoch auf ein Gutachten zur Stromregelegung verwiesen. “Demnach soll die Zieltiefe nicht nur über die Fahrrinnenbreite, sondern die gesamte Gewässersohle durch Modernisierung und teilweiser Erhöhung konventioneller Buhnen hergestellt werden”, erklärt Sascha Maier. Er fürchtet, dass demnächst Fakten geschaffen werden, ohne zuvor die Umweltverträglichkeit zu prüfen.

Pragmatismus in Stettin

Es ist kalt an diesem Februartag, von der Oder weht ein frischer Wind hinauf in die Stettiner Innenstadt. In einem der Altbauten in der Starszyński-Straße nahe der berühmten Hakenterrassen hat Dorota Janicka ihr Büro. Janicka ist die Chefin der Landschaftsschutzparks in der Woiwodschaft Westpommern, und als solche ist sie auch für das Zwischenoderland zuständig. Ob die Zukunft der Oder die einer Wasserautobahn ist, will sie nicht bewerten, das fällt nicht in ihre Zuständigkeit. Um die Zukunft des Zwischenoderlandes aber macht sie sich keine Sorgen. “Eine landwirtschaftliche Nutzung des Zwischenoderlandes ist nicht geplant”, versichert Janicka. “Es geht lediglich darum, die alten Anlagen wieder in Ordnung zu bringen.”

Im Gegensatz zu Umweltschützern wie Sascha Maier überwiegen bei Janicka nicht die Bedenken, sondern die Hoffnungen. Denn von den knapp zwanzig Millionen Euro, die zwischen Westoder und Ostoder verbaut werden sollen, könnte auch ein Teil für den Tourismus abfallen, glaubt die Chefin der Landschaftsschutzparks. “Wir haben bislang viel zu wenig ausgewiesene Tourismusrouten im Zwischenoderland”, sagt Janicka und überreicht zum Beweis eine Karte des Gebiets. “Auch die Infrastruktur für Paddler muss verbessert werden.”

Janicka verweist auf die breiten Radwege auf der deutschen Seite der Oder. “Ganz so schnell wird das bei uns nicht gehen, aber das ist das Ziel”, sagt sie. Naturschutz ist bei Janicka keine Sache um ihrer selbst willen, sondern immer auch verbunden mit touristischer Nutzung. Und da fehlt es dem Amazonasgleichen Überflutungsgebiet zwischen Westoder und Ostoder tatsächlich. Außer auf der Straße von brandenburgischen Mescherin ins polnische Gryfino ist das Zwischenoderland kaum zugänglich.

Grenzüberschreitender Nationalpark

Stettin will also profitieren vom Zwischenoderland und dem Weltbankgeld. Auch deshalb widerspricht Janicka einem Vorschlag des Westpommerschen Vizemarschalls Jarosław Rzepa. Der hatte vorgeschlagen, aus dem Überflutungsgebiet wie auf der deutschen Seite einen Nationalpark zu machen. Janicka dagegen meint, dass die Umweltvorschriften in den Natura 2000 und FFH-Gebieten jetzt schon streng genug seien. Ihr wichtigstes Argument aber ist ein anderes. “Für einen Nationalpark ist die Regierung in Warschau zuständig”, sagt sie. Stettin aber will seine Oder selber verwalten.

Paweł Pawlaczyk findet die Idee mit dem Nationalpark gut. Seit Jahren arbeitet gelernte Förster im Vorstand des polnischen Naturschutzclubs – und ärgert sich, dass das Zwischenoderland einen weitaus geringeren Schutzstatus hat als der deutsche Nationalpark. “Wir haben es hier mit einer Wildnis zu tun, die ihresgleichen sucht”, sagt Pawlaczyk. “Alle Voraussetzungen, das Zwischenoderland zu einem Nationalpark zu machen, sind gegeben.”

Das Weltbankprojekt hält der Naturschützer für verheerend. Und für unglaubwürdig. “Wenn es in Stettin eine Hochwassergefahr gibt, kommt sie wegen der Nordwinde vom Stettiner Haff und nicht von der Oder”, sagt er. Dieses Argument sei deshalb vorgeschoben. Aber auch die Ausweisung neuer Touristenrouten, die Dorota Janicka gerne mit den Weltbankmitteln finanzieren würde, hält er für vorgeschoben. “Hier geht es darum, den Zustand aus der Zeit vor dem Krieg wiederherzustellen”, sagt Pawlaczyk, “Was wir brauchen ist aber keine regulierte Natur, sondern Wildnis.”

Pawlaczyk hofft deshalb sehr auf die deutschen Umweltschützer. Und, dass es vielleicht doch noch gelingt, an der Oder endlich einen grenzüberschreitenden, europäischen Nationalpark zu gründen.

Stuart 19

Joanna Trümner

The book of love is long and boring, no one can lift the damn thing
It’s full of charts and facts, some figures and instructions for dancing
But I, I love it when you read to me.
And you, you can read me anything.

Książka miłości jest długa i nudna, nikt nie potrafi unieść tej cholernej książki
Pełno w niej faktów i tabelek, kilka liczb i instrukcji dotyczących tańca.
Ale ja uwielbiam, kiedy mi ją czytasz
Bo ty, ty możesz mi czytać cokolwiek

 The book of love, Peter Gabriel

Tom

Po tragedii w domu Iana życie zaczęło płynąć codziennym rytmem, Stuart i Meg po pracy wspólnie gotowali obiad albo szli na długie spracery nad morze, do muzeum lub do kina. „Jesteśmy jak stare, zgodne małżeństwo” – komentowała nieraz Meg ich popołudnia i wieczory, spędzane na słuchaniu muzyki, czytaniu albo długich rozmowach, w których im nigdy nie brakowało tematów. Nawiązywali nowe znajomości i przyjaźnie – oprócz Toma do ich mieszkania zaglądali teraz nauczyciele ze szkoły, w której pracował Stuart i koledzy i koleżanki poznane przez Meg w pracy albo podczas wykładów na uniwersytecie. Spotkania kończyły się często późno w nocy i Stuart patrząc na roześmiane grono młodych ludzi myślał o samotności, którą odczuwał w tym mieście jeszcze przed kilkoma miesiącami, o samotności, która dzięki po przyjeździe Meg wydawała się teraz jak zły sen, z którego się przebudził. Na prośbę gości Stuart często brał do ręki gitarę i podczas tych krótkich koncertów dla przyjaciół starał się zwalczyć natrętną myśl, że to będzie być może już do końca jego życia jedyny jego kontakt z muzyką.

Tom zapatrzył się w Sally, koleżankę Meg z pracy w szkole dla dzieci niepełnosprawnych. Ta młoda, filigranowa kobieta prowadziła z uczniami zajęcia manualne. Przyjechała do Sydney z Filipin jako ośmioletnie dziecko, zaadoptowane przez bezdzietne małżeństwo lekarzy. Stuart obserwował rozwijający się na jego oczach romans Toma z bardzo mieszanymi uczuciami. Z jednej strony cieszył się, widząc, że nareszcie przyjaciel przestaje być niemową i dziwakiem, nabiera pewności siebie, jak w jego oczach pojawia się radość i ciepło, z drugiej strony jednak Stuart miał duże wątpliwości, co do przyszłości tego związku. Sally podchodziła do ludzi z dystansem, było w niej coś zimnego i wyrachowanego – może były to urazy z dzieciństwa spędzonego w slumsach Manilii albo zbierane latami kompleksy, może była po prostu złą, wyrachowaną kobietą, dla której w życiu liczyło się tylko to, żeby jej było dobrze.

Stuart wiedział, że Sally zaciągała długi u Toma i obserwował z dezaprobatą, jak na jego oczach flirtuje z innymi mężczyznami. Miał ochotę wziąć przyjaciela na stronę i powiedzieć mu: „Daj sobie z nią spokój, przestań się z nią spotykać, ona cię może tylko zranić i będziesz się potem miesiącami zbierał”.

Równocześnie patrzył na uszczęśliwioną twarz przyjaciela i zastanawiał się, czy mówienie o uprzedzeniach w stosunku do Sally ma jakikolwiek sens: „Przecież on jest zakochany i nieważne, jak bardzo będę starał się go sprowadzić na ziemię, to i tak nic do niego nie dotrze. Gdzie są granice przyjaźni – czy należy być szczerym aż do bólu, otworzyć przyjacielowi oczy na prawdę, a potem, kiedy upadnie, zawiedzie się, a przy tej dziewczynie na pewno upadnie, powiedzieć: „przecież od początku mówiłem, że to się tak skończy”, czy lepiej nie mówić nic, patrzeć na to, jak Tom wielkimi krokami idzie w kierunku ogromnego rozczarowania i po prostu być przy nim, kiedy ten znajdzie się w prawdziwym dołku. Przecież cokolwiek bym mu teraz powiedział na jej temat i tak do niego nie dotrze, a przez tą szczerość mogę go tylko zrazić do siebie”.

Stuartowi przypomniały się miesiące po rozstaniu z Ann, miał przed oczami sceny ze swojego pobytu w Londynie wkrótce po ich rozstaniu – pobytu podczas którego patrząc na miejsca w mieście, które były kiedyś częścią ich wspólnej przeszłości, odczuwał paraliżujący go ból. Ten smutek, żal i samotność, które towarzyszyły mu przez długie miesiące po rozstaniu, z perspektywy dzisiejszego życia i wszystkiego, co wydarzyło później, przestały mieć jakiekolwiek znaczenie i stały się częścią jego przeszłości – jednym z rodziałów w książce o jego miłościach.

Zdecydował więc, że nie będzie rozmawiał z Tomem na temat Sally, będzie czekał na to, co się jeszcze wydarzy i nie zostawi przyjaciela samego, kiedy będzie go naprawdę potrzebował.

Koncert w kościele

I don’t believe in an interventionist God
But I know, darling, that you do
But if I did I would kneel down and ask Him
Not to intervene when it came to you
Not to touch a hair on your head
To leave you as you are

Nie wierzę w Boga, który interweniuje,
Ale wiem, kochanie, że Ty w niego wierzysz,
Gdybym wierzył, klęknąłbym i poprosił
Żeby niczego w Tobie nie zmieniał
Nie doknął włosa na Twej głowie
Zostawił Cię taką, jaka jesteś

Into my Arms, Nick Cave and The Bad Seeds

W rodzinnym domu Stuarta Bóg nie odgrywał większej roli, zaś kilka lat spędzonych w kościelnym chórze Walton służyły tylko temu, żeby nauczyć się gry na gitarze. Sama instytucja kościoła zniechęciła Stuarta – drażnił go ton, w jakim ksiądz przemawiał do wiernych, jakby dane mu było posiadanie absolutnej racji. Na widok wiernych, którzy w kilka minut po zakończeniu mszy podejmują swoje codzienne walki, uprzedzenia i nienawiści, Stuart doszedł do wniosku, że on tak pojmowanego Boga i wiary w swoim życiu nie potrzebuje. Tym bardziej zaskoczył go fakt, że Meg dosyć regularnie chodziła do kościoła. Podczas jednej z ich długich wieczornych rozmów opowiedziała mu, jak, jako samotne i nieszczęśliwe dziecko, spędzała godziny w kościele, modląc się o to, żeby wydarzyło się coś, co wyrwie matkę z nałogu. A potem, już jako dorosła kobieta, modliła się o siłę, żeby skończyć ten toksyczny związek z żonatym mężczyzną, który latami nie dawał jej odejść. „Wierz mi, gdybym miała przyjaciółkę albo kogokolwiek, z kim mogłabym na ten temat porozmawiać, zrobiłabym to, ale ja nie miałam nikogo. Patrząc na to z mojej perspektywy, On był jedyną osobą, albo istotą, która mi pomogła. I od tamtej pory wiem, że Go potrzebuję. To wszystko jest dosyć skomplikowane, więc nie musisz się bać, że będę cię kiedykolwiek przekonywała albo namawiała do chodzenia do kościoła”. „A o co teraz się modlisz?” – spytał Stuart ze zdziwieniem, myśląc o tym, jak mało o niej wie. „To tylko sprawa między Nim a mną” – odpowiedziała z uśmiechem.

W kilka tygodni po tej rozmowie Meg poprosiła go o pomoc – ksiądz obiecał wiernym, że po mszy w poniedziałek Zielonych Swiątek odbędzie się koncert. W dwa tygodnie przed świętami muzyk, który miał dawać koncert, złamał sobie nogę i musiał odmówić.

Meg poprosiła Stuarta o występ w kościele, przez co w kilka dni później Stuart spotkał się z księdzem. Zupełnie inaczej go sobie wyobrażał – Lucas był tylko o kilka lat od niego starszy i kiedy Stuart patrzył w jego uśmiechniętą twarz i oczy tak błękitne, że przypominały niebo w słoneczny dzień, poczuł do niego od pierwszego wejrzenia sympatię i zaufanie. „Chciałbym, żeby na msze przychodziło więcej młodych ludzi, muzyka daje tyle radości. Twój koncert nie musi się wcale składać z wielkich religijnych przesłań. Śpiewaj o miłości, wierze i nadziei. Słyszałem, że grałeś Jezusa w Jesus Christ Superstar, świetny musical, widziałem go w Sydney trzy razy, może coś ci się przypomi z tamtych piosenek. Masz godzinę na koncert po głównej mszy o szóstej. Dostatniesz 150 dolarów i to, co zbierzemy w koszyku, wiem, że to niedużo, ale jeżeli uda nam się przyciągnąć kilku młodych ludzi, to myślę o regularnych spotkaniach raz w miesiącu, a może nawet raz na dwa tygodnie. To tylko taki pomysł, próba, bo gdybym nie wierzył w to, że kościół nie należy tylko do starych, zniechęconych albo po prostu zmęczonych życiem ludzi, to dawno zmieniłbym zawód”. Stuart popatrzył na niego z podziwem.

W dzień koncertu przyszedł do kościoła o godzinę wcześniej. Stroił gitarę i patrzył na ołtarz z wielkim srebrnym krzyżem. „Jeżeli jesteś, to pomóż mi żyć z muzyki, nie daj mi się dzisiaj skompromitować po tak długiej przerwie w koncertowaniu. Pomóż” – pomyślał, dziwiąc się równocześnie, że prowadzi dziwną rozmowę z kimś, kto go na pewno nie słucha. Po wypowiedzeniu tych słów poczuł jak powoli przechodzi mu trema, a za to zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu brakowało występów przed publicznością. Powoli do kościoła zaczęli schodzić się ludzie, Stuart patrzył na ich twarze, zaskoczony ilością młodych ludzi i rodzin z małymi dziećmi, z radością rozpoznał twarz Meg. W tym momencie wiedział, że uda mu się do zebranych w kościele ludzi dotrzeć przez muzykę.

Cdn.

Lektury niedokończone

Andrzej Rejman

Stos książek nieprzeczytanych powiększa się…

Postanowiłem otworzyć kilka z książek w dowolnym miejscu i poszukać inspiracji…

Początkowo wydawało mi się, że przypadkowe zdania oderwane od całości, to będą luźne i chaotyczne myśli, ale w miarę czytania tekst szybko nabrał mocy – wzbogacając dotychczasowe przemyślenia, wiedzę i doświadczenie..

Jean Louis Vullierme “Lustro Zachodu – Nazizm i cywilizacja zachodnia”, wyd W.A.B. 2014.

W rozdziale szóstym zatytułowanym “Antagonizm” autor zajmuje się opisanym tu z dużej litery Antagonizmem, jako cechą wspólną wszystkich ideologii dominujących na Zachodzie a zwłaszcza ideologii nacjonalizmu. Notuję:

Zbędne byłoby podkreślanie antagonistycznego charakteru rasizmu, antysemityzmu, niewolnictwa, terroryzmu państwowego, acywilizmu, militaryzmu czy eugeniki (…) Trudniejszy do zauważenia jest antagonistyczny charakter polityki stawiającej wyłącznie na młodzież, umieszczającej we wzajemnej opozycji różne kategorie wiekowe, a także historycyzmu, przeciwstawiającego losy przeklęte losom, które czeka wspaniała przyszłość; populizmu przeciwstawiającego jedne klasy społeczne drugim, zamiast wspierać współpracę między nimi; kolonializmu, przeciwstawiającego uniwersalny wzorzec rozwoju różnym podporządkowanym grupom ludności; propagandy bezkompromisowo narzucajacej swoje słuszne poglądy wyznawcom poglądów niewłaściwych, niezależnie od zasad dyskusji krytycznej; pozytywizmu prawnego przeciwstawiającego wolę większości lub wolę prawowitej władzy woli mniejszości; (…) autorytaryzmu, przeciwstawiającego koncepcję rządzących bezkształtnemu charakterowi umysłu rządzonych; mesjanizmu, któremu jego transcendencja przyznaje słuszność a priori; wreszcie biurokratyzmu, przeciwstawiającego się oporowi ze strony osób zarządzanych i podwładnych…

w “Podsumowaniu” autor pisze m.in :

Koniecznie musimy pójść drogą humanistyczną i to nowszą niż nam się wydaje. Nie wiemy, jakie ona ma szanse na sukces, biorąc pod uwagę ciemności ideologiczne, w jakich ciagle żyjemy. Pójście taką drogą wymagałoby wyeliminowania kolejnych składników Antagonizmu, a także uzmysłowienia sobie, że zwalczać można jedynie czyny, a nie grupy ludzi jako takie. Aby do tego doszło, musielibyśmy uczynić nasz język bardziej nominalistycznym w stosunku do osób. Nie chodzi jedynie o to, by już nie łączyć naszych wrogów w nieokreślone zbiorowości, które nie pozwoliłyby ich odróżnić indywidualnie, zależnie od ich osobistych działań, chodzi także o to, aby samego siebie nie utożsamiać z jakimś zgrupowaniem, którego całe istnienie, czasami bardzo realne w swoich skutkach, mimo wszystko pozostaje wyobrażone w w taki, czy inny sposób zgrupowaniem takim, jak ludy, narody, rasy. Możemy oczywiście tworzyć wspólnoty, byleby tylko nie były wyłączne. Możemy uważać się za obywateli danego kraju, poddanych danego władzy. To samo dotyczy bojowników jakiejś partii, organizacji, jakiegoś ruchu czy Kościoła. Lecz mamy prawo nie zgadzać się, by zbiorowości, z którymi jesteśmy złączeni, chciały zwalczać cele nieindywidualizowane.

***

Claudio Magris “O demokracji, pamięci i Europie Środkowej” (MCK Kraków 2016)

Rozdział “Granice Dialogu” zasługuje z pewnością na przytoczenie w całości, ale z oczywistych względów nie uczynię tego.

Na wstępie autor wspomina, że w latach osiemdziesiątych pewnej niedzieli znalazł się w Hadze na wielkim placu, gdzie odbywał się rodzaj uniwersalnego kiermaszu tolerancji.

Z niezliczonych pawilonów, stoisk, straganów, kiosków, ustawionych jedne obok drugich, propagowano, głoszono własne Słowo, najrozmaitsze ewangelie. Partie polityczne, Kościoły, stowarzyszenia, kluby, ruchy, grupy proponowały różne, często przeciwstawne recepty na zbawienie duchowe, fizyczne, społeczne, metafizyczne, seksualne, kulturowe, gastronomiczne; każdy wyrażał swoje zdanie i głosił swoją prawdę (…)

(…) Na haskim placu odczuwało się niemal fizycznie, że prawda nie może być nigdy domeną jednej doktryny, która nie podlega dyskusji i nie zakłada dialogu z innymi opiniami, traktowanymi jako równoprawne, lecz, że może być ona zaledwie, jak naucza Lessing, niekończącą się konfrontacją, czyli dialogiem, oraz nieustannym poszukiwaniem.

Lessing powiadał, że gdyby Bóg ofiarował mu w prawej dłoni prawdę, a w lewej jedynie konieczność poszukiwania jej, nawet za cenę ciągłych błędów, poprosiłby o dar ukryty w lewej dłoni, przekonany, że czysta prawda należy się wyłącznie boskiej substancji.

(wyróżnienia moje, AR)

2_zima

Kiedyś przypadkowo otwarta książka zaskoczyła mnie pięknym wierszem.

Zajmowałem się wówczas melodią do jednego z tekstów Sary Teasdale. Tomik jej poezji “Flame and Shadow” leżał obok klawiatury fortepianu. W pewnym momencie książka trącona ręką zamknęła się.

Gdy ponownie otworzyłem na przypadkowej stronie przeczytałem:

Sara Teasdale

Day and Night

In Warsaw in Poland
Half the world away,
The one I love best of all
Thought of me to-day;

I know, for I went
Winged as a bird,
In the wide flowing wind
His own voice I heard;

His arms were round me
In a ferny place,
I looked in the pool
And there was his face—

But now it is night
And the cold stars say:
‘Warsaw in Poland
Is half the world away.’

Dzień i noc
tłum. Anna Ciciszwili

Gdzieś w Polsce, gdzieś w Warszawie
Stąd o pół świata gdzieś,
Jedyny mój, kochany
Pomyślał o mnie dziś;

Wiedziałam, muszę lecieć,
Jak uskrzydlony ptak,
W szerokim wiatru pędzie
Głos jego biegł przez świat.

Utulił mnie w ramionach
Tam gdzie paproci las,
A czysta toń jeziora
Srebrzyła jego twarz –

Ale już zaszło słońce,
I orzekł gwiezdny sąd:
„Warszawa, miasto w Polsce
Jest o pół świata stąd.”

Wiersza tego wcześniej nie znałem, choć już od dłuższego czasu zapoznawałem się z twórczością Sary Teasdale.

Źródła biograficzne nie podają dlaczego Sara Teasdale napisała o Warszawie. Można tylko domyślać się, że mogło to mieć związek z podróżami jej męża Ernsta B. Filsingera do Europy. Filsinger był przedsiębiorcą i wyjechał na początku 1920 roku do Europy w okresie intensyfikacji powojennej wymiany handlowej USA z Europą. Prawdopodobnie był wtedy w Warszawie, z pewnością był w Niemczech i w Anglii. Jak pisze M.H.Carpenter w biografii Sary Teasdale – Filsinger był wtedy pierwszym amerykańskim biznesmenem odwiedzającym powojenne Niemcy. Tomik poezji “Flame and Shadow”, gdzie znajduje się wiersz “Day and Night” wydany został w 1920 roku.

Barataria 6 – radosny marsz

Ewa Maria Slaska

Barataria-Marsch na motywach z operetki Gondolierzy Arthura Sullivana, kompozytor: Karl Komzák.

Radosny marsz wojskowy.

Komzàków-kompozytorów było trzech, wszyscy mieli na imię Karol:
Karl senior 1823 – 1893
Karl (Karel) junior 1850-1905
Karl 1878–1924

Marsz skomponował ten zwany juniorem, który w swoim czasie nie tylko cieszył się większą popularnością niż tata i niż potem syn, ale przede wszystkim był ulubieńcem publiczności (pań?) z uwagi na miły, przychylny światu, pogodny charakter. Do roku 1896 był kapelmistrzem wojskowym, najpopularniejszym wojskowym kapelmistrzem w całej Austrii, potem – prowadził słynną orkiestrę w kurorcie Baden koło Wiednia.

Tu grała orkiesta Komzàka; pawilon istnieje do dziś na ulicy zwanej obecnie Karl-Komzák-Allee

W roku 1903 Komzàk koncertował w Warszawie.

Echo Muzyczne z lutego 1903 roku donosiło:

Karol Komzak, wielkiego talentu kompozytor i  kapelmistrz, gości w Warszawie, dokąd został zaangażowany przez  Filharmonię do dyrygowania czterema (2, 5, 7 i 8 lutego) koncertami popularnemi. Tej wielce interesującej postaci muzycznej przyjrzemy się w numerze przyszłym.

Ale jeszcze w tym samym numerze gazeta poinformowała, że:

Karnawał zaznaczył swoje piętno i na estradzie Filharmonii; w poniedziałek rozpoczął się szereg  wieczorów, poświęconych przeważnie tanecznej muzie pod dyrekcyą Karola Komzaka — w sobotę i w niedzielę bawiły uszy publiczności walce Straussa, śpiewane przez chór męzki z akompaniamentem orkiestry.
Znany walc „Nad pięknym i modrym Dunajem” (w polskim przekładzie p. Reinsteina) na 4-ro głosowy chór męzki brzmi bardzo interesująco i oryginalnie. Specyalne grono chórzystów-amatorów (przygotowane  dużym nakładem pracy przez p. Pietruszyńskiego) miało do pokonania wielkie trudności w tej niezwykłej produkcyi, która pod dyr. p. Prohazki wypadła bardzo dobrze.
Karol Komzak, popularny w Wiedniu kapelmistrz, od pierwszej chwili, ujął wszystkich swą sympatyczną postawą, oraz swobodną  rutyną, z jaką prowadzi orkiestrę, umiejąc wydobyć z niej żądane efekta lekkości, oraz tanecznego rytmu z zacięciem, a bez jednostajności.
Program pierwszego z „ karnawałowych” wieczorów, składał się, oprócz kilku poważniejszych utworów, jak: uwertura z „Mignon”, oraz Fantazya z motywów Chopina z opery „Tribut de Zamota” Gounoda, przeważnie z tańców; największem może a zasłużonem powodzeniem (powtarzany na żądanie) cieszył się walc Komzaka „Narenta”, wykonany prawdziwie z „poezyą tańca”.

W marcu Echo donosiło:

Koncerty pod dyrekcyą Komzaka przepełniły dwukrotnie w środę i czwartek salę Filharmonii. Pełen animuszu i brawury  kapelmistrz czeski, stał się ulubieńcem Warszawy. Prowadzi on niby wódz czujną na skinienie smyczka drużynę, wyprowadzając z zbiorowego ciała porywające rytmy walca, iście wojskowe zacięcie marsza, to znów pełne subtelnego cieniowania nastroje. Nowość dla Warszawy stanowią popularne w Wiedniu humoreski muzyczne: jak „Sen rezerwisty” Ziehrera, lub „Mucha” i „Kocia serenada”. W plastycznem obrazowaniu Komzaka „żarty” pełne rodzajowej charakterystyki  wykazują urozmaicony i barwny kalejdoskop muzyczny. Komzak dyryguje jeszcze w sobotę i w niedzielę po raz ostatni.

W kwietniu artysta wyjechał, o czym Echo muzyczne też poinformowało Czytelników:

Karol Komzak, ulubieniec warszawskiej publiczności, dyryguje w niedzielę i poniedziałek programem popularnym. We wtorek wieczorem opuszcza Warszawę.

komzakwwarszawie

Zmarł w roku 1905, próbując, jak Zbyszek Cybulski, dogonić uciekający pociąg. Był panem jak na owe czasy w podeszłym wieku – miał 55 lat – i ciekawe, jak to się stało, że nie zdążył na pociąg i – drugie pytanie – że zdecydował się go gonić? Co było takie ważne, tam dokąd chciał jechać? Pochowano go najpierw w Baden, ale już w listopadzie tego samego roku przeniesiono jego ciało na Cmentarz Centralny w Wiedniu.

Skomponował jedną operę, tańce (co najmniej 22 walce), pieśni i 66 marszy, w tym marsz Barataria.

***

X

X

I jeszcze jedna ciekawostka warszawska: był w Warszawie, założony w roku 1998, bar kawowy Barataria. Mieścił się na ulicy Wilczej 69, 00-679 Warszawa. W wyciągu z rejestru przedsiębiorstw czytamy:

“Bar Kawowy Barataria Radoński Arkadiusz” to restauracja typu fast food zapewniający rozległy wybór smacznych posiłków w atrakcyjnej cenie. Bar współpracuje z najlepszymi pracownikami kuchni i stara się o miłą obsługę. Możesz w tym miejscu spożyć pożywny posiłek. Dodatkowy atutem miejsca jest dogodne ulokowanie, a dodatkowo długie godziny działania. Dlatego to lokal popularny wśród gości.

Jednak w sieci nie ma żadnych dodatkowych informacji i żadnych zdjęć baru, nikt tam nie był, nie pił kawy, nie zrobił zdjęcia. Baru nie ma też na Facebooku, zapewne więc już nie istnieje. Ale może się mylę, może ktoś jednak coś wie albo po prostu tam bywa? A jak nie, to inna prośba: jeśli ktokolwiek zna Arkadiusza Radońskiego, niech zapyta przy okazji, czy bar jeszcze istnieje i która Barataria stała się patronem nazwy, ta Sancho Pansy, ta pirata Jeana Lafitte’a, ta z Gondolierów, a może ta, od której się nasze poszukiwania zaczęły, czyli – Pensjonatu Barataria Krzysztofa Lipki? Ach no i oczywiście może to być po prostu miejsce geograficzne w Nowym Orleanie… Wyspa, ulica, zatoka i wszystkie rzeczy, które jego są.

Przed nami kolejne dziwne odkrycie. Barataria to firma (label) wydająca nową muzykę kolumbijską (Ponemos en contexto los nuevos sonidos Colombianos. Transformamos ideas en música.), i jest to firma podobnie tajemnicza i (być może) nieistniejąca jak bar kawowy Barataria, czy jak opera Jesusa Garcii Leoza o piratach z Baratarii. Może to wszystko to tylko złudy tworzone przez ponowoczesny umysł zarażony pofaktyzmem. Nie na darmo barataria to po hiszpańsku taniocha i ułuda. Tyle że wydawca muzyczny w styczniu  i lutym 2017 zorganizował trasę koncertową grupy Da Pawn w Kolumbii i Ekwadorze.

Co za niezwykły znikający punkt.

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (4)

Zbigniew Milewicz

Thai znaczy wolny

thaj4-archŻycie i śmierć, syjamskie rodzeństwo, jedno bez drugiego nie może istnieć. Kiedy lecę z Monachium do Bangkoku, na lotnisku w Doha, gdzie mamy przesiadkę, telewizja pokazuje w newsach zamach na rosyjskiego ambasadora w Ankarze. Otwiera w galerii sztuki wystawę p.t. Rosja oczami Turków i ginie zastrzelony przez przez tureckiego policjanta, w odwecie za Aleppo; zamachowiec nie był na służbie, chwilę później zostaje zneutralizowany, czyli także zabity, przez interweniujących kolegów, którzy są na służbie.Kiedy oglądam telewizyjne wiadomości w hostelu w Bangkoku i później w Pattayi, śmierć pojawia się m.in. w obrazach z lokalnych wypadków drogowych. Pokazują bez retuszu zmiażdżone pojazdy i zwłoki ofiar, dużo zbliżeń, więc dobrze się zastanawiam przy wyborze przewoźników i pilnuję się przy przechodzeniu przez ulicę. Kiedy wydaje mi się, że jakoś opanowałem tę sztukę, los szyderczo puszcza do mnie oko. Zwiedzam most Ramy VIII nad stołeczną rzeką Chao Phraya i w drodze powrotnej do hostelu nieomal potrąca mnie młoda kobieta na motorowerze. Przechodzę przez jezdnię, ona nagle wyjeżdża zza zakrętu, nie widzi mnie, bo rozmawia przez komórkę, na tylnym siodełku siedzi mała dziewczynka. Instynktownie daję susa do przodu, szczęśliwie nikt tamtym pasem wtedy nie jedzie ; dopiero, kiedy mam ją z tyłu, za plecami, zauważa mnie, krzyczy histerycznie. Na szczęście nic się nie stało, w przeciwnym razie co najmniej zepsułaby mi urlop. Idę oblać to wydarzenie do pobliskiej, chińskiej kawiarni, oczywiście wodą, noworodków nie chrzci się piwem. Podobne zdarzenie przeżywam w Pattayi, kiedy jakiś mój rówieśnik – motocyklista znienacka cofa na chodniku przy wypożyczalni motorów. W ostatniej chwili uskakuję przed białym bęcwałem, rewanżując mu się jedynym brzydkim słowem po angielsku, które znam, ten mamrocze jakieś sorry, ale nie miej tu człowieku szybkiego refleksu.

thajcin

W chińskiej kawiarni na ścianach wiszą stare portrety chyba rodziców, albo dziadków obecnych właścicieli lokalu. To zamiłowanie do tradycji podkreślają stylowe, teakowe meble, ozdoby z laki i porcelany, wiekowy zegar. Klientela w kawiarni też przeważnie chińska, trudno mi odgadnąć, kto turysta, a kto mieszka w Bangkoku. Turystów z Państwa Środka na ulicach sporo, w ich kraju rozpoczynają się akurat jakieś ferie i kiedy wyjadę do Pattayi, Chińczycy opanują cały hostel, ale są i chińscy Tajowie, widziałem, byłem z Sharpem w ich Chinatown na smacznej kolacji.

thaj4-chin

Pierwsi emigranci z Chin napłynęli do Syjamu w połowie XIX w., kiedy kraj ten otworzył się na handlowe kontakty najpierw z wiktoriańską Anglią, a następnie z innymi krajami Zachodu, co stworzyło nowe miejsca pracy. Tajowie nie mieli smykałki do interesów, przybysze przeciwnie, zasymilowali się z miejscową ludnością, pokazali, że są utalentowanymi kupcami, pośrednikami, urzędnikami. Powstały nowe chińsko-tajskie elity, Syjam wkroczył na drogę modernizacji, nie tracąc jednocześnie więzi z historycznymi korzeniami, ze swoją kulturą i religią. Utarł w ten sposób nosa Holendrom, którzy chcieli skolonizować ten kraj. Słowo Thai znaczy wolny. Syjam nigdy nie był kolonią i miejscowi często to podkreślają. Reformy rozpoczął król Mongkut, kontynuowali je jego następcy, monarchowie Chulalongkorn, Vajiravudh i Prajadhipok. Zniesiono niewolnictwo, zreformowano prawo, administrację i system społeczny, wprowadzono obowiązek powszechnego nauczania. Współczesna Tajlandia ma jednak najwięcej do zawdzięczenia królowi Ramie IX.Zanim o nim trochę opowiem, oddam głos dr Marii Ochwat, specjalistce w zakresie sytuacji politycznej w Azji Południowo-Wschodniej i autorce książki pt. „Systemy konstytucyjne Tajlandii, Malezji i Singapuru”:

Tajlandia jest monarchią konstytucyjną, dziedziczną. Monarcha jest głową państwa, a jednocześnie zarówno organem władzy ustawodawczej, jak i wykonawczej. Odgrywa on znaczącą rolę w systemie politycznym państwa, choć nierzadko podkreśla się, że “król nie rządzi, a panuje”. W praktyce monarcha pełni przede wszystkim funkcje reprezentacyjne i ceremonialne, jednakże należy zauważyć, że jego władza w rzeczywistości znacznie wykracza poza to, co zostało określone w konstytucji. Wystarczy przypomnieć wydarzenia z 1992 roku, kiedy to monarcha (król Bhumibol Adulyadej, Rama IX – przyp. Z.M.) powierzył stanowisko premiera Anandowi Panyarchunowi, którego kandydatura nie cieszyła się poparciem większości parlamentarnej. Monarcha interweniował również w kwietniu 2006 roku w związku z podejrzeniem o sfałszowanie wyników wyborów. W późniejszym okresie, kiedy na ulicach Bangkoku doszło do starć pomiędzy dwoma wrogimi obozami politycznymi, wezwał uczestników do natychmiastowego zaniechania walk i jak można przypuszczać – te natychmiast ustały. Można zatem śmiało stwierdzić, że monarcha jest ostatecznym arbitrem decyzji politycznych w sytuacjach kryzysowych, a tym samym podstawowym źródłem legitymizacji narodowej. Monarcha nie wyznacza polityki samodzielnie, raczej pomaga tworzyć plan działania państwa, zwłaszcza za sprawą swoich corocznych urodzinowych przemówień i aktywnie działa na rzecz rozwoju politycznego, w dużej mierze poprzez swoich pełnomocników. Pomaga także określić naturę rządów koalicyjnych, czuwa nad promowaniem określonych osób i komentuje życie polityczne. W społeczeństwie Tajlandii władza monarsza traktowana jest jako coś oczywistego i bezdyskusyjnego. Władca jest otoczony kultem, co oznacza, że w żaden sposób nie można go narażać na jakiekolwiek niebezpieczeństwo czy to poprzez oskarżenia, czy działania – jest nawet chroniony przed krytyką. Monarcha jest buddystą, ale jednocześnie gwarantem swobody religijnej, zwierzchnikiem sił zbrojnych, nadaje tytuły i przyznaje odznaczenia. Co więcej – ma on prawo odmówić podpisania danego projektu ustawy i przesłać go ponownie do parlamentu w celu ponownego przedyskutowania.

thaj4-krol Podobizny króla Ramy IX są obecne wszędzie

Zasiadał na tronie przez ponad 70 lat, był najdłużej panującym monarchą na świecie. Urodził się w Stanach Zjednoczonych, w Cambridge, wychował w Szwajcarii. Jako trzecie z kolei dziecko nie był typowany na przyszłego króla, tron objął po niespodziewanej i do dziś niewyjaśnionej śmierci swojego brata, 9 czerwca 1946 r. Był człowiekiem wykształconym, intelektualistą z artystyczną duszą. Marzył o karierze saksofonisty, uwielbiał jazz i fotografię, studiował w Europie, m.in. literaturę francuską i łacinę. Człowiek spokojny, zrównoważony, pogodny, bardzo zaangażowany w pracę charytatywną, głównie na rzecz ekologii i ochrony środowiska. Przez cały okres jego rządów pozycja króla nie była kwestionowana ani podważana, a władza konstytucyjna, którą sprawował, poza drobnymi poprawkami, na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci nie uległa zmianie. Społeczeństwo bardzo liczyło się z jego zdaniem. Imię ceremonialne monarchy brzmiało: „Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król Syjamu, Jego Królewskość, Wspaniała Ochrona” – Phrabat Somdej Phra Paramindra Maha Bhumibol Adulyadej Mahitaladhibet Ramadhibodi Chakrinarubodindara Sayamindaradhiraj Boromanatbophit.

thaj4-rzek

Widok z mostu Ramy VIII na Chao Phraya

Kiedy 13 października ubiegłego roku, po długiej chorobie zmarł w wieku 88 lat, Tajlandia pogrążyła się w smutku. Została ogłoszona roczna żałoba narodowa, odwołano w tym czasie wszystkie większe imprezy rozrywkowe. Podobiznę Ramy IX z żałobnymi emblematami widać wszędzie – na ulicach, w sklepach, barach, hotelach, zdobi ściany prywatnych mieszkań i budynków publicznych, znaleźć ją można w miejskich slumsach i na dziesiątkach ołtarzy rozstawionych wzdłuż ulic Bangkoku; widnieje na wszystkich tajskich banknotach i monetach. Obraza królewskiego majestatu tak w przeszłości, jak i obecnie uznawana jest w tym kraju za zbrodnię i grożą za nią wieloletnie kary pozbawienia wolności, w warunkach, przy których podobno nawet tureckie więzienia wydają się być luksusowymi pensjonatami. A że łatwo zostać o nią posądzonym, wszystkie przewodniki po Tajlandii odradzają turystom nawet najbardziej niewinne żarty na temat monarchy i jego symboli władzy.Ignorancja może drożej kosztować. Wolfgang z Kolonii, jedyny Niemiec, z którym w Pattayi przed powrotem do Europy uciąłem sobie krótką rozmowę, opowiadał mi o pewnym Angliku zabitym w biały dzień w jednym z barów, za znieważenie tajskiego banknotu. Był pijany, sprawców samosądu było kilku, po zlinczowaniu Anglika wyszli z lokalu, policji nie udało się ustalić ich tożsamości.Królowi w Tajlandii oddaje się niemal boską cześć, mamy tu do czynienia z niewątpliwym kultem jednostki, ale Rama IX ciężko pracował na swoją popularność. Podróże po całym kraju, tysiące spotkań z poddanymi, a przede wszystkim jego czujna obecność we wszystkich ważnych momentach tajskiej, współczesnej historii, sprawiły, że stał się kimś w rodzaju ojca narodu (jego urodziny są jednocześnie dniem ojca w tym kraju), postacią jednoczącą zwaśnionych rodaków, przynoszącą otuchę i spokój w burzliwych czasach. W minionym stuleciu Tajlandią wstrząsały liczne przewroty polityczne, zamachy stanu, potężne demonstracje. Gdy jednak sytuacja wymykała się spod kontroli na scenę wychodził król, nakazywał spokój i wszystko znowu wracało do stanu względnej równowagi; kiedy w czasie protestów w 2010 roku zabrakło jego interwencji, ulice Bangkoku spłynęły krwią.

Król chętnie poświęcał wolny czas na rozmyślania, wynikły z nich liczne koncepcje gospodarcze, programy wspierajcie rolnictwo i wyrównujące szanse dla najuboższych; w międzyczasie też Rama IX dorobił się jednego z czołowych miejsc w rankingu najbogatszych polityków świata, publikowanym przez magazyn Forbes. Wszyscy moi rozmówcy podkreślają jednak zgodnie, że nie wynosił się ze swoimi bogactwami ponad naród, że był skromny. Pewnie i za to też go ludzie kochają. Kiedy o nim mówią, często mają łzy w oczach, wielu na ubraniach nosi czarne, żałobne kokardki. W Bangkoku, w weekend zbierają się na placach i w miejskich amfiteatrach, aby wspólnie śpiewać na cześć zmarłego żałobne pieśni, ubrani w uroczyste, czarno-białe stroje. Z boku uwijają się fryzjerzy, strzygą za darmo wszystkich chętnych uczestników ceremonii, żeby schludnie się prezentowali, a wolontariusze rozdają zimne napoje.To nie są oczywiście spontaniczne uroczystości, organizują je władze Bangkoku, na telebimach pokazują Ramę IX w różnych okresach jego życia, często w asyście pięknej małżonki i dzieci. Sirikit Kitiyakara, zanim została królową, była uzdolnioną pianistką, zakochaną w utworach Fryderyka Chopina. Jej dzień urodzin jest w Tajlandii jednocześnie dniem matki. Król i królowa prowadzili przykładne życie rodzinne, bez skandali i to też ludzie ciepło wspominają.

thaj4-dzie

Turystki z Państwa Środka na ulicach Bangkoku

Tajlandia jest krajem wyjątkowo niestabilnym politycznie, od 1932 roku, a więc od chwili gdy przestała być monarchią absolutną, państwem rządzą na przemian władze wojskowe i cywilne. Od maja 2014 roku władzę ponownie sprawuje wojsko; rodzi się więc pytanie, jakim królem okaże się 63-letni Maha Vajiralongkorn, jedyny syn zmarłego, który większość swojego życia spędził w Niemczech i jest dziesiątym władcą z dynastii Chakri, panującej od 1782 r. Rama X cieszy się dużo mniejszą popularnością niż jego ojciec, niewiele o nim wiadomo, poza tym, że ma stopień generała, wykształcenie wojskowe, które zdobył w Australii oraz ekscentryczne maniery, że trzykrotnie się rozwodził i jest ojcem siedmiorga dzieci. W ostatnich latach często zastępował ojca podczas oficjalnych uroczystości, ale rzadko zabierał głos. Tajlandii potrzebny jest z pewnością monarcha światły, podobny osobowością do króla Bhumibola, dyplomata, a przy tym dobry strateg i mediator. Czy taki właśnie będzie Rama X, czas pokaże.

P.S. Życie i śmierć, syjamskie rodzeństwo… 26 grudnia pokazują w telewizyjnych newsach, wydobywanie z morza czarnych skrzynek, po katastrofie rosyjskiego samolotu TU-154, z 92 osobami na pokładzie. Tupolew rozbił się zaraz po starcie z lotniska w Soczi, nikt nie przeżył, wiózł członków popularnego Zespołu Aleksandrowa, którzy mieli dać koncert dla żołnierzy rosyjskich w Syrii.