Sally i Golly czyli śniadania dziewczyn

Ewa Maria Slaska

Są podobne do siebie, ale dopiero przygotowując ten wpis dowiedziałam się, że było tak naprawdę i że Truman Capote pisząc Śniadanie u Tifanny’ego wzorował się na Pożegnaniu z Berlinem Cristophera Isherwooda. Oba opowiadania łączy nie tylko postać młodej, szalonej i seksownej dziewczyny, która się szlaja po nocnych klubach, nie ma pieniędzy, żyje z naciągania mężczyzn i zamierza bogato wyjść za mąż bądź zrobić karierę. W obu narratorem jest młody nieznany pisarz, zakochany po uszy w owej młodej pannie, który nie ma żadnej szansy. W obu wreszcie pojawia się w tytule śniadanie, którego nie ma. Sally jest o pokolenie starsza, przyjechała z angielskiej prowincji i mieszka w Berlinie w latach 30. Holly uciekła z Texasu do Nowego Jorku w 10 lat później. Jest też polski odpowiednik takiej panny i takiego opowiadania – Józef Hen, Mgiełka. To też opowieść o młodej dziewczynie z prowincji, z Białegostoku, która w późnych latach 60 w Warszawie zadaje się z pisarzem. Tyle, że pisarz jest tu stary, i to on daje pannie pieniądze, a panna jak obie jej poprzedniczki, pojawia się, znika, obiecuje, nie dotrzymuje… Niestety nie znalazłam powieści na półce (choć wiem, że jest mała i ma białą okładkę, więc łatwo jej szukać), nie wiem więc, czy i panna Mgiełka je śniadanie, którego nie ma. Pisarz w każdym razie – zakochany.

Śniadanie Sally Bowles

Do pokoju przyczłapała Frau Karpf z dwiema filiżankami kawy na zaśniedziałej metalowej tacy.
Och, Frau Karpf, Liebling, wie wunderbar von Dich!
— Co ciebie trzyma w tym domu? — zapytałem po odejściu gospodyni. — Na pewno znalazłabyś sobie o wiele milszy pokój.

— Tak, zapewne.
— No to dlaczego się nie przeprowadzisz?
— A bo ja wiem? Chyba z lenistwa.— Ile tu płacisz?
— Osiemdziesiąt marek miesięcznie.
— Ze śniadaniem? — Nie… chyba nie.
—Jak to chyba — zagrzmiałem. — Przecież chyba wiesz dokładnie.
Sally przyjęła to potulnie.
— Tak, pewnie głupio mówię, ale widzisz, ja płacę tej poczciwinie tylko, jak mi wpadnie trochę forsy, więc dość trudno to wszystko wyliczyć co do grosza.
— Ale na miłość boską, Sally, ja płacę tylko pięćdziesiąt razem ze śniadaniem, a o ileż mój pokój jest ładniejszy!
Sally przytaknęła…

Śniadanie Holly Golightly

Chcę być sobą, kiedy któregoś pięknego ranka wstanę i zjem śniadanie u Tiffany’ego. Nie masz kieliszka. Nagle zwróciła uwagę na moje puste dłonie. Rusty! Przynieś mojemu przyjacielowi drinka! Wciąż tuliła do siebie kota.
Biedny przybłęda powiedziała, głaszcząc go po łebku. Biedny bezimienny
przybłęda. To trochę uciążliwe, że nie ma imienia. Ale nie mam prawa dawać mu imienia, musi poczekać, aż będzie do kogoś należał. My dwoje po prostu spotkaliśmy się kiedyś nad rzeką i wcale do siebie nie należymy. On jest zupełnie niezależny i ja też. Nie chcę niczego mieć, dopóki nie znajdę takiego miejsca, w którym ja i otoczenie będziemy do siebie pasować. Nie wiem jeszcze, gdzie to jest, ale wiem, jak tam będzie. Uśmiechnęła się i postawiła kota na podłodze. Jak u Tiffany’ego. Biżuterię mam gdzieś. Brylanty – owszem, owszem. Ale noszenie ich przed czterdziestką to bezguście, a nawet potem trzeba z nimi uważać. Tylko na starszych paniach wyglądają naprawdę dobrze. Taka Maria Ouspenska – tylko zmarszczki i kości, siwe włosy i brylanty. Też chciałabym kiedyś tak wyglądać. Ale nie dlatego mam fioła na punkcie Tiffany’ego. Wiesz, jak to jest, kiedy ma się prawdziwe doły?
Chodzi ci o chandrę?
Nie odparła powoli. Chandrę masz, kiedy pada, albo kiedy przytyjesz parę kilo.
Jesteś po prostu przygnębiony i tyle. Prawdziwe doły to coś strasznego. Czujesz lęk, zlewa cię zimny pot i nie wiesz nawet, czego się boisz. Wiesz, że zaraz zdarzy się coś strasznego, ale nie wiesz co. Miewasz takie uczucie?
Dosyć często. Niemcy nazywają to angst.
Angst? Może być. Jak sobie z tym radzisz?
Zwykle pomaga mi drink.
Próbowałam tego. Próbowałam też aspiryny. Rusty uważa, że powinnam palić marihuanę, paliłam ją nawet przez jakiś czas, ale miałam po niej tylko głupawkę. Wreszcie odkryłam, co mi najbardziej pomaga: muszę wsiąść do taksówki i pojechać do Tiffany’ego. Tam od razu się uspokajam, to takie ciche i dostojne miejsce. U Tiffany’ego nic ci nie grozi, nie ze strony tych uprzejmych sprzedawców w eleganckich garniturach i cudownego zapachu srebra i portfeli z wężowej skóry. Jeśli uda mi się znaleźć miejsce, gdzie będę się czuła jak u Tiffany’ego, kupię meble i nadam kotu imię.

Tajemnicza opera Barataria (piraci) (3)

Ewa Maria Slaska

Barataria, opera (1) i piraci

Gdy przez dwa poprzednie tygodnie szukałam Baratarii Cervantesa i Lipki, znalazłam kilka innych miejsc, noszących tę samą nazwę. Ponieważ (póki co) “moja” Barataria jest mocno osadzona między muzyką a literaturą, zaczynam od mariażu obu tych sztuk. Opera Barataria Jesusa Garcii Leoza.

Niestety z góry uprzedzam, że nie udało mi się znaleźć muzyki do Baratarii. Posłuchajmy więc innego utworu tego kompozytora – Lamento de Embrujo (Lament z filmu Czar, reż. Carlos Serrano de Osma):

Jesús García Leoz. Urodzony w Olite (Navarra), 10 stycznia 1904, zmarł w Madrycie, 25 lutego 1953. Kompozytor należący do tak zwanej grupy 27. Podczas wojny domowej aresztowany, spędził sześć miesięcy w więzieniu. Tworzył muzykę opartą na motywach folkloru hiszpańskiego, pogodną, wesołą, niekiedy rozmarzoną, układał pieśni do tekstów poetów hiszpańskich, w tym do Kołysanki Albertiego i Tryptyku pieśni Lorki. Od najwcześniejszej młodości interesowało go kino i znany jest przede wszystkim jako twórca muzyki do znanych filmów hiszpańskich. Jednakże najsłyniejszym jego dziełem, wymienianym nawet w jednozdaniowych notatkach, jest opera Barataria. Napisał ją tuż przed śmiercią – jako datę powstania podaje się rok 1953. Było to jego dzieło ostatnie, nie zdążył go zresztą dokończyć, zostawił dwa gotowe akty i kilkanaście fragmentów. Autorem libretta jest Manuel Mur Oti.

Niestety opery tej (jak dotąd) nigdzie nie znalazłam (znalazłam inną, ale o niej za tydzień), nie wiem więc o czym naprawdę jest to dzieło sceniczne, póki co bawię się w grę domysłów. Załóżmy, że była to opera o piratach z Karaibów, na przykład o Jeanie Lafitte (Lafitte, Laffite). Lipka też o nim pisał, ale nazwał go Nicolaus Lafitte, a tu tymczasem był Jean i jego brat Pierre, również pirat, może nawet i znaczniejszy, ale historia zachowała w pamięci przede wszystkim Jeana.

Jean Lafitte urodził się w roku 1776 w arystokratycznym rodzie we Francji. Po wybuchu rewolucji rodzina uciekła na Hispaniolę czyli Haiti. Trafili z deszczu pod rynnę, bo szalała tam wojna domowa i miały miejsce kolejne powstania niewolników (tak – niestety i to, które niechlubnie stłumili Polacy z Armii Napoleona).

W źródłach znajduję kilka pięknych anegdot  Jeanie La Fitte, który ufortyfikował Baratarię i tam miał swoje pirackie gniazdo. W roku 1811 gubernator Luizjany, William Claiborne, postanowił zlikwidować tę piracką siedzibę położoną nieomalże u  wrót Nowego Orleanu i ogłosił, że ten, kto dostarczy mu głowę przywódcy piratów, otrzyma nagrodę w wysokości 5xtysięcy dolarów. La Fitte odpowiedział ofertą nagrody w wysokości 15 tysięcy za głowę gubernatora. Anons został  opublikowany we wszystkich gazetach stanowych, tak angielskich jak i francuskich. (Wikipedia mówi o 750 i 1500 dolarach, ale ja wolę jednak wierzyć moim XIX-wiecznym zapiskom).

Podobno jest to portret Jeana Lafitte. Nie jest to jednak pewne. I nie wiadomo, kto go namalował. Obraz znajduje się w Rosenberg Library w Galveston w Texasie. Galveston był po Baratarii drugim pirackim siedliskiem Lafitte’a.

Inna opowieść głosi, że zdobywszy statek kupiecki pełen złota i srebra, La Fitte wziął też, rzecz jasna, jeńców, w tym księdza i podróżującą damę. Oboje byli ubrani na czarno, ksiądz z racji funkcji, dama z racji żałoby, mody bądź upodobań. Zapytany, co zrobić z tym dwoma czarnoodzianymi istotami, Lafitte księdza kazał utopić, a pasażerkę odesłać (nietkniętą) do Nowego Orleanu.

Po którejś pirackiej rajzie, gdy wracał na Baratarię, został napadnięty przez brytyjski okręt wojskowy. Niestety naszym piratom zabrakło amunicji. Niewzruszony La Fitte rozkazał, by strzelano złotymi dublonami. Niecodzienna amunicja zapewniła piratom nie tylko zwycięstwo, ale i wieczną pamięć o nieprawdopodobnych bogactwach. Wiemy z lektur i filmów o piratach, że losy tych skarbów były nader zmienne. Niekiedy tonęły wraz z właścicielami w zatokach, przesmykach, morzach i oceanach, niekiedy zostały gdzieś poukrywane w bagnach, lasach i górach, niekiedy zostały odnalezione, czasem szuka się ich bez końca.

Barataria, mała wysepka bez znaczenia, jawi się z odległości geograficznej i czasowej jako miejsce romantyczne i pełne niewyobrażalnych bogactw.

La Fitte zasłużył się zresztą swojemu stanowi, bo wraz z tym samym gubernatorem bronił Nowego Orleanu w wojnie z Anglikami w roku 1815, co oczyściło go (na krótko zresztą) z wszystkich prackich win. Utworzony na polu bitwy park narodowy nosi obecnie jego imię, podobnie jak miasto Jean Lafitte w stanie Luizjana. W Nowym Orleanie znajduje się też założona w 1772 roku tawerna Lafitte’s Blacksmith Shop przy Bourbon Street.

czaplalafitta

O Jeanie Lafitte nakręcono kilka filmów, jest również jedną z postaci w grze komputerowej Sid Meier’s Pirates! Ale o tym wszystkim w następnych odcinkach, bo ten już się zrobił strasznie długi.

Ciąg dalszy nastąpi

***
Na zakończenie tylko jeszcze krótki wyskok na Haiti.

suchodolskihaiti

Polacy tłumią powstanie na Haiti. Obraz Januarego Suchodolskiego z 1845 roku w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Udział Polaków w tłumieniu powstania był przez lata traktowany wstydliwie, aktualna narracja o tych walkach, głosi jednak inaczej:

Wdzięczność rdzennej ludności wyspy wobec Polaków była dozgonna. Przez 120 lat w haitańskiej konstytucji dla każdego Polaka, który chciałby się osiedlić na dawnej francuskiej kolonii, zagwarantowane było haitańskie obywatelstwo.

Na wyspie po dziś dzień mieszkają potomkowie polskich legionistów. – Na Haiti polska legenda jest wciąż żywa – podkreśla Zofia Pinchinat-Witucka, założycielka fundacji pomocy dla Haiti, Fundacji Kombit. – Garstka legionistów przeżyła żółtą febrę i masakry, ale nigdy tak niewielu nie rozsławiło imienia Polski w tak małym i odległym kraju.

Memy XXI wieku: ciasteczko krzyk

Ewa Maria Slaska

Pierwszy raz zobaczyłam, co można zrobić z obrazem w korespondencji naszej autorki, Lidii Głuchowskiej, z Oslo.

4a-schreikuchen-2

4_schrei-kuchen

Oczywiście Krzyk Edvarda Muncha rozpoznawalny bezbłędnie, tu jako ciasto w muzealnej kawiarni. W komentarzu do tamtego wpisu zadałam pytanie, kto wymyślił coś równie okropnego, jak takie ciastka? Już sama nazwa jest dość przerażająca – Skrik Kake czyli ciastko-krzyk. Było to w owym czasie, rok 2012, stosunkowo nowe osiągnięcie marketingowe, bo w internecie niewiele było na ten temat, żadnych przepisów, kilka zdjęć zaledwie i dość jednakowych komentarzy, że straszne! Jak się przyjrzeć krzykom na tych zdjęciach, to widać, że jest to zwykły tort czekoladowy lub biszkopt z galaretką przekładany masą owocową.

  
Dziś, po kilku latach, ciastka krzyk pojawią się nie tylko jako produkt oferowany w kawiarni muzealnej, ale są też przepisy jak upiec je samemu. Jeśli to możliwe, ich domowa produkcja  jeszcze bardziej degraduje Muncha – to już nie produkt marketingowy, jakoś jednak związany z twórcą, lecz wypiek na zabawę haloweenową.

Co w memach jest zawsze najbardziej zastanawiające to fakt, że wystarczy schematyczny zarys najbardziej charakterystycznego elementu obrazu i natychmiast rozpoznajemy oryginał. Oczywiście Krzyk, namalowany w roku 1893, uważany za arcydzieło ekspresjonizmu, należy, obok takich dzieł jak Mona Lisa czy Słoneczniki van Gogha, do najbardziej znanych obrazów na świecie.

Zasadniczo, jak podaje Wikipedia, istnieją cztery wersje tego obrazu – ten powyżej, wykonany w technice mieszanej (olej, tempera i pastel na kartonie), znajduje się w zbiorach Galerii Narodowej w Oslo, jest też jeden obraz wykonany temperą i dwa pastelami. Jeden z pasteli należał do prywatnego kolekcjonera Pettera Olsena, który go w roku 2012 sprzedał za ponad 119 mln dolarów i w chwili finalizowania transakcji była to najwyższa kwota zapłacona za dzieło sztuki na rynku aukcyjnym. Ojciec Olsena był sąsiadem i przyjacielem Muncha. Artysta wykonał również litografię obrazu, ale oczywiście siła jej wyrazu jest zupełnie odmienna od barwnych dzieł malarskich. Twierdzi się, że obraz został zainspirowany erupcją wulkanu Krakatau 27 sierpnia 1883 roku. Popioły przykryły ziemię, a niebo podczas zachodów słońca przybierało ciemnoczerwony kolor.

W roku 1978 Jacek Kaczmarski napisał inspirowaną tym obrazem piosenkę, tytułowy utwór z płyty Krzyk. Płyta nie ukazała się na rynku, cały jej nakład miał pójść na przemiał, jednak pracownicy Polskich Nagrań zdołali ukryć jego część. Uratowane płyty pakowano w koperty do płyty piosenkarki Eleni i rozsyłano po świecie. Człowiek, który wstawił tę piosenkę na youtube, Storm Stormbringer, dostał taką płytę i to jest to nagranie.

Na jego stronie na Facebooku znajdują się głównie filmy nakręcone w Hajnówce i Puszczy Białowieskiej.

Miejsce mocy to obszar o pozytywnym promieniowaniu. Występują tu takie formy subtelnych wibracji , które są korzystne dla organizmu człowieka. Dzięki nim w miejscach tych ludzie czują się lepiej, wypoczywają i regenerują się siły witalne. Jest to szczególnie interesujący i zagadkowy fragment puszczy, ponieważ porośnięty jest dziwnie uformowanymi dębami, sosnami i świerkami. Jest tu również dużo głogów i dzikich grusz nie występujących w Puszczy Białowieskiej. Według niektórych jest to dowód że funkcjonowały tu okresowe obozy pasterzy wypasających w XIX w. bydło. W miejscu tym ułożone są różnej wielkości i kształtu głazy przypuszcza się że był tu też miejsce kultu dawnych Słowian. Legenda głosi że istnieją w Puszczy teren, na których gromadzili się wtajemniczeni i wykorzystując moc kamieni powstrzymywali złe duchy.

Stromberger zamieszcza również film-petycję do Premier RP beaty Szydło o zaprzestanie wycinki puszczy. Oczywiście dziś, po roku od opublikowania tej petycji, wiemy, że był to krzyk wołającego na moście.

Reblog: Das unmögliche Jahr 1917

1917: Das unmögliche Jahr

19. Januar 2017

Als Harry Graf Kessler, der Kulturflaneur, Weltbürger und Offizier, am 31. Dezember 1917 im noblen Restaurant des Berliner Hotels Kaiserhof zu Abend aß, musste er nicht hungern. Nur die Preissteigerung fiel ihm unangenehm auf: “Sylvesteressen für 25 M.: Gänseleberpastete, Schildkrötensuppe, Karpfen blau, Junge Pute vom Spiess mit Salat, Eisbecher. Recht gut und reichlich, wenn auch 25 M. mehr als das Doppelte des Friedenspreises ist.”

Das vergangene Jahr, daran war für ihn nicht zu zweifeln, habe den “grössten Umschwung in der Weltlage gesehen”, mit dem in diesem Ausmaß weder er noch andere hatten rechnen können. Mit der “russischen Revolution, dem russischen Frieden und der Einmischung Amerikas in Europa” sei es “eines der denkwürdigen Jahre der Weltgeschichte”.

Jedes Jahr des Ersten Weltkrieges brachte seine eigenen Herausforderungen und Umbrüche mit sich. Und doch war den Zeitgenossen Ende 1917 klar, dass sich eine besondere Zäsur andeutete, dass der Krieg in ein neues Stadium eingetreten war. Man spürte eine nach außen wie nach innen gerichtete Dynamik, die neue Möglichkeiten eröffnete und zugleich Katastrophen andeutete. Etwas veränderte sich, aber die Richtung war noch unklar, der Ausgang offen.

Das année impossible, das “unmögliche Jahr”, hat der französische Historiker Jean-Jacques Becker 1917 achtzig Jahre später genannt. Unmöglich waren die Belastungen, unvorstellbar die Opfer an den Fronten und in den Kriegsgesellschaften. Unmöglich schien es aber auch, die Ereignisse zu ordnen und abzuschätzen, welche Folgen die sich abzeichnende Verschiebung der politischen Gewichte und der Zerfall der alten Imperien – des Zarenreichs, der Habsburgermonarchie und des Osmanischen Reichs – haben würden.

Hundert Jahre später kennen wir dieses Gefühl nur zu gut. Im Rückblick sehen wir umso klarer: 1917 war tatsächlich, wie Kessler es ahnte, ein Jahrhundertjahr – und es wirkt bis in unsere Gegenwart hinein, denn viele der großen Konflikte und Hoffnungen des 20. und des noch jungen 21. Jahrhunderts liegen in ihm wie in einem Kern verdichtet.

Am Anfang steht der Schrecken des Stellungskrieges mit seinen immer weiter steigenden Opferzahlen. Zwar gelingt im Osten der Übergang zum Bewegungskrieg, was zum faktischen Sieg der Mittelmächte über Russland führt, im Westen aber bleiben die Fronten starr. Die Materialschlachten von 1916, vor Verdun und an der Somme (und an der Ostfront in Galizien), erzwingen neue Antworten, militärische wie politische.

Eine dieser Antworten ist die weitere Hochrüstung und Dynamisierung des Krieges, der nun vollends zum modernen Krieg des 20. Jahrhunderts wird – mit Bombardements aus der Luft, die immer weniger mit einem “ritterlichen Kampf” zu tun haben; mit der Ausweitung der U-Boot-Angriffe auf Versorgungskonvois; mit modernen Panzern, die am Ende des Jahres zum ersten Mal massenhaft gegen die deutsche Front eingesetzt werden.

Im Innern entwickelt sich der Krieg zu einem Test für den Zusammenhalt von Nationen und Gesellschaften. Im Deutschen Reich nehmen im “Steckrübenwinter” 1916/17 Unruhe und Unzufriedenheit massiv zu. In Großstädten weiden die Menschen auf der Straße die Kadaver erfrorener Pferde aus. Auf den Schwarzmärkten explodieren die Preise, Kriminalität gehört mehr und mehr zum Alltag. Die Ordnung des Kaiserreichs bekommt tiefe Risse.

In Frankreich nährt die äußerste Anstrengung für einen letzten großen Vorstoß im Frühjahr 1917 die Hoffnung auf ein nahes Kriegsende. Doch als die Offensive unter hohen Verlusten scheitert, schlägt die Enttäuschung in Protest um. In mehr als sechzig Divisionen meutern im Mai und Juni die Soldaten, während in der Heimat Tausende von Arbeitern – und vor allem Arbeiterinnen – demonstrieren und streiken. Es ist nicht Pazifismus, was die Franzosen aufbegehren lässt: Sie fordern faire, würdige Bedingungen, um den Krieg gegen die deutschen Angreifer und Besatzer fortzusetzen.

Während sich die meuternden Soldaten in Frankreich auf die Werte der egalitären Republik berufen, stellen die erschöpften und enttäuschten städtischen Massen in Russland die Ordnung des Zarenreichs grundsätzlich infrage. Am 15. März zwingen sie in Petrograd Nikolaus II. zur Abdankung. Siebzehn Monate später wird er auf Befehl der führenden Bolschewiki mitsamt seiner Familie ermordet.

Auch im Westen gibt es Neues

Anfang 1917 ist hingegen noch nicht ausgemacht, dass die Bolschewiki die Macht an sich reißen werden. Die aus der Februarrevolution hervorgegangene provisorische Regierung setzt unter der Führung von Kriegsminister Alexander Kerenski den Kampf an der Seite der Alliierten zunächst fort. Doch genau das gibt den Bolschewiki Auftrieb – worauf auch die deutsche Regierung setzt. Um das Zarenreich zu schwächen, schmuggelt sie im April den Revolutionär Wladimir Iljitsch Lenin aus dem Schweizer Exil nach Russland.

Mit dem Versprechen von Frieden, Brot und Land appellieren die Bolschewiki dort an Soldaten und Arbeiter. Mit Erfolg: Nach dem Scheitern der Kerenski-Offensive im Sommer löst sich der Zusammenhalt des russischen Militärs auf. Die Soldaten desertieren zu Tausenden, auch weil sie bei der Klärung der Landfrage zu Hause sein wollen.

Im Oktober schließlich nutzen die Bolschewiki die fortschreitende Auflösung staatlicher Strukturen zur Machtübernahme. Wenig später ziehen sie sich unter enormen territorialen Verlusten aus der Allianz gegen die Mittelmächte zurück. Die Weltrevolution, von der Leo Trotzki träumt, ist zunächst verschoben. Russland scheidet aus dem Krieg aus, weil Lenin erkennt, dass die Bolschewiki sich auf den Bürgerkrieg im eigenen Land konzentrieren müssen, wenn sie ihre Ziele langfristig durchsetzen wollen.

Auch im Westen gibt es Neues: Im April, Lenin ist gerade in Petrograd angekommen, treten die Vereinigten Staaten in den Krieg ein.

Diese Entscheidung hat mehrere Ursachen. Sie ist eine Reaktion auf den deutschen Versuch, mit dem unbeschränkten U-Boot-Krieg den Sieg zu erzwingen und die britische Blockade zu durchbrechen, die bereits Hunderttausende deutsche Zivilisten das Leben gekostet hat. US-Präsident Woodrow Wilson bringt aber auch eine eigene Agenda mit: 1917 übernehmen die USA eine neue welt- und europapolitische Rolle.

Indirekt haben die Vereinigten Staaten schon zuvor auf den Krieg eingewirkt. Großbritannien und Frankreich sind längst von amerikanischem Kapital und amerikanischen Kriegsgütern abhängig – so sehr, dass man im Frühjahr, zumal in London, alles daransetzt, die USA wenn nötig in diesen Krieg zu zwingen, um ihre militärischen und ökonomischen Ressourcen zu mobilisieren. Das hat allerdings seinen Preis: Es macht die Regierungen der europäischen Entente unter David Lloyd George und Georges Clemenceau viel stärker als bisher abhängig von der Politik Wilsons. Und dessen weltpolitische Konzepte werden die europäischen Kolonialmächte mindestens so sehr herausfordern wie Lenins Revolution.

Genau darin liegt die wohl wichtigste Wirkung dieses “unmöglichen Jahres”: Mit dem Machtwechsel in Russland und dem Kriegseintritt der USA zeichnen sich gleich zwei neue Ordnungsmodelle mit globaler Strahlkraft ab.

Bereits im Januar 1917 entwickelt der amerikanische Präsident seine Vision einer neuen Weltordnung, gegründet auf das Ideal nationaler Selbstbestimmung. Die “kleinen Völker” sollen auf einer Stufe mit den etablierten Mächten stehen: “Keine Nation sollte danach streben, ihr politisches System auf eine andere Nation oder ein anderes Volk auszudehnen”, verkündet er. Stattdessen solle jedes Volk “frei über sein politisches System, seine eigene Entwicklung bestimmen können, ungehindert, frei von Bedrohungen, unerschrocken, die kleinen Nationen an der Seite der großen und mächtigen”. Wilson will damit ausräumen, was er für eine Hauptursache des Krieges hält: die “Missachtung der Rechte von kleinen Nationen und Völkern, denen die Verbindungen und die Macht fehlten, ihre Ansprüche geltend zu machen und so ihre eigenen Bündnisse und politisch-konstitutionellen Formen zu bestimmen”.

Sein Appell findet ein gewaltiges Echo. Zuerst in den Bevölkerungen der multiethnischen Großreiche, in der Habsburgermonarchie, im Osmanischen Reich. Doch die neuen Ideale sind nicht nur ein Versprechen für Tschechen, Polen, Slowaken oder Araber, sondern auch für Inder, Chinesen und Koreaner. Sie stimulieren antikoloniale Bewegungen in Indien genauso wie in Ostasien und Afrika. Wilson avanciert zu einer Heilsfigur, überladen mit widersprüchlichen Erwartungen, die spätestens 1919 bei den Friedensverhandlungen kollidieren werden.

In London und Paris beobachtet man seine Ideen schon 1917 argwöhnisch, weil man eine Destabilisierung der eigenen Kolonialherrschaft in Afrika und Asien fürchtet. Und das in einem Moment, in dem Großbritannien und Frankreich mehr denn je auf Ressourcen und Soldaten aus ihren überseeischen Gebieten angewiesen sind, um den Krieg in Europa fortsetzen zu können.

Im November des Jahres legen die Bolschewiki ihr Programm vor. Auch sie erteilen der alten imperialistischen Geheimdiplomatie der europäischen Großmächte eine Absage – alle vom Zarenreich abgeschlossenen Geheimverträge mit der Entente werden offengelegt. Und ähnlich wie der US-Präsident bekennen sich auch die Bolschewiki zum Prinzip der Selbstbestimmung der Völker. Einen Krieg fortzusetzen, in dem “die starken und reichen Nationen die von ihnen annektierten schwachen Völkerschaften unter sich aufteilen”, verkünden sie, sei “das größte Verbrechen an der Menschheit”. Den Nationalbewegungen innerhalb des erodierenden multiethnischen Zarenreiches gibt dies enormen Auftrieb; der Zerfall des alten Imperiums schreitet rasant voran.

Eine kurze Atempause

Augenfälliger als solche Gemeinsamkeiten sind freilich die Unterschiede zu Wilsons Ideen: Anstelle demokratischer Interventionen im Namen von Kapitalismus und liberalem Internationalismus propagiert Lenin die Weltrevolution und den internationalisierten Bürgerkrieg – am Horizont scheint die Möglichkeit eines antikolonialen Befreiungskampfes in der ganzen Welt auf. 1917 deutet sich damit bereits jene Konstellation an, die den Kalten Krieg prägen wird.

Wie sehr Wilson fürchtet, dass die Bolschewiki die Deutungshoheit in diesem Ringen erobern könnten, zeigt sich am Ende des Jahres. Seine berühmten 14 Punkte vom Januar 1918 sind eine ideologische Offensive, um die Weltöffentlichkeit auf das Programm Washingtons einzuschwören. Was auch weitgehend gelingt: Während die Bolschewiki ihre Macht erst noch in einem blutigen Bürgerkrieg behaupten müssen, der auf russischer Seite in den kommenden Jahren mehr Tote fordern wird als der Weltkrieg bis zum Oktober 1917, erblicken die Menschen im “Wilson-Frieden” weltweit ein Hoffnungszeichen.

Kein fragiles Gleichgewicht egoistischer Machtinteressen mehr, sondern eine internationale Ordnung auf Grundlage von Selbstbestimmung und Freiheit, im Zeichen einer neuen Moral – dieses verheißungsvolle Versprechen wirft indes auch damals schon Fragen auf. Als sich Ende 1917 in Umrissen abzeichnet, was Wilson in Aussicht stellt, schreibt Thomas Mann: “Wir Menschen sollten uns nicht allzu viel Moral einbilden. Wenn wir zum Weltfrieden […] gelangen – auf dem Wege der Moral werden wir nicht zu ihm gelangt sein. Scheidemann sagte neulich, die Demokratie werde auf Grund der allgemeinen Erschöpfung reißende Fortschritte machen. Das ist nicht sehr ehrenvoll für die Demokratie – und für die Menschheit auch nicht. Denn die Moral aus Erschöpfung ist keine so recht erbauliche Moral.”

Zunächst allerdings wirkt Wilsons Programm keineswegs befriedend, sondern treibt die globale Expansion des Krieges voran. 1917 bringt eine Welle neuer Kriegserklärungen. Denn für viele Staaten gibt es auf einmal etwas zu gewinnen – vor allem einen Platz an den Tischen der Friedenskonferenz und damit eine Mitwirkung an der künftigen Weltordnung. Den USA folgen aufseiten der Entente zwischen April und November 1917 unter anderem Kuba, Guatemala, Siam, Liberia, China, Brasilien und Panama.

Auch im Nahen Osten herrscht Aufbruchstimmung. Das Osmanische Reich, verbündet mit Deutschland, steht Ende 1917 vor dem Kollaps – nicht zuletzt, weil die von den Briten geförderte arabische Rebellion gegen die osmanische Herrschaft erfolgreich ist. Im Dezember erobern britische Truppen Jerusalem. Es bleibt ein kurzer Triumph: Willkürlich gezogene Grenzen und die unvereinbaren britischen Versprechen an die Araber, die zionistische Bewegung und die eigenen Verbündeten werden dazu beitragen, die Region in das Pulverfass zu verwandeln, das sie bis heute ist.

Ein Frieden, ein Weltfrieden gar, ist 1917 in weiter Ferne – trotz aller Friedenssondierungen dieses Jahres. Erst machen die Abgeordneten des deutschen Reichstags einen Vorstoß, dann Karl, der neue Kaiser in Wien, schließlich Papst Benedikt XV. Aber alle Bemühungen scheitern, weil die militärische Situation offenbleibt und keine Seite die eigene Position schwächen will. Die deutsche Militärführung hofft angesichts des Ausscheidens Russlands umso mehr auf einen Siegfrieden – wenn die Menschen nur bereit sind durchzuhalten. Auch in Großbritannien und Frankreich mobilisiert man noch einmal alle Kräfte. Gerade angesichts der immensen Opfer der vergangenen vier Jahre gilt ein Kompromissfrieden als undenkbar, was zu einer paradoxen Selbstverlängerung des Kriegs führt: Je mehr Tote er fordert, desto bedingungsloser konzentriert man sich auf einen Sieg, der alle zurückliegenden Schrecken und Anstrengungen rechtfertigen muss.

Mehr und mehr ähneln die Regime und Kriegsgesellschaften Häusern, von denen nur noch die äußeren Wände stehen und die beim nächsten Einschlag in sich zusammenfallen können. “Der Sieger ist derjenige, der es schafft, eine Viertelstunde länger als der Gegner zu glauben, dass er nicht besiegt wurde”, schreibt Anfang 1918 der französische Kriegspremier Georges Clemenceau. Wer das sein wird, bleibt bis in den Spätsommer 1918 offen.

Harry Graf Kessler beobachtet im Dezember 1917 das sich abzeichnende Ende des Krieges in Osteuropa: “Heute treten in Brest-Litowsk die russischen und deutschen Bevollmächtigten zu Waffenstillstands-Verhandlungen zusammen”, notiert er in Erwartung einer “in so vielen Beziehungen weltgeschichtlichen Verhandlung”.

Für die Bolschewiki ist das Treffen eine kurze Atempause auf dem Weg von der Revolution zur Gründung der Sowjetunion. Deren Geschichte endete vor 25 Jahren kaum vierzig Kilometer vom Ort der Friedensverhandlungen entfernt. Dort liegt im Wald von Belowesch eine alte sowjetische Regierungsdatscha, in der sich am 8. Dezember 1991 der russische Präsident Boris Jelzin, Weißrusslands Parlamentschef Stanislaw Schuschkewitsch und der ukrainische Präsident Leonid Krawtschuk treffen, um die Auflösung der Sowjetunion zu beschließen. 1917 bis 1991, das war das sowjetische 20. Jahrhundert.

Und die Vereinigten Staaten? 1917 begaben sie sich in eine neue historische Rolle, die weltweit Hoffnungen weckte. Heute, hundert Jahre später, scheint es denkbar, dass diese Politik, dass das lange amerikanische 20. Jahrhundert zu einem Ende kommt. Ermessen können werden es nur künftige Historiker: Erst im Rückblick bilden sich die Maßstäbe, die aus der bloßen Chronologie der Ereignisse historische Epochen hervortreten lassen.


26 stycznia – Australia Day

Lech Milewski

26 stycznia obchodzimy Australia Day – Dzień Australii. Konkretnie świętujemy rocznicę lądowania 26 stycznia 1788 roku pierwszej grupy zesłańców w miejscu obecnego Sydney – KLIK.

Korzystając z tej okazji przedstawię w skrócie główne wydarzenia wiążące się z tym świętem.
Uwaga: o Australii pisałem dość często, na kilku blogach, i sporo fragmentów tego wpisu może być już znanych moim czytelnikom. Mam jednak nadzieję, że z okazji święta wybaczą mi te powtórzenia.

Jak Australia została NIEodkryta.

1. Nieodkrycie Australii przez Aborygenów.
Aborygeni przybyli do Australii ponad 60,000 lat temu. Nie może to być jednak uważane za odkrycie gdyż:
a – nie mieli strzelb
b – nie mieli biblii
c – nie znali chorób zakaźnych
d – nie mieli flagi
e – nie mieli tytułów własności.
Do tego oszukali, gdyż prawdziwe odkrycie musi być dokonane ze statku, a oni prawdopodobnie przyszli tu w bród, korzystając z odpływu.

2. Nieodkrycie Australii przez Holendrów.
Zadziwiające, że Holendrzy nie odkryli Australii, gdyż odbywali częste podróże do pobliskiej Indonezji. Mało tego – odkryli Tasmanię, wyspę 111 razy mniejszą niż Australia, oddaloną od niej zaledwie o 400 km na południe. Nazwali tę wyspę najpierw Van Diemen’s Land, a potem na cześć kapitana-odkrywcy, Abla Tasmana, przemianowali na Tasmanię. W tych czasach bowiem (rok 1642) nie było w zwyczaju, by nazywać wyspę imieniem kapitana statku. Anthony van Diemen był w latach 1636-45 gubernatorem Wschodnich Indii (Indonezji). Usiłował zbadać wybrzeże Australii. W roku 1854 zmieniono nazwę wyspy na Tasmania.

3. Nieodkrycie Australii przez Hiszpanów (nazywanych czasem Portugalczykami).
Portugalczycy (nazywani czasem Hiszpanami) żeglowali po oceanach, nadając wszystkim wyspom imiona świętych. Gdy dotarli do obecnego Vanuatu, zabrakło im świętych, nazwali więc wyspy pospiesznie Ziemią Świętego Ducha (Terra Australis del Espiritu Santo) i wrócili do domu, aby uzupełnić listę świętych. To bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, gdyż Australia była kolejnym lądem na ich trasie i gdyby tu przybyli, musielibyśmy mówić po hiszpańsku (albo po portugalsku, jak nazywają ten język Brazylijczycy).

Jak Australia została odkryta.

W 1770 roku kapitan Cook został wysłany na Tahiti w celu obserwacji tranzytu planety Wenus. Jednak jedyne co kapitan Cook zaobserwował na Tahiti, to grupa miejscowych kobiet w spódnicach z trawy (a może i bez), więc pożeglował dalej.
Tak dotarł do Australii, a miał ze sobą:
– strzelby,
– biblię,
– choroby zakaźne,
– flagi,
– tytuł własności.

Na miescu spytał tubylców jak się nazywa ten kraj. Oni jednak byli czarnoskórzy i nie mówili po angielsku, w związku z czym doszedł do wniosku, że są Walijczykami i nazwał te tereny Nową Południową Walią. To właśnie wpisał w Tytule Własności.

Następnie popłynął na Hawaje gdzie miejscowa ludność w obawie przed Odkryciem poszatkowała go na kawałki. Na pamiątkę tego wydarzenia wyspy nazwano Sandwich Islands, która to nazwa przetrwała do czasu, gdy wyspy prawidłowo odkryli Amerykanie.

Kilku członkom załogi kapitana Cooka udało się powrócić do Anglii, gdzie wręczyli tytuł własności królowi Jerzemu III, który wkrótce po otrzymaniu tego dokumentu oszalał.
Jednym z głównych objawów królewskiego szaleństwa było opodatkowanie Amerykanów, co zapoczątkowało cały łańcuch tragicznych wydarzeń, które trwają do dziś.

Wszystkie powyższe informacje pochodzą z tej strony – KLIK.

Wrócę jeszcze do kapitana Cooka. Otóż odbył on swoja podróż na zlecenie Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, w celach czysto naukowych, ale potajemnie otrzymał od króla Jerzego III tajną instrukcję, która polecała:
– sprawdzić czy są powody, aby sądzić, że na południe od szlaku żeglugi statku HMS Dolphin znajduje się ogromny ląd
– jeśli tak to: zbadać naturę gruntu i jego produkty – zwierzęta, ptactwo, ryby, minerały. Przywieźć próbki tych ostatnich jak również próbki nasion i owoców
– obserwować naturę i zdolności tubylców jeśli takowi się znajdą. Usiłować nawiązać z nimi kontakt i przyjacielskie stosunki.

Pierwszy punkt został wykonany pomyślnie – 19 kwietnia 1770 roku flota kapitana Cooka osiągnęła południowo-wschodnie wybrzeże Australii.
Punkt drugi – trochę po łebkach. 29 kwietnia 1770 statek Endeavour przybił do brzegu w okolicach obecnego Sydney. Dwaj botanicy – Józef Banks i Daniel Solander (uczeń Linneusza) zbadali miejscową florę. To na ich pamiątkę miejsce lądowania nazwano Botany Bay.
Punkt trzeci – pełna kompromitacja. Przybijający do brzegu statek Endeavour został przywitany groźnymi gestami i okrzykami miejscowych mieszkańców, na co załoga statku odpowiedziała ogniem muszkietów. Jeden Aborygen został ranny. Tak zakończyło się “nawiązanie przyjacielskich stosunków”.
Flota kapitana Cooka popłynęła wzdłuż brzegów Australii na północ. Dotarła w okolice północnego skrawka Australii a do wykonania pozostał jeszcze ostatni punkt tajnej instrukcji:
…za zgodą miejscowej ludności wziąć w posiadanie, w imieniu króla Wielkiej Brytanii, dogodne pozycje w tym kraju“.
Co robić? Na horyzoncie pojawiła się niewielka wyspa. To była naprawdę ostatnia szansa. Wylądowali, wzniesiono brytyjską flagę, odczytano akt wzięcia w posiadanie wschodniego wybrzeża kontynentu, na którym kapitan Cook nie postawił nogi, oddano trzy strzały z muszkietów i tyle samo z dział na statku. Stosownie do okoliczności wyspę nazwano Possession Island – KLIK.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że tajna instrukcja króla Jerzego była od samego początku nieważna, gdyż monarcha nie miał prawa robić żadnych zmian terytorialnych bez uprzedniej zgody parlamentu.

Kolonizacja.
O Australii przypomniano sobie dopiero 17 lat po jej odkryciu.
13 maja 1787 roku odbiła od brzegów Anglii flota pod dowództwem komandora Artura Philipa. Flota składała się z dwóch okrętów wojennych, trzech statków z zapasami i sześciu statków przewożących skazańców i ich strażników. W sumie zaokrętowano 1420 osób, w tym 789 skazańców, wśród nich 14 dzieci.
Podróż trwała ponad osiem miesięcy, w tym dwa dłuższe postoje w Rio de Janeiro i Cape Town. Ten ostatni był szczególnie istotny, gdyż przez następne dwa miesiące podróży nie było żadnego lądu. Panuje opinia, że była to jedna z bardziej udanych przepraw do Australii. Nie stracono żadnego statku, w czasie żeglugi zmarły tylko 43 osoby. W czasie podróży zesłańcom urodziło się 11 dzieci, a strażnikom 9.
Historia Pierwszej Floty tutaj – KLIK.

Flota przybiła 19 stycznia 1788 roku do Botany Bay, ale okazało się, że opis zatoki sporządzony przez kapitana Cooka zawierał wiele nieścisłości i zatoka nie nadawała się do lądowania dużej floty. Po kilku dniach poszukiwań znaleziono znacznie lepsze miejsce – Port Jackson – centrum dzisiejszego Sydney. Była tu niewielka zatoka, którą, ku czci ministra spraw wewnętrznych, Lorda Sydney, nazwano Sydney Cove.
26 stycznia 1788 roku statki pierwszej floty rzuciły tu kotwice. Dowództwo wyprawy zeszło na ląd, wciągnięto na maszt brytyjską flagę i oficjalnie ogłoszono prawo własności.
To właśnie wczoraj świętowaliśmy.
Dowódca Pierwszej Floty – komandor Artur Philip – został mianowany gubernatorem kolonii Nowej Południowej Walii.

Na początku wpisu podałem pięć warunków prawidłowego odkrycia. Jak dotąd nie wspomniałem dwóch z nich – biblii i chorób zakaźnych. To pierwsze nie było nigdy w Australii zbyt widoczne, co innego choroby.
W rok po lądowaniu Pierwszej Floty Aborygenów zaatakowała epidemia ospy. Do dzisiaj nie wyjaśniono dokładnie jej przyczyn. Ospa była plagą w Wielkiej Brytanii i znano szczepienia zapobiegawcze. Jest prawie pewne, że lekarze na statkach Pierwszej Floty wieźli ze sobą szczepionki przeciw ospie. Podczas podróży i po wylądowaniu nikt na ospę nie zachorował. Istnieje podejrzenie, że przez nieuwagę, a może celowo, ktoś wyrzucił butelkę ze szczepionką na ląd. Skutki były tragiczne.

Aborygeni.
Gubernator Artur Phillip otrzymał instrukcję, aby utrzymywać jak najlepsze stosunki z miejscową ludnością i dołożył sporo starań, aby tak właśnie było. Pierwsze utarczki między Aborygenami i białymi wynikały z całkowitego niezrozumienia zachowania drugiej strony i braku możliwości porozumienia.
Gubernator usiłował nawiązać kontakt z miejscowym plemieniem Eora, ale tubylcy ze zrozumiałych względów unikali kontaktu. Nie pozostało nic innego, jak złapać ich przywódcę i doprowadzić do spotkania na szczycie. Porwany nazywał się Bennelong. Umieszczono go w siedzibie gubernatora, gdzie starano się poznać jego język i obyczaje.
Po sześciu miesiącach uciekł, ale trzy miesiące później zaprosił gubernatora do siedziby plemienia. Tu wydarzyło się coś ciekawego – gubernatora zraniono w ramię ceremonialną dzidą. Tłumaczone jest to jako swoisty akt pogodzenia się – aby sprawiedliwości stało się zadość, muszę cię ukarać za doznane krzywdy, ale teraz już między nami zgoda. Najważniejsze, że gubernator Phillip tak właśnie to odebrał.
Bennelong utrzymywał stały kontakt z gubernatorem i poprosił nawet o wybudowanie mu domu blisko rezydencji gubernatora. Wybudowano, w Bennelong Point, gdzie obecnie znajduje się Sydney Opera House – KLIK.
Kolejnym akcentem dobrych kontaktów była prośba Bennelonga, aby jego żona mogła urodzić dziecko w rezydencji gubernatora. Był to w jakimś sensie symbol nawiązania rodzinnych więzi między kolonizatorami i plemieniem Eora.
W 1790 roku gubernator Phillip zrezygnował ze stanowiska i wrócił do Anglii. Bennelong popłynął razem z nim i został przedstawiony królowi. Po powrocie do Australii sytuacja się pogorszyła. Nowy gubernator nie miał dobrego kontaktu z Bennelongiem, a ten rozleniwił się i rozpił. Historia Bennelonga tutaj – KLIK.

Jak z powyższego widać, istniała wola polityczna, aby kolonizatorzy i Aborygeni żyli w zgodzie. Przeszkodziła ekonomia. Do Australii zaczęli przybywać “free settlers” czyli dobrowolni imigranci. Również wielu skazańców kończyło okres kary i odzyskiwało wolność. Jedni i drudzy otrzymywali od rządu ziemię do zagospodarowania. Prowadziło to do gwałtownych konfliktów z zamieszkującymi te tereny Aborygenami. Biali, którzy po odbyciu ciężkiej kary lub ciężkiej i ryzykownej podróży, chcieli zabrać się do gospodarowania na swoim, traktowali Aborygenów jak drapieżne zwierzęta. Aborygeni odpłacali w podobny sposób, czego skutkiem były karne ekspedycje wojska i policji. Aborygeni nie mieli szans.
Dlatego też świętowanie Australia Day z okazji lądowania 26 stycznia 1788 roku wywołuje pewne kontrowersje. Niektórzy nazywają ten dzień Dniem Inwazji. Zgłaszane są propozycje, aby świętować rocznicę powstania Australii jako samodzielnego państwa – 1 stycznia 1900 roku.
Fachowe informacje na temat Australia Day tutaj – KLIK.

Tegoroczne święto poprzedziły natomiast kontrowersje wywołane przez poniższe zdjęcie…

Australijki

To zdjęcie umieszczono na początku stycznia na plakatach reklamujących nadchodzące święto, jednak plakaty zostały zdjęte po kilku dniach, gdyż firma reklamowa otrzymała liczne telefony i listy z pogróżkami. W wyniku masowej akcji na internecie zebrano ponad $100,000, aby opłacić koszty umieszczenia tego zdjęcia na stronie internetowej i ponownie jako plakaty w przestrzeni publicznej. Szczegóły tutaj – KLIK.

W sumie jest to jednak radosny i beztroski dzień.
Środek lata, wakacje szkolne, sezon urlopowy. Formalne ceremonie są bardzo skromne. Większość ludzi celebruje święto w typowo australijski sposób: baranie czopsy na barbeque i piwo, dużo piwa…

Australia Day

Stuart 17

Ach ten Stuart! Tym razem wpasował się w aż dwie rocznice. Dziś 1500 wpis na blogu, pisałam o tym wczoraj, chcąc jednak zostawić Stuarta w jego stałym terminie, i, jak się okazało, słusznie, bo jutro… Oddajmy tu głos Lechowi Milewskiemu, naszemu Autorowi z Australii, który napisał już kilka dni temu: Mam nadzieję, że Stuart spędza dzisiejszy dzień – 26 stycznia – w Australii. Wszak świętują tam narodowe święto – Australia Day. Oficjalny wpis na ten temat opublikowany zostanie jutro. No to zobaczmy, czy Stuart spędza ten dzień w Australii. I, moi drodzy Czytelnicy, uwierzcie mi, ani Lech ani ja nie uzgadnialiśmy niczego z autorką!

Joanna Trümner

When your day is long
And the night, the night is yours alone
When you’re sure you’ve had enough
Of this life, well hang on
Don’t let yourself go
‘Cause everybody cries
And everybody hurts sometimes

Kiedy dzień jest potwornie długi
A nocą, nocą jesteś zupełnie sam
Kiedy jesteś pewien, że masz już dosyć tego życia
Nie poddawaj się, nie rezygnuj
Bo każdy czasami płacze i każdy czasami rani

Sometimes everybody hurts REM

Nowy Rok

Stuart wrócił do domu i zadzwonił do Meg z życzeniami noworocznymi. W zaśnieżonym Walton brakowało jeszcze kilku minut do rozpoczęcia Nowego Roku. Meg czekała na północ w swoim mieszkaniu w towarzystwie Einsteina i matki Stuarta. Odebrała słuchawkę po pierwszym sygnale, tak jakby nie mogła się doczekać tej rozmowy telefonicznej. „Gdzie byłeś na Sylwestra?” zapytała i w tym momencie Stuart poczuł ulgę na myśl o tym, że nie musi jej patrzeć w oczy. „Byłem ze znajomymi w knajpie. Kiedy w końcu przyjedziesz? Niczego więcej sobie w tym nowym roku nie życzę”, powiedział zmieniając temat i próbując opanować drżenie głosu. „Prawdopodobnie w połowie lutego, tutaj wszystko się powoli układa, to przecież tylko sześć tygodni, bardzo za tobą tęsknię”, powiedziała Meg, zaskakując go tym wyznaniem. Meg była do tej pory tak powściągliwa w okazywaniu swoich uczuć, że na myśl o nocy spędzonej z Tracy Stuart poczuł się jeszcze podlej niż przed rozmową ze swoją dziewczyną. „Ona nigdy nie może się o tym dowiedzieć” – pomyślał.

Dzień rozpoczynający rok 1980 był najdłuższym dniem w jego życiu, nie mógł znaleźć sobie miejsca w mieszkaniu, w marę mijających godzin coraz mocniej zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo jest samotny w Sydney. Wybrał się na Bondi Beach, żeby skorzystać ze słonecznego dnia na plaży i uciec od złych myśli, ale widok zakochanych i trzymających się za ręce par wprawił go w jeszcze gorszy humor. Kiedy odwracał wzrok od zakochanych widział grupy roześmianych młodych mężczyzn, rozmawiających ze sobą i leczących przez kąpiel w morzu kaca po wczorajszej imprezie. Patrzył na nich z zazdrością, bardzo brakowało mu przyjaciela, z którym mógłby podzielić wszystkie złe myśli, jakie się w nim zagnieździły i powracały jak bumerang. W drodze powrotnej do domu pomyślał: „To chyba najdłuższy i najgorszy dzień w moim życiu”. Nie mógł dłużej znieść ciszy w pustym mieszkaniu i po raz pierwszy od tygodni wziął do ręki gitarę. Kiedy śpiewał jedną ze swoich ulubionych piosenek Hanka Williamsa przy słowach: „I’ve never seen a night so long when time goes crawlin’ by, the moon just went behind a cloud to hide its face and cry (nigdy nie widziałem nocy tak długiej, kiedy czas tak się dłuży, a księżyc zaszedł za chmurę, żeby skryć swoją twarz i płakać), pomyślał: „To przecież o mnie”. Słowa tej piosenki opowiadały o wszystkim, co czuł w tej chwili – o samotności, zagubieniu i najgorszym, najbardziej bolesnym rozczarowaniu – rozczarowaniu samym sobą.

„Jak ludzie potrafią żyć bez muzyki? Przecież nic nie potrafi lepiej oddać naszych uczuć i emocji, które przed nami kiedyś ktoś już przeżywał. Może i on zrobił dużą głupotę i po napisaniu tej piosenki zrobiło mu się na duszy o wiele lżlej?” – pomyślał i poczuł, że zaczyna się wewnętrznie uspakajać. W oczekiwaniu na sen zaczął się zastanawiać nad tym, co może zmienić od zaraz, żeby jutro nie było tylko kolejnym dniem w kalendarzu, ale szansą na zmianę tego, co go dzisiaj tak bardzo bolało.

Wykorzystał tą szansę – kolejne tygodnie poświęcił pracy i poznawaniu miasta, które tętniło latem i życiem. „Jak dobrze, że świeci słońce, a ulice i parki pełne są szczęśliwych ludzi, cieszących się dobrą pogodą i latem” – pomyślał po kilku dniach chodzenia po Sydney z mapką w ręku i z ulgą stwierdził, że jego zły nastrój powoli przechodzi.

Dużo czasu spędzał w największej bibliotece w Sydney – Bibliotece Stanowej Nowej Południowej Walii przy Macquarie Street. Tam znalazł wiele materiałów do przygotowania lekcji z matematyki, tam też przez przez przypadek poznał Toma. W poszukiwaniu książki do zadań z geometrii Stuart podszedł do półki z książkami i zobaczył, że oprócz niego ktoś inny w tym samym momencie sięga po tę samą książkę. Nieznajomy uśmiechnął się do Stuarta trzymając w ręku: „Geometrię dla każdego”, pachnącą jeszcze farbą drukarską książkę, która sprawiała wrażenie jeszcze nigdy przez nikogo nie używanej. „Widzę, że nie tylko uczniowie obchodzą ją łukiem”, powiedział Tom z uśmiechem. Tom pracował od siedmiu lat jako nauczyciel matematyki w szkole dla dziewcząt i w kilka dni później opowiadał Sutartowi przy piwie o swoich problemach z uczennicami. „Wierz mi, że ostatnie, co je w życiu interesuje to matematyka. Wymyślam różne zabawy, próbuję im wytłumaczyć, że ten przedmiot to nauka logicznego myślenia, które potrzebne jest potem przez całe życie – a one patrzą na mnie z niedowierzaniem tymi swoimi wielkimi oczami i w duchu wiem, że gdyby tylko program szkoły przewidywał taką możliwość, to natychmiast zrezygnowałyby z nauki tego przedmiotu. Nie chcę być takim nauczycielem, jakich my poznaliśmy, nie chcę traktować ich z góry, straszyć, kompensować kompleksów i decydować o przyszłości, ale powoli nie wiem, co jeszcze mogę zrobić, żeby je zainteresować”. Wracając po północy do domu ze spotkania z Tomem Stuart po raz pierwszy od dawna czuł się szczęśliwy na myśl o tym, że poznał kogoś, z kim będzie mógł dzielić swój czas, że skończyła się jego samotność i godziny, oznaczające tylko czekanie na przylot Meg.

Z mieszkańcami domu starców pożegnał się koncertem piosenek, które oni sami sobie wybrali. W kilka dni przed koncertem z uśmiechem czytał sporządzoną przez nich listę, na której znalazło się siedem zapisanych drobnym maczkiem piosenek – zapomnianych utworów, na szukaniu których spędził godziny w bibliotece. Dodał do tej listy kilka starszych piosenek i z zaskoczeniem obserwował podczas koncertu, jak jego słuchacze – ludzie, którzy w większości zapomnieli kim są, przypominali sobie poznane podczas świadomej części swojego życia słowa piosenek. Rozejrzał się po publiczności i zobaczył, jak siedzący obok siebie na wózkach inwalidzkich pani Sorkin i pan Blacksmith trzymają się za ręce. „Więc i tuż przed grobem może nasz spotkać miłość”, pomyślał, uśmiechając się do zakochanej pary na wózkach. Ostatnim utworem, który zaśpiewał razem z mieszkańcami domu starców była ballada „Waltzing Matilda” i kiedy grał na gitarze ostatnie nuty tej piosenki przyglądał się ze smutkiem swoim podopiecznym, myśląc, że za rok z pewnością połowa osób siedzących w tej sali umrze, a ci, którzy będą tu dalej mieszkali zapewne nigdy więcej nie będą mieli okazji do posłuchania granej na żywo muzyki.

„Dzień Australii” – święto narodowe swojej nowej ojczyzny spędził razem z Tomem na plaży. Wygrzewając się w słońcu myślał o tym, że w jego życiu wszystko zaczęło się układać, Meg potwierdziła przylot w połowie lutego, on sam za dwa dni zacznie pracę w szkole, a i na muzykę przyjdzie znowu czas. Australia Day przez przypadek był też dniem jego 30 urodzin, Stuart wcale nie był więc zaskoczony, że gdy wrócił do mieszkania, przed domem czekał na niego Ian z butelką szkockiej whisky w ręce: „Pozdrowienia od ojczyzny. No i ode mnie, to osiemnastoletnia whisky, trochę się wykosztowałem, więc nie obrażę się jak mi zaproponujesz kieliszek albo dwa”. Zanim Stuart zdążył otworzyć drzwi mieszkania usłyszał odgłos dzwoniącego telefonu: „życzę Ci pięknego dnia i nie zapomnij odebrać mnie z lotniska” – usłyszał głos Meg.

Patrzył na Iana z zaskoczeniem – nie widział po przyjacielu ani śladu przygnębienia albo rezygnacji, zginęło gdzieś wrażenie zagubienia, które miał na twarzy podczas ich ostatniego spotkania. „Chyba się po prostu pogodził z tym, co jest, sprawia w każdym razie wrażenie szczęśliwego”, pomyślał i zapytał Iana o życie rodzinne. Lakoniczna odpowiedź przyjaciela: „Innego życia nie będzie, jest mi tak wygodnie, że nie będe niczego zmieniał – nie mam na to ani siły ani ochoty”, zaskoczyła Stuarta. Ian nie miał do tej pory żadnego powodu, żeby się zmęczyć życiem, wszystko za co się zabrał, po prostu mu wychodziło. „On ma przecież zawsze tak wygodnie w życiu, zawsze miał kogoś, kto płacił jego rachunki, przedtem tatuś, teraz teść, nigdy niczego nie szukał i nie miał takich mało realnych marzeń jak ja”. Jednak w momencie, kiedy złapał się na tym, jak negatywne i nieprzyjaźnie ocenia przyjaciela, Stuart przeraził się swoich myśli. „Zanim zapomnę, masz pozdrowienia od Tracy, pytała, dlaczego nie pokazujesz się w ‘Red Lion’” – zwrócił się do niego z uśmiechem na twarzy Ian. „Dziękuję, nie miałem po prostu czasu” – odpowiedział Stuart i patrząc na przyjaciela wiedział, że on się domyśla, dlaczego kelnerka tak się o niego dopytywała. „A kiedy ty tam byłeś, ty, przyszły ojciec, nie masz przecież czasu na przesiadywanie po knajpach?” – próbował przejść do ataku. „Tracy nie o każdego się tak dopytuje” – odpowiedział Ian – „widocznie zapadłeś jej w pamięć”. Do późna w nocy przyjaciele popijali whisky i śmiali się wspominając ludzi, których wspólnie poznali przez ostatnie lata. „Dlaczego z nim nie da się tak zawsze rozmawiać?” – pomyślał żegnając Iana.

W dwa dni później Stuart stał przy tablicy w klasie i patrzył na twarze swoich uczniów, z nadzieją, że uda mu się odgadnąć, kogo z nich uda się zainteresować matematyką, z kim będzie musiał walczyć o odrobienie lekcji, a kto nawet nie będzie próbował zrozumieć. Miał przed sobą dużo pracy, pracy, na którą się cieszył.

Cdn.

Odrobina statystyki jubileuszowej

Zaczęłam wpisem 22 grudnia 2012 roku.

Dzisiejszy wpis ma numer 1499. Jutro kolejny Stuart Joanny Trümner; on sam ma numer 17, na blogu będzie wpisem numer 1500.

Z tej okazji postanowiłam wykonać kilka nieskomplikowanych obliczeń statystycznych. Jest Was jako Autorów na blogu bardzo wielu, ale to jednak mój blog i statystyka to wyraźnie podkreśla. Ewa Maria Slaska jako autorka, nie jako redaktorka i adminka, opublikowała 360 wpisów! Patrzę i nie mogę się nadziwić, bo choć wiedziałam, że będzie tego dużo, nie myślałam, że aż tyle. No, ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że muszę przecież osobiście zatkać każdą dziurę, którą Wy mi beztrosko zostawicie, pisząc kiedy macie czas i ochotę. A ja, otóż nie, ja muszę coś wstawić codziennie w minutę po północy. Początkowo naiwnie wierzyłam, że Autor, który obiecał, że przyśle – przyśle, potem się nauczyłam, że trzeba mieć koniecznie coś w zanadrzu. Czasem są to moje własne teksty, czasem tak zwane reblogi. Reblogów było w ciągu tych czterech lat 130, większość zaznaczona w tekście jako materiał redakcyjny. Jako Redaktorka podpisuję zresztą nie tylko reblogi, ale i informacje o ważnych imprezach, w tym o organizowanych przeze mnie we współpracy z Christiną Ziegler z Regenbogenfabrik wieczorach autorskich “moich” blogowych autorów.

Czytały już (same kobiety)
Ja (byłam pierwsza, dlatego umieszczam siebie na pierwszym miejscu)
Aśka & Renka (razem 9 wpisów, Renia czyli Renata Borowczak-Nasseri sama 37)
Johanna Rubinroth & Tanja Krüger (Johanna sama 26 wpisów, Johanna & Tanja 3)
Dorota Cygan (45) & Lidia Głuchowska (41) – Lidia ponadto dostarczyła do bloga kilkanaście tekstów innych autorów, w tym Stanisława i Stanisława Karola Kubickich
Aleksandra Hołownia (alias Alexandra Fly 9)
Joanna Trümner (26) & Viki Korb (14)
Monika Wrzosek-Müller (37)
Sylwia Kubryńska (1) (w towarzystwie Alicji Molendy – 3)
Karolina Kuszyk (13) & Agnieszka Dębska (3)
Emanuela Danielewicz (2)

W tym roku czytali / będą czytali (dużo mężczyzn):
Katarzyna Krenz (38) (a raczej w zamian za nią byliśmy tam my: Christine Ziegler – 5 wpisów, Michał Krenz – 3 i ja, bo siostra nie dotarła jednak do Berlina)
Krystyna Koziewicz (23) & Roman Brodowski (54)
Zbigniew Milewicz (78 absolutny rekordzista!) & Andrzej Rejman (63) & Tomasz Fetzki (64) (jeśli przyjmie zaproszenie, bo jeszcze nie potwierdził) & Mieczysław Bonisławski (4) oraz Lech Milewski (47) z Australii, który być może nie zdoła przybyć i wtedy włączymy go przez skype’a.

Ciekawostką tych spotkań autorskich jest to, że często odbywają się w moje urodziny (ja, Karolina & Agnieszka, Sylwia & Alicja, a w tym roku pięciu panów blogerów wspólnie). Inną ciekawostką jest to, że czasem przychodzi dużo ludzi, a czasem niezbyt wiele (you can never tell, you know, Winnie the Pooh), ale zawsze jest super wspaniała atmosfera i nadzwyczajna publiczność.

Informacja, która mi się samej podoba – ponad 150 wpisów zapewniła mi moja własna wielopokoleniowa rodzina, poczynając od artykułu (mojej) prababci, a kończąc na opowieści (mojego) wnuka czyli w sumie sześć pokoleń. Oczywiście po części są to reblogi lub przedruki, w kilku wypadkach rodzina dostarczyła zdjęć, nagrań czy grafik. Wśród blogów rodzinnych jest 10 tekstów Kingi Szpuler po hiszpańsku o mojej mamie Irenie Kuran-Boguckiej.

W ogóle rodzina jest ważnym tematem, o rodzinie pisali między innymi: Ryszard Dąbrowski (24), Konrad Sałagan (2), Tomasz Prot (6). Dużo jest tekstów o podróżach – Kenia, Gruzja, Hiszpania, Iran (tu bardzo ciekawy Adam Slaski 13) i nieproporcjonalnie dużo o grobach: Tomasz Fetzki, Małgosia Płoszaj i ja, ale to dlatego, że mnie groby bardzo interesują. Jest więcej prozy niż poezji, niektórzy autorzy (Kasia Krenz, Łucja Fice, Roman Brodowski, Andrzej Filet Fikus) uprawiają oba gatunki sztuki.

Dwie osoby opublikowały nadzwyczaj mało – Konrad Sałagan 3, a Aleksandra Puciłowska 5, ale były to jednoznacznie ważne teksty. Dwie osoby z kolei właściwie same nic nie napisały ale stały się istotną inspiracją: Longina Poterek 3 wpisy i Maryna Over – 15. Niekiedy wpisy są czy były nietypowe – najciekawsza była chyba Gertraud Pohl, która przygotowała 26 wpisów o lalkach. Trzy autorki (Aleksandra Hołownia, Lidia Głuchowska i Renata Borowczak Nasseri) i jeden autor (Michał Krenz) podali mi do publikacji swoje filmy. Sporo miejsca we wpisach zajmuje muzyka (tu zwłaszcza teksty Lecha Milewskiego i Tomasza Fetzkiego). Są wreszcie autorzy, którzy piszą mało i nie wiadomo, jak ich przycisnąć, żeby pisali więcej, albo kiedyś pisali a teraz nie piszą – to wspomniany już Konrad Sałagan, Dorota Cygan, Julita Bielak i Anna Dobrzyńska oraz Tomasz Fetzki.

Trzy wpisy o nadzwyczajnej poczytności właściwie od roku nie uzyskały żadnej konkurencji. Był to film Jurija Gashaka wstawiony na blog przez Lidię Głuchowską – Kobieta i koń, mój wpis o Europejskim Centrum Solidarności (ten wpis miał też prawie 500 lajków, szerków i komentarzy na facebooku i jest pod tym względem absolutnym rekordzistą) i wpis Aleksandry Puciłowskiej i Kingi Chojnickiej o śmierci Kasi Bienias. Wszystkie trzy mówią poprzez tę poczytność całkiem sporo o współczesnej polskiej kondycji ducha.

Co?

Poczytajcie, obejrzyjcie… Zapraszam!

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (1)

Uwaga, pierwszy odcinek reportażu Zbycha z Tajlandii nie zawsze jest przyzwoity, proszę zatem Czytelników skromnych i wstydliwych, bądź małoletnich, by opuścili fragment zapisany na niebiesko 🙂

Zbigniew Milewicz

Słoń w butelce

zkonfucjuszemWłada poznaję w przedostatni dzień Starego Roku, w jednej z bocznych uliczek Walking Street. Stoi przed rusztem, na którym pieką się nadziane na drewniane szpikulce kawałki marynowanego kurczaka, pachną tak smakowicie, że też coś kupię. Teraz obydwaj rozglądamy się za najbliższym Family Markt, gdzie sprzedają chłodne napoje. Śpiewny angielski nieznajomego powoduje, że przechodzę na język zdecydowanie dla mnie łatwiejszy:

– Ja Zbyszek, a kak was zovut ?
– Wład – odpowiada.

Pieczętujemy znajomość dobrym, miejscowym piwem chang, co po tajlandzku znaczy słoń, na schodach nieczynnego już o tej porze banku. Bank, jak większość ważnych instytucji, prywatnych przedsiębiorstw i firm w tym kraju, jest tajlandzki. Zagraniczni są tylko turyści i ich w sumie duże pieniądze, które przywożą do Bangkoku, Phuket, Koh Samui, czy Pattayi, żeby je wydać.

Autor w świątyni Konfucjusza

Wład, pięćdziesięciolatek, ponad 190 cm wzrostu, słusznej wagi moskwiczanin, ma na ramieniu wytatuowany spadochron. Jest emerytowanym komandosem, w stopniu podpułkownika, brał udział m.in. w wojnie w Czeczenii i Ossetii Południowej, teraz pracuje w dużej, rosyjskiej firmie, na jednym z kierowniczych stanowisk. Z wojskowej emerytury – powiada – w przeliczeniu to około 200 euro miesięcznie, nie byłoby go stać na Tajlandię, a przyjeżdża tutaj czasem kilka razy w roku. Tym razem zdecydował się na Pattayę, najbardziej rozrywkowe miejsce w tym kraju i może na świecie. Ty rzeczywiście jesteś w Tajlandii po raz pierwszy? – upewnia się po raz kolejny. – To zapraszam na małą wycieczkę, dopiero dziś przyjechałem i pohulałbym, ale we dwóch milej.

walkingstreet

Po zapadnięciu zmierzchu

Też tak uważam, ale oczywiście nie wiem, kto zacz ten Wład, czy nie jakiś zbok, albo z rosyjskich służb wywiadowczych, zajmujący się werbowaniem polskich emerytów na niemieckich papierach, ale może jednak zwyczajnie przyjazny Słowianin, któremu raźniej iść na dziewczynki we dwóch. Wszak już w Kabarecie Starszych Panów śpiewano: jeżeli kochać, to nie indywidualnie… Jestem na zasłużonym urlopie, najwygodniej mi więc wybrać ostatnią opcję. W pierwszym klubie tabledance Rosjanin finansuje wszystko: drinki dla dwóch panienek, które w mgnieniu oka rzucają się nam na szyję i dla dwóch następnych, które śpieszą, by je zmienić. Jesteśmy póki co jedynymi klientami w lokalu, więc trzeba personelowi dać zarobić. Drinki są dwa razy droższe od naszego changa, któremu pozostajemy wierni, ale takie są obowiązujące tu zasady. Klient płaci za swoje piwo o połowę mniej, niż w hamburskiej Reeperbahn, ale dziewczynom się nie skąpi. Są przeważnie filigranowe, wszystkie uśmiechnięte, bo jesteśmy w kraju tysiąca uśmiechów, i bardzo pomysłowe w sprawianiu klientom przyjemności, choć poza pettingiem nie ma na co liczyć w lokalu. Jeżeli mężczyzna zapragnie seksu, po tajlandzku bum bum, płaci odstępne właścicielowi baru i zabiera dziewczynę do hotelu, gdzie za short time (w miejscowym języku jest to godzina) płaci się przeciętnie 1000 bathów, a za całą noc 2000, co w przeliczeniu daje około 25 i 50 Euro. Można oczywiście dać zarobić babciom, wynajmującym w Pattayi, po 200 bathów, pokoje na godziny, a jeżeli nie lubimy wyuzdania tancerek go go, pójść do jednego z licznych salonów masażu, gdzie za dodatkową gratyfikacją, wysokiej klasy masażystka zrobi wszystko, albo prawie wszystko, co klientowi się wymarzy.

narurze

Tajskie piękności

My z Władem idziemy jednak na razie do kolejnego lokalu, którego specjalnością są zabawki. Przy ich pomocy personel pokazuje gawiedzi, że np. potrafi celnie strzelać plastikowymi kulkami (nie powiem z czego) do balonów na widowni, albo wydawać różne muzyczne dźwięki, z wysokim „c” włącznie. Tam honorowo partycypuję już w kosztach wstępu i konsumpcji. Później Walking Street aż do przystani, z której nazajutrz mamy popłynąć na Koh Larn. Po drodze Wład pokazuje mi lokale nastawione na obsługę jego ziomków, m. in. słynne Galaxy i Rasputina, w których pracują głównie dziewczyny z byłej Wspólnoty Niepodległych Państw. Ponieważ do Tajlandii przyjeżdżają na ogół dobrze sytuowani Rosjanie, więc i ceny są tam do tego adekwatne. Wstęp na Sylwestra w skromniejszych, rosyjskich lokalach zaczyna się od 100 Euro na twarz.

boks

W większych lokalach jest i thaibox

Plaża w Pattayi jest mocno zaśmiecona. Ekipy sprzątaczy wprawdzie czeszą ją regularnie, ale zawsze można natrafić w piasku na kawałek szkła, albo zardzewiały drut i zepsuć sobie urlop. W wodzie pływają plastikowe torebki i tacki po tajlandzkich kulinariach, więc jeden pobyt tutaj mi wystarczy. Koh Larn ma być przeciwieństwem Pattaya Beach. Wład przychodzi na molo nawet trochę przed umówionym czasem, kupuję bilety na prom, po 40 bathów na osobę, zakładamy obowiązkowe, pomarańczowe kamizelki ratunkowe i idziemy na dziób, żeby móc podziwiać piękny, morski pejzaż. W Pattayi niebo było zachmurzone, ale kiedy po mniej więcej godzinie podróży dobijamy do wyspy, nie widzę ani jednej chmurki. Jest samo południe, za dwanaście godzin powitam Nowy Rok, temperatura w cieniu przekracza 35 stopni C.

plaza

Plaża w Pattayi, pozornie bez zarzutu…

Kierowca odkrytego jeepa Toyoty, rozwożącego gości po wyspie, pyta, dokąd nas zawieźć. Wład nie chce na najbliższą, chińską plażę, bo nie jest zbyt czysta, pojedziemy dalej, gdzie wypoczywają m.in. rosyjscy turyści. Wszystkie miejsca na pace są zajęte, siadamy na jedynym wolnym, obok kierowcy, dwa changi przy drobnym tajlandczyku, który żartuje, że teraz wyglądamy, jak prawdziwi siam bruder, czyli bracia syjamscy*. Plaża rzeczywiście, jak z reklamowego obrazka, woda czysta, drobniusieńki piasek, na którym ani śladu po źle wychowanych gościach. Siadamy pod parasolami, przy trójce młodych mężczyzn.

– Where you come from? – pyta standartowo Wład.
– America, North Carolina – odpowiada najbliżej siedzący. – And you?
– Russia, Moscow.
– And a Pole living in Germany – uzupełniam.

Po wstępnym, lekkim zadziwieniu, jaki to ten świat robi się mały, wymieniamy imiona, podajemy sobie dłonie, chwilę trwa small talk, po czym idziemy razem popływać w ciepłym Pacyfiku, czy, jak wolą Rosjanie – Oceanie Spokojnym. Woda jest mocno zasolona, lekko niesie człowieka, można się w niej umościć na wznak, jak w stogu siana. Na plaży czekają na nasz powrót sprzedawczyni chłodnego piwa i masażystka, która zajmie się nogami jednego z naszych amerykańskich kolegów. Piją piwo z wizerunkiem tygrysa na etykiecie, my z Władem pozostajemy wierni słoniowi. Do konfliktu na tle tych gatunkowych, ani systemowych różnic jednak nie dojdzie, wręcz przeciwnie. Wład, który trochę zna tę wyspę, proponuje wspólną wycieczkę do położonego na pobliskim wzgórzu instytutu hydrogeologii i solidarnie kupujemy ten pomysł. Instytut niestety jest zamknięty, więc wspinamy się wyżej, na platformę widokową, na której mogę tylko dziękować Stwórcy za to, że stworzył na świecie takie piękne miejsca, jak to.

Z tropikalnym słońcem należy zawierać znajomość stopniowo i ostrożnie. Po dwóch godzinach czuję, że mam już dosyć i uciekam w cień. Amerykanom chyba też plaża na dzisiaj wystarczy, żegnają się z nami mocnymi uściskami dłoni, może do zobaczenia kiedyś i gdzieś tam…

– Całkiem normalni, fajni goście – konkluduje w zadumie Wład.

Zanim i ja się z nim się pożegnam, w drodze powrotnej promem do Pattayi, nie pytany opowie mi trochę o swojej wojennej przeszłości. Zwłaszcza Czeczenii nie udaje mu się wyrzucić z pamięci, mimo upływu lat trauma trwa. Ciągle ma przed oczyma różne obrazy i to nie w pierwszej kolejności trupów, czy spalonych, zniszczonych osiedli, a zwykłej, żołnierskiej biedy egzystencji – oblepionych błotem butów, przemoczonego munduru, brudu, insektów, wiecznego niewyspania. Jako dowódca odpowiedzialny był za bezpieczeństwo swoich podwładnych, ich stratę zawsze mocno przeżywał, to też ciągle wraca. Dobrze, że w domu ma u swojego boku kochaną i mądrą kobietę, która nie pozwala mu wiecznie rozpamiętywać przeszłości. To chochołuszka, Ukrainka, rezolutna i energiczna kobieta, bez niej źle mogłoby się potoczyć jego życie. Oczywiście wie, że pojechał do Tajlandii trochę się rozerwać, w pełni to zaakceptowała, zuch dziewczyna.

Jedziemy jeszcze zobaczyć Wielkiego Buddhę, niedaleko Jomtien Beach, 18 -metrowej wysokości złotą statuę, będącą główną świętością Wat Phra Yai. Przybytek zbudowano na wzgórzu Pratumnak Hill, w 1940 roku, w czasie, kiedy Pattaya była jeszcze wioską rybacką. Jest to buddyjska świątynia, pielgrzymują do niej gromadnie zarówno wyznawcy kultu Przebudzonego, jak i ciekawscy turyści; jeżeli zignorujesz to miejsce, to nie byłeś w Pattayi – poucza mój przewodnik. Wielki Buddha wita nas promiennym uśmiechem i ma wyjątkowo smukłą sylwetkę; jego mniejsze egzemplarze są już typowe, brzuchate. Do jednego z kultowych pępków przybysze próbują wrzucić pieniążek, jeśli trafią, będzie towarzyszyło im w życiu szczęście. Nie jest to jednak proste, próbuje i Wład, też pudłuje. W sąsiedztwie Wat Phra Yai znajduje się chiński kompleks świątynny, ofiarowany Konfucjuszowi i Guan Yin (według oficjalnych statystyk 14 % ludności Tajlandii, czyli około 6 milionów, stanowią Chińczycy), głównej postaci chińskiego panteonu buddyjskiego, czczonej jako bogini miłosierdzia, litości i płodności.

Wracam na ziemię, czyli na Walking Street, z buta to tylko około dwóch kilometrów i wyrzucam sobie, że tyle czasu spędziłem w miejscowych barach, wśród roznegliżowanych panienek, zamiast przeżyć go godziwiej. Pattayia oferuje wiele: można tu między innymi popróbować windsurfingu, polatać na spadochronie za motorówką, zobaczyć życie podwodnej flory i fauny przez szklane dno łodzi, rafy koralowe, albo hodowlę cudownych orchidei, pojeździć na słoniach i skorzystać z tysiąca innych rzeczy, a ja, jak ten typowy, niemiecki emeryt… Słoń tylko w butelce.

– Typowi niemieccy emeryci siedzą od rana do wieczora w tych samych barach, na tych samych miejscach i z nikim nie gadają, a ty jednak jesteś towarzyski łajdus i jeszcze dosyć ruchliwy – przypochlebia mi się fałszywie mój diabeł stróż. – Poza tym, aby dojść ze swojego hotelu nad morze, to czy chcesz, albo nie, musisz przeciąć Walking Street.

Stamtąd do Piyada Residence, gdzie mieszkam od prawie tygodnia, mam teoretycznie tylko około 20 minut marszu. Droga piechura w Tajlandii, zwłaszcza Europejczyka wiedzie jednak przez mękę i nigdy nie wiadomo, kiedy dotrze do celu i czy w ogóle, o czym napiszę oddzielnie, w korespondencji z Bangkoku, od której powinienem był zacząć swoją tajlandzką opowieść, ale wyszło inaczej. Grzeszne oblicze Pattayi, do której jeszcze zajrzymy, powinno złagodzić Krung Thep, czyli Miasto Aniołów, jak miejscowi nazywają Bangkok, tylko, czy tak będzie, to się okaże.

* To oczywiście aluzja do Siam, historycznej nazwy Królestwa Tajlandii.

PS adminki: Określenie bliźniąt syjamskich pochodzi od braci Chenga i Enga Bunkerów, urodzonych w Syjamie w 1811 roku. Bracia Bunkerowie przeżyli 63 lata, założyli rodziny i występowali przez lata jako jedna z atrakcji cyrku P. T. Barnuma, zdobywając majątek i sławę.

Barataria ciąg dalszy (2)

Właściwie to chciałam publikować Baratarię co tydzień, ale poprzedni poniedziałek trzeba było oddać koniecznie na inny wpis, więc niestety, tym razem, moi drodzy Czytelnicy, musieliście czekać (aż! aż?) dwa tygodnie. Ale za to informuję, że są już gotowe dwa następne odcinki, a ile ich razem będzie, nikt nie wie…

Ewa Maria Slaska

Tajemnicza kraina Barataria

W poprzednim odcinku ruszyliśmy przez skały i bagna w poszukiwaniu Baratarii. Zaczęliśmy od Cervantesa i zatrzymaliśmy się na dłużej przy powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria. Dziś ciąg dalszy z powieści Lipki, a potem, w poniedziałki kolejne odsłony poszukiwania tego, co tajemnicze, a zarazem tanie, zdradliwe i złudne.

Zanim jednak przejdę do Lipki chciałabym powiedzieć, że właśnie na naszych oczach powstała inna tajemnicza i nieistniejąca kraina czyli San Escobar. Kraj powołany do życia lapsusem językowym ministra Waszczykowskiego (podobno 10 stycznia spotkał się z dyplomatami San Escobar), nabrał życia dzięki inicjatywie internautów, coraz szerzej podchwytywanej i rozbudowywanej. Istnieje już mapa tego kraju, hymn, flaga, stolica, prezydent i jego piękna żona, słynni przedstawiciele, drużyna piłkarska, książki, filmy.

My jednak pójdźmy wszyscy do Pensjonatu Barataria

Przez cały niemal czas powieściowy na bohaterów opowieści spływa z góry wirtuozeryjnie grana na skrzypcach Chaconne Bacha, pisana przez autora jako Szakona, zawsze z wielkiej litery, bez cudzysłowu czy kursywy. Szakona, byt samoistny.

Czytając słuchajmy więc Szakony.

(strona 210, prawie sam koniec książki)

Wiele z naszych spotkań (z nianią Wiktorią, mamką Steina – przyp. EMS) to właściwie monologi w odpowiedzi na jakieś proste pytanie. Dzisiaj rano przyszło mi do głowy, by wrócić do tego, co swego czasu opowiadał na wykładzie lekarz na temat nazwy naszego pensjonatu i wypraw Steina do Zatoki meksykańskiej. Ku memu wielkiemu zdziwieniu Wiktoria doskonale zna ową historię, a co więcej opowiada ją zupełnie inaczej, niż przedstawił ją doktor Michaeli. Zderzenie tych dwóch opowieści wydało mi się tak fascynujące, jak liczne wersje tej samej legendy (…).

Wszystko miało miejsce pół wieku temu. Stein przedsięwziął pierwszą podróż za ocean z pobudek czysto muzycznych, był młody i zupełnie jeszcze nieznany, ale już zajmował się sprawami, które nie pociągały jeszcze nikogo innego. Wówczas jazz jeszcze nie dotarł do Europy, choć wiele się już o nim mówiło, Stein zafascynowany samym zjawiskiem zapragnął poznać je u źródeł. Kiedy dotarł do Nowego Orleanu, pierwsze co uczynił swoim zwyczajem, to zaczął z zapałem wertować mapę okolicy wyszukując wszystko, co w zasięgu ręki warte obejrzenia. (…)
Błądząc tak palcem po mapie Stein natrafił całkiem przypadkowo na nazwę Barataria umieszczoną w atlasie nieopodal miejsca, gdzie się znajdował i słowo to od razu przykuło jego uwagę. Nazwa ta tym bardziej go zainteresowała, że pewny był, iż już wcześniej gdzieś się z nią spotkał, choć nie umiał sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Barataria – to czarodziejskie imię nie dawało mu spokoju, bezskutecznie przewertował wszystkie dostępne leksykony, odwiedził turystyczne agencje, przerzucał podręczniki geograficzne i słowotwórcze, wypytywał co bardziej wykształconych tubylców. Wreszcie miejscowe towarzystwo eksploracji miejscowych dorzeczy i akwenów udzieliło mu wystarczających wstępnych informacji. Stein dowiedział się, że w położonym u ujścia Missisippi stanie Luizjana rzeka formuje spore jezioro nazwane Barataria, wody tego jeziora znajdują ujście w Zatoce meksykańskiej, a u ich spływu wyrasta wysepka tego samego imienia, na której wzniesiono ufortyfikowany port dla niewielkich statków i okrętów. Stein bardzo zaciekawił ten – jak mu się wydawało – romantyczny opis, postanowił więc to miejsce osobiście spenetrować. Wybrał się do Balize, skąd trzeba było jeszcze ponad sto kilometrów podążać przez dzikie i zarośnięte tereny ze specjalnie wynajętym przewodnikiem. To jednak, co znalazł Stein u ujścia Missisippi, wynagrodziło mu wszelkie trudy z naddatkiem. Wysepka Barataria wywołała w nim tak potężny wstrząs, że wspominał ją odtąd zawsze w najważniejszych momentach życia, twierdząc przy tym, że dzięki tamtemu właśnie obrazowi został naprawdę artystą. Od pierwszego spojrzenia poruszył Steina kontrast krajobrazu ze wszystkim, co pod wpływem dźwięcznej nazwy wymarzył; jeżeli był tam romantyzm, to w najbardziej niesamowitym wydaniu dzikiej i wykutej w kamieniu natury.


Co wyobraźnia potrafi zrobić z rzeczywistością! Bagna Baratarii, które posłużyły autorowi jako materiał do stworzenia skalistego krajobrazu. No ale gdzie w końcu jak nie na trzęsawiskach mógł doznać objawienia artystycznego człowiek nazwany przez autora Pierre Stein, czyli Opoka Kamienna?

Wyspa jest maleńka, lecz odpychająca i nieprzystępna. Surowość pejzażu wydała się Steinowi, obznajomionemu już z podobnymi widokami, nieporównywalna z niczym innym na świecie. Wyludniony, na poły zburzony fort, nieprawdopodobnie ponury, wydawał się naturalnie zrośnięty ze skalnym podłożem, głównym budulcem tego zakątka świata. Spadziste, stromo urwane ściany ostro schodziły do wody, w której kłębiły się chmary ospałych aligatorów. Była to rzeczywistość zatopiona w ciężkim, niezdrowym klimacie, gdzie wszystkie barwy dwuznacznie opalizują, roślinność naskalna pnie się bujna lecz chora, woda stoi gęsta wydzielając kłęby lepkiej pary.

– Wydało mi się – powiadał potem Stein – że to Ziemia Obiecana potępieńcom, jakaś przerażająca Ultima Thule.

(…) Opowiadano, że tam właśnie, na maleńkiej wysepce, zatrzymał się postojem, już u progu swego odkrycia, Hernan Cortes. W tym samym miejscu ponoć krwawo rozprawił się z częścią zbuntowanej załogi, ze skał strącając swych przeciwników w wezbrane odmęty. Wiele później przebywał znowu na tej samej wyspie inny bohater wód tej strony świata, jeszcze bardziej dziki i złowrogi, najokrutniejszy być może z piratów, Nicolas Lafitte. I on także to zapomniane przez Boga miejsce obrał na załatwienie porachunków ze zgrają kamratów. (…)

Stein ponownie wybrał się na Baratarię i długo przyglądał się jej spadzistym skalnym progom. I tam dopiero, jakby wydobywając się z otaczającej czeluści, jakby parując z tyle tajemnic zawierającej toni, dotarła doń symboliczna wiedza zawarta w tej pięknie dźwięczącej nazwie Barataria, kabalistyczna magia ukrytych znaczeń i podtekstów. Przecież hiszpański przymiotnik barato oznacza tani, baratero zaś – złudny (…).

Wielokrotnie potem przyjeżdżał jeszcze na wyspę, godzinami stał bez ruchu na tej kamiennej ziemi i patrzył. Chodził, myślał, patrzył i przeżywał; i znów stał i patrzył. Aż w tym surowym i przerażającym świecie poczuł się u siebie. Wówczas przestał się zajmować sekretem tego miejsca, zdawało mu się, że dostatecznie nasiąkł klimatem Baratarii i tajemnica jej leży przed nim jak na dłoni. Wiedział już wszystko: tutaj właśnie w tym ponurym zakamarku ziemi odrodzono nowożytny Baratron, strącano ludzi ze stromej skały jak z tylnej ściany Akropolu, zrzucano ich za zbrodnię zdrady, zwaną w prawie morskim barateria.

(…)

Podczas jednego z pobytów na wyspie Stein dumał o tym wszystkim właśnie, kiedy zerwała się nawałnica. Cała przyroda wyła i huczała, wichry dęły dźwiękami trąb jerychońskich, muzyka żywiołu zagrała najpotężniejszymi burzami, jakie kiedykolwiek geniusz – wedle słów Steina – napisał na symfoniczne orkiestry, wydawało się, że to gigantyczne wieżowe dzwony waląc tuż przy uchu wieszczą miarowe podzwonne, że archanioł Michał dmie na Sąd Ostateczny, że grzmoty i pioruny wybrały skaliste wzniesienia na apokaliptyczne werble i kotły. Błyskawice rozświetlały niebo jak iskry ciskane przez ścierające się w kosmicznych katastrofach ciała niebieskie. W oddali gdzieś wybuchł pożar, czy też zawartość ognistą wyrzucił okoliczny wulkan, Stein ujrzał słup ognia unoszący się nad Baratarią na tle szafirowego nieba. To, co wówczas Stein odczuł nie było lękiem, lecz jakaś niewytłumaczalna siła z głębi ziemi czy z wnętrza samego dobyta, kazała mu paść na kolana i wymówić nieznane mu, nie wiadomo skąd płynące słowo tajemnej modlitwy: Excelsior…

Z tym oszałamiającym obrazem w oczach, z głową i sercem przepełnionymi tą kamienną muzyką sfer, Stein wyjechał z wyspy i nigdy już na nią nie powrócił. Od czasu wysłuchania tej podniebnej orkiestry, przepowiadanej przez średniowiecznych teoretyków harmonii mundi, stał się nowym, odmienionym człowiekiem. Odtąd zawsze szukał w dźwiękach, pragnął oddać muzyką tę pieśń, którą dla jego uszu zaintonowała natura; ilekroć w sali pełnej słuchaczy brał skrzypce do ręki, usiłował odegrać ten potężny hymn. Nigdy mu się to nie udało i stało się przyczyną jego natchnienia i początkiem jego choroby.

Mijały lata i wydawało się Steinowi, że Barataria zniknęła już na dobre z jego życia; był to okres intensywnej pracy, podróży, koncertów, wykładów na zagranicznych uniwersytetach, międzynarodowych sesji i sympozjów. Nic na to nie wskazywało, by Stein mógł się jeszcze kiedykolwiek dowiedzieć czegoś nowego o Baratarii. Stało się jednak inaczej, spokój trwał dopóki któregoś dnia przypadkiem w chwili wytchnienia nie wziął do ręki Cervantesa. W dzieciństwie czytał oczywiście dzieło o przygodach Don Kichota, lecz szybko zapomniał jak zwala się wyspa, którą we władanie jako wieczysty wielkorządca objął dzielny Sancho Pansa. W czasach pierwszej lektury Stein był zbyt młody, żeby go już przyciągała melodia obcych nazw, a upłynęło zbyt wiele lat, by z tej nazwy pozostało w nim cos więcej ponad mgliste wspomnienie. Tak, to z tej książki kołatało się po jego świadomości wrażenie, że zna to piękne, tajemnicze imię – Barataria. To słowo brzmiące jak magiczne nazwy w ruinach stolic Inków czy Azteków, pachnące dziką, nieokiełznaną przyrodą i wbudowaną w nią sztuką wykwintną i surową. Barataria – czy było to słowo pierwotne, przedhiszpańskie, prekolumbijskie, autochtoniczne, bliskie równie tajemniczym, choć nie tak śpiewnym nazwom Machupicchu czy Tenochtitlan? Czy też narodziło się w europejskiej, lecz na wskroś indywidualnej wyobraźni dźwiękowej genialnego pisarza? Jaka była droga tej nazwy? Czy na początku było słowo? Skąd miałby usłyszeć Cervantes to geograficzne imię? Czy też to hiszpańscy żeglarze zawlekli za ocean nazwę zaczerpniętą z powieści tak słynnej w sto lat po Cortesie? Lecz jakże wytrawnymi czytelnikami musieliby być owi złowrodzy piraci, by nadać wysepce imię, które w ogromnej i przebogatej historii pojawia się mimochodem raz jedyny rzucone pośród licznych kart? Zafascynowany Stein prześledził historię władania wyspą przez Sancho Pansę. Służący Don Kichota otrzymał ją za darmo (barato) i tylko żartem (baratero), a władał tą wieczystą dzierżawą przez dziesięć dni. Ale żart stał się naraz groźny, gdy którejś nocy przerażonego władcę obudziły potężne dźwięki dzwonów, bębnów i trąb; gdzieś z góry zwaliła się na niego ta muzyka sfer: wojna, ogień, wróg! Mieszkańcy zwyciężyli bez tchórzliwego opiekuna, a ten poczuł się w obowiązku złożenia urzędu. I rzekł: „Muszę zmartwychwstać z obecnej śmierci!” Żart przemienił się w naukę, a poszukiwanie doczesnych korzyści okazało się źródłem odwiecznej prawdy. Chwilowy władca wiecznego królestwa został strącony ze skały nierealnych marzeń, którą to karę zadał sam sobie jako zdrajca własnego ludu… Stein analizował uważnie tę historię i znajdował tak nieświadome nici łączące różne wątki rzeczywistości w punkcie owej wysepki zagubionej na krańcu świata, że Barataria stała się dlań krainą symboliczną, terenem nie wymarzonego szczęścia, a wymarzonej sprawiedliwości, terytorium przemiany i miejscem odrodzenia. Wydawało się Steinowi, że Barataria jako owa chwilowa wieczystość w swym wymiarze metafizycznym i transcendentalnym wciąż istnieje, że jej nierealny świat można realnie odtworzyć, a całe jego groźne piękno i kruche szczęście będzie odradzać się jak Fenix. Wystarczy blok stromych skał, jakby spotęgowany i rozbudowany kamień filozoficzny, nad którym rozbrzmiewałaby wieczna muzyka, żeby nastąpiła w nim wieczysta, ostateczna przemiana, jak w każdym, który na tę symboliczną wyspę odrodzenia trafi. Ta idea go wręcz opętała. Postanowił stworzyć nową, własną Baratarię w górzystej kamiennej scenerii, gdzie nad skalistym, postrzępionym terenem górować będzie kamienne domostwo wybranych, a nad nim w jakimś cyrkularnym, pryzmatycznym wymiarze falować będzie wiecznie spekulatywna muzyka sfer. Odtąd szukał dogodnego miejsca, podróżował po kraju w tym jedynie celu, koncertował w najbardziej nieprawdopodobnych, odludnych miejscach, by tylko spenetrować okolicę; pieniędzy miał dosyć na zakup nawet ogromnego zamku. Wybrał jednak ten Pensjonat i zaraz potem zachorował.

Nasz prywatny rok Leśmiana

PiS odmówił uznania, że Bolesław Leśmian jest godnym Bohaterem Roku. Poecie nie jest z tym chyba źle, w końcu Tuwim też nie dostał się do pisowskiego panteonu Twórców Narodowych. Widocznie są obaj gorszego sortu, uczcimy go zatem w tym roku jak najbardziej prywatnie my – obywatele gorszego sortu. Dziś rocznica urodzin poety (22 stycznia 1877 w Warszawie, zm. 5 listopada 1937). Zaczynamy zatem!

Na urodziny Leśmiana, 22. 01. 1877 Maria Szewczyk proponuje:

Bolesław Leśmian – “Szewczyk”

W mgłach daleczeje sierp księżyca,
Zatkwiony ostrzem w czub komina,
Latarnia się na palcach wspina
W mrok, gdzie już kończy się ulica.
Obłędny szewczyk – kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię – Nieobjęty!
Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

(…)

Wśród takiej srebrnej nocy!
Dałeś mi, Boże, kęs istnienia,
Co mi na całą starczy drogę –
Przebacz, że wpośród nędzy cienia
Nic ci, prócz butów, dać nie mogę.
W szyciu nic nie ma, oprócz szycia,
Więc szyjmy, póki starczy siły!
W życiu nic nie ma, oprócz życia,
Więc żyjmy aż po kres mogiły!


Tadeusz Makowski (1882-1932), Szewc 1930, Muzeum Narodowe w Warszawie