Listy z Mazur

Zofia Wojciechowska

Witam Ewo,

Przesyłam Ci krótką opowieść o Mazurach na Syberii, o którą mnie poprosiłaś, gdy ci kiedyś powiedziałam, że ich spotkałam.

krajobraz-chakasja7

Pojawili się na Syberii pod koniec XIX wieku, a ich potomkowie żyją do dziś w dwóch mazurskich wsiach położonych bardzo malowniczo na skraju stepu, w nieco mitycznej Chakasji i Kraju Krasnojarskim należącym do Federacji Rosyjskiej. Historia zaczęła się od listów zachęcających do podjęcia wyzwania i osiedlenia się na nowej ziemi. Pierwszym etapem podróży był Wołyń, tam kilkadziesiąt mazurskich rodzin zetknęło się z tzw. ukazami carskimi, nadającymi gospodarstwa na terenach kolonizowanych, tj. zaludnianych dobrowolnie obszarach Syberii.

krajobraz-chakasjaUkazy carskie stwarzały bardzo korzystne warunki do życia. Wystarczyło zgłosić się do komisji kolonizacyjnej, by otrzymać w transporcie kolei transsyberyjskiej bezpłatne bilety dla całej rodziny oraz dogodne miejsce w wagonie towarowym dla dobytku gospodarczego. Właściciele średnich gospodarstw na Wołyniu, które zasiedlili mazurscy przybysze z pogranicza Prus i Królestwa Polskiego, skuszeni obietnicą nadania ziemi wysyłali tzw. zasadźcę, by ten ocenił możliwość założenia wsi. Zasadźca przesyłał opisy i listy, które ponad 100 – 150 lat temu docierały do Mazurów z Wołynia, a za ich pośrednictwem do członków rodzin z okolic dzisiejszego Ełku. Listy mobilizowały mazurskich kolonizatorów do podjęcia wyzwania. Pierwszą wsią mazurską była Aleksandrowka. Mazurscy osadnicy zabrali swój dobytek z ziemi wołyńskiej i przenieśli się na teren odległej Syberii. Można się dziś zastanawiać, dlaczego podjęli się dobrowolnie wyjazdu w nieznane i bardzo odległe regiony Rosji. W ówczesnym czasie istotną kwestią dla dzisiejszych syberyjskich Mazurów była wolność wiary. Mazurzy na Syberii są najczęściej wyznania ewangelickiego i tworzą wspólnotę anabaptystów. Pamięć dziejowa przetrwała w opowieściach o krajobrazie ziemi ojców, dlatego też Mazurzy założyli wieś na brzegiem rzeki, której krajobraz jest podobny do tego, jaki zapamiętali u dzieciństwa. Malowniczo położona Aleksndrowka zamieszkana jest do dziś przez kilkaset osób. Mieszkańcy trudnią się hodowlą trzody chlewnej, uprawą roli i produkcją mleka. Żyją dostatnio z płodów rolnych własnej produkcji.

krajobraz-chakasja6

Mimo upływu czasu zachowali kulturę języka mówionego i obyczajów świątecznych. Co roku obchodzą na Boże Narodzenie Gody.

krajobraz-chakasja2

Dziś w drugim dniu świąt, gdy w Mrągowie zapada zmierzch, przypominam sobie o złożonym przyrzeczeniu, by napisać do Ciebie Ewo o żyjących Mazurach na Syberii. Odwiedziłam wieś Aleksandrowkę i tę drugą nazwaną Znamienka. Zaprzyjaźniłam się z rodzinami mazurskich osadników i Polakami także tam mieszkającymi. Przesyłam zdjęcie otrzymane od red. Larisy Kornetes, może kiedyś tam pojedziesz i łatwiej będzie odszukać to miejsce. W tym roku udało się nam spełnić prośbę i marzenie Mazurów z Syberii. Oni chcą uczyć się polskich pieśni i psalmów, a my chcemy poznać treść zapamiętaną przez nich z mazurskich kancjonałów.

laris-i-co-aleksandrowka

Larisa Kornetes i Aleksander Sidlik z Aleksandrowki

Oto „List z Mazur na Godne Święta”

Kochani Rodacy, Polacy i Mazurzy na Syberii,

Dziś cały świat chrześcijański cieszy się radością Narodzin Dzieciątka Jezus. Szczególny czas dla nas wszystkich. W ten wieczór wracam myślą do Rodaków mieszkających w odległej Chakasji. Zauroczyła mnie ta kraina, a moje serce od lat przylgnęło do Was. Minione lata pokazały, jak ważne jest wspólne trwanie. Dzieliliśmy się trudnościami, sukcesami i gdy szukać trzeba było rady, powierzaliśmy sobie nasze sprawy. Wykonywaliśmy programy i wyznaczaliśmy zadania. Razem tworzymy program „pomost” łączący Polaków w kraju i na Syberii w Abakanie, Minusińsku i mazurskich wioskach. Cieszę się, gdy czytam o planach red. Larisy Kornetes dotyczących utrwalania wspólnej historii. Z radością przyjmuję Wasze starania nauki języka polskiego w piśmie. Chcemy uczyć się od Was dawnej mowy mazurskiej. Łączymy pokolenia poznając wzajemnie jeszcze nam nieznane dziedzictwo naszej kultury. Przed nami ważny rok w Polsce na Warmii i Mazurach oraz na całym świecie obchodzić będziemy 500 lecie Reformacji. Przesyłam Wam wieść – mamy dla Was nagranie pieśni w języku polskim, będziecie mogli uczyć się śpiewać nasze pieśni. Zgromadzone śpiewniki ewangelickie czekają na dopełnienie żywym słowem. Dzięki staraniom podjętym przez pastora Piotra Mendrocha i parafian tutejszej parafii Ewangelicko Augsburskiej w Mrągowie rzecz cała była możliwa do wykonania. Dzieląc się opłatkiem z Wami przesyłam serdeczne zapewnienie o naszej przyjaźni. Jesteśmy pod wrażeniem dźwiękowych listów od mieszkańców mazurskich wsi na Syberii, zachwyceni ich ciepłym przyjęciem i wolą oraz determinacją, by uczyć się pisać i czytać po polsku.

krajobraz-chakasja3 krajobraz-chakasja4

Mieszkanki Aleksandrowki z autorką (na górnym zdjęciu ma na sobie czerwoną spódniczkę, na dolnym – szary sweter)

La voix des crânes

Steve (l.) bei dem Festival Stadtsprachen mit dem Festivalorganisator Martin Jankowski
siehe auch

Steve-Léo Mekoudja

À chaque fois que je regarde Nestor, mon frère, j’ai l’impression de voir mon père. Son teint chocolat très foncé et éclatant. Son nez épaté. Sa petite taille. Sa vivacité. Ils se ressemblent à telle enseigne que, certains amis de mon père appelaient mon frère « la copie de son père ». Ils lançaient à mon père : « ton fils là te ressemble vraiment. On dirait toi en une plus jeune version. » Mon père esquissait le sourire de qui venait de recevoir un prix, un sourire fugace mais suffisamment lumineux pour que l’on puisse s’imaginer qu’il en  était fier, comme si c’était un mérite. Puis il commençait à leur raconter que lorsqu’il était plus jeune, il était aussi plein de vie que Nestor, aussi insoucieux, aussi agité. Que les gens avaient même demandé à sa mère si elle avait mangé un singe pendant sa grossesse. Ils s’esclaffaient tandis que je souriais machinalement. Machinalement parce que papa racontait toujours cette histoire, toujours de la même façon, toujours avec cet aura de  nostalgie, parlant lentement, s’arrêtant parfois comme pour essayer de se souvenir, comme s’il lui était impossible de se souvenir en parlant ou parler en se souvenant. Je connaissais cette histoire par cœur, le début et la fin et ça ne me gênait guère que mon frère ait plus de traits physiques de papa que moi. Parce que si physiquement, je ressemble plus à mon grand-père, j’ai l’intelligence de mon père. Je suis aussi impatient et  bavard que lui. Surtout bavard… La maison résonnait au rythme de ma voix. Dans le salon, je racontais à mon frère ce que j’avais lu dans les livres que papa m’avait offerts. Dans la cuisine, je complimentais ma mère sur sa nouvelle coiffure et lui suggérais d’acheter de nouveaux modèles de robes que j’avais vus à la télé. Au début, elle souriait, riait, m’écoutait sans piper mot. Peut-être espérait-elle que son silence me dissuade de parler mais il n’en était rien. Je recommençais de plus belle. Elle finissait par gronder :

-Yves, il fait chaud, je suis fatiguée !

Je sortais de la cuisine, déçu, puis jetai mon dévolu sur mon père qui lisait son journal sur la terrasse. Papa était toujours très heureux de parler avec moi, de parler avec quiconque… À quand le prochain gouvernement de Biya? Qui va gagner les prochaines élections présidentielles ivoiriennes ? Que faire contre la corruption grandissante dans notre pays? Les questions de société succédaient aux questions politiques. Papa et moi débattions, riions, nous contredisions.

Mais ce jour où nous allions dans notre village rendre visite à ma grand-mère, ce n’est pas de politique que nous avions parlé  mais de mon métier de rêve. C’était un samedi tiède. Nestor s’assit à l’arrière et moi à l’avant de la jeep, fier de prendre la place  réservée à ma mère, fier d’être assis près de papa, fier d’être son premier fils. Maman se tint près de la voiture et murmura à papa quelque chose qu’il m’était impossible de déceler. Elle avait l’habitude de lui parler de cette façon quand elle voulait lui demander une nouvelle chaussure, un nouveau sac ou un nouveau téléphone.

-Tes ignames et plantains vont salir ma voiture. Non, réagit mon père avec un léger énervement dans  la voix. Un énervement qui n’en était pas réellement un. Il disait toujours non lorsque maman lui demandait d’acheter des vivres frais sur la route du village, prétextant qu’il venait de laver sa voiture et ne voulait pas la salir ou qu’il n’avait pas de temps pour s’arrêter sur la route. Il disait toujours non mais faisait quand même la commission. Je le savais Maman aussi. C’est pourquoi elle répliquait avec un sourire flatteur :

-Tu sais très bien que les vivres sur la route de Santchou coûtent moins chers.

-On doit partir.

-Saluez votre grand-mère.

-Oui, maman. Nestor et moi répondions en chœur. Mon village Fossong-Wentcheng est  situé à quelques kilomètres de Dschang. Au début du voyage, papa ne mettait jamais la musique. Il nous posait des questions sur nos études, sur nos activités sportives. Parfois il nous parlait de ses prochains projets de construction de maisons ou d’achats de voiture. Ce samedi-là, ce n’est pas lui avait amorcé la discussion. Plutôt moi :

-Papa, que faire pour être ministre ? Concentré à conduire, il rit, me regarda, puis dit :

-Tu veux devenir ministre ? Il rit de nouveau, énergiquement à tel point que ses yeux se fermaient, ses joues enflaient. Je l’observai et je me demandais si je riais comme lui. J’essayai de me souvenir de mon propre sourire mais je n’y parvenais point. Je décidai que je me regarderai à travers le rétroviseur de la voiture lorsque je rirai pour vérifier que mon sourire était celui de mon père.

-C’est un bon projet. Mais tu sais que pour y arriver, il va falloir être brillant, être le meilleur.

Je hochai la tête. Il se retourna vers mon frère :

-Toi tu veux être ministre aussi ?

– Moi je veux être footballeur.

-Non. On ne va pas à l’école pour devenir footballeur. On va à l’école pour devenir ingénieur ou médecin. Le football c’est pour les paresseux.

Il prit un air sérieux et accéléra. Nestor garda le silence pendant quelques secondes, puis répliqua :

-Dans ce cas, je serai médecin. Cardiologue. Ainsi je soignerai le cœur de grand-mère.

Nous riions  ensemble et j’en profitai pour me regarder dans le rétroviseur de la voiture. J’avais le même sourire que mon père. J’en étais fier. Je m’endormis en écoutant  African typic collection de Samfan Thomas. Je ne me réveillai qu’à l’entrée de la chefferie de mon village.

Le chef de mon village était très grand et costaud, dix fois plus bavard que mon père. Lorsqu’il me demanda mon prénom, je baissai la tête et murmura quelque chose d’incompréhensible.

-Yves, dit mon père en riant grassement, il s’appelle Yves. Il est très timide.

C’est que le charisme du chef Fossong-wentcheng pouvait briser toute estime de soi. Sa voix était si forte que l’on pouvait l’entendre à un kilomètre. Son rire résonnait plus fort que ceux des autres. Ce jour-là, il ne portait pas de long boubou traditionnel mais une chemise blanche et un pantalon kaki. Il s’assit sur une chaise en bois et prit Nestor sur ses pieds pendant qu’il discutait avec mon père et d’autres invités. Je l’observai, immobile, fasciné, presque apeuré. Les choses traditionnelles, comme les choses religieuses m’effraient parce qu’elles sont mystérieuses. Je ne me souviens plus exactement de quoi ils avaient parlé mais je sais qu’ils avaient ri. Ils avaient beaucoup ri… Le téléphone du chef sonna et il se leva pour décrocher. Nestor qui était assis sur sa cuisse se leva puis voulut s’asseoir sur sa chaise, avant que les cris des gens alentours ne l’en empêchent :

-Non ! Non ! On ne s’assoit pas sur la chaise du chef ! Debout ! Debout !

Mon père ne dit rien et j’étais frustré de ne pas pouvoir lire sur son visage ce qu’il ressentait. Moi qui le connaissais si bien. Avait-il eu peur que Nestor s’asseye sur le siège du chef ? Avait-il honte de n’avoir pas appris à mon frère que nul ne s’assoit sur la chaise d’un chef ? Était-il en colère contre mon frère ? Nestor vint s’asseoir près de moi et je ressentis qu’il avait peur. Il ne dira rien. Il ne racontait jamais ses angoisses mais ses longs silences les trahissaient. Je me demandais ce que j’aurais fait à sa place. Je me demandais ce qu’il se serait passé s’il s’était assis sur le siège du chef. Serait-il mort ? Serait-il devenu stérile ? Malade ? Maudit ? Ces questionnements me filèrent des maux de tête et j’en voulus à mon père de ne nous avoir rien dit, de nous avoir emmené chez le chef sans nous dire que son siège n’était pas un siège comme les autres. J’espérais qu’il nous en parle, qu’il nous en parle enfin. Mais il ne fit aucun commentaire, même pas le soir autour du feu chez grand-mère.

Ce soir-là, grand-mère avait tué un poulet pour sa sauce d’arachide. J’adorais les sauces d’arachides de grand-mère. Je les préférais à celle de ma mère. Grand-mère n’y mettait curieusement pas de la tomate, du  persil et du basilic comme maman. Juste de l’oignon, de la viande et de la pâte d’arachide grillée. Quel était donc le secret de sa sauce ? Était-ce vrai que ses vielles marmites augmentaient le goût des sauces ? J’aimais beaucoup ma grand-mère mais chez elle j’avais peur. Dans son salon, j’entendais des voix, les voix des crânes. J’entendais leurs voix depuis le jour où, par curiosité, j’avais ouvert une marmite qui contenait un  crâne humain. Il y avait trois marmites dans le salon, l’une contenant le crâne de mon feu grand-père et les deux autres, ceux de mes arrière-grands-parents. C’est Rita, ma cousine qui me l’avait dit, mais elle ne m’avait pas expliqué pourquoi grand-mère collectionnait ces crânes des morts. Peut-être ne le savait-elle pas. Grand-mère préparait sa sauce en chantant tandis que les voix des cranes continuaient de m’affoler. Peut-être ne parlaient-ils pas réellement. Peut-être que c’est la peur qui me faisait entendre des choses. Pourquoi étais-je le seul à entendre ces voix ? Ces voix qui me hantaient même pendant mon sommeil.

« N’aie pas peur, dit grand-mère en souriant, les crânes ne te feront pas mal. Les crânes t’aiment. Les crânes t’éclairent. Les crânes te gardent. Les crânes te protègent. »

Stuart 15

Joanna Trümner

Let him know that you know best ‘cause after all you do know best
Try to slip past his defense without granting innocence
Lay down a list of what is wrong the things you’ve told him all along
And pray to God he hears you, and pray to God he hears you

Daj mu znać że wiesz najlepiej, bo naprawdę wiesz najlepiej
spróbuj wyminąć jego obronę, nie uznając niewinności
zostaw listę tego, co jest nie tak – rzeczy, o których mu ciągle mówiłeś
i módl się do Boga, by Cię wysłuchał i módl się do Boga, by Cię wysłuchał

The Fray: How to save a life

Przyjaźń

Podczas długiego lotu z Londynu do Sydney Stuart cieszył się na spotkanie z przyjacielem i próbował uspokoić wyrzuty sumienia na myśl o tym, jak rzadko odzywał się do Iana przez ostatnie pół roku. „Przecież o nim nie zapomniałem, po prostu każdy z nas żył swoim życiem. Dla tak długiej przyjaźni jak nasza pół roku niewidzenia nic nie znaczy”, pomyślał w momencie, w którym zobaczył twarz Iana wśród tłumu oczekujących na lotnisku w Sydney.

Bujna, sprawiająca wrażenie nieuczesanej czupryna przyjaciela rzucała się od razu w oczy i Stuart szybko rozpoznał go w tłumie, zdziwił go jedynie nowy styl ubrania Iana – sprane dżinsy i kraciastą koszulę zastąpił beżowy garnitur ze lnu i elegancki brązowy prochowiec. Ten nowy, elegancki, trochę zdystansowany i wyglądający na starszego niż był Ian wywołał w nim dziwne uczucie obcości. „To przecież niemożliwe, żeby ludzie diametralnie mogli się zmienić przez pół roku”, pomyślał Stuart „To jest mój najbliższy przyjaciel, który w międzyczasie przestał ubierać się jak student. Może przez pracę w banku chce wyglądać poważniej, może jako przyszły ojciec chce sobie po prostu dodać przez wygląd kilku lat?” W drodze do mieszkania na północy Sydney w kupionym niedawno przez Iana samochodzie Stuart zadał przyjacielowi pytanie, które od tygodni chodziło mu po głowie: „Kim jest matka Twojego dziecka?” Odpowiedź padła bardzo szybko: „To najbogatsza dziewczyna w północnym Sydney – jak widzisz i ja miałem w końcu trochę szczęścia”. Stuart głośno się roześmiał, myśląc, że właśnie usłyszał jeden z żartów przyjaciela i przypomniał sobie równocześnie wiele sytuacji z ich wspólnej przeszłości, w których to swoiste, sarkastyczne poczucie humoru Iana pomogło mu nabrać dystansu do siebie i problemów. Spojrzał przyjacielowi w twarz, chcąc mu powiedzieć wzrokiem: „bardzo mi ciebie brakowało”, ale wyraz twarzy Iana zmroził go i przekonał o tym, że nie chodziło o żart. „Ma na imię Rita i jest córką szefa klubu jachtowego, w którym dałeś kiedyś kilka koncertów. Ten klub to tylko jego hobby, on zainwestował w nieruchomości w centrum miasta i już nie musi pracować. Historia z Ritą zaczęła się, kiedy byłeś jeszcze w Nowej Zelandii, ale ja długo nie byłem przekonany, że chcę się z kimś na amen związać – ta ciąża mnie zaskoczyła. Widocznie po prostu tak miało być, ślub będzie za miesiąc i bardzo liczę na to, że będziesz moim świadkiem. Mogłem przecież o wiele gorzej wylądować”. Sposób, w jaki przyjaciel opowiadał o swojej dziewczynie, nie podobał się Stuartowi i czuł, jak pogłębia się w nim uczucie obcości, które odczuł na lotnisku.

W mieszkaniu Iana, w którym od dnia wyjazdu Stuarta zmieniło się bardzo niewiele, przyjaciele spędzili cały wieczór na rozmowie. Wypalili kilka skrętów z marihuaną „na cześć spotkania” i w miarę, jak Ianowi rozwiązywał się język, Stuart z coraz większym przerażeniem patrzył na tego aroganckiego mężczyznę, którego do tej pory uważał za swojego najbliższego przyjaciela – przyjaciela, którego teraz interesowały tylko pieniądze i który jego miłość do Meg skomentował słowami: „przeciecież cię nie stać na takie fanaberie”. W tym momencie chciał podejść do przyjaciela, potrząsnąć nim i krzyknąć: „co się z tobą porobiło?”, ale powstrzymał się, wiedział przecież, że to nie ma najmniejszego sensu. Kiedy Ian poszedł spać, Stuart poczuł potrzebę zwierzenia się komuś ze swojego rozczarowania spotkaniem. Wyszedł z domu i chodząc po pustych ulicach Sydney szukał budki telefonicznej, żeby zadzwonić do Meg. W momencie, kiedy wykręcił jej numer, zdał sobie sprawę z tego, że na drugiej półkuli jest wczesne popołudnie i że Meg na pewno jeszcze pracuje, więc nie usłyszy jej głosu. Mimo to sam fakt, że po drugiej stronie świata jest ktoś, kto nie myśli o życiu tak cynicznie i źle jak jego dotychczasowy najbliższy przyjaciel, uspokoił go. Wrócił do domu i długo przewracał się na niewygodnej kanapie w oczekiwaniu na sen. W głowie wirowały dziesiątki pytań: „Czy to możliwe, że przyjaźń się kończy? A może to po prostu nigdy nie była prawdziwa przyjaźń – ja przecież nie wiem, kim ten człowiek właściwie jest? A może on zawsze już był taki, tylko ja się zmieniłem i nagle to widzę? Co teraz może robić Meg? Czy choć przez chwilę pomyślała o mnie? Czy naprawdę przyleci do Sydney?”

Im dłużej myślał o swojej dziewczynie, tym bardziej mu jej brakowało. Kochał ją za jej mądrość, poczucie humoru i pozytywne nastawienie do ludzi. Nie lubił jej tajemnic i ciągłego uczucia, że waży na wadze każde z wypowiedzianych przez niego słów. Nie lubił jej perfekcji, sposobu w jaki poprawiała mu szalik, albo przypominała o herbacie, która zbyt długo naciągała, w momencie, kiedy mówił coś naprawdę ważnego, nie cierpiał jej cowieczornego rytuału skrupulatnego zapisywania codziennych wydatków w notesie – w tabelce, składającej się z dwóch rubryk: życie i rozrywki. „Ciekawe w której z rubryk zapisze zakup biletu do Sydney? Albo pójście na koncert lub do teatru?”, pomyślał, czekając na sen. Wiedział, że bardzo ją kocha pomimo tych wszystkich śmiesznostek i rzeczy, które go w niej denerwowały. „Czy kochamy kogoś dla jego zalet, czy też pomimo jego wad?”, zastanawiał się, patrząc na wschodzące nad Sydney słońce.

Następnego dnia Ian zorganizował przyjęcie z okazji przyjazdu przyjaciela. Stuart miał okazję poznać „najbogatszą dziewczynę w północnym Sydney” i nowych znajomych przyjaciela. Rita była ładną, o kilka lat młodszą od Iana dziewczyną, która po kilku semestrach przerwała studia historii sztuki, bo „znudziły ją martwe rzeczy”. Po sposobie, w jaki patrzyła na Iana, widać było, że jest w nim mocno zakochana i szczęśliwa, ale że jest też zadowolona, iż pieniądze ojca sfinansują im wygodne życie. Stuart nie pasował do gości na przyjęciu – młodych ludzi, rozmawiających głównie o finansach, planowanych zakupach i podróżach. Na prośbę Iana pod koniec przyjęcia wziął do ręki gitarę i zaśpiewał kilka nowych piosenek. „Na pewno daleko zajdziesz” – powiedział z podziwem Ian. „Ty też”, pomyślał w duchu Stuart i postanowił, że rola świadka na ślubie przyjaciela będzie jego pożegnalnym prezentem dla tej przyjaźni.

W kilka dni później wybrał się w poszukiwanie pracy do szkół w Sydney. Wyorażał sobie to poszukiwanie prościej, dopiero po kilku tygodniach i wielu rozmowach kwalifikacyjnych udało mu się znaleźć zatrudnienie w jednej z najstarszych, renomowanych szkół w mieście. Problem polegał na tym, że na podjęcie zajęć musiał czekać do rozpoczęcia nowego roku szkolnego pod koniec stycznia, kiedy to dotyczczasowy nauczyciel matematyki przejdzie na emeryturę. „Z czego mam żyć przez prawie pół roku?”, zastanawiał się Stuart. Za pieniądze które przywiózł ze sobą z Anglii mógł przeżyć przez dwa miesiące. Za kilka tygodni miała przyjechać do niego Meg i nie wyobrażał sobie, że nie będzie go wtedy stać na pokazanie jej miasta, pójście do teatru, muzeum albo pubu. Sprawa mieszkania była mniej skomplikowana, bo Ian chciał jak najszybciej przeprowadzić się do domu swojej dziewczyny w lepszej dzielnicy i przekazać mieszkanie Stuartowi. Ale to wszytko kosztowało i Stuart musiał szybko znaleźć jakąkolwiek dorywczą pracę, dzięki której będzie mógł przeczekać do końca stycznia.

Stuart zdecydował się odwiedzić domy starców, w których kiedyś prowadził zajęcia z muzyki. Miał szczęście, w jednym z domów starców na północy miasta pilnie poszukiwano od zaraz kogoś do pomocy. Po podpisaniu umowy Stuart wrócił do mieszkania przyjaciela i podzielił się z nim nowinami: „Ja bym za żadne pieniądze nie podcierał komuś tyłka”, skomentował Ian, kręcąc głową z dezaprobatą. „Ale ja nie mam wyjścia. Poza tym to jest tylko na kilka miesięcy” – odpowiedział Stuart i czuł jak wzrasta w nim złość na samego siebie – złość na to, że tłumaczy się z tak oczywistej rzeczy jak podjęcie pracy. „To już w ogóle możesz zapomnieć o muzyce” – dodał Ian, a Stuart z żalem pomyślał, że prawdziwy przyjaciel – ten Ian, którego pamiętał i którego obraz nosił ciągłe jeszcze w głowie, obróciłby tą sytuację w żart, pocieszyłby go i nie deptałby po jego uczuciach. „Będę świadkiem na jego ślubie, bo jestem tego winien wieloletniej przyjaźni, ale przyszedł czas, żeby nasze drogi się rozstały”, pomyślał po raz nie wiadomo który w ciągu ostatnich dni.

Stuart zaczął więc pracować w domu starców. Nowe zajęcie było dość dobrze płatne i miało kilka plusów – zaczynało się o szóstej rano, a już o trzeciej po południu Stuart był wolny. Wolny, ale tak fizycznie zmęczony dźwiganiem starszych ludzi, przenoszeniem ich z łóżka na fotel, karmieniem, przewijaniem i myciem, że nieraz zasypiał w drodze metrem do domu. Z upływem czasu przyzwyczaił się do wczesnego wstawania i fizycznego zmęczenia, ale nie mógł przyzwyczaić się do tego, co codziennie obserwował w domu starców – do sposobu, w jaki traktowało się tam starych ludzi, mówiąc o nich wyłącznie w osobie trzeciej, jak o kimś, kogo nie ma, kto przestał istnieć. Stuart nigdy nie widział, żeby ktokolwiek z personelu czytał mieszkańcom ośrodka opieki książkę, rozmawiał z nimi, albo próbował zająć ich czymkolwiek, usprawniającym zdolności manualne. Zrozumiał, jak wielkim wydarzeniem w ich życiu były prowadzone wcześniej przez niego zajęcia z muzyki i wyprosił u kierownika ośrodka zgodę na ich kontynuację. Codziennie po śniadaniu grał mieszkańcom ośrodka przez pół godziny na gitarze i z biegiem czasu ten rozpoczynający dzień rytuał stał się dla nich bardzo ważny. Muzyka przypominała im o tym, że w ich niedołężnych ciałach jest jeszcze radość i ciekawość życia, a czas, który pozostał, jest czymś więcej niż czekaniem na śmierć i samotnością.

W trzy tygodnie po rozpoczęciu pracy w domu starców był świadkiem na ślubie Iana. Podczas ubierania się w przywieziony z Anglii, zakupiony na ślub siostry szary garnitur, Stuartowi przeszła przez głowę myśl: „To już drugie małżeństwo, w którym miłość nie gra żadnej roli”. Nie miał zupełnie pomysłu na prezent dla młodej pary, na szczęście z niezręcznej sytuacji wybawił go Ian, proponując żeby zamiast prezentu dał podczas jego wesela krótki koncert. Stuart zaśpiewał piosenki o sile przyjaźni i o szczęściu, jakim jest spotkanie prawdziwej miłości. Z trudnością powstrzymywał swoje emocje, przekonanie o końcu przyjaźni z Ianem i wątpliwości co do małżeństwa byłego przyjaciela. Jego muzyka była tak autentyczna i emocjonalna, że zachwyceni występem goście weselni poprosili go o bis: „Więc muzyka dociera nawet do tych, co wszystko mają, wszystko widzieli i których na wszystko stać” – pomyślał ze zdumieniem. Z ulgą zauważył, że wśród weselnych gości ze strony Iana przyjechali tylko rodzice, nie było tam Ann, przed nią wstydziłby się tego, że jest na etapie życia, w którym zmuszony jest do wykonywania prostej, fizycznej pracy, przed nią wstydziłby się, że cały ten wyjazd do Australii, o którym kiedyś wspólnie marzyli, był na razie niepowodzeniem.

Czas mijał dosyć szybko i przyszedł dzień, w którym odebrał Meg z lotniska. W drodze na lotnisko myślał o niej, cieszył się, że zobaczy swoją dziewczynę, ale równocześnie nie mógł opanować strachu przed tym, że może zapanować między nimi ta sama obcość, co między nim i Ianem. W momencie, kiedy rozpoznał ją w tłumie pasażerów zrozumiał, że jego lęk był niepotrzebny, a jego dziewczyna jest tą osobą, na którą czekał nie tylko od wielu tygodni, ale całe swoje życie.

Cdn

Xmas special, 28.12.2013

Redakcja nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego ten tekst czekał aż trzy lata na publikację, ale zgodnie z podaną datą, zamieszczamy ten świąteczny wpis już po świętach, 28 grudnia.

Anna Rosner

Czas na awans

– Jak pisany pod dyktando – rzucił, zsuwając okulary na czubek nosa. Nie był już młodzikiem i męczyły go długie godziny spędzone na wertowaniu korespondencji. Mimo to starał się nie robić wielu przerw i konsekwentnie czytać każdą, nawet zabrudzoną, pomiętą, naddartą czy nieczytelnie nabazgraną kartkę. Należało to do jego obowiązków, a wśród niewielu zasad, jakie ciągle wyznawał, znajdowała się ta dotycząca sumienności.

Omiótł wzrokiem biurko zastanawiając się, na którą stertę powinien odłożyć ostatni list. Odpowiednie posortowanie korespondencji było kluczowe. Inaczej zlecenie mogłoby zostać opacznie zrozumiane lub, co gorsza, błędnie wykonane.

– Ciekawe, co będzie w tym – mruknął pod nosem rozcinając następną kopertę staroświeckim nożem do papieru. – Co się stało z tymi ludźmi? Czysty materializm i zero jakiejkolwiek wyobraźni czy ducha indywidualizmu. Każdy chce tego samego!

Rozprostował niewprawnie wyrwaną z zeszytu kartkę, ozdobioną na marginesach tłustymi plamami. Pisane dziecięcą ręką litery wyglądały, jakby każda z nich cierpiała na poważne problemy osobowościowe. Nieletni autor użył co najmniej trzydziestu kolorów, czym zapewne rekompensował braki wiedzy z zakresu ortografii i interpunkcji. Pod listem zamieścił obrazek przedstawiający świętego Mikołaja i choinkę, która ledwie trzymała pion z powodu upchniętych pod nią paczek. Mężczyznę bardziej niż rysunkowe prezenty zaintrygował kieliszek w dłoni tłustawego staruszka oraz coś, co prawdopodobnie miało być talerzykiem z ciasteczkami.

Odłożył delikatnie list na biurko i dolewając sobie nieco cherry mruknął, ni to do siebie, ni to do nadawcy:

– Dobrze, że mi przypomniałeś. Szkoda tylko, że to jedyna, w miarę inteligentna, rzecz w tym całym steku bredni. Daj mi iPada – zaczął czytać udając głos dziecka – i nowego laptopa, komórkę, konsolę do gier, większy telewizor, szczeniaczka, skuter i tablet. Jasne – zaniósł się kaszlem, po czym wrócił do swojego naturalnego tembru. – Nie ma sprawy, w końcu to rodziców dotknął kryzys, a ja mogę wszystko. Pieprzony materializm. Czy nikt z was nie może chcieć drewnianych klocków albo konia na biegunach? Pozytywki są passe? Czekolada kłuje w ząbki? Książki stały się niemodne? Rozwydrzone bachory… Do tego zaczyna od „daj”, żadnych formułek grzecznościowych, żadnego „proszę”, „chciałbym”, „marzę” czy głupiego „bardzo by mi zależało”. Nawet „drogi święty Mikołaju” pominął!

Pociągnął haust alkoholu i odłożył list na największą z kupek, oznaczoną hasłem „elektronika – dział licencjonowany”. Przepracował na swoim stanowisku już wiele lat i uważał, że świat coraz bardziej schodził na psy. Czytanie i dzielenie korespondencji było nużące. Jednak to rozmyślanie nad tym, jak bardzo forma i wydźwięk tego, co do niego przychodziło, zmieniało się przez dziesięciolecia, przyprawiało go o ból głowy.

Drewniane przegródki, te same które zastał na biurku rozpoczynając służbę, stały praktycznie puste. Pod etykiety takie jak „narty & sanki” czy „zwierzęta” zawsze trafiało nieco korespondencji, ale już te opisane słowami „dział wyrobów drewnianych” czy „zabawki mechaniczne-nakręcane”, rzadko wypełniały się choćby w połowie, mimo tego, że korespondencja nadchodziła już od początku listopada.

Nowe, plastikowe skrzynki, w które odkładał listy dotyczące gier, komputerów, telefonów, tabletów czy różnej maści gadżetów elektronicznych, musiały być opróżniane co kilka godzin. Czasy, w których największym marzeniem był powrót ojca z wojny czy to, żeby złą macochę zastąpiła miła, nowa i kochająca pani, należały do zamierzchłej przeszłości. Świat nie posuwał się już powoli ku nowemu, biegł i wpadał w objęcia postępu technologicznego, dostarczając coraz droższych i bardziej wyszukanych zabawek. Ludzie nie wyobrażali sobie bez nich życia, choć nie tak dawno temu wszyscy obywali się bez nich.

Cóż – pomyślał – dzięki temu wszystkiemu, dzięki listom, mam pracę. Gdyby ludzie przestali wierzyć, pisać i prosić, znalazłbym się na bruku, ale za jaką cenę?

Był człowiekiem starej daty. Uważał, że każdy prezent jest mile widziany, choć powinien stanowić tylko dodatek do czegoś ważniejszego, niematerialnego. Miał wrażenie, że wartości rodzinne przechodziły od lamusa tak samo jak drewniane, machającymi skrzydełkami kaczuszki na patyku, hula-hop czy skakanki. Stawały się hasłem w ustach polityków i czymś, o czym czytało się w książkach. Najważniejsze okazywały się prezenty, a nie spędzanie czasu wśród krewniaków, jak to kiedyś bywało.

Rozparł się w fotelu i przymknął oczy, dając im odpocząć. Świat zmieniał się tak szybko, że nie mógł już za nim nadążyć. Próbował się z tym pogodzić, choć zadanie to okazało się trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Tylko biuro pozwalało mu zachować resztki równowagi psychicznej i w miarę zdrowego rozsądku. Gdyby przeniesiono go do jakiegoś nowoczesnego biurowca, z pewnością zwariowałby przed końcem pierwszego dnia pracy. Szczęśliwie miał pracodawców przywiązanych do tradycji.

Niskie pomieszczenie z drewnianymi ścianami i sufitem odpowiadało mu bardziej niż szklane twory najznamienitszych architektów. Parterowe okna, na których często pojawiały się wzory tworzone przez mróz, wychodziły na pokryty śnieżną pierzyną las. Kominek też był nie bez znaczenia, najnudniejsze i najgorzej nawet napisane życzenia lepiej czytało się w cieple i przy żarzących się, trzaskających raz po raz polanach. Poza tym, znajdujące się na tyłach biura mieszkanie stanowiło kolosalne ułatwienie. Nikomu w jego wieku nie chciałoby się codziennie dojeżdżać do pracy, a tu od domowego jedzenia, pięknej żony i możliwości krótkiej drzemki przed telewizorem, dzielił go tylko niewielki korytarzyk. Dodatkowo, mieszające się zapachy dymu, piernika, pomarańczy i dopiekającego się powoli indyka, działały łagodząco na jego zszargane pracą nerwy. Lubił, kiedy na suficie wieszano jemiołę, mógł ją wykorzystać i skraść pocałunek swojej żonie. Widząc dekoracje wiszące na framugach drzwi i okien, czuł się spokojniej, nabierał pewności siebie. Wiedział, że robi coś ważnego.

Miał już sięgnąć po kolejną kopertę, gdy rozległ się dzwonek telefonu. Kilka lat wcześniej zmuszono go do zamiany starej, ebonitowej słuchawki na nowoczesny szmelc, do którego nie mógł się przyzwyczaić. Jak mu tłumaczono, musiał się na to zgodzić z powodu informatyzacji biura. Nowszy telefon był niezbędny, by mogły działać faksy, śmaksy i internety.

Na podstawce słuchawki mrugało niecierpliwie światełko połączenia wewnętrznego, znak którego nie można było ignorować. Śnieżynka mogła dzwonić tylko w ważnej sprawie, szczególnie, że nie nadeszła jeszcze pora kolacji. Odebrał więc bez chwili wahania.

– Słucham kochanie, co się stało?

– Pan Anderson przyjechał, właśnie otworzyłam mu bramę. Byłabym wdzięczna, gdybyś mógł go wpuścić do siebie tak, by ominął kuchnię. Mam tu wszystko rozgrzebane, nie mam czasu pić z nim herbatki. Przyniosę wam coś, tylko zatrzymaj go tym razem w biurze.

– Oczywiście. Na pewno ma do omówienia jakieś zawodowe sprawy, nie będziemy zawracać ci głowy. Mogłabyś przysłać do nas Juniora?

– Synuś – usłyszał stłumiony głos żony – mógłbyś za chwilkę zanieść tacę do gabinetu taty?

Po krótkiej chwili Śnieżynka odezwała się wprost do słuchawki:

– Przyniesie mi tylko węgla do pieca i już do was idzie.

– Dzięki. Jesteś boska.

Odłożył słuchawkę zerkając na wiklinowy kosz z nieotwartymi listami, zwiastunem długiej, pracowitej nocy.

*                               *                                 *

Rzadko miewał gości, dlatego postanowił odpowiednio przywitać nadjeżdżającego Andersona, jednocześnie nie pozostawiając mu większych szans na zapuszczanie żurawia w miejsca, o których nie powinien zbyt dużo wiedzieć. Naciągnął kurtkę czerwonego uniformu i grube, dwupalczaste rękawice z białą lamówką. Postawił obszyty futrem niedźwiedzia polarnego kołnierz i wyszedł w arktyczne zimno.

Śnieżna pierzyna przykrywała wszystko. W świetle, padającym z okien domu, biel skrzyła się niczym brokat. Dzikich ostępów, w których schowane było biuro, praktycznie nie odśnieżano. Choć terenówka Andersona radziła sobie z zaspami, szarżowanie w takich warunkach nie wchodziło w grę i do pojawienia się gościa na podjeździe zostało jeszcze kilka minut. Mężczyzna postanowił to wykorzystać i przewietrzyć się przed rozmową. Spodziewał się, że nie będzie łatwa ani przyjemna, w końcu w tak newralgicznym momencie – gdy miał ręce pełne roboty – nikt nie składałby mu kurtuazyjnych wizyt.

Wyszedł kilka kroków przed dom i wziął głęboki oddech, pozwalając lodowatemu powietrzu wypełnić płuca. Lubił zimę, trzeszczenie śniegu pod butami i szczypanie mrozu na policzkach. Czuł się wtedy jak dziecko, jak w czasach, kiedy bawił się przed domem, lepił bałwany czy uczył się biegać na nartach. Tak jak wtedy, gdy pierwszy raz wydawał dyspozycje gnomom i nabierał wprawy w kontrolowaniu ich zachowań.

Urodził się w tych ostępach i nie wyobrażał sobie życia gdziekolwiek indziej. Kilka razy żona namówiła go na wczasy w tropikach twierdząc, że „trochę słońca nikomu jeszcze nie zaszkodziło”. Czuł się tam okropnie, żar i kaskady spływającego mu po karku potu męczyły go strasznie. Zgadzał się na te szalone eskapady tylko dla niej. Widział jak kwitła w cieplejszym klimacie, no i wyglądała oszałamiająco w kostiumie kąpielowym rozciągnięta na ręczniku plażowym czy na leżaku. On jednak zdecydowanie był człowiekiem północy.

Miał ochotę ulepić kilka śnieżnych kul i rzucić nimi choćby w najbliższe drzewo. Powstrzymała go jedynie świadomość, że pewne rzeczy zwyczajnie nie uchodziły człowiekowi w jego wieku. Poza tym jego plecy wyrażały zdecydowany sprzeciw, gdy próbował się schylać. Zamiast robić z siebie durnia, postanowił przejść się powolnym krokiem i sprawdzić, czy wszystko działa tak, jak powinno.

Drewniany domek stał najbliżej drogi i stanowił najstarszą częścią zabudowań jego małego imperium. Warsztat, w którym dawniej wykonywano zabawki, zburzono lata temu. Był tak mały, że w pewnym momencie zwiększenie jego wydajności stało się po prostu niemożliwe. W dodatku większość zamawianych u niego produktów wymagała specjalistycznych taśm produkcyjnych, a najciężej nawet pracujące gnomy nie były w stanie zastąpić elektronicznych robotów i precyzji ich działania. Konieczne okazało się zainstalowanie maszyn, a to było możliwe jedynie w dużej fabryce. Wybudowano ją na miejscu starej szopy i terenach porośniętych wcześniej zagajnikiem.

Budynek nie pasował do okolicy. Już z drogi dojazdowej widać było sterczące ponad staromodnymi zabudowaniami biura kominy, ale nie było innego wyjścia. Ustępstwa natury estetycznej były konieczne, jeśli chciało się iść z duchem czasu, choć członkowie Greenpeace zapewne dostaliby ataku apopleksji na sam widok molocha. Gdyby dodatkowo wiedzieli, jaki skład chemiczny miały wyziewy przedostające się z jego manufaktury do atmosfery, bez przerwy pikietowali by ukryte w dzikich ostępach budynki. Szczęśliwie jednak umowy, jakie podpisał z kilkoma państwami w zamian za świadczone usługi, skutecznie chroniły go przed ujawnianiem podobnych informacji. Gorzej przedstawiała się kwestia opornych pracowników, którzy wszelkie międzynarodowe papiery mieli w głębokim poważaniu.

Przeszedł wzdłuż ściany domu i zajrzał na fabryczne podwórze. Niewielkie, metalowe drzwiczki, prowadzące w głąb olbrzymiego budynku były lekko uchylone. W padającym na zewnątrz świetle fabrycznych jarzeniówek dostrzegł kilka kulących się z zimna postaci. Nie był w stanie rozpoznać, które gnomy postanowiły zrobić sobie przerwę, ale miał pewność, że było ich trzech. Mamrotały coś i najwyraźniej próbowały się rozgrzać nie tylko drepcząc w miejscu, ale i popijając coś z przekazywanej z ręki do ręki piersiówki.

– Degeneraci… – mruknął pod nosem. – Już ja was nauczę.

Jedną z podstawowych rzeczy, jakie musiał opanować obejmując swoje stanowisko, było kontrolowanie zachowań tych dziwnych stworzeń. Choć czuł, czy prace posuwają się zgodnie z harmonogramem, nawet jeśli nie było go w okolicach fabryki, wpływał na zachowanie podwładnych, jedynie mając ich w zasięgu wzroku.

Mógł oddziaływać na nich na kilka sposobów. Wywoływanie ataków bólu czy skurczy mięśni stanowiło broń ostateczną, której starał się unikać. Wolał przesyłanie obrazów bezpośrednio do ich umysłów, bądź wpływanie na ich uczucia. Nie czerpał satysfakcji ze swoich mocy, uważał jednak, że dyscyplinowanie pracowników to uświęcona tradycja, której nie powinien się przeciwstawiać. Tak samo robili jego ojciec i dziadek. Poza tym gnomy zdawały się być przyzwyczajone do takiego sposobu dyscyplinowania. Spodziewały się go i miał wrażenie, że rozumiały go lepiej, niż odbieranie czasu wolnego, nagany czy groźbę zwolnienia. Ostatnia z kar nie była zresztą niczym innym, niż czczymi pogróżkami, wiedziały o tym tak samo dobrze jak on.

Skupił uwagę na niesubordynowanych karzełkach, wywołując w ich umysłach poczucie winy. Po chwili przesłał obraz pracujących na pełnych obrotach maszyn i taśm produkcyjnych pełnych wadliwie wykonanych zabawek. Podejrzewał, że to wystarczy i nie pomylił się. Czerwone punkciki żarzących się papierosów opadły na zaśnieżoną ziemię. Dwie skulone postacie pośpiesznie podreptały do fabryki, a trzecia ruszyła truchtem w kierunku starych stajni i wybiegu reniferów. Minęła w milczeniu zwierzęta i weszła do warsztatu, by dołączyć do kompanów, zajętych przeglądem i remontem sań.

Westchnął, patrząc na niską, drewnianą chatkę. Rozumiał konieczność modernizacji i dostosowania wytwórni do potrzeb zmieniającego się świata, ale to co robiły ze środowiskiem wydobywające się z fabryki zanieczyszczenia, było mu ciężko zaakceptować. Najbardziej martwił się o zwierzęta, choć i stan gnomów był zatrważający. Pamiętał, że gdy był chłopcem, karzełki były zdrowe, silne i chętne do pracy. Teraz właściwie każdy z jego „pomocników” miał jakieś wady genetyczne – zdeformowane nogi, zniekształcone twarze, wykrzywione dłonie i palce.

Renifery co kilka lat trzeba było zastępować młodszymi – żadne zwierzę nie wytrzymałoby pracy przez tyle lat, ile on sam spędził na służbie. Coraz bardziej toksyczne wyziewy komplikowały sprawę. Starano się rozmnażać je tak, by młode miały domieszkę świeżej krwi. Mimo to jednak rodziły się mutantami. Te, które przeżyły pierwsze tygodnie, zazwyczaj zdychały po najwyżej czterech latach, podczas gdy dzikie dożywały sędziwego wieku dwudziestu wiosen. Choć wszystko to było dość zasmucające, mężczyzna musiał przyznać, że niektóre maleństwa były na swoisty sposób urocze. Jednego z tegorocznych zwierzaków miał zamiar oswoić i przysposobić do życia w domu – w końcu nawet u renifera co dwie głowy to nie jedna. Niestety nie przeżył nawet dwóch tygodni i wszyscy zgodzili się, że przyczyną śmierci najpewniej były właśnie jego dwie głowy i kark, zbyt słaby, by je unieść.

Zerknął ostatni raz na swoje stadko, przez chwilę zastanawiając się, dlaczego renifer o czarno-fioletowym futrze został zaakceptowany przez przywódcę stada, a ten o sześciu nogach nie. Nie rozumiał niektórych decyzji starego Berniego, ale szczęśliwie nie był do tego zobligowany. Jako najstarszy z reniferów to właśnie Bernie decydował o wszystkim co działo się w zagrodzie, a w jego głowie rodziły się najdziwniejsze pomysły. Wiadomo było tylko, że kiedy zaczynał się ślinić, coś mu się podobało, kiedy zaś poruszał na raz obydwoma ogonami, coś wytrącało go z równowagi.

*                               *                                 *

Odwrócił się, słysząc coraz wyraźniejsze trzeszczenie śniegu pod kołami wjeżdżającego na podjazd samochodu. Anderson w końcu przebił się przez zaspy i właśnie parkował przed wejściem do chatki.

– No to zaraz się zacznie. Pretensje o wszystko – mruknął, poprawiając nie wymagający tego kołnierz kurtki. – Jakby nie mógł po prostu zadzwonić albo napisać tego śmiesznego czegoś, co można odebrać w komputerze…

Nie miał czasu na picie herbatki z przeklętym biurokratą. Zostało jeszcze kilka spraw do załatwienia i większość z nich nie mogła czekać zbyt długo. W końcu nawet zmodernizowana fabryka potrzebowała kilku godzin na wyprodukowanie kilkuset konsol i tabletów, a do świąt zostały już tylko godziny.

– Panie Anderson, co za miła niespodzianka – powiedział podchodząc do samochodu. Wiedział, że jego gość nie należał do ludzi o zbyt lotnym umyśle i zazwyczaj nie rozróżniał szczerości od sarkazmu.

– Witam, witam. Wiem, że przychodzę nie w porę, ale dostałem wyraźne dyrektywy. Musimy porozmawiać. Postaram się zająć jak najmniej czasu.

– Oczywiście.

– Jak mawiamy my, księgowi, czas to pieniądz – roześmiał się, najwyraźniej uważając własny dowcip za szczyt wyrafinowanego humoru. – Nie uważa pan, że to święta racja? Nawet jeśli…

– Będzie pan łaskaw wejść do biura, panie Anderson. Tam jest cieplej.

– Chętnie…

Przepuścił gościa w drzwiach, ze zgrozą obserwując, jak wielkie grudy śniegu odpadały z butów wprost na dywan.

Junior, który w międzyczasie pojawił się w gabinecie ojca, skłonił się lekko nalewając gorącą herbatę do porcelanowych filiżanek.

– Niech pan siada, panie Anderson. Czemu zawdzięczamy pańską wizytę? – spytał, jednocześnie wskazując miejsce przy niewielkim stoliku.

– W końcu postanowił pan przyuczyć syna do zawodu? Bardzo słusznie, panie Mikołaju, bardzo słusznie!

– Junior wie, na czym polega moja praca. Prawda, synu?

– Jak najbardziej.

Księgowy usiadł najbliżej kominka i uśmiechnął się patrząc na Juniora. Wyglądało na to, że rozmowa może przebiec łatwiej, niż się spodziewał. Wiedział, że żaden z nich nie był zadowolony z jego wizyty, ale dostał wyraźne polecenie, a niektórym ludziom lepiej było się nie przeciwstawiać. Musiał przyjechać bezzwłocznie i przekazać informacje. A potem wywrzeć nacisk… Wolałby siedzieć teraz w domu, ubierać choinkę i słuchać bezsensowych uwag żony dotyczących tego, gdzie powiesić którą bombkę.

Zmusił się do uśmiechu i powiedział:

– Cieszy mnie to. Nawet bardzo.

– I przyjechał pan tylko po to, żeby wyrazić swoją radość z powodu postępów, jakie czyni mój syn?

– Nie, panie Mikołaju, choć przyznaję, że są one istotne – odparł, otwierając przyniesioną z samochodu aktówkę. – Proszono mnie o złożenie wam niezwłocznej wizyty i wyjaśnienie kilku kwestii.

– Słucham.

– Watykan jest panom wdzięczny za wieloletnią służbę. Doceniamy to, że tak sumiennie ją wypełniacie, i że przez te wszystkie lata panów, że tak powiem, firma, jako tako działa…

– Jak to „jako tako”? – Mikołaj zamarł z filiżanką wpół drogi do ust.

– Cóż, ostatnio wasze statystyki przedstawiają się nieszczególnie dobrze. Wiem, że nie dajecie rady sami czytać wszystkich listów, produkować zabawek i ich rozwozić, ale moi przełożeni wyrażają głębokie zatroskanie ostatnimi incydentami.

– Jakieś konkrety?

– Panie Mikołaju, niech pan nie udaje, że nie wie, o czym mówię. W ostatnim roku wasi wysłannicy nie spisali się tak dobrze, jakbyśmy tego oczekiwali. Raport wyraźnie mówi, że stu czterdziestu dwóch agentów zostało przyłapanych na gorącym uczynku i aresztowanych pod zarzutem włamania. Szczęśliwie większość tych spraw została wyjaśniona i tylko siedemnastu nie udało nam się wybronić. Musieliśmy pomagać im w ucieczce z więzień, transportów i aresztów. Szesnastu zostało pogryzionych przez psy stróżujące, a dziewięciu uległo poważnym wypadkom w trakcie wypełniania obowiązków związanych z pracą.

– Rozumiem, ale jeśli pan pozwoli przypomnę, że nad departamentem doręczania czuwa ktoś z Watykanu, nie ja. To on odpowiada za werbunek i szkolenie agentów. My przygotowujemy i opisujemy paczki, które oni mają podrzucić w odpowiednie miejsca. Sami zajmujemy się, że tak powiem, kwestiami wizerunkowymi. Wie pan, czasem jakieś dziecko musi zauważyć mnie na dachu, czasem dobrze przelecieć nisko nad jakimś osiedlem, czy zatrzymać się na chwilę w jakiejś wiosce, żeby napoić renifery.

– Wiem o tym. Chciałem tylko, tak na wstępie, przedstawić panu skalę problemu. Jak pan widzi doszło do kilku wpadek. Oczywiście, w skali całego przedsięwzięcia możemy tu mówić o dopuszczalnej ilości błędów. W dodatku błędów popełnionych z winy koordynatora działu doręczania, ale to nie on odpowiada za to, że ponad siedem tysięcy paczek zawierało przedmioty, o które obdarowani nie prosili, prawda?

– Ile?

– Ponad siedem tysięcy – powtórzył spokojnie. – Wiem, że biorąc pod uwagę ogólną liczbę odwiedzonych osób to nie tak dużo, ale zdaniem przełożonych to i tak zbyt wiele. Szczególnie, że mówimy tylko o przypadkach drastycznych. Pomijam doręczenie złego modelu czy koloru zabawki.

– Co w takim razie nazywa pan „przypadkami drastycznymi”? – wtrącił milczący do tej pory Junior. Stał oparty o kominek i przysłuchiwał się rozmowie.

– Na przykład sześcioletnia Francesca z Treviso prosiła o… – znalazł odpowiednią stronę raportu i przeczytał – „pieska, smycz i obrożę, żeby dało się z nim chodzić na spacery”. Rzeczywiście dostała to wszystko, tyle, że chodziło o obrożę dla psa, a nie taką wykonaną z czarnego lateksu z różowym, brokatowym napisem „jestem twoją suczką”.

– Niemożliwe… nie wysłaliśmy czegoś takiego!

– Owszem, wysłaliście. Mamy w aktach zdjęcie, jeśli chcecie zobaczyć. Nieprzyjemna pomyłka, szczególnie biorąc pod uwagę ostatnie oskarżenia pod adresem kościelnych pracowników niższego szczebla, jakie zalewają media. Nieprawdaż? Kwestie wizerunkowe, o których raczył pan wspomnieć, raczej kiepsko się prezentują w tym świetle.

Mikołaj zerknął na syna. Junior zdawał się być równie zaskoczony doniesieniami, jak on sam, starał się jednak zachować kamienną twarz.

– Gdyby to było wszystko, to pewnie jeszcze przymknęlibyśmy oko, ale ta obroża to dopiero początek. Ponad dwieście paczek trafiło do złych adresatów – ciągnął Anderson wertując papiery. – Na przykład Jesse Harris, sześciolatek z Chicago, dostał tę przeznaczoną dla Jessiki Harrison z Columbii. Zamiast wiatrówki znalazł pod choinką pluszowego, błękitnego jednorożca. Niech wam wystarczy, że jak powiedzieli nam jego rodzice, „nie był w pełni usatysfakcjonowany”. Rodzice dziewczynki początkowo nie złożyli skargi, choć też byli zaskoczeni. Odezwali się do nas dopiero wtedy, gdy mała zaczęła bawić się w unowocześnionego Wilhelma Tella i strzelała do owoców ustawionych na głowie czteroletniego brata. Na szczęście miała dobre oko i skończyło się na strachu, ale podobnych przypadków było bardzo, bardzo dużo.

– Siedem tysięcy… – mruknął Junior.

– Ponad siedem tysięcy. Chłopiec z brazylijskich slumsów prosił o kule, pisząc, że ma problemy z nogami. Wysłaliście kule, tyle że do gry w kręgle. Czteroletni Kanadyjczyk prosił o tomahawk, ale dlaczego spakowaliście mu toporek z kamiennym ostrzem, zamiast plastikowego? Poduszka z pierzem to nie to samo, co poduszka z zaszytą martwą kurą. Kiedy ledwo piszące dziecko prosi o „chamak”, „bómerank” i „namiod” nie wysyłajcie mu, na litość boską, słownika ortograficznego, tylko to, o co prosi!

– Rozumiem rozgoryczenie pańskich przełożonych – odezwał się w końcu Mikołaj, starannie dobierając słowa, – uważam niemniej, że biorąc pod uwagę ogólną ilość paczek, wpadki, jak raczył pan nazwać te incydenty, są jednostkowe. Poza tym problemy i nieścisłości zdarzały się zawsze, ale nawet one nie powinny przyćmiewać naszej misji. W końcu pracujemy dla wspólnego dobra, a liczba dzieci, które nie dostałyby…

– Wiem, słyszę to odkąd z panem współpracuję. Nie mam zamiaru kwestionować sensu naszych działań, przysłano mnie tylko po to, żebym przekazał panu, że Watykan wyraża głębokie zaniepokojenie zaistniałą sytuacją. Zostawię panu kopię raportu i niech sam pan ją przejrzy, na spokojnie i w wolniejszej chwili. Radzę też znaleźć czas na przegląd tego, co wysyłacie.

Junior podszedł do stołu i, podnosząc kopię raportu, spytał z przekąsem:

– Głębokie zaniepokojenie? Wyuczył się pan tych papierów na pamięć?

– Moi przełożeni jasno się wyrazili. Wiedzą, że robicie co tylko się da, doceniają wasze poświęcenie i cieszą się, że przez tak wiele lat współpraca z wami układała się całkiem dobrze. Sugerują jednak, by zastanowili się panowie, czy nie nadszedł czas na zamiany. Może przydałaby się jakaś kontrola jakości?

– Kontrola jakości? Wie pan, ile paczek zjeżdża co godzina z taśm w tej fabryce?

– Wiem, to też jest w raporcie. Może po prostu, jak też sugeruje raport, nadeszła już pora na zmianę pokoleniową?

Mikołaj spodziewał się usłyszeć wiele pretensji i niemało z nich dałby radę znieść bez mrugnięcia okiem. Nie podejrzewał jednak, że Anderson ośmieli się wystąpić z podobną sugestią, co więcej najwyraźniej pochodzącą nie od niego, czy kogoś z niższego stanowiska, lecz z samej góry, od autorów raportu, którymi byli najwyżsi przedstawiciele Watykanu z biskupami włącznie.

– Niech pan tak na mnie nie patrzy. Czasy się zmieniają, ludzie tacy jak pan czy ja nie nadążają. Świat należy do młodych.

– Rozumiem, co ma pan na myśli – odpowiedział po chwili Mikołaj, cedząc słowa. – Uważam jednak, że pańskie uwagi są nie na miejscu. Jeśli w ogóle miałbym z kimś na ten temat rozmawiać, to z pewnością nie z panem, nie tu i nie teraz.

– Jeśli tak pan uważa… Niech pan się jednak nad tym zastanowi.

– Sprawa sukcesji pozostanie pomiędzy mną, a moim synem. Jestem pewien, że Junior zgodzi się ze mną – odpowiedział, zwracając się do Juniora. Ten odłożył dokumenty i odpowiedział tonem pozbawionym krzty emocji:

– Szczerze powiedziawszy, ojcze, nie widzę powodów, dla których nie mielibyśmy poruszyć tej kwestii właśnie teraz.

*                               *                                 *

Mikołaj zachłysnął się herbatą. Junior zaś patrzył mu prosto w oczy i zdawał się nie tylko nie przejmować obecnością Andersona, ile wręcz czerpać z niej nadzwyczajną jak dla siebie odwagę:

– Ile lat jesteś już na stanowisku? Straciłeś kontrolę nad gnomami, za dnia robią co chcą, a gdybyś widział ich w nocy… Cóż, bardziej już nie osiwiejesz, ale pewnie byś wyłysiał. To, co dzieje się z reniferami, to też jakaś kompletna porażka. Mówiłem, żeby przenieść hodowlę z dala od fabryki, ale wolisz zasłaniać się tradycją, niż posłuchać mnie w jakiejkolwiek kwestii. W tym roku nie urodziło się ani jedno młode bez deformacji.

– Porozmawiamy o tym później. Mam jeszcze dużo pracy i jestem pewien, że pan Anderson też ma ważniejsze rzeczy do robienia, niż wysłuchiwanie twoich pretensji.

– Kiedy? Dla ciebie nigdy nie ma odpowiedniej pory. Zresztą, gdybyś posłuchał mnie i zgodził się na założenie strony internetowej z formularzem zamówieniowym, dawno miałbyś cała pracę za sobą. Nie rozumiem, dlaczego chcesz tracić wzrok wczytując się w te zabazgrane kartki, jeśli komputer może odwalić całą robotę za ciebie. To zakrawa na masochizm.

– Juniorze… – mruknął nieco ostrzej Mikołaj, patrząc ni to na syna, ni na gościa. – Później.

– Daj spokój. Nie widać, żeby panu Andersonowi nasza rozmowa przeszkadzała. Jestem też ciekaw, czy tak jak ty, uznałby taką stronę za wariactwo.

– Wprost przeciwnie – zapewnił skwapliwie gość. – Innowacja proponowana przez Juniora wcale nie musi stać w sprzeczności do tradycji. Co więcej, może pomóc w jej podtrzymaniu. Już teraz papierowe listy zostały praktycznie wyparte przez pocztę elektroniczną, a dzieci uczą się obsługiwać komputer, kiedy jeszcze nie potrafią się podpisać. Taki formularz byłby, moim zdaniem, interesującym rozwiązaniem. Można by stworzyć stronę, aplikację na komórki, tablety…

– Miło mi, że się pan ze mną zgadza.

Mikołaj wstał ze swojego fotela i z poczerniałą ze złości twarzą fuknął:

– Dość tego! Nie rozumiesz jak przebiega sukcesja, głupcze. To nie jest takie proste.

– Wydaje mi się, że jednak jest. Zresztą pan Anderson z pewnością wie, na czym ona właściwie polega. Czy mógłby pan przypomnieć mojemu ojcu szczegóły?

– Ale ja… – mruknął gość, nagle czując się nieco nie na miejscu. Miał złe przeczucia i dałby dużo, żeby jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz chatki, wsiąść do samochodu i wrócić do najbliższego miasta. Rozmowa może i była ciekawa, ale przybierała nieprzyjemny obrót.

Nagle zauważył wzrok Juniora, zimniejszy od nocy polarnej i nie cierpiący sprzeciwu. Przełknął ślinę i podjął, ważąc słowa:

– Święty Mikołaj jest podwykonawcą zatrudnionym przez Dział Promocji Watykanu. Jest w bezpośredniej linii potomkiem Mikołaja z Miry i Tamiry z Nicei. Zgodnie z tekstem przypisywanym sekretarzowi Konstantyna Wielkiego, uznawanym dziś za apokryficzny, Mikołaj z Miry miał spotkać się z Tamirą w czasie pierwszego soboru nicejskiego. W wyniku interwencji sił boskich spłodził z nią syna, którego Tamira nazwała na cześć ojca Mikołajem. Chłopiec po śmierci ojca zaczął przejawiać zdolności magiczne. Zgodnie z legendą talent i moc dziedziczy każdy pierworodny, o ile jest synem z prawego łoża.

– Bardzo ładnie, ma pan talent do recytacji, panie Anderson. Zdolności dziedziczy się z chwilą śmierci ojca. Zgadza się? – spytał przenosząc wzrok z Andersona na Mikołaja.

– Owszem, ale po pierwsze nie wybieram się na tamten świat, a po drugie…

– Powinieneś zrewidować plany – przerwał ojcu, wyciągając ukryty do tej pory pod swetrem pistolet. – Powiedziałbym, że to nic osobistego, ale nie lubię kłamać. Sam wiesz, mam dość bycia chłopcem na posyłki, czas na awans.

– Przepraszam – wtrącił Anderson wstając powoli z fotela. – Wydaje mi się, że w zaistniałej sytuacji moja obecność stała się zbędna. Jeśli panowie nie mają nic przeciwko…

– Niech pan siedzi, panie Anderson, przekaże pan swoim zwierzchnikom wieści dotyczące sukcesji.

Anderson opadł z powrotem na krzesło. Zerkał na Mikołaja, to znów na Juniora, nie do końca wierząc w to, co widział. Czuł się jak jedyny widz na spektaklu w teatrze, którego dyrektor postradał zmysły.

– Opowie pan im o tym, ale tylko im – kontynuował Junior. – Wie pan, co by się stało, gdyby dowiedział się o tym ktoś niepożądany, prawda? Nie chciałby pan chyba tłumaczyć się przed przełożonym z aresztowania nowego Mikołaja. Zresztą w naszej rodzinie takie rozwiązania to nic nowego. Nie musimy kłopotać naszymi sprawami policji.

– Oczywiście. Rozumiem konieczność dyskrecji, może pan na mnie liczyć, nie chciałbym po prostu…

– Synu, nie zachowuj się, jakby ci mózg odmroziło – wtrącił siwobrody staruszek.

Spodziewał się, że prędzej czy później Junior może obrócić się przeciw niemu, tak jak on kiedyś zachował się wobec własnego ojca. Pozycja, jaką piastował, dawała moc i możliwość władania innymi, a to zawsze budziło pożądanie. Dodatkowo śmierć nie imała się żadnego piastującego stanowisko Mikołaja, mógł żyć wiecznie, o ile tylko nie spłodziłby syna, albo w dość młodym wieku pozbył się go w ten czy inny sposób.

Starał się nie dać po sobie poznać, jak bardzo młodzieniec wytrącił go z równowagi, choć przychodziło mu to z trudem. Nie musiał za to skrywać strachu, którego ku własnemu zaskoczeniu nie czuł. Był bardzo zmęczony, nie tylko całą sytuacją, ale też pracą i wizytą Andersona. Jedyne o czym marzył to to, by ten dzień jak najszybciej się skończył. By skończyły się święta i by mógł w końcu odpocząć.

– Milcz i nie ruszaj się! – rzucił Junior, gdy Mikołaj zrobił krok w jego stronę. – Straciłeś nad wszystkim kontrolę. Lekceważysz mnie, choć gdyby nie ja, nic nie działałoby tu tak, jak powinno

– Czyli twoim zdaniem coś tu jednak działa?

– Nie łap mnie za słowa, do ciężkiej cholery!

– Posłuchaj – powiedział, siląc się na spokojny głos. – Za niespełna czterdzieści osiem godzin musimy ruszyć z paczkami. Czy uważasz, że to odpowiedni moment na takie zachowanie? Pomijam to, że robisz z siebie głupca, pomyśl nie o nas, nie o sobie, ale o dzieciach. Jeśli mnie zabijesz, nic dobrego w te święta się nie stanie.

– Bredzisz!

– Wiesz, że mam moc kontrolowania gnomów. Bez niej nic nie zdziałasz, a ona…

– Wiem jak to działa – fuknął coraz bardziej zdenerwowany. Jego ojciec zawsze moralizował, pouczał go i traktował jak dziecko. – Ty umierasz, ja dostaję moc. Kontrola gnomów jest prosta, czytałem notatki dziadka, znam zapiski pradziadka. Nie jestem kretynem, przygotowałem się. W kilkanaście minut zmieni się mój wygląd, wyrośnie mi broda i brzuch, wolałbym obejść się bez niego, ale jak się nie ma co się lubi… Poza tym to instynkt. Będę wiedział, co robić.

– Chyba jednak nie do końca… To nie jest takie proste, jak ci się wydaje.

– Proszę, nie zaczynaj znowu tych swoich tyrad. Rzygać mi się chce, kiedy zaczynasz chrzanić w taki sposób!

Lepiej zrobić to teraz – pomyślał Mikołaj. – Jeszcze trochę i straci nad sobą panowanie. Po co myśmy się na to zdecydowali? Po co nam to w ogóle było?

– Wiesz znacznie mniej, niż ci się wydaje – powiedział, postępując krok w kierunku młodzieńca. – Nie przejmiesz mocy po mojej śmierci. Nie dasz rady zapanować nad sytuacją. O tej porze roku gnomy są przepracowane, zmęczone i wściekłe. Jeśli wymkną się spod kontroli, Bóg jeden wie, do czego dojdzie.

Nim Junior zdążył zareagować, Mikołaj znalazł się dość blisko, by chwycić lufę pistoletu. Natychmiast podbił ją ku górze, posługując się siłą, jakiej młodzieniec nigdy by się po nim nie spodziewał. Zwarli się w walce, staruszek próbował skierować lufę ku górze i przynajmniej wytrącić broń z ręki Juniora. Młodzieniec starał się ponownie wycelować w Mikołaja.

W tym samym czasie Anderson, korzystając z zamieszania, powoli dźwignął się z fotela i, przyciskając do piersi aktówkę, ruszył ku drzwiom. W chwili gdy ujął w dłoń klamkę, w biurze rozległ się dźwięk wystrzału.

*                               *                                 *

Mikołaj leżał na podłodze, a na jego koszuli wykwitała coraz większa plama czerwieni. Dotknął powoli lewą ręką okolic rany i, jakby nie wierząc w to co się stało, podniósł umazane palce na wysokość oczu. Stojący nad nim Junior uznał ten gest za zbyt dramatyczny. Parsknął lekceważąco i omiótł wzrokiem pomieszczenie, szukając Andersona.

– Wybiera się pan dokądś? – spytał, gdy zorientował się, że watykański wysłaniec przywarł plecami do drzwi.

Anderson był zbyt przerażony, by odpowiedzieć. Czuł, jak uginają się pod nim nogi. Nie mógł oderwać oczu od Mikołaja, który nerwowo łapał kolejne, coraz mniejsze hausty powietrza. Podskoczył dopiero, gdy otworzyły się drzwi łączące gabinet z kuchnią.

Do pomieszczenia wpadła Śnieżynka. Miała na sobie poplamiony fartuch i bluzkę, której rękawy powinęła, by nie przeszkadzały w pracach domowych. Uklękła przy mężu i obsypanymi mąką dłońmi rozchyliła jego koszulę.

– Co tu się stało?! Co oni ci zrobili? Co do…

– Panie Anderson, jeszcze nie skończyliśmy. A ty, matko, opanuj się. Nadeszła pora zmian, pogódź się z tym.

Śnieżynka nie zwracała uwagi na Juniora. Gładziła twarz swojego męża, drugą ręką bezskutecznie próbując zahamować krwawienie. Mikołaj starał się skoncentrować na niej wzrok, ale przychodziło mu to coraz trudniej. Nie był w stanie nic powiedzieć, poruszał tylko bezgłośnie ustami. Po chwili jego klatka piersiowa opadła po raz ostatni.

– Coś ty najlepszego zrobił? – powiedziała, nie zaszczycając Juniora nawet przelotnym spojrzeniem.

– To się nazywa sukcesja – rzucił przyglądając się ciału. Był pewny, że jego ojciec wyzionął ducha. Zgodnie z dokumentami, w które wczytywał się od dziecka, właśnie w tej chwili to on powinien stać się aktualnie pełniącym obowiązki Mikołajem.

Nie wiedział czego się spodziewać, czy w ogóle poczuje przypływ mocy? Czy broda sama mu wyrośnie, czy będzie musiał ją zapuszczać? Czy nagle posiwieje, czy będzie musiał utlenić włosy?

– Postradałeś zmysły – fuknęła, ciągle klęcząc na podłodze. – Wyglądasz jak idiota, stojąc tak z tym tępym wyrazem twarzy.

Junior nie wypuszczał broni z ręki, choć lufę skierował ku podłodze. Wiele nocy spędził zastanawiając się, jak na jego plan zareaguje Śnieżynka. Spodziewał się histerii, szoku, nawet próby pobicia. Przyzwyczaił się do myśli, że jej też będzie musiał się pozbyć. Nigdy jednak nie przeszło mu przez myśl, że może go po prostu zwymyślać, a zaraz potem zrobi coś takiego.

– Panie Anderson – powiedziała wstając i otrzepując fartuch. Musiała to zrobić, by ukryć drżenie rąk. – Będzie pan łaskaw pójść ze mną do kuchni? Trzeba tu posprzątać.

Blady i przerażony mężczyzna nie wiedział jak się zachować. Propozycja wydała mu się kompletnie irracjonalna, ale nie miał siły stawiać oporu. Zerknął przelotnie na Juniora, który nie odwracał oczu od martwego ojca, i wtedy w jego umyśle zaświtała myśli – wszystko, zrobić wszystko, by tylko wydostać się z tego pomieszczenia.

Ruszył w stronę Śnieżynki.

– Ja… Tak… Oczywiście.

– Niech pan idzie za mną. Juniorze, zajrzyj do sejfu – rzuciła, przepuszczając oszołomionego gościa w drzwiach. Kiedy dotarli do kuchni, przesyconej zapachem piernika i dochodzącego powoli pieczonego indyka, dodała: – Ma pan kluczyki do samochodu?

Mężczyzna kiwnął nieznacznie głową, wyjmując je z kieszeni i podając jej.

– Dobrze, a teraz niech mnie pan uważnie posłucha. Biegniemy do pana samochodu tak szybko, jak tylko da pan radę, jasne? Ja prowadzę i cokolwiek będzie się działo, niech się pan nie ogląda za siebie.

*                               *                                 *

Junior nie rozumiał, dlaczego jego matka i watykański sługus tak długo szukają jakiejś foliowej płachty i wybielacza. Skoro już nabrał pewności, że mimo wszystko mógł na niej polegać, wolał by to ona zajęła się sprzątaniem bałaganu. On musiał przecież jak najszybciej przejąć obowiązki ojca. Stanowisko nie mogło pozostawać nieobsadzone, szczególnie na dwa dni przed Gwiazdką. Pozostało jeszcze kilkadziesiąt listów do przeczytania, trzeba było sprawdzić co robią gnomy i odpowiednio je popędzić. Tymczasem krew zdążyła już wsiąknąć w dywan, a świadomość obecności ojca wpływała na niego dekoncentrująco.

Dlaczego kazała mu zajrzeć do sejfu? Zupełnie, jakby nie miał nic lepszego do roboty. Akurat teraz jej zdaniem powinien przeglądać jakieś papierzyska…

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk silnika samochodowego. Podszedł do okna, gdy kierowca nacisnął klakson.

– Dobrze… – mruknął, widząc za kierownicą matkę.

Przeszło mu przez myśl, że postanowiła przewieźć ciało samochodem Andersona. Tak byłoby szybciej i wygodniej, niż gdyby taszczyła je na jakiejś płachcie, szczególnie przez zaspy.

Samochód ruszył nagle, tempem zdecydowanie zbyt szybkim, jak na panujące warunki, po czym zamiast podjechać bliżej drzwi, czy na tył domu, pomknął w stronę bramy. Nigdy nie spodziewałby się, że taka asekurantka jak ona, potrafiła prowadzić w podobny sposób.

Przez chwilę poczuł nawet coś, co przypominało zaskoczenie pomieszane z dumą. W tej samej chwili zauważył jednak ciemny kształt, sunący w kierunku drzwi od strony fabryki. Wyglądał jak fala powodziowa, w której dało się dostrzec charakterystyczne zielono-czerwone stroje gnomów. Wyciągały ku górze małe łapki, wymachując pięściami nad głowami. Kilka stworzeń, tych w pierwszym rzędzie, niosło nieprzyjemnie wyglądające narzędzia, najwyraźniej zabrane z warsztatów i stajni. Krzyczały coś, ale Junior nie był w stanie wyłapać ani słowa.

– No żesz, co jest?

Przesunął zasuwkę w drzwiach, blokując je na wszelki wypadek. Nie spodziewał się podobnego widoku. Zanosiło się na bunt i to już pierwszego dnia jego panowania. Poczuł ogarniającą go panikę.

Postąpił kilka kroków w tył zastanawiając się, co powinien zrobić. Nadal nie czuł, by stało się z nim coś nadzwyczajnego. Spróbował skoncentrować się, wyczuć umysły, serca i myśli biegnących do chatki stworzeń. Nic jednak nie działało. Nie wiedział czy z jakichś powodów nie dysponował jeszcze mikołajową magią, czy też górę brało zdenerwowanie i strach. Znał teorię, ale najwyraźniej nijak nie miała się ona do rzeczywistości. Nie mógł zrobić nic, o czym mówiły czytane godzinami notatki.

Gnomy dotarły na podwórze. Otoczyły domek i zaczęły dobijać się do drzwi. Kilka razy zapukały, potem szarpały klamkę. Uderzały w pokryte mroźnymi wzorkami szyby. Część postanowiła spróbować szczęścia z wejściem kuchennym i kiedy tylko młodzieniec usłyszał dźwięk upadających na podłogę naczyń, rzucił się, by zablokować przejście pomiędzy częścią mieszkalną, a biurem Mikołaja. Zrobił to tak gwałtowanie, że potknął się o martwą nogę ojca i padł jak długi.

Zmełł przekleństwo i nie tracąc czasu na wstawanie z kolan, zatrzasnął drzwi. Przekręcił klucz i oparł się o drewnianą płaszczyznę. Gnomy na zewnątrz krzyczały w niebogłosy. Waliły w okna i drzwi, próbowały wspinać się na ściany, jakby liczyły na to, że przez dach szybciej uda im się dostać do środka. Te w kuchni przedostały się już do korytarza prowadzącego do biura. Junior słyszał, jak rozrabiają w kuchni, krzyczały, wyrywały sobie jedzenie i siały spustoszenie w spiżarni Śnieżynki. Spokojna do tej pory okolica zmieniła się w plac boju, a on czuł się tak samo, jak wcześniej.

Siedząc pod drzwiami uzmysłowił sobie z całą bolesnością, że nie tylko został sam, ale na dodatek stracił kontrolę nad absolutnie wszystkim. Zabicie ojca było jedynym, jak mu się wydawało, przemyślanym i stosunkowo udanym wydarzeniem tego dnia. Później nic nie poszło tak, jak powinno, a najgorsze w tym wszystkim było zachowanie jego matki.

– Sejf… – mruknął, gdy przypomniał sobie jej słowa.

Podpełzł do niewielkiej, metalowej szafki. Uznał, że skoro jego matka kazała mu tam zajrzeć, to zapewne wiedziała o czymś, co jego ojciec chciał przed nim ukryć. O czymś, co mogło pomóc opanować sytuację.

Może do przejęcia mocy potrzebny jest jakiś rytuał – pomyślał. – Albo zaklęcie? Nikt o tym nie pisał, nikt nie wspominał, ale to ma sens! Przecież nie można zostawiać na piśmie śladów wszystkiego.

Ujął w ręce staromodne pokrętło i delikatnie zaczął przestawiać je tak, by w odpowiedniej kolejności wprowadzić cyfry.

– Dwa, pięć – mruczał, z koncentracji między kolejnymi słowami wysuwając między wargi końcówkę języka. – Jeden i dwa. Pomysłowo, data świąt jako kod w domu Mikołaja. To też trzeba będzie zmienić.

Szarpnął drzwiczki, gdy tylko trzymające je bolce ustąpiły. Zaczął przerzucać znajdujące się w środku teczki. Znał na pamięć wszystkie rachunki i kopie umów międzynarodowych, które w nim spoczywały. Ostatniego lata segregował je i układał tak, by łatwo móc się w nich poruszać. Od sierpnia nie otwierał sejfu, dlatego nie zdziwił się widząc, że ojciec poprzekładał część papierów.

Na spodzie dolnej półki, pod całym stosem innych rzeczy, znalazł teczkę, której nie pamiętał. Była czerwona, ozdobiona liśćmi ostrokrzewu. Na wierzchu widniał wykaligrafowany ręką jego ojca napis:

Otworzyć po mojej śmierci. M.

– Pieprzony asekurant! Jakbyś nie mógł mi wszystkiego powiedzieć za życia! Nie mam czasu na te bzdety…

Szarpnął gumkę zamykającą teczkę i wyciągnął kartki. Nie były to, jak się spodziewał, wydruki komputerowe ani rękopis. Ich autor korzystał ze staromodnej maszyny do pisania, niektóre nosiły też ślady kalki.

– Ja pierdolę… – syknął tracąc nad sobą resztki kontroli. – Co to ma, kurwa, znaczyć? Papiery adopcyjne z 1973 roku?

Gwar na zewnątrz zdecydowanie narastał. W pewnym momencie dołączyły do niego dźwięki siekiery, którą jeden z gnomów próbował rozbić drzwi.

– Przecież tu jest moje imię? Oni mnie adoptowali?!

Moc dziedziczy każdy pierworodny – zawdzięczały mu w uszach słowa Andersona. – Syn z prawego łoża.

Pod dokumentami ze szwajcarskiego sierocińca znalazł plastikową koszulkę z jeszcze kilkoma kartkami. Wyjął je i przejrzał, zastanawiając się, ile czasu mu zostało.

– A to co? Akt urodzenia z 1956 roku?

Do dokumentów dołączone było kilka zdjęć człowieka, który jak wynikało z papierów, nazywał się Mikołaj von Mira. Na najstarszym mógł mieć nie więcej, niż piętnaście lat. Ostatnie pochodziło z tegorocznych wakacji. Był starszy od Juniora i w przeciwieństwie do niego, niezwykle podobny do Śnieżynki. Miał jej oczy, brwi i nos. Pod koszulką z głupawym nadrukiem zarysowywał się coraz potężniejszy brzuch.

– Test DNA? Watykańskie potwierdzenie pierworództwa? Nie… Nie… Jak on mi to mógł zrobić? Jak on, kurwa, mógł? A to co? Mail, telefon i aktualny adres na Kajmanach? No bez jaj…

Kolejne uderzenie siekiery przebiło się przez drzwi frontowe. Niewielka, ciemnoskóra rączka, zakończona zielonkawymi, spękanymi pazurkami, sięgnęła przez szparę do zasuwki. Chwyciła ją i mocno pociągnęła.

Junior wstał powoli, wziął do ręki pistolet i wycelował w stronę drzwi.

– Zostało jedenaście pocisków… Dziesięć dla was.

Grudzień 2013

 

Reblog: Pory roku /Jahreszeiten

Aga Koch

Gedichte & Bilder | Poezja & fotografia

Pełnia lata

myślom pozwolić odpłynąć
obłoki zwiewne na nieba jasnego błękicie
musnąć bezwiednie wzrokiem
wziąć do ręki
kalejdoskop pasteli
spojrzeniem zdradzającym
liczne szczegóły całego dnia gości na plaży
tak! Światło to sztukmistrz!
i to w swych największch rolach
całego roku
czas – bezczas
jakby zastygł w bursztynie
po którym pozostaje wspomnienie dobre
i tęskonta zimą
a powietrze rozległe pachnie
(zmieniają się tylko niuanse)
raz wiatrem, raz jabłek leżących pod drzewem winną słodyczą
czy trawą i lasem?
delikatnie obwiewa ciepłem słońca policzek
potem dłoń

zamknij oczy…
szum wód orzeźwiających
i cisza nocy gwieździstej
dawno juz zapomniana

i pokój duszy
– błogosławiony czas lata

Der Hochsommer

Gedanken gehen lassen
leichte Wölkchen am hellblauen Himmel
ungewollt mit einem Blick berührten
einen Kaleidoskop der Pastellfarben in die Hand nehmen
der mit seiner Perspektive
die vielen Einzelheiten eines Tages der Strandgäste verrät
ja! Das Licht ist der Meister!
und das in seinen größten Rollen
des ganzen Jahres
die Zeit – die zeitlose
wie in einem Bernstein erstarrt
von der eine gute Erinnerung bleibt
und die Sehnsucht im Winter
die Luft riecht weitläufig
(nur Nuancen ändern sich)
mal nach dem Wind,
mal nach Äpfeln, die unterm Baum liegen, nach ihrer Wein-Süße
oder auch nach dem Grass und Wäldern?
ganz sanft umweht sie mit der Wärme der Sonne
die Wangen, dann auch die Hand

schließe die Augen…
Geräusche erfrischender Gewässer
und die Stille der Sternennacht
der längst vergessenen

und der Frieden der Seele
– die gesegnete Zeit des Sommers!

Tyle jesieni w ogrodzie
tyle złota
stoi i zadziwia
i przenika

zawisło na gałęziach
jak firanki czy koronki
lub drżące talarki
które mrugają zwiewne

tyle złota
spoczywa
dywanem kosztownym
ziemię przykrywa

aż ciepło do serca przypływa
– bogactwo niczyje
a wierne

Es ist so viel Herbst im Garten
so viel Gold
es steht und bringt zum Staunen
und dringt durch

an Ästen hängengeblieben
wie Spitzen oder Gardinen
oder auch kleine Taler, die vibrieren
und luftig zwinkern

so viel Gold
ruht hier
und bedeckt die Erde
wie ein kostbarer Teppich

und den Herzen Wärme bringt
– ein Reichtum, was keinem gehört
treu für immer

Pan Przymrozek

chodzi po dachach
czasami stąpa po trawnikach
najchętniej nocą
przed jasnym promieniem dnia ucieka
jeszcze tylko niepostrzeżenie
listki w koronki zaczaruje…
ciszą otulony
w lekkich tonach bieli
aksamitny
słychać jego oddech

Herr Frost der Sanfte

wandert auf Dächern
Rasen durchstreift er manchmal
und das am liebsten nachts
er flüchtet vor hellen Strahlen des Tages
nur noch verzaubert er unauffällig
Blättchen in Spitzen…
in Stille geborgen
in leichten Weiß-Tönen
samtig
hört sich sein Atem an

Zapełniło się w ogródku
nawet ciasno tu trochę

cała paleta zieleni
tylko wziąć pędzel –

jest też biel
i błękit
i rdza dachów pomiędzy

i ta wiosna!

Voll ist es im Garten geworden
eng sogar ein bisschen

eine ganze Palette an Grün-Tönen
einen Pinsel möchte man nehmen –

es gibt auch Weiß
und Hellblau
und die Rostfarbe der Dächer zwischen

und den Frühling!

Civil March for Aleppo

starts today at 10 o’clock in Berlin. The meeting point  is Tempelhofer Feld behind the Gate Nr 10. If you want to march, bring a small tent, sleeping bag and most important belongings with. I will be there to meet you and I will go with you on the first day.

PO POLSKU  ***DEUTSCH*** ENGLISH***العربية

Beneath I publish an intervew given by Sebastian Olenyi. I suppose he answers probably all questions you allways wanted to know the answers to. See you today at 10!

15337398_10208256318541197_7258427632194172366_n

21.12.2016

Ein Bürgermarsch von Berlin nach Aleppo
Staffellauf der Solidarität

Zu Fuß nach Aleppo – über die umgekehrte Flüchtlingsroute dahin, wo alle Menschen im Moment weg wollen. Ausgedacht haben sich das Berliner Aktivisten. Es soll ein Protestmarsch werden, erklärt “civil march”-Mitorganisator Sebastian Olenyi.

domradio.de: Geschlagene 3.000 Kilometer über Tschechien, Österreich, den Balkan, Griechenland und die Türkei, also die umgekehrte Flüchtlingsroute. Ist das nicht eine Kamikaze-Aktion? Wie wollen Sie sicherstellen, dass Sie nicht selbst gerettet werden müssen?

Sebastian Olenyi (Mitorganisator der Aktion “civil march”): Wie das Ende unseres Weges aussieht, das wissen wir heute auch noch nicht. Es ist auf jeden Fall erst einmal eine sehr lange Demonstration, mit der wir Aufmerksamkeit für das Thema erwecken wollen. Auch in den Ländern, durch die wir laufen.

domradio.de: Laufen alle die gesamte Strecke?

Olenyi: Manche werden wahrscheinlich auch nur ein oder zwei Tage dazu stoßen. Der Marsch wird 3,5 Monate dauern. Wir erwarten auch gar nicht, dass alle die ganze Strecke mitlaufen. Das ganze soll eher eine Art Staffellauf der Solidarität sein.

domradio.de: Wollen Sie denn auf jeden Fall bis zum Ende laufen?

Olenyi: Ob wir es am Ende schaffen werden, nach Aleppo oder in eine andere eingeschlossene Stadt vordringen können, das machen wir von der Sicherheitslage vor Ort abhängig. Für uns hängt der Erfolg nicht von den letzten paar Kilometern ab. Es geht in erster Linie darum mit diesem Bürgermarsch Aufmerksamkeit zu generieren.

domradio.de: Am zweiten Weihnachtstag geht es los, wie soll das ganze denn praktisch ablaufen? Wie bewegen Sie sich fort? Wo übernachten Sie?

Olenyi: Wir starten mit einer Veranstaltung mit vielen Gästen. Es spielt zum Beispiel eine syrische Band, die hier wahrscheinlich nicht so bekannt ist. Sie ist aber bei Syrern so bekannt wie bei uns etwa die Ärzte oder eine vergleichbar große Rockband. Und dann laufen wir los. Geplant sind jeden Tag ungefähr 20 Kilometer.

domradio.de: Ist denn alles soweit geplant?

Olenyi: Wir versuchen gerade noch beheizte Unterkünfte für die Teilnehmer zu finden. Für die erste Woche oder zehn Tage ist es bis jetzt gelungen, aber wir sind noch fleißig dabei und telefonieren jede freie Minute um Turnhallen oder Kirchen zu finden, die uns beherbergen.

Aber es kann auch sein, dass wir selbst bei diesen Temperaturen in den Zelten, die wir dabei haben, schlafen müssen. Wir versuchen es natürlich mit so wenig Kosten und so einfach wie möglich zu organisieren.

domradio.de: Wie sind Sie eigentlich auf die Idee gekommen?

Olenyi: Man sieht ja täglich die schrecklichen Bilder über Social Media und alle anderen Kanäle. Da entstand natürlich ein gewisses Schuldgefühl. Man hat mal etwas davon geteilt oder ein “Like” (Gefällt mir) gedrückt, aber dabei macht man ja nicht etwas selber. Da kam die Idee.

domradio.de: Was ist Ihr Ziel mit diesem Marsch?

Olenyi: Wir versuchen auf dem Weg Aufmerksamkeit zu erwecken. Vielleicht können wir einige Hilfen mehr organisieren. Vielleicht können wir es schaffen, dass mehr diplomatischer Druck auf alle Parteien ausgeübt wird, die da in Syrien aktiv sind. Aber auch auf die europäischen Politiker. Von dort war ja auch öfters zu hören: “Meine Wähler interessiert es nicht, keiner kann mehr die Bilder sehen. Warum sollte ich mich dann engagieren?” Wenn wir wirklich dort ankommen, oder wenn nur ein paar wenige mehr Hilfe bekommen, oder der Konflikt etwas früher vorbei ist, dann haben wir sehr viel erreicht.

domradio.de: Wäre es nicht sinnvoller, Spenden zu sammeln und die Menschen vor Ort so zu unterstützen?

Olenyi: Viele von den Spenden können gerade nicht eingesetzt werden. Selbst die Hilfsorganisationen sind gar nicht mehr in den Städten vor Ort. Natürlich brauchen auch viele andere noch Hilfe, auch in den Camps in der Türkei oder anderen Ländern. Wir rufen auch zu Spenden auf – auch entlang des ganzen Weges. Natürlich versuchen wir auch so wenig wie möglich selber Kosten zu generieren.

Unter dem Strich kommt mehr dabei raus, wenn wir die Aufmerksamkeit erhöhen. Denn jetzt im Moment gibt es für die Eingeschlossenen keine humanitäre Hilfe.

Das Interview führte Hilde Regeniter.

 15350685_10208300465124834_5882299643445779380_n

 

Wigilia i Pasterka

Nadesłaliście mi tyle materiałów na święta (dziękuję!), że nie mam wyjścia, już wczoraj połączyłam teksty Romana Brodowskiego ze zdjęciami Krysi Koziewicz, dziś natomiast najpierw “z życia wzięta” jak najbardziej aktualna proza Basi Kowalskiej, potem harcerski tekst o Pasterce sprzed prawie 80 lat, a na zakończenie jeszcze ja się troszeczkę wymądrzam. No tak! Wszystkiego najlepszego i Happy Chanukka!

Basia Kowalska

Przy wigilijnym stole

przy-wigilijnym-stole-1-docx

25.11

Co?! Mamo! Zaprosiłaś Stefana z Magdą i z ciocią? Będzie Paweł i Kacper..? Paweł, Kacper, ciocia są w porządku – ale oni! Do tego te dzieci! Trójka dzieci! No litości… A dlaczego oni nie jadą do rodziców Magdy do tych Kozich Głów czy gdzieś?! No tak – nie chce im się. Wiadomo, upakować troje dzieci w samochodzie, parę godzin tłuc się tym samochodem, tam się gnieść – u rodziców, w ciasnocie dzień i noc, to wygodniej się wprosić do nas! Nie zaprosili nas na chrzciny ale na Wigilię to bardzo chętnie przyjdą… Tak, oczywiście, że ich nie lubię. Tak, właśnie dlatego, że są taką wspaniałą zakochaną w sobie rodziną, a ja jestem rozwiedziona. Tak, zazdroszczę im tego, że oni mają trójkę dzieci a ja nie mam żadnych. Tak, wkurza mnie to, że Magda ma męża a ja nie.

27.11

Co to za rodzina! Stefan nie chciał mi pomóc ze sholowaniem samochodu, gdy go o to prosiłam. „Ja mam żonę i dzieci, którymi muszę się zająć, ale wykup sobie na przyszłość assistance” – tyle od niego usłyszałam. …A pamiętam jak z ojcem holowaliśmy naszym maluchem – malucha wujka, w którym Stefan siedział jako mały brzdąc. Jechaliśmy przez całą Warszawę. Sznurek zerwał się dwa razy, trzeba było wiązać. Mróz był i czołgi na ulicach, a my spieszyliśmy się, by wrócić do domu przed 22. Przyjechaliśmy 10 minut po. Mama była mocno zdenerwowana. Jakoś nam nie przyszło do głowy powiedzieć: „sorry – twój problem”.

30.11

Szkoda, że moje życie się tak potoczyło… Nie ma przy mnie tych, których kocham… Nie sądziłam, że tak będzie…

02.12

Mamo, poproś ciocię żeby poprosiła Kacpra żeby nie wchodził z ojcem na tematy polityczne. I poproś ojca, żeby nie prowokował Kacpra. Jeśli ty go poprosisz, to on to będzie miał na względzie, jak ja go poproszę to go to tylko rozsierdzi…

04.12

Tyle pieniędzy pójdzie na te Święta… W tym roku zrobię to tak, żeby jak najmniej wydać… Żadnych specjałów… Dla kogo mam się starać?… Dla Stefana? dla Magdy?… jasne… Tylko tak zrobić, żeby stół ładnie wyglądał ale z gotowaniem to się nie wysilać…

10.12

O! pojawiły się już choinki na ulicach. Ciekawe po ile? Jak ma się dzieci to pewnie ale tak dla siebie samej…? Poza tym przytaszczyć ją do domu… …hm …taka choinka to jest dużo ładniejsza niż sztuczna. W zeszłym roku rozstawiłam sztuczną to może w tym roku postawić prawdziwą! Bombki zupełnie inaczej wyglądają jak wiszą na żywych gałązkach. Sztuczna to taka atrapa, plastik, a prawdziwa… pachnie ładnie …

13.12

Może zrobię sałatkę z brokułów, kukurydzy, jajka, fety i świeżego ogórka? O tak, ona jest dobra. Tylko trzeba w ostatniej chwili przed podaniem na stół dodać ogórek i majonez. W przeciwnym razie woda wycieka i się robi nie smaczna. Przepis dostałam od Agnieszki, siostry Adama, zanim się rozwiedliśmy… Lubiłam ją… A może zrobię kutię? – z maku, klusek, miodu, pomarańczy… Zrobiłam 5 lat temu, jak spędzaliśmy Wigilię u teściowej… już świętej pamięci…

16. 12

Barszcz kupię Krakusa ale pierogi to zrobię sama. Moje – nie równają się z kupnymi. A Magda to akurat tak słabo gotuje, że może się ode mnie uczyć! Jak kiedyś upiekła ciasto to na stole stało i stało! I na talerzach zostało u wszystkich! Po prostu było – niejadalne. Nie to co moje wypieki! Znikają od razu! Zrobię rafaello. Podkład z krakersów, krem z mleczka kondensowanego, wiórki kokosowe… Łatwe w przygotowaniu, nie trzeba piec, tylko chłodzić. Zawsze wszystkim smakuje i zawsze w magiczny sposób znika ze stołu… I wszyscy się rozpływają nad tym ciastem – jakie to ono dobre… I mnie chwalą! To jest warte zachodu.

  1. 12

Choinkę kupiłam prawdziwą – 100 zł. A co tam! Raz się żyje! Czy to że nie mam własnej rodziny to znaczy, że nie mogę mieć także choinki takiej jaka mi się podoba! Ubrałam ją jak zwykle pięknie. Nie chcę się chwalić ale w rodzinie to zawsze choinka w moim domu była najładniejsza. I tak trzymać!

  1. 12

Kupię jeszcze drożdże do kulebiaka z kapustą i grzybami.. Przy okazji odbiorę obrus z pralni. Jeszcze zmienię firanki. …Łazienkę, ubikację, kuchnię już posprzątałam, może uda mi się dziś wcześnie położyć, wyśpię się bo zmęczona jestem… Jeszcze przed świętami muszę zapłacić rachunki i pójść do administracji, wyjaśnić sprawę z miejscem na rower w piwnicy. Sąsiad stanął na moim legalnym miejscu i się jeszcze awanturuje. Trzeba to wyjaśnić, nie przeciągać sprawy na Nowy Rok.

23.12

Choinka wygląda przepięknie. Duże bombki wiszą na dole a im wyżej tym mniejsze – to jest szyk! Tata mnie tak uczył ubierać jak byłam mała. Lampki – równomiernie rozmieszczone, i żeby nie było np.: dwóch czerwonych obok siebie, albo dwóch zielonych… Z przodu, wiszą te, które coś przedstawiają – złoty tukan, łabądź, szopka, mikołajek, dzwonek. A z tyłu – te, które są nadgryzione zębem czasu ale mają jakąś wartość sentymentalną, np.: taka, którą babcia kupiła za okupacji.

24.12

Goście poszli. Ale pięknie Antoś zaśpiewał kolędę! I znał wszystkie zwrotki! A jak im smakowało moje ciasto! Ręce im same chodziły do stołu. A jak przy piątej porcji Magda powiedziała maluchom – „dość” – to Martynka się rozpłakała jak bóbr, wyła jak syrena J Fajnie, że Paweł przyjechał z Dubaju. Jako skrzypek w Polsce nie ma co liczyć na pracę. Jemu nie poszło z założeniem rodziny, chociaż bardzo chciał… Kacper mi doradził jak spisać umowę pod wynajem mieszkania – dobrze mieć w rodzinie prawnika, do tego ma świetne poczucie humoru… Ciocia przyniosła pyszne, własnoręcznie robione śliwki w zalewie słodko-kwaśnej i kiszone jabłka, palce lizać… Fajnie, że przyszli…

24.12 – godz. 22.

Pasterka. No, tu to akurat zawsze jest święto. Dusza się raduje. „Bóg się rodzi, moc truchleje…”
(…)

…To przypomina mi wierszyk z dzieciństwa, który kończy się tymi słowami:
„Tyle to trzeba trudu, mozołu – dla sporządzenia jednego stołu”.

przy-wigilijnym-stole-2-docx

Rys. Lutczyn, z książeczki dla dzieci pt.:„Stół” – autorstwa Juliana Tuwima.

Życzę wszystkim aby w Święta Bożego Narodzenia zasiedli do jednego stołu z tymi, których kochają. Życzę wszystkim aby przez kolejny rok, nie tracili zapału, siły i wiary by ten jeden, wspólny stół tworzyć. Życzę wszystkim aby tych, których nie kochają ale przy wspólnym stole, w ten wyjątkowy wieczór – goszczą, bo tak wypada – zaakceptowali takimi jakimi są, puścili w niepamięć to co dzieli, darowali to co boli; nikt nie jest doskonały.

Na pustyni nie ma ludzi, których nie lubimy a przecież nikt by tam nie chciał spędzać świąt.

….Ciiii, Dzieciątko usnęło…

skrzydla1Ewa Maria Slaska

W styczniu 1930 roku ukazał się pierwszy numer gazety harcerek – Skrzydła. Taka data widnieje na okładce. Jednak numer musiał się ukazać co najmniej tydzień wcześniej i musiało to być zaplanowane, bo na pierwszej stronie umieszczony został tekst zatytułowany Na pasterkę.

Są święta, po cygańskiej wigilii chodźmy więc na harcerską Pasterkę.

Być może tekst, który tu cytuję, został napisany przez Karusię czyli moją cioteczną babkę, Karolinę Lubliner-Mianowską. Była ona harcmistrzynią Rzeczypospolitej Polskiej, doktorem biologii, specjalistką briologii czy jak się ta jej dziedzina wiedzy nazywała, którą my w domu nazywaliśmy “mchy i porosty”. Piszę, że tekst o pasterce napisała być może Karusia, a być może nie, bo wiele autorek pisało do Skrzydeł zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i pod pseudonimem, a czasami również sygnowały swoje krótsze teksty po prostu literą. Karusia pisywała więc jako Karolina Lublinerówna i jako Bukowa Jagoda, natomiast z podpisami literowymi jest kłopot, bo teksty podpisane K.L. są zapewne jej, ale ten króciutki opis harcerskiej wędrówki na Pasterkę został podpisany tylko literką L, czyli jego autorką mogła być też druhna harcmistrzyni Lewandowska.

pasterka-kl***
Byłam ostatnio w Warszawie i spędziłam dwa dni w Bibliotece Narodowej czytając harcerskie Skrzydła. To piękna lektura i jak sądzę całkowicie zapomniana.  Oto jakimi słowami harcerki rozpoczęły swoją działalność wydawniczą:

Mottem był cytat z Promethidiona Norwida: Słowo jest czynu testamentem.

A przesłanie gazety było jednocześnie tłumaczeniem jej tytułu:

Niech Skrzydła niosą w świat słowa nasze – testament naszego czynu – i niech je rzucają na glebę żyzną. Niech Skrzydła nasze mają moc i treść.

***

W najbliższym czasie opublikuję tu kolejne artykuły Karoliny Lublinerówny i Bukowej Jagody. Już teraz zapowiadam – Bukowa Jagoda pisała o lesie i przyrodzie, ale Karolina, o!  Karolina, pisała między innymi o myśleniu, w tym również o myśleniu logicznym.

Czego i nam wszystkim życzę w ten dzień świąteczny!

***

PS. Jeden numer miesięcznika Skrzydła kosztował 50 groszy.

Po polsku

p1270420


Krystyna Koziewicz (zdjęcia), Roman Brodowski (proza i poezja)

Apokryf II

Na niebie jak kiście winogron
Rozbłysły gwiazdy wróżebne
Stada owiec pasły się spokojnie
A powietrze wypełniał smutek

Szarojesiennej nostalgii czas nastał
Niedobra to pora dla wędrowca
Mężczyzna z brzemienną kobietą
Szukali ciepłego kąta na nocleg

W Betlejem brak było miejsca
Nikt nie lubi obcych pod dachem
Niepotrzebny zbędny balast
W czas nocnego spoczynku.

Chłodny wiatr wiał ze wschodu
A wokoło nic – bydlęca stajenka.
Proroctwo rzucone na jałową glebę
Czekało poczęcia Bożego majestatu

I nagle zwyczajny płacz dziecka
Leżącego obok oślicy przy żłobie
Matka przytuliwszy dziecię do piersi
Błogosławiła Pana na niebiosach

I nastała era nowego przymierza…
– Ojciec złożył ofiarę ludzkiego cierpienia –

Nieliczni uwierzyli tej prawdzie.

p1270416

Dlaczego mój świąteczny tekst rozpoczynam tym apokryfem? Ano właśnie dlatego że są to święta upamiętniające biblijny przekaz narodzin tego, który stał się ziarnem chrześcijańskiej doktryny wiary, Jezusa zwanego Chrystusem. To właśnie On uczył nas boskości. Zgodnie z jego nauczaniem, człowiek należący do grona wybrańców Wszechmogącego, to ten który wierzy, trwa w nadziei i kocha innych, ten który kieruje się trzema bożymi przymiotami jakimi są: wiara, nadzieja i miłość. Wielokrotnie Jezus na pierwszym miejscu stawiał miłość jako najważniejszy element potrzebny do zbawienia, bo, jak twierdził, „ jego niebiański Ojciec jest „miłością”.

p1270412

Co prawda, faktycznej daty urodzenia twórcy chrześcijaństwa nie znamy, bo w kronikach cesarstwa rzymskiego, zarówno na terenie Judei jak i innych prowicji wchodzących w jego skład, brak jest jakichkolwiek zapisów potwierdzających fakt narodzin Jezusa. Trochę skąpych informacji zasięgnąć możemy od ewangelistów Mateusza i Łukasza, oraz rzymskiego filozofa i historyka żydowskiego pochodzenia, Józefa Flawiusza, urodzonego w 36 roku, który w swoim dziele „Dawne dzieje Izraela” dwukrotnie wspomniał o Jego istnieniu.

Wiara jednak nie potrzebuje twardych dowodów, bo nie byłaby wiarą.
Symboliczną datę narodzin tego największego z ludzi, a jednocześnie bożego syna chrześcijaństwo zapożyczyło od innych, wcześniejszych religii, jak mitraizm czy religia egipska. 25 grudnia, moment przesilenia zimowego, święcił mitraizm jako dzień Sol Invictus i Solaris, Słońca Niezwyciężonego czyli boga Mitry. Egipcjanie 6 stycznia czcili urodziny Ozyrysa, dzisiaj jest to dzień Bożego Narodzenia we wschodnim chrześcijaństwie. Na marginesie dodam, że dzień 25 grudnia jako dzień urodzin Jezusa chrześcijaństwo obchodzić zaczęło dopiero w 354 roku.

p1270410

Ale powtórzmy, wiara nie potrzebuje twardych dowodów, bo nie byłaby wiarą. Dla nas, chrześcijan kościoła katolickiego, wieczór czuwania – wigilia, pasterka, święta „Bożego Narodzenia”, mają charakter szczególny. Z jednej strony przypominają nam o postaci Jezusa, o jego roli w tworzeniu naszej religii, o jego życiu, misji, jaką miał do spełnienia na ziemi, oraz ofierze, jaką złożył za nas ludzi, swoją osobą. Z drugiej zaś strony dni te są okazją do wspólnej rodzinnej biesiady w duchu chrześcijańskiej pobożności. I właśnie ta chrześcijańska pobożność, zwłaszcza w tym okresie powinna pobudzić nas do refleksji, do zadumy nad tym, jacy tak naprawdę jesteśmy. Ile jest w nas prawdziwej miłości, wiary i nadziei, a ile pozoru bożego człowieczeństwa.

p1270333

Kiedy zasiądziemy do wspólnego, wigilijnego stołu, zanim podzielimy się z najbliższymi opłatkiem, pomyślmy o innych. O tych, których na co dzień nie zauważamy, czasami nie tolerujemy, traktujemy jak obcych czy też wrogich nam.

Tymczasem zgodnie z nauczaniem Tego, którego dzień narodzin świętujemy, wszyscy pochodzimy od jednego źródła jakim jest „Miłość” – Bóg Ojciec. A To zobowiązuje.

Święta Bożego narodzenia, mimo sakralno-teologicznej otoczki są świętami szczęścia. Upiększone wiekowymi tradycjami, w każdym regionie innymi, obrzędami pochodzącymi często z przedchrześcijańskiej kultury, sprawiają nam radość. Do tego syto nakryte stoły, choinka, oraz prezenty którymi nawzajem się obdarowujemy. Czy to wszystko nie jest piękne.

Tak, nieważne kiedy i gdzie urodził się Jezus, ważne, że w niego wierzymy, że dzięki temu co ewangeliści nam o Nim przekazali, o jego dla nas przesłaniu, możemy stać się lepsi, empatyczni i ludzcy.

p1270474

Święto emigranta

Stary kalendarz kłania się ze ściany
Wypełniony naszym doświadczeniem
Przypomina że święta nadchodzą
Czas rodziny – Boże Narodzenie.

Stół nakryty świątecznym obrusem
Pod nim siano skoszone jesienią
A na stole potrawy (dwanaście)
Wokół pachnie naszą polską ziemią.

Świerk stojący w gościnnym pokoju
Obwieszony szklanymi bombkami,
A pod świerkiem prezenty świąteczne
Które przywiózł… Mikołaj (saniami)

Już za oknem na bezkresie nieba
Srebrzy jasno gwiazda zwiastowania
Przypomina że czas nadszedł dla nas
Miłości, radości, pojednania.

Jeszcze tylko modlitwa dziękczynna
Po niej kruchy, opłatek chlebowy
I życzenia lepszej, dalszej drogi
W szacie nowej, duchowej odnowy

Każde święta zawsze takie same
Takie nasze, chociaż na obczyźnie ,
Bo wywodzą sie z naszej tradycji
Tej tradycji jaka jest w ojczyźnie

Lida / Białoruś 23.12. 2009
p1270443
Krystyna Koziewicz sfotografowała te szopki w ubiegłym roku w muzeum Alte Münze w Berlinie

Życzenia z okazji przesilenia zimowego, końca starego roku oraz początku nowego

Ryszard Dąbrowski

Tym razem, z okazji przesilenia zimowego, przekazujemy Wam życzenia od naszych Aniołów.

Załączamy ich zdjęcie w pokoju stołowym. Mieszkają tu te trzy dobre duchy, strzegące mojej muzy G. i mnie.

4_anioly

Cynowy nagrobny Anioł (rekwizyt teatralny?) to prezent od Zygmunta Duczyńskiego (ach, szaleńcza młodociana młodość), naszym zdaniem, jednego z najgenialniejszych szczecinian po 1945 roku. Te dwa drewniane na ścianie, to rzeźby Jurka Gąsiorka „Gąsiora” z Gorzowa (dojrzała dojrzałość). Mniejszy nazywa się „Anioł Brzemienny”, a ten większy ma na imię „Anioł Apokalipsy”. Raz do roku, pod koniec grudnia, dołącza do nich ten czwarty, kto wie czy nie najważniejszy.

Ten Anioł, będący zawsze co roku ozdobą zawieszanej u nas u sufitu grudniowej choinki*, to własność mojej prababci Katarzyny Jędrzejewskiej (historyczna historia). Sprezentowali go jej rodzice, a moi prapradziadkowie, Stanisław i Marcjanna. Poprzez moją babcię Bronisławę Sadowską vel Sadochę oraz matkę Wandę Lewandowską, jestem teraz w posiadaniu tego stróża. Później odziedziczy go jedna z moich córek.

Anioł ten żyje już prawie 140 lat, i tego Wam życzymy, a jak się nie da, to przynajmniej 100 lat…

Chociaż, jak twierdzi wiele leciwych babć i dziadków, te ostatnie lata są najtrudniejsze i być może nawet tego nie warte (nieuchronna przyszłość). A więc cofamy to … i życzymy wam, aby w 2017 roku spełniły się Wasze najskrytsze marzenia i abyście uczynili wszystko dla ich spełnienia (słodka nadzieja).

Grażyna & Ryszard

* W grudniu 1975 roku, byliśmy (G. & R.) na nartach w Beskidzie Śląskim. Ponieważ kolekcjonowałem wtedy stare ścienne zegary, które sam reperowałem, odwiedzaliśmy okoliczne gospodarstwa, pytając ich mieszkańców, czy nie mają jakichś na sprzedaż. Podczas bytności w jednej z chałup zaintrygowała nas, odmiennie niż u wszystkich, wisząca u sufitu choinka. Na nasze wyartykułowane zdumienie, gospodarze równie zdziwieni – odpowiedzieli: „a u nas jest tak zawsze”.

Od tamtego czasu i u nas też jest tak zawsze.

Reblog oder so. Also.

Den Text hat Elke Heidenreich geschrieben. Ich habe es gefunden, gelesen und staunte, wie heil und glücklich doch unser Welt vor nicht mal 30 Jahren war. Seit Januar 1985 lebte auch ich schon in dieser Welt und ich kann mich ganz gut daran erinnern, dass wir alle dachten: So ist unser Leben und so wird es IMMER sein. Wer von uns ahnte im Dezember 1988, was im nächsten Jahr alles beginnt und wie es endet?! Und die Bundeskanzlerin haben wir auch, Gott sei es Dank, und sie soll ewig regieren. Heute braucht sie uns noch mehr als vorher! Frohe Weihnachten Angela Merkel! Mir scheint, du bist die einzige, die etwas für uns, für Deutschland, für Europa, für Aleppo machen wird! Ich bin stolz auf Dich. Du schafft es!

Crazy Christmas!

. . . woran kann man sich denn bloß noch halten? Sagen Sie doch selbst – irgendwie ist nichts mehr wie früher, oder? Früher wußten wir: Sonntag war, wenn es nach Braten roch und man die weißen Kniestrümpfe anziehen mußte. Weihnachten war, wenn es nach Plätzchen roch, draußen Schnee lag und man nicht ins Wohnzimmer durfte, Mai war, wenn es Erdbeeren, Dezember, wenn es Grünkohl gab. Eine Schreibmaschine sah aus wie eine Schreibmaschine. Heute sind Schreibmaschinen Computer mit Fähigkeiten wie speichern (?) und Proportionsschrift (??). Und Weihnachten… ach, du liebe Zeit. Wo ist sie, die letzte Woche vor Heiligabend, wenn in jedem Zimmer noch schnell was gebastelt, geklebt und heimlich getan wurde. Weihnachtsgeschenke kaufen wir doch im Sommer, wenn der neue Katalog kommt, und dann haben wir diese Kiste, in der immer Geschenke für alle Gelegenheit liegen. Und wahrscheinlich, ja so gut wie sicher, sind wir Weihnachten sowieso nicht zu Hause – was sollen wir auch hier bei Nieselregen. Weihnachten geht es ab in die warme Sonne! Unter Palmen wollen wir sitzen und eisgekühlte Cocktails trinken, zum Teufel mit Mandelkeksen und Tannenbäumchen, außerdem kann man sich einen Wahnsinnspaß machen und ein zusammenklappbares Plastikweihnachtsbäumchen mitnehmen, das steht dann am Swimmingpool und wirkt rührend.

Was sollen wir denn Weihnachten essen, wir dennoch Daheimgebliebenen? Festtagsbraten ist auch passsé, wie wäre es mit einem leichten Spargelgericht? Es gibt ja alles immer, Mandarinen im Sommer, Spargel im Winter, Erdbeeren rund ums Jahr, und das Weihnachtsoratorium, „Jauchzet! Frohlocket!“, das bringt und am meisten in Stimmung, wenn wir im Frühling auf der Wiese in Toskana liegen und in den blauen Himmel gucken. Alles ist verschiebbar! Alle Werte lassen sich umkrempeln! Männer haben wieder Zöpfe, Frauen ausrasierten Nacken, Unterwäsche trägt man außen, und im Sommer fährt man Ski, um im Winter surfen zu können.

Ich will ewige Werte! Ich will Regen am Totensonntag und Schnee an Neujahr, Kirschen im Sommer und Nüsse im Herbst, ich will männliche Männer und weibliche Frauen und nicht dies androgyne Getue, ich will Weihnachten Weihnachten und Ostern Ostern, und die Braut soll Weiß tragen und der Gärtner eine grüne Schürze, und der Mörder ist der Gärtner. Alles soll sein wie immer, und alle Menschen sollen alles verstehen. Prost.

Wahrscheinlich habe ich jetzt ein Glas zu viel getrunken? Was ist denn los?

Ich weiß auch nicht. Da sitze ich im Dezember, im leichten Blumenkleid in der Sonne, ich sag nicht wo! Und sehne mich nach Weihnachten und Stille Nacht, hier ist heute „Rock um die Uhr“ und wir essen Mangos und schenken uns nix, Schenken ist out, und alles ist möglich, und alles ist egal, ja, was denn nun? Will ich alles so haben wie früher? Nein, nicht doch! Aber das Romantische, das Althergebrachte, das Gewohnte, ach, wenn es so ganz verschwindet, dann wird der Mensch ein Rohr im Winde. Wo anfangen? Wo aufhören? Mit zehn lesen wir Shakespeare, mit vierzig sehnsüchtig umflort „Die Häschenschule“. Rote Rosen auf dem Grab, weiße Lilien am Bett, nicht Mal der Bundeskanzler ist heute mehr, was er früher Mal war. Und stellen Sie sich mal vor, eines Tages könnte der Bundeskanzler sogar eine Frau sein! Dann fällt Weihnachten auf Ostern, wetten?

Dezember 1988, Brigitte Nr 26