Stuart 13

Eve

If you ain’t got two kids by 21, you’re probably gonna die alone
At least that’s what tradition told you.
And it don’t matter if you don’t believe, come Sunday morning you best be there
In the front row, like you’re s’posed to.

Jeżeli w wieku 21 lat nie masz dwójki dzieci, to prawdopodobnie umrzesz samotnie
Tego nauczyła cię tradycja
To nieważne, czy wierzysz czy nie wierzysz, w niedzielę rano przyjdziesz do kościoła
I zajmiesz miejsce w pierwszym rzędzie, tego się od ciebie oczekuje

Kacey Musgraves
Merry Go ‘Round

W kilka dni przed otwarciem pubu Stuart pomógł matce w porządkowaniu rzeczy po ojcu. Kiedy pakował do walizek ubrania, które wciąż jeszcze pachniały ojcem, opanowało go dziwne uczucie – uczucie winy, że zamiast smutku w jego głowie panuje głównie radość i ciepło na myśl o Meg.
Miał bardzo mało czasu na spotkania z nią. Przejął większą część pracy w pubie – do jedenastej w nocy obsługiwał klientów, dopiero po umyciu ostatniej szklanki po piwie i wytarciu stołów szedł do swojego łóżka w pokoju nad pubem i kładł się spać. Wczesnym popołudniem sprawdzał na liście, jakie napoje trzeba będzie wkrótce zamówić i wspólnie z Eve omawiał propozycje prostych dań, których przygotowaniem zajmowała się następnie siostra. W zimowe wieczory pub pękał w szwach. Stuart odnosił często wrażenie, że mieszkańcy Walton nie chcą wracać do swoich domów, a picie piwa w towarzystwie i rozmowy o polityce lub nowinkach miasteczka jest dla nich jedną z niewielu możliwości zabijania czasu i przeczekania do lata, kiedy to miasteczko znowu zapełni się życiem i tysiącami turystów.
Czas pracy w pubie to był czas, którego Stuart nie mógł spędzić z Meg i coraz częściej był zły na siebie za pochopną obietnicę pomocy siostrze. Rozmowy klientów, dowcipy, które poznał już jako dziecko, nachalne wypytywanie o młodą panią psycholog drażniły go coraz mocniej. Raz w tygodniu siostra wypłacała mu kilkadziesiąt funtów zarobku. Świadomy tego, że praca, którą wykonuje jest tylko krótkim epizodem w życiu, Stuart nie chciał podejmować żadnych pertraktacji z siostrą na temat zatrudnienia, godzin pracy i wysokości wynagrodzenia. „Przykro mi, że znowu dzisiaj nie zobaczysz swojej pani psycholog” – komentowała często Eve, zostawiając brata samego w pubie. Z tonu jej wypowiedzi wynikało, że wcale nie jest jej przykro, że zazdrości bratu wypisanego na jego twarzy zakochania i chodzenia z głową w chmurach.
Stuart nieraz zadawał sobie pytanie: „Na czym właściwie polega małżeństwo Eve? Nie znam pary, która tak mało by do siebie pasowała. Co ten delikatny, bojący się własnego cienia William widział w mojej siostrze? Może myślał, że ona przeprowadzi go zdecydowanym krokiem przez życie, zniszczy i usunie wszelkie przeszkody z jego drogi? A może pobrali się tylko dlatego, że kiedyś trzeba się pobrać i założyć rodzinę? Bo tak wypada, bo tego wszyscy oczekują?” Wiadomość, że Eve oczekuje dziecka, bardzo go zaskoczyła. Jej ciąża skomplikowała sytuację w domu, siostra nie mogła zajmować się dłużej prowadzeniem pubu i trzeba było poszukać kogoś spoza rodziny, kto chciałby się tego podjąć.
Po wielu rozmowach z gośćmi pubu znalazł się Ben. Był kolegą Stuarta ze szkoły i wrócił niedawno do Walton po kilkuletnim pobycie w Londynie. Stolica przeraził go tempem życia, nigdy nie poczuł się dobrze w tym wielkim mieście i postanowił wrócić do spokojnego Walton i rodziny. Podczas pobytu w Londynie utrzymywał się z pracy w restauracjach i pubach, miał więc pojęcie o zadaniach, których chciał się podjąć. Po przeciągających się w nieskończoność pertraktacjach Stuartowi udało się przekonać siostrę do podpisania z Benem rocznej umowy o wynajem pubu.
To był dobry wybór – młody najemca był znakomicie zorganizowany, nie bał się pracy i widział w nowym zadaniu dużą szansę. Już po dwóch tygodniach od przekazania pubu w ręce Bena, Stuart mógł ograniczyć swą pomoc do dwóch dni w tygodniu.

Meg

I’ve been searching a long time for someone exactly like you
I’ve been traveling all around the world
Waiting for you to come through

Długo szukałem kogoś właśnie takiego jak ty
Wędrowałem po całym świecie
Czekając aż się zjawisz

Van Morrison
Someone like you

W końcu miał czas na spotkania ze swoją dziewczyną. Chodzili z Einsteinem na długie spacery brzegiem morza, po powrocie siadali w przytulnej, ciepłej kuchni Meg i godzinami rozmawiali lub słuchali muzyki. W czasie, kiedy ukochana odwiedzała pacjentów w Walton i okolicy Stuart komponował nowe utwory – pełne czułości i ciepła piosenki, których pierwszym słuchaczem była zawsze Meg. „Obiecaj mi, że nigdy nie zrezygnujesz z muzyki”, poprosiła go pewnego wieczoru. Przytulił ją do siebie, szczęśliwy, że znazł kobietę, która poprze go przy realizowaniu marzeń.
Na początku marca wybrali się do Londynu z odwiedzinami u Stuarta-seniora i Briana. Czekał tam na nich prezent – bilety na musical „Hair”. Następnego dnia w małym teatrze na Soho Stuart z trudnością powstrzymał się od wstania z miejsca – wśród wykonawców rozpoznał swojego przyjaciela z pobytu w Wellington – Louisa w roli Huda. Po spektaklu Stuart wziął Meg za rękę i poszli do garderoby wykonawców. Louis z radością przywitał przyjaciela: „Nigdy nie myślałem, że się tu zobaczymy, nieraz się zastanawiałem, gdzie jesteś i co robisz”. Umówili się na obiad następnego dnia. Meg została u Stuarta-seniora i Briana: „Wy macie sobie na pewno dużo do opowiedzenia, ja tylko będę przeszkadzać”.
Podczas wspólnego obiadu Louis opowiedział przyjacielowi o miesiącach, które minęły od ich pożegnania w Nowej Zelandii. Podobnie jak Stuart on też nie został zatrudniony w kolejnej produkcji teatru w Wellington. Przeniósł się do Christ Church, gdzie dawał koncerty po knajpach. Po raz pierwszy od wielu lat miał wrażenie, że ludzie od lat czekali na jego muzykę. Na pewno zostałby tam do dzisiaj, gdyby nie spotkał dziewczyny, za którą przyjechał do Londynu. Początki w tym mieście nie były łatwe, przez kilka miesięcy występował w klubach jazzowych, ale dochody były tak nieregularne, że nieraz nie miał pieniędzy, żeby dołożyć się do opłat za mieszkanie, które wynajęli wspólnie z dziewczyną. Któregoś dnia przeczytał w gazecie o poszukiwaniu obsady do roli Huda. „To nieduża rola, ale regularna pensja i dobre warunki. Więc dalej stoję tuż przed osiągnięciem sukcesu. Najgorsze jest to, że ja oprócz muzyki niczego innego nie potrafię robić” – zaśmiał się Louis. „I tak jesteś dalej niż ja”, skomentował opowieść Stuart i opowiedział o tym, jak mu się żyło w ostatnich miesiącac. Pożegnali się bardzo serdecznie, z nadzieją, że uda im się jeszcze kiedyś spotkać.
Pobyt w Londynie minął bardzo szybko i czas było wracać do Walton, na Meg czekali tam pacjenci i Einstein, którego opieki przejęła przez kilka dni matka Stuarta. Wracali samochodem Meg. Dziewczyna skomentowała, że Brian i Stuart są idealną parą. „Nigdy nie poznałam ludzi, którzy się tak dobrze rozumieją.” „A my?”, zapytał nieśmiało Stuart, a po chwili dodał „Proszę powiedz mi w końcu, dlaczego przyjechałaś do Walton?”
Przez resztę drogi do domu opowiadała mu o studiach psychologii w Brighton. W kilka dni po rozpoczęciu roku akademickiego zgubiła się w budynku uniwersyteckim i przyszła o pół godziny za późno na wykład z psychologii klinicznej. „Pani straciła dużą część wykładu”, z wyrzutem oświadczył wykładowca i poprosił ją o pozostanie w sali po zajęciach. Ich rozmowa trwała wiele godzin, przerwał ją dozorca, który gasił światła w budynku. Wykładowca chciał wiedzieć o Meg wszystko, pytał o to, dlaczego wybrała właśnie psychologię, kim jest, czego oczekuje od życia. Był pierwszym mężczyzną, przy którym czuła, że jest najbardziej interesującą osobą na świecie.
Zaczęli się regularnie spotykać, chodzili do małej włoskiej restauracji niedaleko uczelni, na spacery, wystawy, do kina.
Kiedy Stan zaczął jej opowiadać o swoich błędach i małżeństwie, w którym był bardzo nieszczęśliwy, Meg myślała tylko o tym, żeby go do siebie przytulić i przekonać, że on też ma prawo do szczęścia. Ich afera trwała cztery lata, które Meg wspominała jako odejścia i powroty Stana do żony, czekanie na jego telefony i kolejne spotkania. W dniu uroczystego wręczenia dyplomów Meg zobaczyła w pierwszym rzędzie Stana trzymającego za rękę drobną blondynkę w bardzo zaawansowanej ciąży. Następnego dnia spakowała swoje rzeczy na stancji w Brighton i przyjechała do Walton, gdzie jako dziecko często spędzała kilka tygodni wakacji.
„To, że się rozumie, dlaczego ktoś się tak zachował, a nie inaczej, to, że się wie, że są ludzie, którzy nie powinni się w życiu spotkać, to, że potrafię wszystko zanalizować i wytłumaczyć, wcale nie pomniejsza bólu”, powiedziała Meg, a Stuart położył jej rękę na kolanie: „Teraz mamy siebie”.

Cdn.

Śniadanie literackie: Żeromski (reblog z dodatkami rodzinnymi)

To śniadanie z Przedwiośnia już było TU, ale mimo starań, nie znalazłami, a i nie przypomniałam sobie, czegoś więcej o śniadaniach u Żeromskiego. Jest wprawdzie w Popiołach w rozdziale Strzemienne wzmianka o śniadaniu, ale dowiedzieć się z niej można tylko, że panowie Olbromski, Cedro i Trepka dostali na ten o świtaniu podany posiłek polewkę winną, a zaraz potem gospodarz wyciągnął “niewielką starą butelkę” z jakimś szlachetnym trunkiem, ale jakim, nie wiadomo. Czyli najpierw grzane wino, a potem coś mocniejszego. Ale też Rafał i Krzysztof szykują się właśnie do opuszczenia dworu Trepki i jadą bądź co bądź na wojnę, do Legionów Dąbrowskiego. Jak praprapra… dziadek mojego  (byłego) męża, Jan Slaski (1768-1847) zabierał z okolicznych wiosek małopolskich chłopów na Insurekcję – to on wpadł na pomysł, by uzbroić ich w postawione na storc kosy – to też im się dał najpierw pokrzepić antałkiem siwuchy. Slaski z kosynierami widnieją w Panoramie Racławickiej Jana Styki, Wojciecha Kossaka i innych, ale, no cóż, bez antałka. Namalował ich zapewne Teodor Axentowicz, a niewykluczone, że stroje kosynierów były dziełem Włozimierza Tetmajera lub Wincentego Wodzinowskiego. Historycy twierdzą, że wiedzą dokładnie, ilu Slaski przyprowadził wojaków – 1920! To nad Slaskim i jego kosynierami powiewa słynny sztandar “Żywią i bronią”.

U góry fragment Panoramy Racławickiej, ten z kosynierami, poniżej Modlitwa przed bitwą Chełmońskiego


Nota bene, to właśnie generał Slaski przesłał w świat pierwszy raport o zwycięstwie pod Racławicami.  Ale to wszystko czasy pierwszego powstania przeciwko Rosjanom i pierwsza bitwa, i od razu zwycięska, o której pamiętać będą uczestnicy następnych… wszystkich powstań polskich.
Popioły to już okres wojen napoleońskich, walka za wolność naszą i waszą, a Przedwiośnie – wolna i suwerenna Polska.

Stefan Żeromski, Przedwiośnie

Cezary Baryka przyjechał do domu przyjaciela, Hipolita Wielosławskiego w Nawłoci. W zamożnym dworze toczy się wyidealizowane, sielankowe życie polskiego ziemiaństwa. Obiady, kolacje, śniadania i podwieczorki trwały niemal przez cały dzień, pisze Żeromski, Wstawano dosyć późno. Ten, kto wstał o poranku, spożywał śniadanie bez towarzystwa kolegów czy rodziny, ale nie sam, o nie…

Maciejunio, dostrzegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował się, zmartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczów największy przyjaciel, czeka! Zakrzątnął się, zabiegał jak fryga, aż podskakiwał w pośpiechu. Wnet napędził do tej sali bosych pokojówek, jakichś małych “podręcznych” Piotrków i Florków. Nakryto stół i piorunem wniesiono koszyki z chlebem żytnim, z bułkami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogalikami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoików z miodem, konfiturami, konserwami, sokami. Tu podstawił “masełko”, tam rogaliki. Pod siwym przystrzyżonym wąsem uśmiechał się spoglądając na pewien słoik, na który nieznacznie wskazywał, i coś “ośmielał się” szeptać z cicha na jego wielką, bardzo wielką pochwałę. Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętrza. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem – nie jakiś sobaczy ersatz niemiecki – “kawusia”, rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcję śmietanki. Z kożuszkami zagorzałymi od ognia uśmiechały się do gościa te kamienne garnuszki.

Cezary, nie czekając na domowników, zabrał się do “kawusi”, kożuszków, “śmietaneczki”, chleba, który płatał po żołniersku, do rogalików, które chrustał od jednego zamachu – do ciastek, miodu, konfitur. Maciejunio przewijał się kiedy niekiedy obok stołu i pochwalał oczyma, uśmiechem albo ruchem niepostrzeżonym zabiegi i czynności gościa. Na pytanie, czy nikt z domowników jeszcze nie wstał, stary sługa dał odpowiedź, iż śpią jeszcze wszyscy.

Nie wszyscy jednak byli we śnie pogrążeni, bo oto dało się słyszeć wesołe podśpiewywanie i w lwich podskokach Hipolit wbiegł na ganek. Za chwilę był w jadalni. Maciejunio i jego podwładni zawirowali w sieniach i kuchennym kredensie. Wjechały zaraz nowe tace, nowe bochenki na miejsce nadwyrężonych przez Cezarego, nowe koszyki z rogalikami, nowe maselniczki i słoiki pełne konfitur.

Zdjęcie z filmu:
produkcja: Francja, Polska 2001
reżyseria i scenariusz Filip Bajon
na podstawie: powieści Stefana Żeromskiego
Cezary Baryka: Mateusz Damięcki
Maciejunio: Wojciech Siemion

Traductora

Kinga Szpuler

Conclusiones finales

Para el análisis fueron elegidos doce poemas de unos cientos traducidos al polaco por Irena Kuran-Bogucka. Resultó muy difícil escoger sólo algunos títulos y rechazar el resto. A la hora de seleccionarlos, nos guiamos, en primer lugar, por la importancia o popularidad de la obra determinada. Asimismo, una gran ayuda en este proceso fueron los consejos de las hijas de la traductora, Ewa Maria Slaska y Katarzyna Krenz; sus memorias y opiniones en cuanto al trabajo de su madre constituyeron un apoyo inapreciable. Gracias a su amabilidad logramos el acceso a los archivos privados, apuntes y fotografías de su madre.

También buscamos trabajos de otros traductores polacos para poder comparar sus versiones de poemas con las de Bogucka. Ya en este momento llegó la primera reflexión, o sea, no hay tantas traducciones a la lengua polaca como habíamos pensado. Federico García Lorca y Rafael Alberti son los dos poetas españoles más prestigiosos de la generación del 27 pero en Polonia solo hemos podido conocer una parte limitada de sus creaciones. Sobre todo Alberti está bastante desconocido en nuestro país. Por eso, aún más, tenemos que admirar la decisión de Bogucka de haberse tomado un trabajo tan extenso y presentarle al público amplias antologías de ambos poetas. Después de la lectura detallada de los poemas escogidos vale la pena sacar conclusiones más significativas.

El vocabulario en todas las traducciones es muy rico y vasto, pero también congruente, lo notamos a primera vista. En los comentarios de los poemas Bogucka explica que intentaba usar el lenguaje polaco de la época más semejante en cuanto a la forma de expresión, y conscientemente se concentró en el período de la Joven Polonia. La traductora nació en el año 1925, entonces era natural que se inspirara por los grandes poetas polacos como Bolesław Leśmian, Leopold Staff, Julian Tuwim y muchos más que escribieron en aquel tiempo. Bogucka era una persona muy dedicada a la lectura y de forma natural conocía muchas obras suyas.

En cuanto al lenguaje especializado y a las informaciones vinculadas con un específico contexto histórico o cultural, como por ejemplo: la cultura gitana, el flamenco, la corrida, la Guerra Civil o simplemente las biografías de los poetas, Bogucka estudió detalladamente todo lo que podía. Como en polaco faltaba la literatura adecuada, la traductora se servía de libros en inglés, alemán, italiano o ruso y, evidentemente, en español. Su biblioteca causa una gran impresión. Además, Ewa Maria Slaska, su hija, relata que en los tiempos cuando ella estaba estudiando arqueología y tenía un buen acceso a las informaciones históricas, antropológicas y etnográficas, su madre la importunaba con preguntas de todo tipo, sobre todo por la simbología, mitología, costumbres y fiestas de la Península Ibérica. Bogucka, antes de traducir, quería entender varias dimensiones del texto.

En las antologías publicadas por la traductora, pero también en todos su apuntes que pudimos hojear en su casa, se manifiesta una gran laboriosidad y minuciosidad con las que se dedicaba a la poesía. Siempre buscaba la perfección y ningún elemento de sus traducciones fue utilizado por casualidad. Hay que subrayar que al principio Bogucka no estaba segura si alguna editorial querría publicar el fruto de su trabajo.

Destaca la musicalidad de las traducciones polacas que salieron de su pluma. El ritmo y el sonido del poema crean para la traductora un elemento igualmente importante como el contenido de las palabras. Las versiones polacas merecen ser declamadas en voz alta, particularmente los poemas con una estructura estricta (los versos fijos y las rimas) o los poemas que imiten un elemento de naturaleza, como el agua o el viento. Es un placer observar cómo la traductora solucionó tantos problemas lingüísticos.

Irena Kuran-Bogucka podía ponerse muy bien en el lugar del poeta, y por consiguiente, del sujeto lírico. Desde luego, esto procedía de que elegía a los autores conscientemente, ella se guiaba por su razón, corazón y su buen gusto. En general, buscaba autores con los que tenía algo en común. No es una casualidad que tanto Lorca como Alberti, aparte de escribir poemas, se dedicaban también a las artes plásticas. Las traducciones de Bogucka se distinguen de otras por la intensidad alta de los sentimientos y emociones: nostalgia, amor, dolor, miedo, admiración, tristeza, ironía; hay de todo.

La formación artística de Irena Kuran-Bogucka está presente en sus traducciones. Esto se refiere sobre todo a las descripciones de los paisajes, colores, símbolos, imágenes que ciertamente forman parte de cada texto literario. Sin embargo, en cuanto a los poemas la dificultad de la traducción consiste en su forma breve. El traductor tiene que encontrar las palabras más precisas para reproducir las intenciones del autor tal y como la forma del texto. Al leer los poemas traducidos por Bogucka, tenemos la impresión que podía sentir, oír y visualizarse el contenido del poema, y lo más importante, logró compartirlo todo con los lectores polacos.

Por desgracia, después de la primera edición, las antologías poéticas de Federico García Lorca y Rafael Alberti en la traducción de Irena Kuran-Bogucka no han sido reeditadas. Resulta casi imposible comprarlas de segunda mano, son un mirlo blanco en el mercado de los libros. Es una pena, porque merecen ser leídas también por la nueva generación de los aficionados a la poesía. Ojalá vuelvan a publicarse para que podamos deleitarnos en el futuro de las magníficas traducciones de Irena Kuran-Bogucka.

teczki
En la casa de traductora; los apuntes privados

ksiazki

Biblioteca privada de Irena Kuran-Bogucka

portretmamy

La foto de Irena Kuran-Bogucka hecha por Dariusz Bogucki

Eliza & Wilhelm. Film.

Wpis na przemian po polsku i po niemiecku.  / Ein Beitrag abwechselnd auf Deutsch und Polnisch.

Am 18.09.2016 fand in der Robert-Jungk-Oberschule in Berlin die Filmpremiere des Filmes über die Liebe von Eliza Radziwiłł und Wilhelm von Hohenzollern, dem späteren Kaiser Wilhelm I statt. Die Geschichte basiert auf dem Buch von Dagmar von Gersdorff “Auf der ganzen Welt nur sie”, in der Übersetzung in die polnische Sprache von Frau Grażyna Prawda.

Im ersten Halbjahr 2016 erarbeiteten die SchülerInnen der Klasse 11.4, sowie ein Schüler und eine Schülerin aus der Katharina-Heinroth-Grundschule, die Realisierung dieses Projektes. Sowohl Szenario, Charakterisierung, Regie und Montage wurden von den SchülerInnen übernommen, natürlich von zwei Lehrerinen betreut.

sesb
Robert-Jungk-Oberschule ist eine Staatliche Europaschule Berlin (SESB) in der Sparte Deutsch-PolnischZum Konzept der Schule / Założenia programowe szkołyIn der Katharina Heinroth Grundschule gibt es die polnische Tanzgruppe Krakowiacy (dh Krakauer, aber nicht Wurst sondern die Bewohner von Krakau und Umgebung). / Polska dziecięca grupa taneczna Krakowiacy. In der Gruppe Krakowiacy tanzen die Schüler der Katharina-Heinroth-Grundschule und der Robert-Jungk-Oberschule in Rahmen der Kooperationen der beiden Schulen in einer Tanz – AG (Aktivitäten-Gemeinschaft). Die Gruppe wird von Frau Kampes geleitet.

Zakazana miłość-.mp4 (auf Deutsch am Ende des Beitrags)

wilhelmeliza1dr Daria Smoczyńska-Reiner i Agnieszka Bernegg

Opis projektu „ Zakazana miłość”

Kiedy tłumaczka książki autorstwa Dagmar von Gersdorff – pani Grażyna Prawda zaproponowała nam w zeszłym roku przeprowadzenie w naszej szkole projektu, którego treścią miała być historia niespełnionej miłości Wilhelma Pruskiego do Elizy Radziwiłł, trudno nam było w pierwszej chwili podjąć się tego zadania. Miałyśmy obawy, jak zdołamy zainteresować uczniów dawną, romantyczną i tak odbiegającą od realiów naszych czasów historią dziewiętnastowiecznej pary. Pełne sceptycyzmu i obaw o to, że usłyszymy: „kogo interesują wydarzenia, które rozegrały się tak dawno? Jakie to ma dla dzisiejszego świata znaczenie?, postanowiłyśmy jednak zaryzykować. Założyłyśmy, że ponieważ głównym tematem książki, a zatem i planowanego projektu jest miłość dwojga młodych ludzi, to niezależnie od tego, jaki okres będzie przedmiotem naszych zainteresowań – mamy pewne szanse.

7-listopadaNa wszelki wypadek unikając słowa „ projekt” przedstawiłyśmy uczniom 11 kl. naszą propozycję. Dalej wydarzenia potoczyły się już wartko. Młodzież częściowo w domu, częściowo zaś w ramach zająć szkolnych zapoznała się z obszernymi fragmentami książki, jednocześnie przystąpiłyśmy do omawiania podczas lekcji różnych związanych z treścią książki zagadnień, które zostały podzielone na dwie ścieżki tematyczne.

Pierwsza z nich obejmowała problematykę aranżowania małżeństw. Poruszone zostały tu różne zagadnienia, które omówiono na przykładach znanych z historii lub literatury (historia Romea i Julii, małżeństwo królowej Jadwigi z Władysławem Jagiełłą, małżeństwo Jagny z Boryną w „ Chłopach” W. Reymonta). W ramach zajęć historii omawiane były zagadnienia odwołujące się do historii dziewiętnastowiecznych kontaktów Polaków i Niemców na terenie Prus, a później zjednoczonych Niemiec.

Znaczna część z wymienionych zagadnień została przygotowana przez uczniów naszej szkoły wspólnie z młodzieżą z XX Liceum Ogólnokształcącego w Poznaniu w Poznaniu w ramach wymiany międzyszkolnej. Opracowane przez grupy składające się z uczniów obu szkół tematy zaprezentowano następnie podczas spotkania z tłumaczką książki – panią Grażyną Prawdą, które odbyło się w marcu.

17579Najwyraźniej nie mogąc poprzestać na tych działaniach, rozpoczęliśmy także pracę nad krótkim filmem, w którym chcieliśmy przedstawić historię miłości Wilhelma i Elizy. Wraz z uczniami przystąpiliśmy do pisania scenariusza filmu, który ulegał następnie wielokrotnym zmianom, tak aby możliwe stało się jego powstanie przy skromnych środkach, jakimi dysponowaliśmy. Zaplanowana początkowo z wielkim rozmachem fabuła musiała zostać ograniczona i zastąpiona tekstem narracji, tak aby nagrane sceny można było połączyć w spójną całość. Prawdziwym wyzwaniem stało się zdobycie kostiumów, które organizowaliśmy na wszelkie możliwe sposoby, nie rezygnując z sięgania po stare szpargały i pamiątki rodzinne. Dekoracje i rekwizyty stanowiły dla nas głównie prywatne zasoby naszych mieszkań, jak i skarby udostępnione przez uczniów i ich rodziny. Wielce pomocna okazała się wreszcie uroda niektórych zakątków Berlina oraz sprzyjająca aura. Dzięki tym dobrodziejstwom nakręciliśmy niemal wszystkie nasze „plenery”stanowiące chyba jeden z atutów filmu.

Film został w całości zmontowany i udźwiękowiony (początkowo w polskiej wersji językowej) przez uczniów, którzy w ramach odbywających siȩ w naszej szkole zajęć w zakresie montażu filmowego zdobyli w poprzednich latach niezbędną w tym zakresie wiedzę. Kolejnym wyzwaniem było przygotowanie wersji niemieckiej, którą zrealizowaliśmy dzięki opracowanemu przez uczniów przekładowi, zastępując narrację w jȩz. polskim narracją niemiecką i umieszczając niemieckie napisy w scenach obejmujących dialogi.

Die deutsche Version des Filmes wurde im 2. Schulhalbjahr 2016 hergestellt.

Die Verbotene Liebe DEUTSCH 2016.mp4

 

Subiektywny bardak na skos IV

Tomasz Fetzki

Opuściwszy Warkę mknie Trójka Podróżników bocznymi drogami na północny zachód. Wokół widzą coraz więcej sadów. Nic dziwnego, wszak zbliżają się do Grójca. Viatorka w internecie na smartfonie szuka wiadomości o mieście. Poza tymi o zagłębiu sadowniczym oraz o regionalnych odmianach jabłek niewiele więcej znajduje. Mimo to Viator nie żałuje wizyty w Grójcu, choć na jabłka jeszcze o wiele za wcześnie. Krótko po wjeździe do miasta na wprost oczu Pielgrzyma ukazuje się naprawdę piękny i gustowny mural, wzorowany zapewne na starej fotografii lub rycinie: grójecki rynek i ratusz gdzieś na przełomie XIX i XX wieku. A za chwilę z okien samochodu widać ten sam rynek i ratusz w naturze. Kameralny, czysty, zadbany. Jak zresztą wszystkie odwiedzone dziś miasta i wsie. Gdzie ta Polska w ruinie?

10-lub

Na dokładniejsze zapoznanie z Grójcem czasu oczywiście zabrakło, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby kiedyś tu wrócić. Tymczasem pędzimy w kierunku Żyrardowa.

Viator musi w najgłębszym sekrecie zdradzić, że tak naprawdę całą trasę podróży na skos układał z tą intencją, by odwiedzić miasto Filipa de Girard. To był główny cel, oś, jądro całej rajzy. Albowiem od czasów młodości fascynuje się Pielgrzym (choć jedynie amatorsko) zagadnieniami architektury i urbanistyki, tworzenia miast na surowym korzeniu, dziewiętnastowiecznego budownictwa industrialnego, zagospodarowania przestrzeni miejskiej i temu podobnemi tematami. Już kiedyś zresztą na tym blogu (TU KONKRETNIE) dał upust swym pasjom.

Tym razem Viatorka znajduje mnóstwo informacji o krótkich, ale burzliwych dziejach osady fabrycznej powstałej jako aneks do wielkich zakładów lniarskich. Aż dziw, że tak młode miasto może mieć tak bogatą historię!

11-lub

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie zawiódł Żyrardów Viatora! Układ urbanistyczny zachowany wspaniale. Poszczególne stylowe budynki z czerwonej cegły sukcesywnie odnawiane. Zakłady lniarskie już nie istnieją, ale budynki fabryczne uratowano, lokując w nich galerię handlową. Zakupów Wędrowiec nie zrobi, ale nie może się powstrzymać od dłuższego spaceru wśród zabudowań żyrardowskiej starówki. Jedynie poczucie obowiązku wyrwało go w końcu z transu, otrzeźwiło, posadziło na nowo za kierownicą.

Gdy Trójka Podróżników na węźle Wiskitki osiągnęła highway, godzina była już taka, że Viator po raz pierwszy tego dnia poczuł ucisk w gardle. Kurde, możemy nie dojechać na czas na koncert Piwnicy pod Baranami… Nie podzielił się jednak swymi przeczuciami, aby defetyzmu nie siać w szeregach. Przycisnął gaz na ile rozsądek pozwolił i auto pomknęło Autostradą Wolności prościutko na zachód. Wrażeń ani skojarzeń na tym etapie podróży nie miał Pielgrzym zbyt wielu. Co innego mu brzmiało w głowie: zdążyć, zdążyć!

Jest jednak pewien wyjątek. Zdarzyło się już wcześniej Viatorowi kilkukrotnie jeździć tędy do Warszawy i z powrotem. Za każdym razem intrygował go pewien kościół, doskonale widoczny z trasy, a znajdujący się w wiosce jakieś dwadzieścia kilka kilometrów na wschód od Konina. Trudno powiedzieć, czemu intrygował. Może dlatego, iż kojarzył się (bezpodstawnie, jak się okazało, choć pewne detale architektoniczne uzasadniają tę asocjację) z Świątynią Miłosierdzia i Miłości – katedrą mariawicką w Płocku? Ostatecznie obecność mariawitów tutaj, w dawnym zaborze rosyjskim, nie byłaby niczym nadzwyczajnym.

12-lub

To nie mariawici. Wędrowiec po którejś z podróży sprawdził. Kościół jest rzymskokatolicki, ale i tak intryguje. Kryje bowiem mroczną, czarną tajemnicę, w murach, żeby było śmieszniej, pomalowanych kolorkami delikatnymi i słodkimi jak pianka jojo. Wioska nazywa się Chełmno nad Nerem. Tak: TO Chełmno. Kulmhof. Obóz zagłady. A kościół, zajęty przez Niemców, pełnił funkcję stacji obnażenia dla przywożonych tu Żydów, Romów, Polaków, dzieci z czeskich Lidic… Co my komu zrobiliśmy, że historia się na nas uwzięła i tak często i głęboko przeorała ten skrawek kuli ziemskiej? Tak sobie myśli Viator, ale nie mądruje się i swymi refleksjami z Viatorką oraz z Szefową Blogu się nie dzieli. Skupiony jest wszak na szalonej jeździe!

Zdążyli. Pięć minut przed koncertem Viatorka z Viatorem zasiedli w fotelach Filharmonii Zielonogórskiej. Ale przedtem jeszcze pozostawili Szefową Blogu na dworcu kolejowym w Świebodzinie, skąd wygodnie i bezpiecznie dotarła do Berlina.

Opuszczając Świebodzin musiał niestety Viator napotkać wzrokiem monstrualną figurę Chrystusa. Zdjęcia nie zamieścimy, szkoda zdrowia. No co ma Viator poradzić? Udawać, że wszystko gra? Dzieło jest po prostu brzydkie pod względem artystycznym, fatalnie zlokalizowane, a i jego wydźwięk ideologiczny – monumentalizm i opresyjna nachalność – odrzuca Wędrowca. Zwierzył się z planów wrednego opisania tej figury swemu dobremu znajomemu: prezbiterowi katolickiemu rytu łacińskiego, który z Podkarpacia wywędrował do Belgii. To jeden z najinteligentniejszych ludzi, jakich Pielgrzym zna. I lubi. Zatroskał się ten ksiądz, żeby nie profanować figury Chrystusa Króla, bo to dla wielu ludzi w tym kraju jednak miejsce kultu. Obiecał więc Viator prezbiterowi, że wyrazi się oględnie. Bo też i w rzeczy samej nie chce razić uczuć niczyich. Przeciwnie: właściwie to działa na rzecz tych uczuć, jako, że gigantomania tudzież przepych to nie droga ku prawdziwej duchowości. Tym bardziej, że nie Chrystusa, ale ego pewnego proboszcza się tu czci. Wystarczająco oględnie, księże Andrzeju?

Kończy się podróż, czas na obiecaną refleksję historiozoficzną. Dlaczego tyle i tak różnych myśli, skojarzeń, refleksji oraz uczuć wzbudziła w Pielgrzymie ta podróż? Dlaczego każda podróż po kraju uruchamia ten sam mechanizm? Bo to ojczyzna Viatora. Jego miejsce na Ziemi. W pięknie i brzydocie, w dobrych i tragicznych momentach historii, w śladach mądrości i głupoty mieszkańców. Na dobre i na złe. I żaden narodowiec, faszysta czy inny oenerowiec nie będzie Wędrowcowi wystawiał cenzurki patriotyzmu. Za coś innego i wbrew czemuś innemu kochamy ten kraj. Zaś symbolowi falangi najchętniej pokazałby Viator tzw. środkowy palec, ale… nie może: dobre wychowanie to balast i przekleństwo. I tak misterna konstrukcja jest gotowa – to samo zdanie otwiera i zamyka opis podróży. Tylko czy ktoś to doceni?

***

Ja docenię
Podpisano: Szefowa 

Reblog. Odkrycia w sieci.

Znalazłam ten film przypadkiem, zamieściła go osoba używająca nicka Domowa Kostiumologia.

Spodobał mi się ten awatar, i tak to się zaczęło…

A story of a young 1950’s typist that notices something rather unusual about her machine.

Lucy and Lucys costumes Gosia Zebrowska. The rest Karolina Zebrowska.

Poszukałam dalej. To ona – Domowa Kostiumologia!

I następne, piękne filmy, zaskakujące i prawdziwe. Przesłanie tego filmu poniżej brzmi:

Please, don’t forget the real women

To ona, a jak klikniecie na zdjęcie, to wejdziecie na jej blog…

PS. Szkoda tylko, że ta piękna kobieta w pięknych kostiumach, które sama nader pięknie projektuje, robi niepiękne błędy w polszczyźnie, sukienki się u niej ubiera, a nie wkłada, a to ubranie, rodzaj jak najbardziej nijaki, jest rodzaju męskiego czyli “ubiera się tego ubrania”. Przeszkadza mi to, ale z kolei – ja umiem pisać bez błędów i jest to właściwie wszystko, co umiem, a za to ona umie robić takie wspaniałe stroje, zachwycające stylizacje, świetne filmy i naprawdę zna się na tym, o czym pisze… 🙂

Miłość jesienią

Andrzej Filet Fikus

butyMiłość siódmego października widziana z wychylenia przez okienną
framugę:
Ona i on
Liście dyktują im drogę
Chłód przyspiesza krok
To normalne, że ich dłonie jeszcze nie splecione
Jej i jego wychłodzone z wyczekiwania na tę ulgę, usta
Idą, nawet umyślnie błądzą aby w końcu się wdarzyło
Jesień tańczy, oni w sobie każde z osobna, wewnątrz pożar
Z jej włosów kapią krople podniecenia
Jest ci zimno? Bez jej przyzwolenia otula ją kurtką
?
Dziękuję jednak mi wciąż przenikliwie
Jej pierś czuje szalejące serce w kieszeni tego gestu
On się telepie, nigdy jeszcze nie był tak jesienny
Błagalny jego wzrok, ona rosą w oczach przychylna
Pocałuj mnie
Nie obchodzi nas w tej chwili ta kałuża
Zapomniane zimno staje się ich opiekunem
Ramiona jakby syjamskie nagle
Ich ciała bałwan z dwóch części
Kocham cię

07.10.2016

Gin

spiłem jałowiec z twoich ust
pożądałem ich
oddaliłaś się i umarłem
kiedy ranny znów się narodziłem
wycisnąłem z pamięci jego nektar
wciąż jesteś przy mnie
nasza bliskość zaś
pozostaje nierozebrana

***

dom który kocham
i nóż w jego macicę
wkładam
XXX
dom w którym kocham
zmywać swoje grzechy
XXX
dom który kocham
ściskając pięści by go nie zburzyć
XXX
dom który kocham
albowiem chroni szaleńców
XXX
17.06.2009
Das Haus, das ich liebe
Ein Messer stecke ich in seine Gebärmutter
XXX
Das Haus, in dem ich liebe
Abwaschen all meiner Sünden
XXX
Das Haus, das ich liebe
Fäuste ballend, um es nicht zu zerstören
XXX
Das Haus, das ich liebe
Da es die Wahnsinnigen beschützt
***

łzy są nieme
udają krzyk
miałem nadzieję kiedyś
wyskoczyć
z tego okna na drugim piętrze
i wpaść w jej dekolt
powiedziałem jej o tym

“…ty już śpisz
a ja chciałabym
upleść pelerynę z włosów
i odgrodzić cię
od świata”

melancholia nie zna litości

 

Tränen sind stumm
täuschen Schreie
voreinst verspürte ich den Wunsch
aus diesem Fenster vom zweiten Stock zu springen
und in ihr Dekolleté zu fallen
ich erzählte ihr davon

“…Du schläfst schon
und ich wollte so gerne
einen Umhang aus meinem Haar
Dir nähen
und Dich abschirmen von der Welt”

Melancholie kennt kein Erbarmen

***

Mówię Ci Pani Życie
kapituluję wobec Twojej dobroci
ja się nie prosiłem na Twoje łąki
ja Andrzej Fikus

nad krzypopem wśród kaczeńców wychowany
bo dawno już zamilkłem
i nie pojmuję
dlaczego tu jeszcze
przeszkadzam

I gdybym dzisiaj miał tę
tęsknotę co wtedy
boso bym do Ciebie wyruszył
gdybym ją miał
gdzie jesteś Miła?
mozolnie ściągam buty

I jest mi dziwnie Pani Życie
na Ciebie obrażać się
ale…

 

Frau Leben, ich sage Dir
ich kapituliere vor Deiner Güte
ich habe nicht darum gebeten,
Deine Wiesen zu betreten
ich Andrzej Fikus
aufgewachsen am Rande einer Abflussrinne
inmitten von Sumpfdotterblumen.
Längst bin ich schon verstummt und begreife nicht
warum ich hier noch stören muss

Und wenn ich heute noch diese
Sehnsucht spürte, die damals
barfuss zöge ich los –
wenn ich sie hätte
wo bist Du Liebes?
behäbig ziehe ich die Schuhe aus

Eigenartig ist mir zumute, Frau Leben
mich über Dich ärgern
aber…

buty2

Ta pierwsza brygada

W dzień szczególnych sensacji księżycowych posklecał to sobie:

Zbigniew Milewicz

I natychmiast mi nadesłał. Ale cóż ja, adminka biedna, dziś dopiero wolny dzień znalazłam na wstawienie tego wpisu z 14 listopada…

Bardzo przepraszam i Autora, i Czytelników

My pierwsza brygada

Tak, jak na parafialny chór Polskiej Misji Katolickiej w Monachium przystało, najpierw odśpiewaliśmy w starym kościele św. Barbary po łacinie i po polsku okolicznościowe pieśni z okazji dorocznego Święta Niepodległości, a później poszliśmy się bratać z ludem bożym. W parafialnej sali, gdzie ugoszczono wszystkich winem i ciastkami, chór musiał najpierw trochę pośpiewać, rozgrzać polskich parafian narodową nutą…

Na pierwszy plan poszło Wojenko, wojenko… Później Przybyli ułani pod okienko… Wreszcie utwór główny wieczoru, od 14.08.2007 r. oficjalna pieśń Wojska Polskiego, My Pierwsza Brygada, zrodzona w I Brygadzie Legionów Polskich, dowodzonych przez Józefa Piłsudskiego. Poszła wersja aktualnie oficjalna, ale ludzie różnie śpiewali.

Oto znana wersja Brygady:

My pierwsza brygada

Legjony to żałobna nuta,
Legjony to skazańców głos.
Legjony to żołnierska buta
Legjony to ofiarny stos!
xxxxxMy pierwsza brygada,
xxxxxStrzelecka gromada
xxxxxNa stos rzuciliśmy nasz życia los
xxxxxna stos na stos! x2

Nie trzeba nam od was uznania,
Ni waszych skarg ni waszych łez
Przeminął już czas kołatania
Do waszych serc, próśb nadszedł kres!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Krzyczeli, żeśmy stumanieni,
Nie wierząc nam, że chcieć to módz
Leliśmy krew osamotnieni
A z nami był nasz drogi Wódz!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Nie chcemy już od Was uznania
Ni Waszych mów, ni waszych łez!
Już skończył się czas kołatania
Do waszych serc, do waszych kies!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Żeby się jednak nie nazywało, że zakłamujemy historię, w zależności od potrzeby i aktualnego politycznego kursu, przytoczę trochę mniej przykładne zakończenie zwrotki ostatniej. Jak podaje Mieczysław Pruszyński („Tajemnica Piłsudskiego” Polska Oficyna Wydawnicza „BGW” Warszawa 1997 wyd. II str. 25):

Nie chcemy już od Was uznania
Ni Waszych mów, ni waszych łez!
Skończyły się dni kołatania
Do waszych serc, jebał was pies!

Pieśń wytrzyma wszystko.

Pro Patria 2

Andrzej Rejman

Motto: “Wy tej Polski nie utrzymacie. Ta burza, która nadciąga, jest zbyt wielka. Obecna Polska zdolna jest do życia tylko w jakimś wyjątkowym, złotym okresie dziejów (…) ja przegrałem swoje życie. Nie udało mi się powołać do życia dużego związku federacyjnego, z którym świat musiałby się liczyć. “

(Józef Piłsudski w 1925 r. w rozmowie z płk. Januszem Głuchowskim)

pilsudski_z_corkami_i_zona_w_druskiennikach_okfot. Marszałek Piłsudski, z żoną i córkami w Druskiennikach, fot Leon Baranowski, Druskienniki, 1924 (ze zbiorów rodzinnych)

***

Cytat na wstępie pozornie luźno związany jest z dzisiejszym tematem, jednak niepokojąco pasuje mi do czasów obecnych. Chociaż – rodzajem “dużego związku federacyjnego” o którym marzył Piłsudski mogłaby w jakimś sensie być unia państw europejskich. Mamy teraz taką… Ale co z nią będzie?

***

Dzisiejszy wpis jest wspomnieniem kolejnego (po dr Marcinie Woyczyńskim) lekarza z otoczenia Marszałka Piłsudskiego –
dr Mieczysława Michałowicza, który leczył m.in. jego córki.

Impulsem do pogłębienia wiedzy o dr Michałowiczu jest fakt, iż moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, wymienia Michałowicza w swoich dziennikach z lat 1923-39 aż kilkadziesiąt razy!

Powodem tego było wątłe zdrowie jej syna Kazimierza, mojego wuja (1922-1944). Wizyty u dr Michałowicza były tak częste, przypadłości na które cierpiał mały Kazik – liczne, a pochwały jego skutecznego leczenia tak entuzjastyczne, że postanowiłem bliżej przyjrzeć się postaci Doktora.

W materiałach biograficznych, które znajduję, dr Michałowicz jawi się jako człowiek wielkiego charakteru, społecznik, demokrata, wolnomyśliciel, który łączył swe obowiązki na rzecz chorych z działalnością społeczną na rzecz kraju.

michalowicz_zdjecieProfesor Michałowicz (przy dziecku) na obchodzie (prawdopodobnie w szpitalu przy ulicy Litewskiej w Warszawie) źródło: http://dabrowazachodnia.pl/1049_profesor-michalowicz

Mieczysław Michałowicz urodził się w Petersburgu w 1876 roku.

Był synem urzędnika państwowego Tytusa Edwarda Michałowicza i Zofii z domu Hryckiewicz. Od początku bardzo aktywny politycznie – w 1896 przystąpił do PPS, brał udział w rewolucji 1905. W PPS działał do 1906.

Ukończył rosyjską Akademię Wojskowo-Lekarską, a następnie podjął pracę w zawodzie lekarza. Po kilku latach postanowił wyspecjalizować się w dziedzinie pediatrii, studiował w Paryżu, Wiedniu, Berlinie, Strasburgu i u prof. Jana Raczyńskiego we Lwowie.

We Lwowie otrzymał pracę w Gimnazjum Żeńskim im. Narcyzy Żmichowskiej, gdzie prowadził lekcje z higieny i ratownictwa. Był także wolontariuszem w Klinice Dziecięcej na Uniwersytecie Lwowskim. Idąc w ślady Boya-Żeleńskiego w Krakowie oraz doktorów Serkowskiego w Łodzi i Starkiewicza w Busku-Zdroju, stał się współzałożycielem Towarzystwa „Kropla Mleka”, systematycznie dożywiającego dzieci pochodzące z niezamożnych rodzin robotniczych.

W założonym przez siebie później towarzystwie „Trzeźwość” prowadził aktywną walkę z alkoholizmem.

Po wybuchu I wojny światowej w 1914 roku został zmobilizowany do służby sanitarnej w armii austriackiej i jako lekarz wojskowy pełnił funkcję ordynatora szpitali garnizonowych kolejno w Krakowie i Ołomuńcu na Morawach, gdzie zżył się z miejscową ludnością.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wraz z rodziną przeprowadził się do Warszawy, gdzie w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, będąc oficerem WP w stopniu pułkownika, był starszym ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych wojskowego Szpitala Ujazdowskiego.

W dwudziestoleciu międzywojennym prowadził prace badawcze dotyczące opieki nad dzieckiem. Od 1920 był profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Warszawskiego, a od 1927 profesorem zwyczajnym, potem kolejno rektorem i prorektorem. Wykładał również na warszawskiej Akademii Medycznej, był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności i Polskiej Akademii Nauk.

W latach 1935–1938 był senatorem wybranym przez sanację, pod koniec II RP uniezależnił się od obozu piłsudczykowskiego i został współzałożycielem Stronnictwa Demokratycznego. (na podstawie Wikipedii)

w innym miejscu czytam:

Michałowicz był zdecydowanym przeciwnikiem stosowania fizycznej przemocy wobec posłów uwięzionych w Berezie Kartuskiej. W 1930 roku wraz z trzynastoma wykładowcami Uniwersytetu Warszawskiego podpisał oświadczenie w sprawie wszczęcia śledztwa przez właściwe organa państwowe dotyczącego „sprawy brzeskiej” i stosowanych środków wobec tam osadzonych. Będąc zwolennikiem tolerancji, protestował po wprowadzeniu w 1937 roku getta ławkowego. Gdy w audytorium Kliniki Chorób Dziecięcych prezes Koła Medyków zwrócił się do prof. Michałowicza w sprawie oddzielnych miejsc dla Żydów, ten w czasie swojego wykładu wygłosił następujące oświadczenie: „Od pewnego czasu spodziewałem się zainterpelowania (do) mnie w tej sprawie. Wolno Jego Magnificencji Panu Rektorowi, jako wybranemu przez nas, profesorów, gospodarzowi, mieć w tej sprawie swoje zdanie. Ale wolno też senatorowi Rzeczypospolitej Polskiej, który przysięgał na Konstytucję, przestrzegać przepisów. Skoro Pan Bóg nie wahał się włożyć duszy Swego Syna w ciało Semity, to nie jest ludzką rzeczą rozstrzygać, kto jest lepszy, a kto gorszy. Wiem, że Semici są nieszczęśliwi jak roślina pozbawiona swego naturalnego podłoża, rzucona przy drodze. Wierzę, że w Palestynie, gdzie teraz pali się ziemia pod nogami i krwią trzeba ją okupywać, nastąpi ich odrodzenie. Póki Konstytucja nie jest obalona, to ja nie będę jej obalał. Mówię to jako wierny obywatel Państwa i w sumieniu swym chcę zostać wiernym chrześcijaninem”

Podczas wojny profesor Michałowicz był więziony przez hitlerowców. Po półrocznym areszcie na Pawiaku przewieziono go do obozu koncentracyjnego w Majdanku a w kwietniu 1944 roku do Gross-Rosen. W lutym 1945 roku wraz z dużą grupą współwięźniów został ewakuowany do obozu koncentracyjnego w Litomierzycach. Relacje pamiętnikarskie współwięźniów, z którymi prof. Michałowicz przebywał w obozach koncentracyjnych, jednoznacznie mówią o jego pogodnym usposobieniu i nieustannym niesieniu pomocy, gdzie w bardzo trudnych, a niekiedy beznadziejnych warunkach bytowych zawsze starał się wspierać tych, którzy załamali się psychicznie, pomagając tym samym przetrwać im najgorsze chwile.

Po wojnie powrócił do zniszczonej Warszawy i zamieszkał wraz z żoną w nie zniszczonej części budynku kliniki przy ul. Litewskiej. Zaangażował się w reaktywację Stronnictwa Demokratycznego, był prezesem Rady Naczelnej SD w latach 1945–1949, posłem do KRN i do Sejmu Ustawodawczego.

Ze Stanisławą Jaczynowską miał syna Jerzego Władysława (1903-1936) − piłkarza i lekkoatletę, autora prac zakresu wychowania, lekarza pediatrę – ukończył studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Podobnie jak ojciec wspierał i rozwijał sport wśród klasy robotniczej. Niestety Jerzy Władysław zmarł przedwcześnie, mając zaledwie trzydzieści trzy lata, kiedy to w trakcie zaznajamiania się z pracą oddziału zakaźnego w szpitalu dziecięcym zaraził się szkarlatyną.

Profesor Mieczysław Michałowicz zmarł w wieku dziewięćdziesięciu lat, 22 listopada 1965 roku w Warszawie.

(na podstawie: http://www.medrodzinna.pl/wp-content/uploads/2014/10/mr_2014_152-155.pdf)

***

Małgorzata Hrebnicka pisze w swoim dzienniku przedwojennym:

1928 rok

“…Zachowajcie poezję, opanujcie prozę” – zwrócił się w swym przemówieniu do matek – Profesor Michałowicz (w Filharmonii) w pierwszym dniu “Tygodnia Dziecka”. Odczyt zrobił na mnie głęboko estetyczne wrażenie. Promieniowało serce człowieka wielkiego uczucia i wielkiej duszy! Piękny odczyt!…

…Byłam na odczycie profesora Michałowicza pt. “Higiena dziecka nerwowego”. Ciekawy. Monotonia życia, otaczająca przyroda, najlepiej wpływają na nerwy. Kojąco wpływa – zielony kolor…

…Posłałam prof. Michałowiczowi kosz kwiatów – białych lewkonii, wodnych lilii i amarantowych róż…

***

Szukając materiałów o dr Michałowiczu natrafiłem również na dyskusję nad dekomunizacją ulic – przyczynkiem do dyskusji był pomysł zmiany nazwy ulicy profesora Michałowicza w Dąbrowie k. Warszawy …. tu można poczytać – http://dabrowazachodnia.pl/1049_profesor-michalowicz

No i tu refleksja – że wszystko się pięknie łączy i przeplata – losy ludzi, Piłsudski, Michałowicz, mądrość i głupota…

A na koniec jeszcze inny, ciekawy cytat Marszałka:

“Gdy myślę o dziejach tak oryginalnych naszego państwa, naszego narodu, gdy myślą się przenoszę do dawnych czasów, gdy Polska z map świata, jako państwo polityczne, wymazana była, widzę historię wielką mistrzynię życia, jak cicho stąpa, zbiera swoje prawdy, zbiera wszystkie grozy świata, wszystkie jego radości. Myślę, że gdy przechodzi ona tak, jak ongi przed upadkiem Rzeczypospolitej, tak i teraz, i po naszej ziemi, po naszych osadach, tak samo cicho, patrząc na ludzi, zbierając wszystkie mądrości i wszystką głupotę, to sądzę, że nieraz wiele musi prawd przepuszczać, i tylko dzięki zaiste niepojętej, a tak wielkiej i niezbadanej litości boskiej, ludzie w tym kraju nie na czworakach chodzą, a na dwóch nogach, udając człowieka….”

***

i jeszcze jedno wspomnienie o Michałowiczu, jego byłej studentki, dr Ireny Ćwiertni

“…Z pediatrią, dziedziną interesującą mnie w szczególny sposób, zetknęłam się w Klinice Pediatrycznej przy ul. Litewskiej, prowadzonej przez prof. Mieczysława Michałowicza (1876-1965), przedwojennego rektora Uniwersytetu Warszawskiego. W listopadzie 1942 r. został aresztowany jako przedstawiciel środowiska inteligenckiego i umieszczony na Pawiaku. W 1943 r. trafił na Majdanek. Nawet w tragicznych warunkach obozowych pełen energii, prowadził wykłady z zakresu medycyny. Z konieczności posługiwał się językiem niemieckim, aby pilnujący zebranych więźniów Niemiec mógł rozumieć, co im przekazuje.

W marcu 1944 r. był pędzony boso do obozu Gross-Rosen – zgubił drewniaki. Nigdy nie tracił nadziei, zgodnie z dewizą św. Łukasza: Contra spem, spero. (wierzę, wbrew nadziei, przyp mój, AR)

Profesor Michałowicz rzadko wygłaszał wykłady. Funkcję tę spełniał doc. Edward Wilkoszewski (1895-1993)*, który był świetnym wykładowcą. Opisywał ciekawe przypadki występujące u dzieci i podawał ich objawy.

Egzamin zdawałam u prof. Michałowicza. Uprzedzono mnie, że profesor zadaje zaskakujące pytania, nie mające nic wspólnego z pediatrią. I rzeczywiście, zapytał, czy metalowy przycisk stojący na biurku się porusza. Pomyślałam chwilę i odpowiedziałam, że oczywiście porusza się, z całą kulą ziemską. Był zadowolony z odpowiedzi, ale chodziło mu jeszcze o coś: że wewnątrz przycisku poruszają się elektrony. Następne pytanie było też nietypowe: jaka jest choroba królów perskich? O tym byłam poinformowana od uprzednio zdających i odpowiedziałam, że to szkarlatyna – płonica. Ostatnie, już związane z pediatrią, było pytanie o etiologię zapalenia dróg moczowych u dzieci. Odpowiedziałam prawidłowo. Uśmiechnięty profesor oznajmił, że zdałam celująco. Obydwoje byliśmy bardzo zadowoleni…”

dr Irena Ćwertnia (źródło: http://www.oil.org.pl/xml/oil/oil68/gazeta/numery/n2011/n201111/n20111128)

____________

* dr Edward Wilkoszewski, wychowanek, współpracownik prof. Michałowicza, mój lekarz z lat dziecinnych, który wg mojej matki przyczynił się istotnie do mojego wyzdrowienia z nękających mnie chorób w wieku niemowlęcym. Myślę, że profesor Michałowicz polecił wtedy dr Wilkoszewskiego moim rodzicom…

Ta jedna w pamięci mej tkwi 4

Kinga Szpuler

ostatnia część pracy magisterskiej o tłumaczeniach Ireny Kuran-Boguckiej, napisanej w tym roku pod kierunkiem profesora Piotra Sawickiego w Wyższej Szkole Filologicznej we Wrocławiu. Również Memento ukazało się w obu językach, a po raz pierwszy po polsku w Polsko-Niemieckiej Edycji Literackiej WIR, w tomie Poetki z ciemności – Dichterinnen aus dem Dunkel (Berlin 1995). Wiersz został przez nas użyty, gdy publikowaliśmy w prasie nekrolog Mamy; został też umieszczony przez architekta Jacka Krenza na murze Cmentarza nieistniejących cmentarzy w Gdańsku, przywołuje go też stała wystawa w Ratuszu Schöneberg w Berlinie – Wir waren Nachbarn, o co zadbał księgarz i wydawca berliński Wojciech Drozdek.

Memento de Mascha Kaléko (1957)

Memento

Vor meinem eignen Tod ist mir nicht bang,
Nur vor dem Tode derer, die mir nah sind.
Wie soll ich leben, wenn sie nicht mehr da sind?

Allein im Nebel tast ich todentlang
Und laß mich willig in das Dunkel treiben.
Das Gehen schmerzt nicht halb so wie das Bleiben.

Der weiß es wohl, dem gleiches widerfuhr;
Und die es trugen, mögen mir vergeben.
Bedenkt: den eignen Tod, den stirbt man nur,
Doch mit dem Tod der andern muß man leben.

(Slaska 2013)

Memento

Ja mojej własnej śmierci wcale się nie boję,
A tylko śmierci ludzi, którzy są mi bliscy.
Jakże mam żyć, jeżeli porzucą mnie wszyscy?

We mgle, błądząc samotna, szukam śmierci swojej,
I chętnie w ciemny mrok przyjmę wygnanie.
Odejście boli dwakroć mniej, niż pozostanie.

Ci wiedzą to najlepiej, którzy to spotkali.
Ci, co to znieść umieli, niechże mi wybaczą.
Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą,
Lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej.

(Slaska 2013)

El poema Memento, tan significativo y emocionante, no requiere mucho comentario. Cuenta las verdades las cuales compartimos todos, más tarde o más temprano, durante nuestra vida. Lo más doloroso de la existencia humana es tener que sobrevivir la muerte de las personas que amamos. Nos cae bastante difícil separar la voz de la autora del yo poético del texto: son las mismas personas. Kaléko describe lo todo con las palabras sencillas, anda sin rodeos.

El texto consta de tres estrofas, dos primeras de tres versos y la última de cuatro. Las rimas están situadas de manera interesante, se riman las palabras: “bang; todentlang”, que terminan los primeros versos de dos estrofas. Además hay rimas en el segundo y tercero verso: “sind; sind” y “treiben; Bleiben”. En la tercera estrofa las rimas se cruzan y tienen la estructura abab. En cada línea encontramos diez u once sílabas, por eso el texto parece bastante armonioso.

En la primera estrofa el sujeto lírico constata que no teme su propia muerte, solo la de las personas más cercanas; no se imagina su vida sin ellos. En la segunda parte dice que le gustaría morir, porque esto, le doliera menos que quedarse viva. En la tercera estrofa encontramos una moraleja muy sabia e irónica: “Bedenkt: den eignen Tod, den stirbt man nur,/ Doch mit dem Tod der andern muß man leben.; Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą, Lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej.”. Es tan simple como eso.

La traductora no pretende decir más que la autora del poema, todo lo contrario, busca las palabras más naturales para guardar la sabíduria y la sencillez del texto original. Los versos son un poco más largos, de once o trece sílabas. Otra vez tuvo que buscar las soluciones para algunas expresiones, como p.ej.: “Allein im Nebel tast ich todentlang”, es un neologismo muy original pero también claro para una persona que habla alemán. Esto significaría “errar y palpar a lo largo de la muerte”, como si la muerte fuera un camino que sentimos pero no lo podemos ver. Bogucka tradujo la expresión con mucho ingenio: “ We mgle, błądząc samotna, szukam śmierci swojej”. En las formulaciones como la mencionada el traductor no solo tiene que entenderla, sino sentirla. La moraleja de la estrofa final suena muy bien en la lengua polaca, entendemos el mensaje principal y sentimos este matiz de ironía en el texto.

Para terminar el análisis de los poemas citamos el comentario del blog de Ewa Maria Slaska, la hija mayor de la traductora:

Mi madre murió en el agosto de 1995. Hace 20 años. Miro con recelo lo que he escrito. 20 años, pienso, 20 años. Hace 20 años hablé con mi hermana por teléfono. -Escribe una nota necrológica- me dice Kasia. No tengo ningún ejemplo de cómo se escribe las notas, no tengo ni idea de lo que tuviera escribir, pero no lo discuto. A distancia de decenas de años escucho la voz de mi Madre
-Cuando no sabes que escribir, sírvete de una cita- un consejo de una madre inteligente para su hija haciendo deberes. (…) Ya lo sé que lo que estoy buscando es el Memento de Mascha Kaléko. (…) Escribí la nota, todos la reimprimieron. El poema de Mascha en la traducción de mi Madre se encontró en la losa de su tumba. Despúes de 20 años no se ve nada, sin embargo, sabemos que está allí. Mi Padre, que le acompanía a mi Madre a la hora de traducir los poemas de Mascha, decía que estaba fascinada por ella, como si después de muchos años hubiera encontrado a su hermana que nunca tenía. (Slaska 2013) [traducción propia: KS]

Irena Kuran-Bogucka, Xilografía del ciclo “Metopy barbarzyńskie”, 1964