Reblog: Wolne Miasto Poznań 2016

Wypadki Poznańskie 28 czerwca 2016

wolne miasto ponzna_small

To, co wydarzyło się przed i podczas obchodów rocznicy Poznańskiego Czerwca’56 to precedens, który może mieć poważniejsze konsekwencje niż nam się wydaje.

1/ MON wraz z Prezydentem RP przeciwstawiło się prośbie Prezydenta Poznania w sposób niegodny, podważając suwerenność władz miasta (obecność wojsk i odczyt listy tragicznie zmarłych pod Smoleńskiem pomimo sprzeciwu).

2/ Zagrywka polityczna rządu RP w sposób podstępny rozegrała ważne poznańskie wydarzenie bez szacunku dla rocznicy, władz miasta oraz mieszkańców.

3/ Podczas obchodów rocznicy Poznań‘56 doszło do manifestcji poglądów nacjonalistycznych z mową nienawiści oraz do ataków agresji fizycznej.

4/ TVP transmitowała stronnicze i okrojone wiadomości na temat wydarzeń w Poznaniu.

Dlaczego to precedens? Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak zwrócił się z prośbą do ministerstwa by na uroczystych obchodach Poznańskiego Czerwca nie było asysty wojskowej, co jest równoznaczne z decyzją o odczytywaniu listy zmarłych pod Smoleńskiem podczas wszystkich imprez z udziałem wojska polskiego. Rocznica poznańskich wydarzeń to obchody ważne dla Poznaniaków i łączenie ofiar ze Smoleńska jest brakiem szacunku dla pamięci ofiar z 1956 roku, staje się rozgrywką czysto polityczną. Pomimo próśb i niejasnych deklaracji ze strony MON, wojsko i tak pojawiło się w Poznaniu. Dość spontanicznie bowiem do Poznania przyjechał Prezydent RP Andrzej Duda, co więcej, w towarzystwie Prezydenta Węgier Janosa Adera, co oznacza obowiązek obecności wojska, a za tym odczytanie listy ofiar poległych pod Smoleńskiem w 2010 roku.

Jeszcze nie było takiej sytuacji, by w tak podstępny sposób rząd RP potraktował władze jakiegoś miasta oraz nie uszanował święta czy obchodów rocznicy w danym mieście. Jeśli na to przyzwolimy, stanie się to praktyką powszechną. Ludzie wyjdą na barykady (nie na ulice) szybciej niż nam się zdaje. Ilość agresji, jaka się pojawiła na ulicach Poznania podczas obchodów była zatrważająca. Nie można dopuścić do takich sytuacji, bo być może innym razem, gdzie indziej, pojawi się większa iskra prowadząca do zamieszek i walk na ulicach. Nienawistne czy faszystowskie hasła nie powinny być obecne w sferze publicznej, politycznej i społecznej. Brak rekacji na mowę nienawiści to jej akceptacja, prowadząca do przyjęcia jej jako normy. Agresja i ataki fizyczne są godne potępienia i to natychmiast, bo grozi eskalacja.

Nie można dopuszczać do aż takich przekłamań w TVP, gdzie stronniczo pokazano członków KOD jako jedynych zakłócających obchody, przemilczając agresywne bojówki ONR i kibiców, którzy maszerowali z nacjonalistycznymi transparentami, odpalali race demonstrując nieograniczoną władzę na ulicach i siejąc strach, a podczas przemówień Prezydenta Poznania i Prezydenta Wałęsy skandowali hasła pełne nienawiści na najniższym poziomie.

To, co wydarzyło się w Poznaniu może przydarzyć się i w innych miastach. I wypadki mogą przyjąć inny obrót, którego konsekwencje moga być nieobliczalne. Polska się łamie od środka, z powodu i za przyzwoleniem rządu i partii rządzącej. Rosnące podziały społeczne w imię ideologii i poglądów politycznych, prowadzą do nieodwracalnego i dotychczas niespotykanego w Polsce kryzysu społecznego. Pojawił się stan zapalny w Polsce, który już wytworzył dwie struktury prawne (akceptacja wyroku Trybunału Kostytucyjnego lub jej brak) oraz doprowadził do podziału kraju (czwarty rozbiór Polski wewnątrz jej granic). Ratujmy nasz kraj, póki nie jest za późno!

Zwracam się z prośbą o:

  • Wyrażenie poparcia dla Prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka, który po raz kolejny stał na straży wolności i walczył o godne potraktowanie mieszkańców oraz ofiar Poznańskiego Czerwca.
  • Wyrażenie protestu przeciwko nieuszanowaniu obchodów Poznańskiego Czerwca przez władze RP, które wykorzystały swoją zwierzchnią pozycję do manifestacji siły i poglądów.
  • Wyrażenie sprzeciwu przeciwko fali agresji, manifestacji nienawiści i radykalizmu graniczącego z faszyzmem.
  • Wyrażenie protestu przeciwko stronniczemu przedstawieniu wydarzeń Poznańskiego Czerwca w TVP.

Anna Krenz

KOD Berlin

Berlin, 30 czerwca 2016

OTWARTY LIST POPARCIA

dla Prezydenta miasta Poznania Jacka Jaśkowiaka

Szanowny Panie Prezydencie,

W imieniu członków KOD Berlin, chcielibyśmy przekazać Panu wyrazy uznania za postawę podczas obchodów Poznańskiego Czerwca 56 oraz za wytrwałość w obronie własnych poglądów, które odzwierciedlają również opinie wielu poznaniaków.

Doceniamy Pana próby (niestety nieudane) nawiązania dialogu z instutucjami rządowymi by nie zakłócano obchodów Poznańskiego Czerwca rozgrywkami politycznymi i wprowadzeniem asysty wojsk, co jest jednoznaczne z odczytaniem listy ofiar zmarłych pod Smoleńskiem w 2010.

Sytuacja precedensowa, jaka miała miejsce 28 czerwca 2016 w Poznaniu, skłania nas do wyrażenia sprzeciwu wobec takich podstępnych działań jak organizacja spontanicznej wizyty Prezydenta RP Andrzeja Dudy oraz Prezydenta Węgier Jánosa Ádera, by usankcjonować obecność wojsk. To wydarzenie jest według nas wręcz skandalem dyplomatycznym. Sytuacja, która powstała doprowadziła do protestów, demonstracji agresji i mowy nienawiści, zakłócających powagę obchodów. Poznaniacy byli świadkami gry politycznej na najniższym poziomie. To, co stało się w Poznaniu może wydarzyć się i w innych miastach. Nasz kraj i tak jest podzielony, kolejne tego typu działania pogłębią być może nieodwracalnie podziały w społeczeństwie a to prowadzić może do niespotykanego dotychczas kryzysu w kraju.

Tym bardziej wyrażamy słowa szacunku dla Pańskiej walki o niezależność i wolność miasta oraz odwagi i konsekwentnej postawy wobec zaistniałej sytuacji.

Nasza grupa wspierająca Komitet Obrony Demokracji w Berlinie nie jest tak liczna jak w Poznaniu, ale docierają do nas wiadomości z Wolnego Miasta Poznań, które jest nam bliskie. Nawet zza Odry wspieramy Pana i doceniamy Pana postawę.

I życzylibyśmy innym miastom w Polsce tak odważnego i prawego Prezydenta.

Z poważaniem

Anna Krenz
KOD Berlin

 

Reblog: Anhalter Bahnhof

Erinnerung in einem Klavierabend
Die vergessenen Künstler

1943 wird einer der begabtesten deutschen Nachwuchs-Virtuosen wegen “Wehrkraftzersetzung” hingerichtet. Im Rahmen des “Ungespielten Konzert” des Pianisten Florian Heinisch soll nun an ihn erinnert werden.

in der Rubrik Anhalter Bahnhof (Tagesspiegel 24.06.2016)

Am 3. Mai 1943 ist in Heidelberg ein Klavierabend angekündigt. Karlrobert Kreiten, ein Jungstar der deutschen Pianistenszene, soll Werke von Bach und Chopin, Mozart, Beethoven und Liszt spielen. Doch am Abend bleibt das Podium leer. Kreiten ist am Nachmittag verhaftet worden. Vier Monate später wird er zum Tode verurteilt. Sein Verbrechen: „Wehrkraftzersetzung“. „Ein solcher Mann hat sich für immer ehrlos gemacht“, heißt es in dem vom Präsidenten des Volksgerichtshofes, Roland Freisler, unterzeichneten Urteil. „Er ist in unserem jetzigen Ringen – trotz aller beruflicher Leistungen als Künstler – eine Gefahr für unseren Sieg.“

Am 7. September 1943 wird einer der begabtesten deutschen Nachwuchs-Virtuosen hingerichtet – weil er einer Jugendfreundin seiner Mutter gegenüber keinen Hehl daraus gemacht hat, wie sehr er die Nazis und ihren Vernichtungskrieg verachtet. Was der 27-Jährige nicht ahnte: Er saß einer „gläubigen Nationalsozialistin“ gegenüber, wie es im Urteil heißt – die es für ihre politisch-patriotische Pflicht hielt, ihren Gast bei der Geheimen Staatspolizei zu denunzieren. Von Heidelberg wird Karlrobert Kreiten direkt nach Berlin gebracht, ins Gestapo-Gefängnis unweit des Anhalter Bahnhofs, also an jenen Ort, an dem heute die „Topographie des Terrors“ über die Verbrechen informiert, die hier begangen wurden.

63 Jahre nach der Verhaftung des für seine leidenschaftliche Ausdruckskraft gefeierten Pianisten, der es wagte, verbal gegen den „totalen Krieg“ aufzubegehren, ist nun der 25-jährige Pianist Florian Heinisch aufgebrochen, um das Programm, das Karlrobert Kreiten damals nicht mehr spielen konnte, endlich zum Klingen zu bringen. Die Idee zu diesem „Ungespielten Konzert“ stammt vom Hamburger Kinderarzt Moritz von Bredow, der sich sowohl für die Nachwuchsförderung einsetzt wie auch für vergessene Künstler. An diesem Sonntag, dem 100. Geburtstag Kreitens, wird Heinisch in Heidelberg auftreten, am 30. Juni endet die Tournee dann im Berliner Konzerthaus am Gendarmenmarkt. Der legendäre „Frühschoppen“-Moderator Werner Höfer, NSDAP-Mitglied seit 1933, hatte damals im „Berliner 12-Uhr-Blatt“ über Kreitens Verurteilung geschrieben: „Es dürfte niemand Verständnis dafür haben, wenn einem Künstler, der fehlte, eher verziehen würde als dem letzten gestrauchelten Volksgenossen.“ Als ihm die Urheberschaft des Textes – die Höfer bis zuletzt bestritt – 1987 nachgewiesen werden konnte, war er seinen Job bei der ARD los.

***

Infos

Das ungespielte Konzert – Zum 100. Geburtstag des 1943 vom NS-Regime hingerichteten Pianisten Karlrobert Kreiten: Florian Heinis

Programm   Bach: Präludium und Fuge für Orgel D-Dur; Chopin: Drei Etüden aus op. 25, Nr. 6 gis-Moll, Nr. 7 cis-Moll und Nr. 10 h-Moll, Drei Etüden aus op. 10, Nr. 2 a-Moll, Nr. 8 F-Dur und Nr. 12 c-Moll; Beethoven: Sonate f-Moll op. 57 “Appassionata”; Mozart: Sonate C-Dur; Liszt: Rhapsodie espagnole
Do
30.06
20:00

Konzerthaus Berlin

Gendarmenmarkt
10117 Berlin (Mitte)

Florian Heinisch

 Florian Heinisch Foto: promo

Ich liebe mein Leben

Ewa Maria Slaska

Kocham (moje) życie

Piszę ostatnio samo ciężkie i poważne teksty, pomyślałam więc, że opowiem tu pewną optymistyczną historię, taką w sam raz na lato…

Niestety okazało się, że historia jest nieprawdziwa. Nie wiem, jak to w ogóle możliwe, słyszałam ją przecież, dokładnie pamiętam, w marcu tego roku. Siedzieliśmy z Moritzem przy barze w kinie Regenbogenfabrik. Mieliśmy za sobą pełen emocji wieczór. Był 8 marca, pokazaliśmy właśnie film Marty Dzido: Solidarność według kobiet, potem była dyskusja i pyszny bufet, goście rozeszli się już do domów, zbliżała się północ. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku raczyliśmy się winem i wodą (tę wodę to ja oczywiście piłam, od dawna piję głównie wodę, z czego zresztą wciąż się muszę tłumaczyć, bo jak można nie pić wina).

ichliebe meinenleben2

Na bufecie ktoś przykleił naklejkę Ich liebe mein Leben. Nic nowego, cały Berlin jest pełen tych naklejek, wylądowały nawet na letnich sukienkach Klary i Bery, moich dwóch ukochanych przyszywanych wnuczek.

 

ichliebe meinenleben

Wiesz, zapytał Moritz, jak to jest z tą naklejką? Mój kolega ze szkoły był w Syrii z ramienia organizacji Grünhelme (Green Helmets). To taka niemiecka organizacja, założona w roku 2003 przez Ruperta Neudecka. Budowali szpital w Harem. On, jego kolega i taki starszy pan, arabski tłumacz, zostali złapani przez dżihadystów. Trzymano ich jako zakładników i wyobraź sobie, że udało im się uciec. Nie razem, najpierw mój kumpel z kolegą, a potem ten Arab. Dotarli na piechotę do Turcji, a stamtąd samolotem do Niemiec. Pojechałem po kumpla, przylecieliśmy razem do Berlina, mieszkał tu z nami w Regenbogenfabrik. Nie wyobrażasz sobie, jaki był chudy. A przedtem był wielki jak szafa. Ale szczęśliwy. Powtarzał ich liebe mein Leben, ich liebe mein Leben, kocham życie, kocham moje życie… Zamówiliśmy więc dla niego takie naklejki… A teraz wszyscy je przyklejają…

Oczywiście opowieść o tej trójce, nazywają się Bernd Blechschmidt, Simon Sauer i Ziad Nouri, była straszna, ale kończy się optymistycznie i jest taką radosną pochwałą życia. Chciałam się więc z Wami nią podzielić.

A tu tymczasem, proszę ja Was, objawił się problem… Dzwonię do Moritza, żeby zapytać o jakieś szczegóły tej historii, a on mi mówi, że tak, że kumpel, że zakładnik islamistów, że uciekł, że mieszkał, że był…

… i że nic mu nie wiadomo o żadnych naklejkach…

?????
!

Umówmy się więc, że opowiedziałam Wam dwie historie z niezwykłego miasta, jakim jest Berlin, gdzie wszystko może się zdarzyć – o dzielnym chłopaku z Zielonych Hełmów i o naklejkach, które są wszędzie, nawet na sukienkach Klary i Bery.

Pomniki

Anna Dobrzyńska

POMNIK KOŚCIUSZKOWCÓW – cz.1

pomnik-k-1Wyrywa się z kamienia lecz kamień mocno trzyma. Wola, trud i wysiłek – to za mało by ruszyć z miejsca, by znaleźć się tam gdzie sięga wzrok, by pomóc walczącym współbraciom.

Pomnik Kościuszkowców.
Fot. Anna Dobrzyńska

Tak metaforycznie Andrzej Kasten przedstawił żołnierzy 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, którzy mimo chęci i prób wspomożenia, wykrwawiającej się już wówczas powstańczej Warszawy, nie zdołali pomóc.

Jak rzeczywiście wyglądało niesienie pomocy? W jakich okolicznościach powstawała armia? I kim byli ci, których przedstawia, odlany w brązie pomnik? 

„…SZUMI, SZUMI OKA, JAK WISŁA SZEROKA…”

…Potomkowie zesłańców syberyjskich, wysiedleńcy 1940 roku, więźniowie gułagów – to Polacy, zamieszkujący teren Związku Radzieckiego. Gdy w 1943 roku Stalin zadecydował, że Polska będzie formalnie – „niepodległym” – państwem a nie słynną „siedemnastą republiką”, zapadła również decyzja o stworzeniu armii polskiej. Ci, którzy ze wspomnianej grupy nie zostali zrekrutowani dwa lata wcześniej do Armii gen. Andersa, zasilili szeregi nowotworzonej armii, na czele której stanął gen. Berling. Formowanie Dywizji odbywało się na terenie obozu wojskowego w Sielcach nad Oką. 

PROPAGANDA

Pierwsza Dywizja miała również szczególną misję do spełnienia. Była to misja polityczna. Wraz z wkraczającą do Polski armią rosyjską miały wejść polskie oddziały, głoszące braterstwo z sowietami i stanowiące zalążek pierwszych władz komunistycznych. Z kadr Pierwszej Dywizji stworzono przecież władze lubelskie. Armia polityczna musiała mieć zatem pozory armii polskiej. Już od samego początku zatem formującej się armii towarzyszyła propaganda. Mówiło się o wyzwoleniu Polski spod hitlerowskiego jarzma, ale kwestie ustrojowe, granic, własności i relacji polsko-radzieckich już traktowano ogólnikowo lub zbywano milczeniem. Ponadto, ażeby przekonać Polaków, że armia jest ponadpartyjna, a jej jedynym celem jest – wolna Polska, odwoływano się do haseł patriotycznych i polskich symboli narodowych. I tak żołnierze nosili polskie mundury z orzełkami na guzikach, obowiązywały spolszczone regulaminy walki, a radzieccy przełożeni wydawali komendy w języku polskim. Stalin osobiście był zaangażowany w tworzenie takiego właśnie charakteru wojska. Kiedy Berling zameldował Stalinowi o stanie tworzonej armii, ten zapytał: „czy macie księdza?” Po chwili konsternacji i pytaniu – „a po co?” – Stalin stanowczo stwierdził: „polska armia zawsze miała kapelanów i jeżeli ich nie będzie w nowotworzonym wojsku, nikt z Polaków nie uwierzy, że to wojsko polskie”. 

AKCJA „ZORGANIZOWANIA” KSIĘDZA

W ciągu kilku dni przyszła odpowiedź od Pantelejmona Ponomarienki – pierwszego sekretarza KC Komunistycznej Partii Białorusi, że wśród partyzantów jest także polski, katolicki ksiądz. Najbliższej nocy został wysłany samolot z oficerami NKWD, którzy mieli przywieźć księdza. A że na podmokłych łąkach samolot nie mógł wylądować, musiano skorzystać z lotniska odległego o 200 km. Ksiądz w eskorcie 15 partyzantów, którzy „głową odpowiadali za jego życie”, przemierzał tę odległość pieszo po terenie okupowanym przez Niemców. W końcu po kilku dniach i nocach marszu bezpiecznie dotarł do samolotu a następnie do Moskwy i do Sielc. Szaty i naczynia liturgiczne zostały na prędce uszyte a także dostarczone z Muzeum Ateizmu… I w ten sposób ksiądz Franciszek Kubsz został kapelanem Armii gen. Berlinga. 

pomnik-k-1 (3)

Ks. Franciszek Kubsz w otoczeniu żołnierzy 1 Dywizji
http://www.kosciuszkowcy.info.pl

ROZBUDZANIE UCZUĆ PATRIOTYCZNYCH 

Zaprzysiężenie armii miało miejsce w rocznicę bitwy pod Grunwaldem – 15 lipca. Uroczystość miała polską oprawę i podniosły charakter, co chwyciło za serca Polaków. Na obszernej polanie, przed kaplicą zgromadziła się cała Dywizja. Podczas odprawianej Mszy św. śpiewano polskie pieśni patriotyczne przy akompaniamencie dobrze wyćwiczonej orkiestry dętej. 

pomnik-k-1 (2)

Zaprzysiężenie 1 Dywizji im. Tadeusza Kościuszki 15 lipca 1943 roku.
https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/tag/sielce-nad-oka

Za wystrój kaplicy, przerobionej z dawnego domku letniskowego, odpowiadali dwaj artyści rosyjscy: Tober i Puzerwski oraz polski inżynier Józef Sigalin – późniejszy szef Biura Odbudowy Stolicy. W centralnej części ołtarza znajdował się obraz Matki Boskiej na tle Orła Białego, po prawej – scena martyrologii narodu, po lewej – wizja wskrzeszenia Polski /grób pod strażą żołnierzy, sztandar narodowy i unoszący się nad grobem Zmartwychwstały Chrystus./  
„…Wszystko to sprawiło, że żołnierze szlochali…”

W takim klimacie żołnierze powtórzyli słowa przysięgi zobowiązującej m.in. do “dochowania wierności sojuszniczej Związkowi Radzieckiemu i dochowania braterstwa broni sojuszniczej Czerwonej Armii”.

Dodatkowym „elementem patriotycznym” były huczne obchody 150 rocznicy Insurekcji Kościuszkowskiej i nadania Dywizji właśnie takiego imienia. 

GŁÓD, STRACH, ZESŁANIE… 

A jak wspominają służbę w armii Berlinga żołnierze polscy?

Propaganda działała mocno lecz – „Wystarczyło jednak zobaczyć tych żołnierzy, żeby zrozumieć jakie żywili naprawdę uczucia wobec sowietów. (…) Do armii gen. Berlinga zgłaszali się ludzie obdarci i wynędzniali. Ich droga wiodła przez niezliczone łagry, więzienia, posiołki. Przychodzili z piętnem cierpienia na twarzy, pełni niepokoju i lęku o to, co powie komisja wojskowa. Czy nie odeśle ich z powrotem? Znowu do łagrów? (…) Przychodzili głodni, spragnieni ciepłej strawy z żołnierskiego kotła. I nade wszystko pragnienie nasycenia tego głodu, który walił z nóg i zaciągał mgłą oczy. (…) To było decydujące. Pragnienie wydostania się z tego przeklętego kraju. Wszystko jedno czy żywym czy umarłym”– wspominała na antenie Radia Wolna Europa Irena Born, żołnierz 1. Armii Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Berlinga. 

pomnik-k-1 (1)Formowanie 1 Dywizji im. Tadeusza Kościuszki https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/2015/05/07/formowanie-1-dywizji-kosciuszkowskiej/

ciąg dalszy nastąpi

Nowych narracji ciąg dalszy

Ewa Maria Slaska

Na przykład Siemens lub na przykład Cegielski (wpomnienie o Poznaniu 1956)

Narracje, opisujące na nowo naszą historię, nie są tylko dziełem “dobrej zmiany”,  to jak słusznie zauważa komentator pod dzisiejszym wpisem – sprawa stara jak świat.  Nową narrację tworzą państwa, politycy, ale też instytucje, konsorcja i korporacje. I nie tylko w Polsce. Ja pierwszy raz świadomie zetknęłam się z tym w Niemczech. Oczywiście w PRL wszystko było własną nową interpretacją, ale przecież PRL nikt nie traktował poważnie. No i nie był nam wzorem!

W roku 1987 Berlin obchodził 750-lecie istnienia. Miasto prezentowało się wówczas publicznie za pomocą hasła “Berlin 750 lat tolerancji”. Zapytałam jednego z ważnych urzędników (w Berlinie Zachodnim rzecz jasna), jak ten slogan ma się do okresu nazizmu? To było tylko 12 lat, odpowiedział ów pan.

Wiele lat temu młody historyk niemiecki opowiadał mi, że pracuje w archiwum Szpitala w Hadamarze. Zaciekawiło mnie, jak radzi sobie z okresem II wojny światowej, bo wtedy było to miejsce, gdzie dokonywano przymusowej eutanazji chorych fizycznie i psychicznie. Powiedział, że wcale, bo ten okres kazano mu pominąć. A jak kazano, to pominął.

***

Kiedyś jednak takie akcje i reakcje zniknęły, nowocześnie było umieć spojrzeć krytycznie na własną historię.

***
Kilka lat temu przekonałam się jednak, że zmiana paradygmatu objęła tylko okres II wojny, a reszta pozostaje po staremu. Szukałam wtedy informacji o obecności Polaków w armii niemieckiej podczas I wojny światowej i nic mi się nie udało znaleźć. Zaczęłam od archiwów cmentarnych, gdzie udało mi się stwierdzić, że dla biurokraty Polak z zaboru pruskiego wcielony do armii był Niemcem i jeśli poległ na polu bitwy, był Niemcem, który oddał życie w obronie niemieckiej ojczyzny, nieważne czy Schmidt i Schulz, czy  Kaczmarek, Słotwiński i Pietruszewski. Dzwoniłam i pisałam do archiwum wojskowego, krajowego i państwowego w Berlinie, gdzie nikt nawet nie raczył ze mną rozmawiać (nie jestem historykiem i nie pracuję na etacie!), aż wreszcie dokołatałam się do archiwów firmy Siemens, gdzie potraktowano mnie bardzo przyjemnie. Mogła to być rzecz jasna jakakolwiek inna wielka firma, która powstała w okresie industrializacji Berlina czyli od połowy XIX wieku do roku 1914. Wtedy bowiem to spokojne, niewielkie miasto-rezydencja książąt brandenburskich, a potem królów pruskich, przekształciło się w ogromną stolicę wielkiego imperium, a przemysł był jednym z filarów rodzącej się metropolii.

Tak wyglądały tereny przemysłowe wokół dzisiejszej Friedrichstrasse, od wielkich pieców przemysłowych nazywane Ziemią Ognistą.

W tym samym roku powstał w berlińskiej dzielnicy Friedrichstadt Telegraphen Bau-Anstalt von Siemens & Halske, nazywany potem po prostu Siemens.

Gdy rozpoczęła się I wojna światowa robotnicy, technicy i inżynierowie z berlińskich fabryk zostali wcieleni do armii i wysłani na front, gdzie wielu z nich padło i pozostało na zawsze z dala od ojczyzny, rzadko bowiem rodziny miały dość pieniędzy (a i szczęścia), by odnaleźć ciało zmarłego syna, ojca czy męża i na własny koszt sprowadzić je do domu.  Nie było grobów i dlatego wiele instytucji budowało w Berlinie miejsca pamięci poległych, miejsca, gdzie można pójść i złożyć kwiaty. Tzw. Pole Chwały (Feld der Ehre) wzniesione przez firmę Siemens jest jednym z najbardziej okazałych pomników przypominających ofiary I wojny.

siemensgedenkstätte1-kl

I jest tam mnóstwo polskich nazwisk. Na konferencję historyków w Kuala Lumpur postanowiłam napisać referat na temat tego, co można powiedzieć o obecności Polaków w Armii Niemieckiej na podstawie grobów, cenotafów i tablic upamiętniających śmierć żołnierzy poległych podczas I Wojny.

krzykowski-kurowski

pierdzwiol-kl pieczynski-piotrowicz-kl

Niestety, okazało się, że nic. Pogawędziliśmy o tym z kierownikiem Archiwów Siemensa w Monachium. Gdy zasugerowałam, że można by sprawdzić akta robotników przyjmowanych do pracy, a potem podczas wojny zmustrowanych, bo gdyby tam były metryki urodzenia czy karty poboru, to już by można było coś wnioskować i o narodowości, i o kolejności powoływania do armii Polaków z zaboru pruskiego… Chciałabym sprawdzić, powiedziałam, czy to byli Polacy, czy podawali może, że są Polakami… Bo wie Pan, intuicja mówi mi dwie rzeczy, że byli Polakami, i że szli na front jako pierwsi – najpierw Kuklinowscy a dopiero potem Puppensteinerowie.

No, ale dowiedziałam się, że archiwa zostały zniszczone.

Zostały zniszczone… Takie neutralne określenie…

A to, co tu napisałam, to taka mała narracja o małym problemiku.

***

Wiosną miałam znowu napisać referat na konferencję, tym razem na temat roku 1956, w Polsce i na Węgrzech. Z podziału zadań przypadło mi napisanie o Czerwcu 56 w Poznaniu. Oprócz mnie wszyscy wykładowcy byli historykami. Pomyślałam, że nie mogę konkurować z naukowcami i że jako pisarkę bardziej niż fakty interesują mnie zmiany narracji. Zaczęłam więc szukać różnych informacji na temat recepcji i reakcji społecznej na Wypadki Czerwcowe, od roku 1956 do dziś.

Uderzyło mnie kilka spraw. Po pierwsze, że nikt nigdy nie ukarał żadnej osoby odpowiedzialnej za krwawe stłumienie rozruchów robotniczych. Nikt nigdy nikogo. Nawet symbolicznie nie.

Po drugie, że niemal przez cały czas pamięć o Czerwcu 56, jeśli w ogóle była, funkcjonowała rocznicowo, w odstępach co pięć lub dziesięć lat. I to nie tylko w Polsce, ale i na Zachodzie. Na przykład pierwsza publikacja książkowa o Czerwcu ukazała się w Paryskiej Kulturze w roku 1976. O pamięci rocznicowej mówił Adam Michnik podczas tegorocznej wizyty w Berlinie, a pisał o tym już dwa lata temu Krzysztof Ruchniewicz. Nawet nie wiedziałam, że istnieje takie pojęcie – pamięć rocznicowa, myślałam, że to ja je odkryłam :-(.

I natychmiast uświadomiłam sobie, że w razie potrzeby, nie ma żadnej pamięci, nie tylko rocznicowej, po prostu żadnej.

Zajścia czerwcowe w Poznaniu rozpoczęły się w Zakładach im. Hipolita Cegielskiego. Pisałam już o Siemensie i Borsigu, twórcach nowoczesnego przemysłu europejskiego. Cegielski był jednym z nich, nawet stworzył swoje zakłady (Handel żelaza) w tym samym roku 1847, w którym oni powoływali do życia swoje fabryczki i warsztaciki. Przedtem jednak studiował w Berlinie, napisał pracę doktorską z filozofii: De negatione. Pracował w Poznaniu jako nauczyciel greki i łaciny. Podczas niepokojów w 1846 odmówił władzom szkoły przeprowadzania kontroli mieszkań swoich uczniów, co zakończyło jego karierę nauczyciela. To sprawiło, że założył ów sklepik…

Sklepik przekształcił się w warsztat, warsztat w odlewnię, odlewnia w fabrykę maszyn… Fabryka się rozrasta, staje się zespołem fabryk i spółką akcyjną. W roku 1939 zakłady zostaną przejęte przez Deutsche Waffen und Munitionfabriken. W 1945 roku fabryka przechodzi na własność państwa polskiego, w roku 1956 przeżywa zryw robotniczy, pierwszy w burzliwej historii peerelowskich rozruchów i zamieszek, w roku 1995 staje się znowu spółką a potem zespołem spółek. Dotarliśmy do współczesności.

I wtedy jakiś nowy narrator pisze nową narrację Zakładów imienia Hipolita Cegielskiego i publikuje ją na stronie internetowej. Obejrzałam ją wiele miesięcy temu, pisząc ów referat, ale dla potrzeb dzisiejszego wpisu weszłam tam kilka godzin temu i krótko przed północą zrobiłam ten oto zrzut ekranu:

 historia cegielski

Tak nie myli Was wzrok, w miejscu gdzie jest czerwona strzałka nie ma mowy o Czerwcu 1956 roku! Proszę bardzo, oto powiększenie:

historia cegielski-detal

 No comments…

Vor der Morgenröte – Stefan Zweig

Auf Polnisch schrieb hier schon Dorota Cygan über den Film, und die Autorin (auf Deutsch) über Stefan Zweig

Monika Wrzosek-Müller

Irgendwie zieht es mich nach Wien, oder besser in die dekadente Wiener Zeit vor dem Zweiten Weltkrieg. Stefan Zweig ist ein Paradebeispiel für diese Zeit; er wurde hier geboren, wuchs behütet auf, studierte hier und in Berlin und mit seinen ausgedehnten Reisen, mit seiner Übersensibilität, Emotionalität und künstlerischen aber vor allem menschlichen Unbeholfenheit schaffte er es doch auf den Olymp der Kunst. Seine zahlreichen Novellen und seine Biografien werden immer wieder gelesen, manchmal auch verfilmt; auf jeden Fall genießt er Ruhm auch nach seinem Tod. Was ihn in unserer Zeit so populär macht, ist die Aktualität seiner Gedanken über Europa in der Ausnahmesituation, über Menschen, die in der Ausnahmesituationen sind, die emigriert, geflüchtet, in der Fremde leben müssen. Und er leidet mit ihnen und leidet selbst daran, auch wenn er hätte gut leben können. Er ist ein Pazifist, bewundert Gandhi, das macht ihn bei jungen Menschen populär; in Wien heutzutage lese ich beim Vorbeigehen im Schaufenster des Cafés Central: „hier kam der Stefan auf den grünen Zweig…“, und ein Freund (25 Jahre alt) meines Sohnes erzählt mir, dass er gerade eine Gesamtausgabe von Zweigs Werken erstanden hat.

Ich glaube nicht an Zufälle und wenn ich an das Stück „Ungeduld des Herzens“ in der Schaubühne und jetzt an den Film „Vor der Morgenröte“ denke, so wird mir klar, dass seine Stimmung und seine Themen aktuell sind. Die Menschen suchen Parallelen und Beispiele, um sich die eigene Situation vor Augen zu führen – und was sie vor allem bei ihm finden, ist seine Menschlichkeit, Verletztheit und moralische Stärke und Entschlossenheit.

Zum Film habe ich mehrere Kritiken gelesen und sie fielen sehr unterschiedlich aus; manche lobten das Setting und die Kameraführung und kritisierten die Ausschnitte, die doch nicht das wahre Leben des Schriftstellers zeigten, andere hingegen wiesen darauf hin, dass gerade diese Ausschnitte essenziell seien und der Künstler sich in ihnen offenbare. Wie dem auch sei; es wurde von dem Film gesprochen und er traf den Nerv unserer Zeit, man schenkte ihm Aufmerksamkeit und beschäftigte sich damit.

Durch seine Tiefe und zugleich Oberflächlichkeit hat mich der Film fasziniert, denn einerseits bekommen wir ganz detailliert das Treffen der PEN-Club-Schriftsteller in Brasilien 1936 vorgeführt, doch wird das Leben in New York auf eine Wohnung, fast einen Raum reduziert, wo wir in einer wunderbaren Dialogszene zwischen Zweig und seiner Ex-Frau einen Einblick, ein Gefühl für sein früheres Leben, bekommen und zugleich seine Einstellung zum Exil und zur Rolle des Künstlers in seiner Zeit kennen lernen. Was mich für den Film so eingenommen hat, ist dass wir nicht endgültige Wahrheiten über den Menschen und Künstler Zweig serviert bekommen, sondern es wird vieles angedeutet, vieles denkt man sich und kann es sich vorstellen und weiterspinnen. Die Szenen enden nicht, wo der Kameraschnitt sie abbricht, und sie fangen auch nicht da an; das spürt man und fragt sich, wer schafft das; ist das der Regie von Maria Schrader, dem Kammermann Wolfgang Thaler oder dem Schauspieler Josef Hader zu verdanken; ich denke alle drei haben sich wunderbar in dem Film gefunden und haben das beste gegeben, um uns zu verführen und über das alte und neu gebeutelte Europa nachzudenken.

Schon die erste Szene, in der wir eigentlich nur eine riesige Tafel mit einem imposanten, exotischen Blumenschmuck sehen, während an dem letzten Schliff, an der Makellosigkeit des Empfangs gearbeitet wird, verführt uns. Der ganze Film verführt uns durch die Schönheit der Aufnahmen. Dann der Auftritt von Zweig – er wirkt beschämt und wird doch zugleich von den anderen gefeiert oder feierlich empfangen – der uns die Zerrissenheit des Menschen Zweig zeigt; er kann sich nicht eindeutig gegen Deutschland äußern, obwohl er schon da angekommen ist, im Exil, und darunter leidet. Er will nicht zu denjenigen gehören, die in der bequemen Position des Außenseiters leben und über die anderen lästert. Das wird ihm aber übel genommen und man verlangt von ihm eine Stellungnahme, die er nicht liefern kann. Er kann sie vor allem als Mensch nicht liefern, genauso wie es ihm peinlich ist, sich immer wieder für seine Kollegen einsetzen zu müssen und bei fremden Botschaften etc… hausieren zu gehen, was seine Ex-Frau von ihm verlangt. Ganz deutlich wird die Schwäche des Menschen Zweig gezeigt, der sich in sein Künstler-Sein flüchtet. Doch gerade diese Schwäche angesichts der vielen Entscheidungen und des Lebens außerhalb der gewohnten, sprich heimatlich verbundenen Situation, bringt uns den Film so nah.

Bei Zweig ist vieles seltsam, er ist eigentlich vorgestrig, von der Sprache und dem Pathos der Gefühle her, und doch erspüren wir bei ihm das feine, feinste Gefühl für die Schwankungen und Unvollkommenheiten des Menschen und das macht ihn liebenswürdig und wahrhaftig. Das verkörpert meisterhaft der Schauspieler Josef Hader, dem man jedes Hadern und Zweifeln ansieht.

Und doch ist der Film keineswegs todernst und traurig, es gibt sogar komische Momente. So wenn Zweig mit seiner zweiten Frau nach ihrem Ausflug in die brasilianische Dschungelwelt von einem Bürgermeister empfangen werden sollen – was ihnen nicht behagt, weil sie sich eigentlich auf den Flug nach New York, in den kalten Winter, hätten vorbereiten sollen; aber auch der Bürgermeister gerät in Stress, weil die Ehrengäste offensichtlich zu früh ankommen und er nicht ganz mit den Vorbereitungen fertig ist und die Blaskapelle trotzdem die ersten falsch gespielten Takte des Donauwalzers von Strauß zum Besten gibt; in der Hitze, fast mitten im Dschungel, stehen plötzlich alle ganz gerührt, betroffen still.

Schließlich der Epilog, der Tod der beiden wird nicht direkt gezeigt, wir erfahren ihn durch das Trauern der anderen, und wir bekommen die Toten bis zum Schluss nicht zu Gesicht, auch wenn der Spiegel fast das ganze Zimmer zeigt, in dem sie liegen.

Es ist auf jeden Fall ein Film für uns alle, die heimatlos und auf der Suche sind.

Relacja dziewuchy

Alicja Magdalena Molenda

Marsz Godności / Protest Kobiet
Pod hasłem: Prawa Człowieka – Prawami Kobiet

Mój udział w Marszu w Warszawie 18.06.2016

Zapewne wszystkim, którzy śledzą wydarzenia na facebooku, znana jest ta inicjatywa,

zapoczątkowana przez garstkę dziewczyn, ktore poznały się w grupie Dziewuchy Dziewuchom. Ponieważ sprawy dotyczące kobiet zawsze leżały mi na sercu i na duszy, odkąd pamiętam, śledziłam wszelkie poświęcone temu grupy, akcje czy inicjatywy kobiece. Przypuszczalnie impulsem do tego były w dużej mierze moje własne przeżycia i trudne doświadczenia, ale nie chcę tu poruszać spraw osobistych.

Nastał w końcu dzień, gdy na facebooku pojawiła się grupa Marsz Godności / Protest Kobiet, i oczywiście przystąpiłam do niej ochoczo, rozsyłając posty o istnieniu takiej inicjatywy na wszystkie znane mi i odwiedzane grupy FB. Dziewczyny działały z rozmachem i nie trzeba było długo czekać na ogłoszenie oficjalnej daty Marszu Godności w Warszawie, który miał rozpocząć sie na Placu Zbawiciela, za pięć dwunasta, 18 czerwca 2016. O tym, że taki Marsz w ogóle się odbędzie wiedziałam już dużo wcześniej i od razu zapadła decyzja: Jadę!!! Bez względu na odległość Berlin – Warszawa, bez względu na wszystkie okoliczności – jadę i koniec! Wreszcie powstała inicjatywa, z którą mogę się w pełni zidentyfikować.

Moja podróż z Berlina rozpoczęła się już 17 czerwca, w piątkowy wieczór. Wsiadłam do Polskiego Busa i przemierzyłam kilkaset kilometrów. Po około 9 godzinach jazdy przywitałam o 5.00 rano dworzec autobusowy – Warszawa Młociny. Tam dane mi było spotkać i wreszcie poznać osobiście cudowną grupę przybyłą z Trójmiasta, z którą spędziłam następne godziny w Warszawie. Dziękuję Grupo Trójmiasta!!! Byliście dla mnie wielkim oparciem i jestem szczęśliwa, że nie jesteście odtąd dla mnie tylko facebookowymi profilami, lecz żywymi ludźmi z krwii i kości, z którymi łączą mnie od tej chwili cudowne wspomnienia. Na zawsze je zachowam. Trójmiasto było i jest mi bliskie, bo tam się urodziłam, dorastałam i wkraczałam w dorosłe życie.

molenda1

Pod skrzydłami Grupy Trójmiejskiej ruszyłam ku Placu Zbawiciela. Byliśmy tam jednymi z pierwszych. Na Placu była tylko mała grupa panów z obsługi nagłośnienia. Czułam, jak wzbierają we mnie emocje, a przypływ adrenaliny każe zapomnieć o nieprzespanej nocy i zmęczeniu. To wszystko nie było ważne! Liczyło się tylko to, że tu jestem i za chwilę wezmę udział w wydarzeniu, które na parę godzin zjednoczy wiele kobiet.

Punktualnie za pięć dwunasta rozpoczęła się demonstracja. Jeszcze przed wymarszem zostałam zaczepiona przez reporterów TVN i zmuszona do udzielenia dwóch wywiadów. Zapewne plakat, ktory dzierżyłam dziarsko w rękach przyciągnął uwagę mediów: „RESPEKTUJ MOJE PRAWA, PRAWA CZŁOWIEKA PRAWAMI KOBIET”.

molenda3I tak, zagrzewana przez liderki Marszu, muzykę i tłum skandujący hasła przemaszerowałam ulicami Warszawy, by wykrzyczeć swój sprzeciw! Chociaż nie mieszkam w Polsce, to sprawy dotyczące mego kraju bardzo mnie poruszają i bolą, a sprawy kobiet bolą mnie w szczególności. Nie godzę się na instrumentalne traktowanie kobiet w życiu społecznym, w polityce i pod każdym innym względem. Protestuję przeciw temu, że nie respektuje się naszych praw, które gwarantuje nam Konstytucja. Lata zaniedbań w edukacji społeczeństwa zrobiły swoje.

Myślę, że takie wspólne inicjatywy kobiet pomogą innym Polkom dostrzec problem, którego być może jeszcze nie dostrzegają, albo nie mają dość odwagi, by tupnąć nogą i powiedzieć głośno NIE! To ostatni dzwonek na przebudzenie się Polek z letargu, ostatni sygnał alarmowy zanim otaczający nas „szczególną troską” rząd PiS definitywnie zamknie nam usta.

molenda2Musimy zrobić wszystko, by przeciwstawić się barbarzyńskiej ustawie antyaborcyjnej i wszelkim „dobrym zmianom”, przekładającym się w istocie na systematyczne pogarszanie się sytuacji kobiet w Polsce pod każdym niemal względem.

Na tym Marszu poczułam, jaka siła drzemie w nas, Kobietach. Poczułam babską solidarność i jedność, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłam. Poczułam naprawdę coś wielkiego i tego uczucia nikt mi nigdy nie zabierze!

Wracałam do Berlina samotnie. Grupa z Trójmiasta wyjechała kilka godzin wcześniej, równie podekscytowana. Mając jeszcze kilka godzin pobłąkałam się po Warszawie i wróciłam na dworzec autobusowy, gdzie rozpoczęła się moja warszawska przygoda. Gdy czekałam na autobus do Berlina w prawie pustej poczekalni, pośród garstki zaspanych i zmęczonych podróżnych, przydarzyła mi się kolejna psychodrama z cyklu „Ratujmy Kobiety”.

Zauważyłam, że do damskiej toalety pewnym krokiem podąża mężczyzna. Przez chwilę pomyślałam: pomylił toalety, nie zauważył kółka… Na chwilę o nim zapomniałam, gdy nagle wybudził mnie przeraźliwy krzyk, wrzask kobiety, który wypełnił całą poczekalnię. Nikt, ale to nikt z siedzących nie zareagował, nikt się nie zerwał do pomocy… Rzuciłam bagaż, torebkę i telefon, wszystko pozostawiając na pastwę losu i wpadłam do toalety. W tymże momencie wyparował z niej pośpiesznie ów mężczyzna i uciekł. Zdołałam dokładnie zapamiętać jego wygląd, posturę i ubranie, instynktownie rejestrowałam jego fizjonomię, jakbym wiedziała, że będzie to potrzebne. Niestety nie miałam dość refleksu by go złapać i zatrzymać, dałam mu zbiec. Kiedy się upewniłam, że kobiecie napastowanej w toalecie nic się nie stało, wybiegłam do poczekalni, opieprzając znajdujących się tam ludzi za brak jakiejkolwiek reakcji. Odnalazłam służby porządkowe, zgłosiłam incydent i poczekałam na policję, której jak zwykle w takich przypadkach się nie śpieszyło. Napadnięta kobieta sama zaś się oddaliła i wyjechała, jakby to zdarzenie osobiście jej nie dotyczyło.

Ja zaś wracałam do domu z poczuciem spełnienia obywatelskiego obowiązku, a może bardziej z czystym sumieniem, że nie zachowałam się jak cała „poczekalnia”. Ale jednocześnie zasmucona brakiem jakichkolwiek reakcji i całkowitym zobojętnieniem społecznym, jakiego byłam świadkiem. „Ratujmy Kobiety!” Ratujmy nawet wtedy, kiedy same na pozór nie chcą być ratowane z różnych przyczyn, bo się boją, wstydzą lub jeszcze nie wiedzą, że zasługują na równość, godność i szacunek.

Do Berlina dotarłam w niedzielny poranek, pełna emocjonujących wrażeń, wspomnień i nowo nawiązanych przyjaźni.

molenda4

Dziekuję Organizatorkom, Kobietom, Dziewczynom i Dziewuchom i wszystkim, którzy pozwolili mi przemaszerować ulicami Warszawy i poczuć więź, jaka nas wszystkie łączy. Dziękuję za najlepszą demonstrację, jaką dane mi było przeżyć. Jesteście wielkie, cudowne i odważne!

Wszystkim innym Kobietom życzę zaś, by wyzbyły się lęku, uprzedzeń, nieśmiałości… By zaczęły głośno mówić o tym, co je boli i czego oczekują. By umiały głośno zaprotestować przeciw narzucaniu im przez innych postępowania i światopoglądu, ktory nie jest zgodny z ich własnym.

Bądźcie świadome Waszych praw!!! Walczcie o ich egzekwowanie!!! Nie gódźcie się nigdy na decydowanie o Waszym życiu i Waszym ciele bez Waszej zgody!!! Nic o Nas bez Nas!!!

Berlin 20.06.2016

Zob też np. TU

 

 

Z archiwów rodzinnych

Już dawno Wam mówiłam, żebyście przeszukali archiwa rodzinne… Tym razem Ela  przysłała tekst Taty:

konkurs-ogloszElżbieta Kargol / Stanisław Trzop (1929 – 2016)

 

Pożółkłe kartki

Porządkując dokumenty mojego taty znalazłam jego notatki z początku lat sześćdziesiątych. Na pożółkłych kartkach zeszytu w kratkę są spisane wspomnienia na ogłoszony w roku 1962 konkurs na pamiętniki młodzieży wiejskiej. Wycinek gazety z regulaminem konkursu włożony był między kartki zeszytu. Organizatorzy konkursu zwracają się tam do młodych synów i córek rolników, by opowiedzieli o swoich kolejach życia. Przewidziano nagrody przede wszystkim za konkretność i szczerość opisu.

Nie potrafię powiedzieć, czy wspomnienia taty trafiły na ten czy inny konkurs, zachował się jednak w rękopisie ciekawy dokument o estetyce chyba znamiennej dla tamtych czasów. Był on dla mnie interesującym odkryciem. Już znacznie później od tych zapisków tata wiele opowiadał mi o swoim dzieciństwie i młodości przypadającym przed i na krótko po drugiej wojnie światowej. Choć fakty się zgadzały z zapiskami, to ich późniejsza ocena była znacznie łagodniejsza dla rządów sanacji i jeszcze bardziej potępiająca okupację hitlerowską, przejście armii sowieckiej i powojenny ustrój.

Drewniany budynek, w którym ujrzałem światło dzienne 6 października 1929 roku miał już wtedy 103 lata. Na tragarzu drewnianym podtrzymującym pułap widnieje napis 1826. Wydaje mi się, że należy do jednych z najstarszych domów we wsi Lachowice powiat Sucha Beskidzka, i gdyby nie fakt, że w 1914 została nałożona nowa konstrukcja dachu i miejsce oryginalnych góralskich gontów zajął eternit, okaz ten znalazłby się pod ochroną zabytków muzealnych. Kontrast między współczesną techniką a oryginałem sprzed powstania listopadowego pogłębił się jeszcze więcej, gdy w 1960 roku zabłysło w nim światło elektryczne.

Pomieszczenie jakie zajmowała nasza rodzina składało się z jednej kuchni o powierzchni 8 metrów kwadratowych, która zarazem była pokojem i sypialnią. Dzisiaj mówi się o trudnościach mieszkaniowych, ale wątpię czy takie warunki mieszkaniowe jakie zajmowała nasza rodzina można spotkać w obecnej chwili.

Wspominając te chwile łzy mi się mimo woli cisną do oczu, bo cóż to za życie było?

Ojciec 3 lata pracował w kopalni we Francji, skąd przywiózł stary rower i zniszczone zdrowie. Matka z półtora hektarowego gospodarstwa próbowała nas wyżywić. A było nas wtedy troje i jak to przysłowiowe zdanie mówi: „co rok to prorok“, po powrocie ojca z Francji w 1933 roku doczekaliśmy się do 1939 roku jeszcze sześcioro rodzeństwa.

Ponieważ jednak, jak to się wyraziła matka, aniołek zabrał nam dwie siostrzyczki i braciszka, zostało nas pięciu braci i jedna siostra. Ja byłem trzeci z kolei. Dodaję tu, że w 1940 i 1943 roku doczekaliśmy się jeszcze dwóch siostrzyczek. Tak więc 10 osób mieszka w kuchni o powierzchni około 8 metrów kwadratowych. Trudno sobie dziś wyobrazić, że takich rodzin było więcej, i że obraz ten to obraz Polski przedwojennej, że to wynik polityki rządów sanacyjnych i aż strach mnie w tej chwili ogarnia, że nie umarliśmy z głodu, że nie zamarzliśmy z zimna. Mieliśmy wówczas tylko jedną pierzynę. Przyznać muszę, że jest to najcięższy i najsmutniejszy odcinek mojego życia i dlatego też trudno mi o tym życiu pisać. Nie tylko dlatego, że w człowieku tkwi jakaś pycha bliżej nieokreślona i nakazuje mu wspominać o najprzyjemniejszych chwilach życia, o radości i szczęściu, ale także i dlatego, że trudno będzie mi znaleźć w tej chwili kogoś, kto by mi w to uwierzył, a ponadto byłyby to może słowa oskarżenia pod adresem ojca i matki.

Ale czy oni są winni, że cukier zamykali, gdy miałem trzy lata, bo był on dla młodszej siostrzyczki, a kawę ze zboża paloną słodzili nam sacharyną, że nie zaznałem smaku ani masła ani jajka. Było i wtedy masło i jajka, lecz trzeba było je sprzedać, bo za cóż można było kupić sól, bo przecież trzeba było się ubrać.

Tą niesprawiedliwość, jaka istniała wtedy na świecie, czułem. Przecież byłem człowiekiem z takich samych pierwiastków ulepionym, jak hrabiowie i książęta. Niemniej jednak wiadomość o prawdzie dotarła do mnie dopiero po wojnie.

Wieś, w której mieszkałem przed 1939 rokiem, niewiele interesowała się polityką . Pamiętam, że stawiano sobie pytanie: albo będzie wojna albo nie, ale dlaczego ta wojna miała być, nikt nie wiedział. Przecież rząd sanacyjny nie mógł wpajać nienawiści do faszyzmu skoro sam go reprezentował, a uczucia patriotyczne, których w Lachowicach nie zabrakło, nie wystarczyły na to, aby odeprzeć atak czołgów i samolotów niemieckich w dniu 1-go września 1939 roku. Tak więc do nędzy, głodu i zimna doszedł jeszcze strach przed wysiedleniem.

Wspomnienie z okresu okupacji to drugi odrębny odcinek mojego życia.

Nie odkryję chyba nic nowego, jeżeli stwierdzę że sprawy bytowe w okresie okupacji poprawiły nam się. Jest to chyba wszystkim jasne, że niemiecka polityka gospodarcza przewyższała o 100% naszą przedwojenną gospodarkę. Świadomość biednego małorolnego chłopa ograniczała się właśnie tylko do warunków bytowych. Jeżeli nasza rodzina przed wojną zużywała dwa do trzech kilogramów cukru rocznie, na osobę przypadało 0,3 kg, to w okresie okupacji współczynnik ten wzrósł do około trzech kilogramów rocznie, czyli dziesięciokrotnie.

Wraz ze „wzrostem dobrobytu“ wzrósł niepomiernie strach przed okupantem.

Najstarszy brat Julek ma właśnie w 1940 roku 14 lat, a więc jest zmuszony do pracy i został zatrudniony u gospodarza niemieckiego. Ojciec, aby wyżywić resztę dzieci, sam zgłasza się do niemieckiego pośrednictwa pracy i trafia do Jaworzna, gdzie pracuje wraz z więźniami Oświęcimia. Wśród wiadomości z frontów drugiej wojny światowej, z walki i bohaterskich czynów partyzantów, opowiadań ojca o więźniach i katach Oświęcimia kształtowała się i poznawała zło i prawdę moja świadomość i moja osobowość. Znałem w ujęciu sanacyjnym historię polskich królów, ale dopiero wtedy zaczynałem dostrzegać i widzieć wroga społeczeństwa polskiego, wroga ludzkości. Szczególnie utkwił mi w pamięci esesman, który nie może patrzeć jak zabija się kurę, ale kopie konwulsyjnie drgające ciało więźnia, szczuje psami ludzi, którzy z głodu rzucali się do rynsztoku po resztki jedzenia wyrzucone z pomyjami.

Do szkoły podstawowej skierowano mnie w 1938 roku. Była to szkoła wiejska z jednym nauczycielem. Uczęszczając tam do czerwca 1943 roku ukończyłem 4 klasy. Nudziłem się w tej szkole, a szczególnie w okresie okupacji, zabronione wtedy było nauczanie historii, literatury i geografii. A samo nauczanie rachunków, przyrody i gramatyki przy łączonych klasach, pozwalało na grę w karty. Nasza pani ukarała nas jednak przykładowo za ten występek, za co jestem jej niezmiernie wdzięczny. Niemniej jednak mam pewien uraz psychiczny do wspomnień z okresu tej szkoły.

Po ukończeniu tej szkoły skierowano mnie do okupacyjnego pośrednictwa pracy. Dzięki jednak lekarzowi Polakowi zostałem skierowany na przymusowe leczenie bliżej mi nieznanej choroby oczu i równocześnie do pracy w miejskim ogrodzie najbliższego Lachowic miasteczka, dzisiaj miasta powiatowego Suchej Beskidzkiej.

Tam doczekałem się wyzwolenia.

konkurs-kartka

Zetknięcie się bezpośrednio po raz pierwszy z ludźmi różnego środowiska zrobiło na mnie silne wrażenie. Zaczynam wtedy dopiero widzieć życie, takie jakie ono jest, czasem okrutne, czasem beztroskie, czasem smutne, ale jakże inne niż to, w którym się znajdowałem. Ciasny dom, nędza, bojaźń przed księdzem, Bogiem, przed ludźmi z wyższych sfer, urzędnikami, okupantem itp.

Zaczynam więc spostrzegać, że ludzie z naszej wioski, a w szczególności najbliższe moje otoczenie – rodzice są zaszczuci prawami panów przedwojennych. Świadomość ta niepostrzeżenie opanowuje mnie do reszty. Gdy kolega, towarzysz wspólnej doli i pracy, pokazuje mi pistolet przechowywany w gumowych butach, zrozumiałem, że bohaterstwo, o którym czytałem w powieściach, jest realne, trzeba tylko pozbyć się strachu, a walka z wszechwiednym okupantem będzie skuteczna. Niestety bojaźni, w której wychowywało mnie otoczenie, a w szczególności rodzice, nie mogłem się długo wyzbyć .

Rozumiem to jednak i wyciągam wniosek, jak silny jest system wychowania i jaką ma wielką potęgę i wartość .

Okupacja minęła bezpowrotnie, choć nieraz wydawało nam się, że taki porządek, jaki okupanci zaprowadzają, w konsekwencji winien być wieczny. Tu znowu wyciągam wniosek, że nie ma trwałych i wiecznych zasad ani porządku społecznego, że wszystko jest uwarunkowane okolicznościami i przyczynami, które z kolei wywołują taki czy inny skutek, taki czy inny porządek społeczny i ustrój polityczny. Dlatego też łatwo mi było zrozumieć, dlaczego u nas w Polsce Ludowej zaczyna się wszystko od nowa, dlaczego mówi się 5 lat, 10 lat ludowładztwa w Polsce.

Ten nowy prąd „od nowa“ nurtował mnie i dlatego też pewnego dnia rzucam motykę i oświadczam rodzicom, że chcę jechać do Żywca zapisać się do szkoły. Matka mocno zdziwiona dała mi pieniądze na podróż i nie troszcząc się o nic więcej, poszła do porzuconej motyki aby przygotować ziemię do sadzenia ziemniaków.

Wszystkie formalności załatwiłem i od pierwszego września 1946 roku zostałem uczniem państwowego kursu przygotowawczego do Liceum Pedagogicznego w Żywcu, które ukończyłem dwa lata później i w następnym roku złożyłem egzamin dojrzałości jako eksternista w Krakowie.

konkurs-fot

Okres pobytu w szkole to nowy cykl życia, w czasie którego rośnie i utrwala się moja samodzielność.

Już w szkole podstawowej czuję się nieraz dzieckiem pokrzywdzonym, z którym rówieśnicy nie dzielą się wszystkimi tajemnicami. Uczucie to stopniowo przeradza się w kompleks niższości, szczególnie w szkole średniej. Byłem wzorowym, jednym z najlepszych uczniów, miałem poważanie wśród koleżanek i kolegów, pomagałem im w nauce. Lecz gnębiły mnie ich piękne i często nowe ubrania przy moim, w którym rozpocząłem i ukończyłem szkołę, ich i moja teczka, którą sobie sam uszyłem ze starej dermy, pościel kolegów i moja lniana, w której każda nić była uprzędzona rękami matki.

Bywało i tak, że z razowym chlebem, który mi matka dała i który miał starczyć na cały tydzień, musiałem się ukrywać, bo czułem wstyd, że nie mogę sobie kupić chleba. Ubóstwo naszej rodziny towarzyszyło nam wszystkim jeszcze kilka lat po wojnie. Sytuacja materialna zaczęła się dopiero poprawiać, gdy w 1947 roku wprowadziliśmy się do nowego domu wybudowanego własnym wysiłkiem.

O wkładzie pracy w ten budynek najlepiej świadczy fakt, że zatrudniono tylko jednego kwalifikowanego robotnika cieślę na okres 10 dni, a pozostałą pracę wykonał sam ojciec z naszą pomocą.

Opuściliśmy wreszcie ten ciasny kąt przenosząc się do dwupokojowego mieszkania z oddzielną kuchnią. Najstarszy brat Julek od 1946 roku przebywa już tylko poza domem. Dwa lata służby wojskowej w marynarce a następnie sześciomiesięczny kurs rybacki uczyniły z niego zamiłowanego rybaka i dzisiaj nikt nie przypuszczałby, że ten dobrze zbudowany mężczyzna, szyper kutra rybackiego w Kołobrzegu, to właśnie jeden z tych, których dzieciństwo minęło w skrajnej nędzy, który za kawałek chleba już od 6-tego roku życia pracował pilnując krów bogatszych gospodarzy.

Drugi brat Józef opuścił rodzinną wioskę Lachowice w 16-tym roku życia. Uczy się zawodu piekarza i dzisiaj pełni funkcję brygadzisty w Spółdzielni Piekarzy w Żywcu. O jego stanie materialnym najlepiej świadczy fakt, że z zaoszczędzonych pieniędzy buduje sobie domek jednorodzinny.

Pozostali dwaj bracia szybko też znaleźli pracę w rozwijającym się przemyśle i śladami starszego rodzeństwa opuścili rodzinny dom. Podobna sytuacja spotkała siostry, z których najstarsza wychodzi za mąż i zamieszkuje w Nysie, druga siostra kończy szkołę pielęgniarek i pracuje w szpitalu w Chorzowie. Przy rodzicach została tylko najmłodsza siostra, która też marzy w zasadzie o opuszczeniu domu rodzinnego i podjęciu pracy w przemyśle w mieście.

Na ogół stwierdzić można, że członkowie rodzin gospodarstw małorolnych naszej wioski szukają pracy poza rolnictwem. Daje się tu zauważyć zatracenie tego szlachetnego przywiązania do ojcowizny, co zresztą tłumaczy się także zjawiskami pojawiającymi się po wojnie – usunięcie granicy dzielącej miasto ze wsią oraz zrównanie życia i pracy miasta i wsi.

W tej chwili nie widzę konkretnego i prawidłowego rozwiązania problemu wsi lachowickiej, jak chyba tylko za pomocą szeroko zakrojonej akcji kółka rolniczego, które w tej chwili nie odgrywa jeszcze decydującej roli. Sądzę, że nie wystarczy, aby decyzją kółka zabronić chłopom młócić zboże, dlatego tylko aby dwa traktory, którymi kółko dysponuje, miały co robić w ciągu kilku miesięcy. To miało miejsce w 1961 roku, lecz zostało jednak zignorowane dzięki własnej inicjatywie chłopów, którzy domagali się aby ich zboże było zaraz po zwiezieniu do stodoły wymłócone, gdyż to jest ich obowiązkiem.

O działalności sklepu GS najlepiej świadczy fakt, że jego artykuły znalazły nabywców u wszystkich rolników i coraz częściej chłop rezygnuje z wyjazdu do miasta po zakup wideł, gwoździ itp.

W początkowej fazie istnienia GS odezwała się jednak w społeczeństwie niechęć w stosunku do produktów znajdujących się w sklepach, nie z racji gorszych gatunkowo, ale z wrogiej roboty ludzi, którzy bogacili się ze spekulacji (Po co będziesz kupował w sklepie spółdzielczym i wzbogacał ich…?)

Minęła więc bezpowrotnie nędza i znika obraz wsi przedwojennej w Lachowicach.

Wprawdzie stary dom drewniany, unikat z 1826 roku jeszcze stoi, ale wieczorem świeci w nim światło elektryczne a przez otwarte okno słychać dźwięki muzyki pierwszego programu radiowego z Warszawy. W społeczeństwie zarysowuje się wyraźny podział na dwie grupy ludzi; z jednej strony młodzież, do których zalicza się moich rówieśników i która przyjmuje „nowe“ z otwartym sercem i zapałem oraz pokolenie starsze, do których zaliczam moich rodziców, dla których odwiecznego porządku i pracy na roli nie jest w stanie zmienić żadna najnowsza maszyna z kółka rolniczego, a którzy jednak dość chętnie ustępują młodszym.

Losy moje potoczyły się po innej drodze. Od 1949 roku pracuję jako nauczyciel na jednej ze wsi powiatu żywieckiego, której życie, praca i obyczaje przypominają mi wieś rodzinną. Następne dwa lata służby wojskowej utrwaliły we mnie przekonanie o potędze naszej ojczyzny.

Po powrocie z wojska pracuję nadal kształcąc się zaocznie w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Skończone studia wyższe pozwoliły mi na zajęcie stanowiska nauczyciela matematyki w Technikum Rolniczym w województwie poznańskim. Zaczęła się dla mnie nowa rola, rola wychowawcy młodego narybku rolnictwa, ludzi którzy oby nigdy nie dopuścili do takiej nędzy wsi, w jakiej ona znajdowała się przed wojną.

konkurs-chalupa

Po 25 latach…

Ewa Maria Slaska i Dorota Cygan

W piątek 17 czerwca minęło 25 lat od momentu, gdy premier Polski Krzysztof Bielecki i kanclerz RFN Helmuth Kohl podpisali Traktat o dobrym sąsiedztwie (nazwa oficjalna: Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17.06.1991 r., niem. Vertrag zwischen der Bundesrepublik Deutschland und der Republik Polen über gute Nachbarschaft und freundschaftliche Zusammenarbeit).

AAAwystawabundestag2016 (9)

Zdjęcie zrobiła Dorota Cygan na wystawie o stosunkach polsko niemieckich, o której pisałam wczoraj.

Taka piękna rocznica sprzyja masowemu organizowaniu imprez okolicznościowych. My też nie byliśmy lepsi. Jak to powiedziała Christine Ziegler z Regenbogenfabrik, obchodzenie rocznicy podpisania Traktatu to w końcu nasz wspólny obywatelski obowiązek.

20160617_hintergrundbild2

Pokazaliśmy znakomity film Krzysztofa Czajki i zorganizowaliśmy dyskusję.

Zdjęcie Monika Saczyńska (od lewej): Esther Schulz-Goldstein, badaczka systemów totalitarnych, Krzysztof Czajka, reżyser, profesor Michael Müller, historyk i Bogna Czałczyńska, przewodnicząca organizacji Dziewuchy dziewuchom ze Szczecina

Dorota Cygan napisała o filmie:

“chciałbym opisać męstwo
nie ciągnąc za sobą zakurzonego lwa”

napisał kiedyś Zbigniew Herbert, a Krzysztof Czajka pokazał w filmie odwagę cywilna normalnych ludzi wyrwanych na chwile z rutyny codziennych obowiązków, i zrobił to nie tworząc wysokich odniesień i pompatycznych porównań, nawet przepytywanych w filmie polityków pokazując bez przydawanego im zwykle sztafażu. To, co pozostaje w pamięci po projekcji, to np. bilet wypisany uciekinierowi z NRD przez polskiego konduktora bez żądania opłaty; to np. słowa jednego z bohaterów, który opisuje, jak na dwa żelazka prasowali mokre ubrania rodziny uciekinierów (taki rodzaj domowego “koncertu na cztery ręce”); to także np. metalowa tabliczka ze skrótem nazwy kraju umieszczana na samochodach – tu zatknięta prowizorycznie przez uciekającą rodzinę wierzącą, że przynależność do NRD to już tylko stan przejściowy; to wreszcie widok płytkiego nurtu rzeki – z dzisiejszej perspektywy zupełnie niegroźnej, znanej każdemu, kto kiedyś brodził po kolana w wodzie na wakacjach, ale ewokujący paraliżujące wspomnienia u tych, którzy kiedyś taką wycieczkę na druga stronę mogli przypłacić karą więzienia. I tak dalej. I choć polska i niemiecka publiczność na te same elementy oczywiście patrzy z odwrotnej perspektywy, połączyło ją tego wieczoru jednakowe poczucie, że normalny człowiek z nie spaczonym poczuciem przyzwoitości, sprawiedliwości i wolności, nie jest odporny na takie obrazy, i zwyczajnie wilgotnieją mu oczy. Nawet 25 lat później.

Zawał w Bundestagu

Ewa Maria Slaska

czyli o wystawie na temat stosunków polsko-niemieckich

Wiem, jak wyglądały stosunki polsko-niemieckie w jubileuszowym ćwierćwieczu 1991-2016, i to poniekąd wiem z pierwszej ręki. Byłam przy tym, jak się z mozołem wyzwalały z retoryki powojennej, gdy z opisów naszych wspólnych działań odpadały po kolei takie słowa jak “zbrodnie” i “nie zapomnimy”, jak pojawiało się słabsze jednak w wymowie “pamiętamy”, zastąpione w latach 80 “budowaniem zaufania” i “likwidacją uprzedzeń”, by około roku zerowego przejść do słów-kluczy “partnerstwo, przyjaźń, dobre sąsiedztwo”. Dziś, nie, no nie dziś, kilka dni temu, 18 czerwca 2016 roku lokalny berliński KOD wraz z partnerami powiedział, “a co tam przyjaźń, przyjaźń to było wczoraj, my głosimy miłość!”

Plakat Anna Krenz

Myślę, że nie będzie to zbytnim zarozumialstwem, jeśli powiem, że w jakimś minimalnym stopniu i ja współtworzyłam te stosunki polsko-niemieckie. I mogę/możemy być dumni, bo do niedawna były wspaniałe. Dlatego nie wybierałam się na wystawę w Bundestagu. Co jakaś wystawa “stamtąd” może powiedzieć praktykowi tu?

Wystawę „Polacy i Niemcy. Historie dialogu” – przygotowało Muzeum Historii Polski w ramach uroczystości 25-lecia podpisania polsko-niemieckiego „Traktu o dobrym sąsiedztwie”. Oglądać ją można było w jednym z budynków niemieckiego parlamentu. 3 czerwca otworzyli ją wspólnie przewodniczący parlamentów Polski i Niemiec: Marek Kuchciński (PiS) oraz Norbert Lammert (CDU).

Kurator wystawy: dr hab. Waldemar Czachur, prof. UW
Organizator wystawy: Muzeum Historii Polski w Warszawie
Sfinansowano ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Sejmu RP
Współpraca: Ambasada RP w Berlinie

AAAwystawabundestag2016 (1)Wielokrotnie powtarzałam, jak ja osobiście to widzę: najpierw my, zwykli ludzie coś robimy, jest nas niewielu i patrzy się na nas jak na rarogi, ale w pewnym momencie jest nas już tylu, że nie ma wyjścia i polityka musi nas zauważyć. Polityka zauważa więc,  uznaje, że jest to dobry pomysł i go nam zabiera. Bielecki i Kohl podpisują polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie i wzajemnej współpracy. A potem co jakiś czas spotykają się kanclerz i premier, albo prezydent z prezydentem, ktoś komuś wręcza nagrody i odznaczenia, ważni znajomi prezydentów robią za ważne pieniądze ważne projekty, a my dalej robimy swoje, wypełniając zwykłą praktyczną pracą wielkie słowa i zadania polityczne.

Ale to nie o tym ta wystawa. O tym to jest chyba wystawa we Wrocławiu, która właśnie została udostępniona w sieci dla szkół i instytucji.

AAA2wystawabundestag2016 (4)Nie wybierałam się więc, ale zaczęły do mnie docierać coraz gorsze opinie o tej wystawie w Bundestagu. Krystyna Koziewicz napisała

…obecna władza i jej sympatycy przefiltrowali fakty i zdarzenia, obalając dotychczasowy dorobek, nie tylko historyków, ale po prostu Polaków.
Widziałam reakcje zaskoczenia nie tylko wśród Polaków, także niemieccy opozycjoniści, politycy poczuli się mocno dotknięci.  Jak wytłumaczyć Niemcom, że w części wystawy o Solidarności pominięty został Lech Wałęsa? Wszyscy w Niemczech i na świecie dobrze wiedzą, że  to właśnie Wałęsa dźwigał ciężar przemian ustrojowych.
Prawda jest teraz inna. I co jest najgorsze… zafałszowaną narrację historyczną przenosi się na grunt europejski.
Trzeba mieć dużo odwagi i arogancji,
by fałszowanie historii pokazywać
w niemieckim parlamencie.

AAA1wystawabundestag2016 (40)Krzysztof Ruchniewicz zatytułował swój blogowy wpis o wystawie Dialog głuchych, dodając znak zapytania.

Czy to uczucie irytacji i bezsensu jest potrzebne? W tym roku Polska i Niemcy obchodzą 25 rocznicę podpisania traktatu o dobrym sąsiedztwie i wzajemnej współpracy. Przewidziano z tej okazji liczne imprezy. Powstała strona internetowa, która miała stać się platformą wymiany opinii i informacji. Z wielkich planów niewiele zostało. Zmiana rządu w Polsce unieważniła je niemal automatycznie tak jakby nagle okazało się, że nie ma czego uczcić, a nawet o czym rozmawiać. Można teraz odnieść wrażenie, że obie strony, i polska, i niemiecka, działają w tej kwestii nie razem, a obok siebie. (…)  Jak ów dialog wygląda w tym ujęciu?
Czy już mamy o czynienia z „nową narracją“?

AAAZwystawabundestag2016 (76)Nie jest to jednak pytanie retoryczne, oczywiście, że mamy już do czynienia z “nową narracją”. W jej centrum znalazło się wykreślanie Solidarności i mniejszości niemieckiej, ale ja bym do tego dodała brak I wojny światowej, brak niepodległości Polski, brak okresu międzywojennego, brak Żydów podczas II wojny światowej, brak Holokaustu i powstania w Getcie Warszawskim, tak że nawet nie wiadomo, dlaczego, po co i gdzie klęka Willy Brandt, który jednak na tej wystawie klęka, brak nie tylko Wałęsy ale całego okresu Solidarności, brak Jesieni Narodów i wyzwolenia Europy… Brak Wałęsy to zresztą nie tylko dziura w narracji o naszej historii, bo jest to dziura w niemieckiej narracji o ich niemieckiej historii. Niemcy nie mają wątpliwości, że bez strajków, stoczni, Wałęsy i Okrągłego Stołu nie byłoby zjednoczonych Niemiec.


Puste miejsce w historii ukazało się na wystawie zgoła praktycznie. Jak zauważyła Dorota Cygan, która jest autorką tych zdjęć, wystawa zajmuje tylko połowę przeszklonego foyer nowoczesnego budynku Bundestagu. Druga połowa pozostaje pusta, a byłoby tu dużo miejsca, by pokazać to, czego się jednak nie chciało pokazać.

W nowej narracji historia zaczyna się od II wojny światowej i koncentruje się na walkach Polaków, martyrologii Polaków, bohaterskiej walce Polaków ze Związkiem Sowieckim (tu się plasują nieszczęśni “żołnierze wyklęci”)… Ta narracja po roku 1945 sprowadza się do tego, że całą naszą powojenną historię zrobiły środowiska katolickie. Nie ma lewicy, nie ma prób odnowy podejmowanych w partii, nie ma Okrągłego Stołu, nie ma społeczeństwa pluralistycznego ani obywatelskiego… Najpierw była martyrologia, potem polscy katolicy walczyli o wolną i suwerenną Polskę, a skoro prezentuje się tę wystawę tu i teraz, to okazuje się, że tylko polskie środowiska katolickie dążyły do pojednania z Niemcami.

A my, Polacy w Niemczech?

Na zakończenie tej opowieści premier Szydło spotkała się w Berlinie z Angelą Merkel, żeby… nie do wiary: rozmawiać o kryzysie migracyjnym.

Przypomina mi się pytanie z żydowskiego dowcipu: co to jest hucpa? Hucpa jest wtedy, gdy ktoś zabił ojca i matkę a w sądzie prosi o łagodny wymiar kary, bo jest sierotą…

AAAtwarze

PS 1. Narracja narracją, ale ten język! Podpisy i opisy wystawy układał najwyraźniej współczesny tekściarz, który używa języka pełnego nieporadności stylistycznych i aktualnej nowomowy. Najśmieszniejsza jest informacja, że … twarzami zbierania darów w Niemczech po wprowadzeniu stanu wojennego byli Mazowiecki i Bartoszewski. Biedny niedouczek nie wiedział, co w jego własnej nowomowie znaczy “być twarzą”, i miał na myśli, że na jednej z ulotek o tym, żeby pomagać Polakom, umieszczono zdjęcia obu panów jako ważnych przedstawicieli “Solidarności”…

PS 2. Wyjaśnienie: otóż tytuł wpisu nie jest jedynie metaforyczny, zawału wprawdzie nie dostałam, ale naprawdę byłam blisko. Nigdy nie myślałam, że mogę się tak potwornie przejąć byle jaką wystawą. Serce zaczęło mnie boleć w momencie, gdy stanęłam przed tablicą przedstawiającą II wojnę światową bez Żydów, trzęsłam się jak osika i z każdą tablicą czułam się gorzej, najgorzej, gdy się okazało, że w wyliczaniu ważnych lat na osi czasu zabrakło roku 1980! Jeszcze nigdy na żadnej wystawie nie odczułam fizycznie takiego poczucia krzywdy.

osczasu-wystawa

Kilka dni temu pisałyśmy tu z siostrą o naszych książkach, zawłaszczonych przez prawicę. Ale dziś piszę o czymś jeszcze gorszym, o tym, że zabrano nam nasze działania, nasze dokonania i nasze życie. TO JEST NASZA HISTORIA, A ONI JĄ NAM ZABRALI i przerobili na swoją.