Myśli o Polsce

Andrzej Rejman

List od ułana

Listy – to ważna rzecz. W nich bowiem jest część najbardziej intymnej i prywatnej sfery człowieka – czasem jednak trzeba je udostępniać publicznie, bo niosą ze sobą jakąś ważną naukę, lub prawdę historyczną.

Tym razem krótki, ale emocjonalny list “ułana zaniemeńskiego”- Zygmunta Augustowskiego do Heleny z Zanów Stankiewiczowej.

List pochodzi z 1991 roku, czyli pisany był w ważnym okresie – początku nowej, postkomunistycznej Polski.

Znajomość Heleny Stankiewiczowej z Zygmuntem Augustowskim i jego Małżonką sięga okresu okupacji, gdy łączyła ich współpraca w podziemiu i AK. Po wojnie utrzymywali ze sobą bliski i serdeczny kontakt.

list_Zygmunta_Augustowskiego_do_Heleny_z_Zanow_Stankiewi

Warszawa 28.IV.1991 r.

Droga i Kochana Halu,

Oboje z Lalą dziękujemy Ci serdecznie za pamięć o nas przyjazną i miłą, za życzenia i kartki z ułanami z czasów Napoleońskich.

Sytuacja i wtedy i teraz podobna. Wtedy oczekiwaliśmy, że Napoleon przywróci nam niepodległość, a obecnie liczymy, że Zachód przywróci nam i pomoże nam odzyskać suwerenność polityczną i gospodarczą. Niestety sytuacja ogólna nie nastraja optymistycznie, nie uwierzę w niepodległość dopóki w Kraju stoją garnizony bolszewickie, dopóki generał Dubynin może bezkarnie nas obrażać. Sytuacja ekonomiczna pogarsza się, co prawda powolna i opanowana, ale recesja postępuje coraz prędzej. Czym się to skończy? My jakoś przeżyjemy, bo było gorzej i też przeżyliśmy, ale co będzie z Polską? Czy z niewoli sowieckiej popadniemy w niewolę kapitalizmu zachodniego?

Te kłótnie na górze, nieporozumienia, rozłamy, wzajemne oskarżania, powodowane w wielu przypadkach sprawami personalnymi martwią bardzo.

Jesteśmy starzy, nie mamy wpływu i z powodów biologicznych nie możemy już mieć wpływu na bieg historii. Możemy tylko mówić i przestrzegać, ale cóż obecna warstwa kierownicza to ludzie młodzi dla których człowiek starszy to sklerotyk, zawalidroga który przeszkadza.

Nie mając doświadczenia w doświadczenie nie wierzą. Wierzą w siebie w swoje młodzieńcze marzenia, które tak bardzo rozmijają się z rzeczywistością. Cechą obecnej góry jest zarozumiałość i ogromna pewność siebie.

Brak skromności jest godny zastanowienia.

Szastanie groszem publicznym, nowobogacki sposób życia, a reszta społeczeństwa żyje na pograniczu nędzy.

Smutny jest ten mój list, bo smutne są moje myśli.

Ty na pewno mnie zrozumiesz. Straciliśmy wszystko. Domy rodzinne, Kraj rodzinny i pragniemy aby Ta Co Nigdy Nie Zginęła, była na miarę naszych marzeń, wysiłków i trudów naszego życia. Trudne i twarde jest nasze obecne życie. Nie z powodów materialnych, ale z powodów zasadniczych.

Co będzie z Polską i jaka ona będzie? Pijana Polska , zdegenerowana i zdemoralizowana, czy normy moralne trzeba zastępować normami prawnymi?

Czym to się skończy?

Ciężar przyszłości przygniata nas zupełnie. Wybacz, Droga Halu, że zająłem Ci czas, tym co mnie tak trapi. Ściskam Ciebie długo, mocno i czule i Ręce Twoje całuję. Serdeczności dla Dzieci dołączam.

twój stary ułan zaniemeński Zygm. Augustowski

dopisek:

Kochana Halu. Ciebie razem z Panią Krysią i Panem Józiem uściskam, pozdrawiam i całuję. Lala.

(dzięki uprzejmości Krystyny Stankiewicz, Warszawa, 23 lutego 2016)

***

1_rtm_Zygmunt_AugustowskiZygmunt Augustowski (1915-2008) 

zdjęcie: reprodukcja z książki Lepsza strona czasu / J. Zdzisław Szyłeyko. Londyn : Polska Fundacja Kulturalna, 1992

Oficer „Wachlarza”, dowódca Ośrodka Dywersyjnego „Turmont”. Dowódca Oddziału Miejskiego Kedywu Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej.

Zygmunt Augustowski (ps. Ślepowron, Lanca, Hubert) – żołnierz kampanii wrześniowej 1939 r., uczestnik I i II Konspiracji w szeregach Związku Walki Zbrojnej-AK w Okręgu Wileńskiego AK. W kampanii wrześniowej walczył m.in. między Pułtuskiem a Wyszkowem, zatrzymany przez Niemców w grudniu został osadzony w oflagu w Westwalenhof. Po zwolnieniu z niewoli, we wrześniu 1940 r. został zaprzysiężony w Związku Walki Zbrojnej, wysadzał pociągi, dowodził Ośrodkiem Dywersyjnym „Turmonty” i wileńskim Kedywem, a po walkach o Wilno objął dowództwo nad specjalnym oddziałem dywersyjnym. Po wojnie prowadził działalność konspiracyjną. Skazany na karę śmierci, zamienioną na dziesięć lat więzienia (odzyskał wolność w lutym 1956 r. po rewizji procesu).

Działacz Korporacji Akademickiej Konwent Polonia. Brat Kazimierza Augustowskiego.

Pochowany na cmentarzu wilanowskim w Warszawie.

źródło: http://smolwy.blog.onet.pl/2009/10/15/zygmunt-augustowski-oficer-wachlarza-d-ca-od-turmont/

Hala_Stankiewicz_2Helena z Zanów Stankiewiczowa (1904-1996) 

zdjęcie z arch. rodzinnych

Helena Stankiewicz (ur. 7 lipca 1904 w Duksztach, zm. 14 kwietnia 1996 w Warszawie) – polska działaczka społeczna, autorka wspomnień i wierszy.
Córka Tomasza Zana (1876-1950) i Teresy Dowgiałło (1884-1945). Prawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” (1796-1855), bliskiego przyjaciela Adama Mickiewicza, siostra Tomasza Zana, konspiratora i żołnierza AK. Do wybuchu I wojny światowej (1914 r.) mieszkała w majątku swego ojca w Poniemuniu na Litwie, następnie z rodziną w Rosji, gdzie przebywała do wybuchu rewolucji październikowej. Do Polski powróciła w 1919 r. Uczyła się w gimnazjum polskim w Kownie (Litwa). Po maturze, w 1925 r. wyjechała do rodziny w Polsce. Studiowała na wydziale rolniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W 1926 r. wyszła za mąż za Kazimierza Stankiewicza (1894-1973) i zamieszkała z mężem w majątku Berżeniki, powiat święciański, woj wileńskie (obecnie Litwa). W 1927 r. urodziła się ich córka Maria (zm. 1940), a następnie Krystyna (1931) oraz syn Józef (1936-2011).

Po wybuchu II wojny światowej cała rodzina została zmuszona do opuszczenia majątku i zamieszkania w Wilnie. Helena Stankiewicz była żołnierzem Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego. W 1945 r. Kazimierz Stankiewicz został wywieziony do łagru sowieckiego w Saratowie (skąd wrócił w 1949 r.) a reszta rodziny znalazła się w Warszawie.

Mieszkała na warszawskim Żoliborzu. Po wojnie pracowała w magazynie narzędzi medycznych. Pochowana 18 kwietnia 1996 r. na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

Na początku lat 90. XX wieku w Londynie ukazały się wspomnienia Heleny z Zanów Stankiewiczowej pt.: “Pani na Berżenikach”, spisane przez Wojciecha Wiśniewskiego. Książka stanowiła nieformalną II część, wydanych wcześniej w Paryżu, rozmów z bratem Heleny Stankiewicz, Tomaszem Zanem (1902-1989), pt.: “Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem”. Publikacja, bogato ilustrowana fotografiami archiwalnymi, stanowi niezwykłe świadectwo historii ziemiaństwa polskiego na Wileńszczyźnie w II Rzeczypospolitej a potem w powojennej Polsce, w wieku XX. Jest także historyczną opowieścią o losie rodu Zanów. Uzupełnia ją korespondencja autorki z Czesławem Miłoszem.

Helena z Zanów Stankiewiczowa była także autorką wierszy, będących świadectwem losu tych wszystkich, którzy zmuszeni zostali do opuszczenia swych domów na Kresach II Rzeczypospolitej. (żródło: Wikipedia, oraz materiały rodzinne)

***
4 Pułk Ułanów Zaniemeńskich – oddział kawalerii Wojska Polskiego II RP.
Pułk stacjonował w garnizonie Wilno. Święto pułkowe: 9 lipca – rocznica szarży pod Hrebionką w 1920. Utworzony w 1918 w Warszawie, przy czym poszczególne szwadrony powstawały także w Łomży, Mławie, Płocku, Włocławku i Białymstoku, Koninie i Włocławku.

Pułk 4 Ułanów Zaniemeńskich kontynuował tradycje 4 Pułku Ułanów Królestwa Polskiego.

Od stycznia 1919 Pułk brał udział w działaniach bojowych wojny polsko-ukraińskiej w rejonie Lwowa. W dniu 10 maja skierowany został do Białegostoku, gdzie został uzupełniony, a następnie już w pełnym składzie skierowano go w rejon Mosty-Lida, tam też jako pierwszy polski pułk przekroczył linię rzeki Niemen. Następnie uczestniczył w zajęciu Wilna i walkach na Białorusi. W lipcu 1920 w związku z ofensywą wojsk bolszewickich, Pułk prowadził działania opóźniające. W tym czasie stoczył szereg walk m.in. pod Hrebionką (9 lipca 1920), gdzie rozbił trzy pułki piechoty Armii Czerwonej. W walkach odwrotowych dotarł na przedpola Warszawy. Od 15 sierpnia 1920 brał udział w polskiej kontrofensywie. W czasie tych walk ponownie doszedł do Niemna, gdzie toczył walki także z wojskami litewskimi. Swój udział w wojnie zakończył na linii rzeki Berezyny, gdzie w rejonie Dokszyc zajął stanowiska do momentu zawarcia Traktatu Ryskiego w 1921.

Po zakończeniu działań bojowych Pułk skierowano do Wilna, które stało się przez cały okres II Rzeczypospolitej jego pokojowym garnizonem. W 1921 naczelne władze wojskowe zezwoliły na używanie nazwy “Zaniemeńskich”. W 1927 oficjalnie otrzymał nazwę – 4 Pułk Ułanów Zaniemeńskich, w celu upamiętnienia, że był to pierwszy polski pułk, który przekroczył Niemen w walkach o wschodnie granice Polski.

Kampania wrześniowa. Zmobilizowany 23 sierpnia 1939, lecz załadunek do transportu kolejowego nastąpił dopiero 30 sierpnia na stacji kolejowej Wilno i Porubanek. W związku z tym do rejonów koncentracji przewidzianej dla Armii “Prusy” dotarł 2 września, koncentrując się w lesie na północny wschód od Piotrkowa Trybunalskiego, aby następnie 3 września przegrupować się w rejon miejscowości Lubień.

W nocy z 5 na 6 września Pułk przeszedł do rejonu Sulejowa, gdzie miał organizować obronę na rzece Pilica. 7 września skoncentrował się w rejonie Przysuchy.

8 września zorganizował obronę na południe od Radomia, gdzie po raz pierwszych toczył przez cały dzień walkę z niemieckimi wojskami pancernymi. W nocy wycofał się w rejon przyczółka mostowego pod Maciejowicami, gdzie bronił się następnego dnia.

W nocy z 9 na 10 września Pułk w czasie przeprawy przez Wisłę w rejonie Magnuszewa poniósł duże straty (ciężką broń zatopiono, wielu żołnierzy, a jeszcze więcej koni utonęło), i został rozproszony. Skoncentrował się ponownie nad Wieprzem, gdzie nastąpiła jego reorganizacja. Z pierwotnego składu pozostało tylko dowództwo pułku i 2 szwadron. Do pułku włączono szwadron 13 Pułku Ułanów Wileńskich, szwadron kawalerii dywizyjnej 36 Dywizji Piechoty, 7 szwadron pionierów oraz 7 szwadron łączności. W pułku znalazło się też kilka czołgów z 61 Kompanii Czołgów Rozpoznawczych. Tak zreorganizowany pułk przemaszerował w rejon Świdnika.

Następnie wszedł w skład Brygady Kawalerii płk. Jerzego Grobickiego z Grupy Operacyjnej Kawalerii gen. Władysława Andersa. 20 września w zaciętych walkach opanował miejscowość Cześniki, a 22 września nacierał na Komorów.

24 września podjął wraz z pozostałymi jednostkami GO Kaw. próbę przedostania się na Węgry. 26 września Pułk zdołał przebić się przez szosę Lwów-Przemyśl, ale w nocy natrafił na oddziały Armii Czerwonej i musiał wycofać się w lasy.

27 września Pułk na czele z dowódcą złożył koło Medyki broń, uzyskując od Niemców honorową kapitulację. (Wikipedia)

***
“Lala” – Irena Augustowska (1914-2010) – żona Zygmunta Augustowskiego, urodzona 25 grudnia 1914 roku w Pelikanach na Wileńszczyźnie, wychowanka Gimnazjum im. Ks. A. J. Czartoryskiego w Wilnie, por. AK, żołnierz V Odcinka Wachlarza, ps. „Ewa”, Dama Orderu Virtuti Militari i wielu innych odznaczeń, filistrowa Konwentu Polonia, uczestniczka I i II Konspiracji w szeregach Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej, Okręgu Wileńskiego AK na terenie Polski Centralnej. Początkowo pełniła funkcję łączniczki, przewoziła meldunki i ludzi, przechowywała broń. Następnie była komendantką oddziału łączniczek przewożących broń i materiały wybuchowe dla patroli dywersyjnych „Wachlarza”. Po likwidacji „Wachlarza” przydzielona do Ośrodka Dywersyjno-Partyzanckiego „Turmonty”, gdzie pełniła obowiązki komendantki oddziału łączności. Po wojnie prześladowana przez reżim komunistyczny – aresztowana przez UB w 1948 r. … Po wyjściu na wolność w 1951 roku pracowała jako księgowa w Spółdzielni Pracy Rybołówstwa Śródlądowego i Przetwórstwa Spożywczego “Wisła” w Warszawie.
Czekała na powrót ukochanego.
W 1956 roku rtm. Zygmunt Augustowski, po 8 latach spędzonych w “celi śmierci” wyszedł z więzienia przy ul. Rakowieckiej. Od tej chwili Ich dom nigdy nie opuściło ciepło rodzinne, szczęście i życzliwość wobec siebie oraz innych ludzi. Nie mogli przez wiele lat wyjść ze zdumienia, że przeżyli. Lala i Zygmunt cieszyli się każdą wspólną chwilą. Pomimo ogromnych cierpień i tortur w więzieniu, pomimo krzywd i niegodziwości, nie szukali okazji do zemsty, czy odegrania się. Nie chcieli wyręczać Pana Boga…

źródło: http://opsa.blog.onet.pl/2010/05/03/por-ak-irena-augustowska-zd-pelikan-1914-2010-2/

O wyższości świąt Bożego Narodzenia…

Myślałby kto, że to był taki sobie żarcik profesora mniemanologii stosowanej, a tu proszę, przed Wielkanocą – w sklepach są już pisanki, kurczaczki i zające – nasza niestrudzona wędrowniczka, Joanna, przysyła wpis o Sylwestrze i Nowym Roku. Ale to w końcu antypody, ludzie chodzą na głowach, a lato jest zimą…

Joanna Trümner

Podróż

Czas nigdy nie mija wolniej, niż wtedy, kiedy na coś czekamy – cztery godziny czekania w Zurychu, trzy w Hongkongu i godziny spędzone w locie dłużą się niemiłosiernie. Czekając na samolot do Sydney słyszę na lotnisku w Hong Kongu tak absurdalne zapowiedzi, że gdybym nie śmiała się z nich razem z innymi pasażerami, to wzięłabym je za omamy słuchowe: „Podróżni wracający z krajów dotkniętych ebolą lub pasażerowie, którzy mieli kontakt z wielbłądem i nie czują się dobrze, proszeni są o natychmiastowy kontakt z lekarzem”. Na lotnisku są punkty mierzenia temperatury, myślę nawet przez chwilę o skorzystaniu z ich usług dla zabicia czasu, ale przeraża mnie powaga, z jaką urzędnicy w gumowych rękawiczkach i z maskami na twarzy wykonują swoją pracę – „A co będzie, jeżeli ze względu na podniesioną temperaturę zostanę w Hongkongu?” – odpuszczam.

Rekompensatą za tę podróż-odyseję jest ciepła, letnia noc, którą wita nas Sydney.

Sylwester i Nowy Rok

Dzień spędzamy na zwiedzaniu Sydney, nie bardzo do mnie dociera, że jest to ostatni dzień starego roku, przy 30-stopniowym upale śmiesznie wyglądają sztuczne choinki, przypominające o niedawnych świętach Bożego Narodzenia. Od godzin popołudniowych tłumy mieszkańców i turystów zbierają się w otaczających zatokę parkach. Oglądamy to eleganckie, bardzo brytyjskie i zielone miasto z pokładu statku. W słynnej na cały świat Operze zaczynają się schodzić na Bal Sylwestrowy elegancko poubierani ludzie – zapewne elita Sydney, a po drugiej stronie zatoki zbiera się młodzież – w szortach i T-shirtach, przy dobrej muzyce i kąpieli w morzu spędzają ostatnie godziny Starego Roku.

sydney-nowyrok

Najchętniej dołączyłabym do nich, ale nie wiem, jak tam się dostać środkami transportu publicznego, decydujemy się na czekanie na północ niedaleko Opery. Około 21.00 docieramy do miejsca, z którego o północy mamy świetny widok na ten niesamowity spektakl, fajerwerki są wspaniałe – pirotechnicy umieścili je w siedmiu punktach zatoki . Dookoła słyszę języki z różnych zakątków świata. Wzrusza mnie widok starszych ludzi, przywiezionych na wózkach inwalidzkich przez opiekunów i spędzających być może ostatniego Sylwestra swojego życia wśród tysięcy młodych ludzi.

Brakuje mi jedynie muzyki. O tę zadbała, niestety, grupa stojących obok nas kompletnie pijanych Francuzów, wyjących „No, je ne regrette rien” (Nie, niczego nie żałuję) Edith Piaf.

Nowy Rok zaczyna się spotkaniem z przyjacielem z Polski, który od ponad trzydziestu lat mieszka w Sydney, i jego żoną. Spędzamy razem cały dzień na chodzeniu po mieście i gadaniu i, mimo dzielących nas lat i języka (ze względu na naszych partnerów posługujemy się angielskim), mam wrażenie, że widzieliśmy się po raz ostatni wczoraj.

Kangoroo Island

Czyli „Wyspa Kangurów”, na której jedyne napotkane przeze mnie kangury mieszkały w małym prywatnym zoo i były tak przekarmione przez turystów, że nawet nie chciały spojrzeć w kierunku zakupionego przez nas pokarmu. Nie, nie jestem rozczarowana tą największą turystyczną atrakcją Południowej Australii. Warto było kupić najdroższy chyba na świecie bilet na prom, chociażby po to, aby płynąć nim przez ponad godzinę na Wyspę Kangurów w towarzystwie delfinów i oglądać piękne, dzikie plaże, na których wylegiwały się foki.

Great Ocean Road

Wyobrażałam sobie ten ocean zupełnie inaczej. Spokojną, błękitną wodę i piaszczyste zakola, gdzie woda jest prawie tak samo ciepła jak powietrze. A tu – piękne kamienne formacje, dzikie i niedostępne zatoki i pieniące się fale. Mamy szczęście, bo jeszcze tydzień przed naszym przyjazdem droga była częściowo zamknięta ze względu na pożary lasów. Zapach spalenizny wisi jeszcze w powietrzu, a już gdzieniegdzie na czarnych kikutach drzew zaczynają pojawiać się zielone liście.

Grampions

Po wielogodzinnej podróży przez kompletnie płaski teren, przypominający raczej sawannę niż pustynię, dosyć monotonny i prawie niezamieszkały, zaczynają się nagle pojawiać pagórki, a potem góry. Po przebyciu jeszcze kilku kilometrów znajdujemy się w pięknej, zielonej dolinie. Jesteśmy w parku narodowym Grampions w Victorii. Mieszkamy w bardzo ładnym hotelu, składającym się z postawionych na podestach bungalowów. A pod tymi podestami drzemią chroniące się przed upałem kangury. Następnego ranka wychodzę z filiżanką kawy na zewnątrz, patrzę na otaczające mnie góry oraz unoszącą się mgłę i z zaskoczeniem widzę, że nasz „domowy kangur” podniósł głowę, patrzymy na siebie z ciekawością, myślę o tym, że tak może wyglądać raj.

sydney-kangur

Rzeczywistość sprowadza mnie na na ziemię podczas wizyty w centrum informacyjnym Aborygenów. Piękne, multimedialne centrum opowiada historię mieszkających na tym terenie Aborygenów, szczególnie wiele miejsca poświęcone jest historii tzw. lost generation, czyli tysiącom dzieci Aboriginów, które w latach 60 i 70 odebrane zostały rodzicom i przekazane na wychowanie do białych rodzin, aby nauczyć się życia „w cywilizowanym świecie”. Na jednej z tablic informacyjnych zapisana jest historia 8-letniego chłopca, po którego w dniu jego urodzin przyjechał samochód policyjny i pani z opieki społecznej. Chłopiec cieszył się przywiezionymi przez nich balonami i słodyczami, myśląc że przyjechali, aby obchodzić z nim ten szczególny dzień. Następnych 10 lat swojego życia spędził w angielskiej rodzinie w Adelajdzie.

Spotkania

Głównym powodem mojej podróży do Australii była chęć poznania rodziny Lachlana, chłopaka mojej córki. Jego dziadkowie przyjechali do Australii w latach 70 z Anglii w ramach akcji dla rodzin, za 10 funtów można było się wtedy przenieść się z cała rodziną do Australii, której brakowało mieszkańców. Pierwszy rok w Adelajdzie spędzili w domu dla przybyszów z Anglii – ta sześcioosobowa rodzina dosyć szybko znalazła swoje miejsce w nowym państwie, dorośli poszli do pracy, dzieci – do szkoły a potem na studia. Z ciekawością słucham ich opowiadań o początkach pobytu w Australii, wymieniamy doświadczenia o życiu za granicami swojej ojczyzny. Uczę ich właściwej wymowy Mount Kościuszko (najwyższa góra w Australii) i opowiadam o Polsce, odnosząc nie po raz pierwszy podczas tej podróży wrażenie, że jest dla nich tak samo obca i odległa jak Mars. Z drugiej strony czy dla wielu moich rodaków liczy się na świecie cokolwiek innego, niż odwieczne polskie wewnętrzne podziały na „ich” i „nas”?

Na pożegnanie Lachlan organizuje na dzień przed naszym odlotem do Hong Kongu party dla 24 osób. Jest tak sympatycznie, że robi mi smutno na myśl o tym, że nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się spotkamy, oddzieleni od siebie tyloma oceanami i kilometrami. Smutek zmienia się w zażenowanie, kiedy na lotnisku w Adelajdzie stwierdzamy, że pomieszały nam się daty i dalsza podróż czeka nas dopiero jutro.

Nie widzę prawie w ogóle palaczy na ulicach i szybko przestaję się temu dziwić – moje ulubione „Marlboro” kosztują 30 dolarów australijskich (mniej więcej 25€). Wino, które Australia produkuje w wielkich ilościach i które kupić można w Niemczech za 4€ kosztuje tu minimum 10€. Owoce i warzywa są również zdecydowanie droższe niż w Niemczech. Australia ma minimalną pensję w wysokości 20 dolarów (około 17€) za godzinę, a rząd wprowadza na pewne produkty ceny minimalne, bo „każdemu musi się jego praca opłacać”.

Podczas lotu do Hong Kongu siedzę obok energicznej, starszej Angielki i szybko nawiązujemy rozmowę. Opowiada, że wraca z corocznej wizyty u rodziny w Nowej Zelandii. W tym roku musiała skrócić podróż o tydzień, bo czekają na nią pacjenci w Calais. Moja rozmówczyni jest lekarką i od miesięcy pracuje społecznie w obozie dla uciekinierów w Calais, bo Francuzi nie przejmują się warunkami, w jakich mieszkają uchodźcy, a Anglicy są szczęśliwi, że mają ten problem poza granicami swego państwa. „Nie chcę się dłużej wstydzić za moje państwo”– mówi na zakończenie rozmowy.

Hong Kong

Miasto byłoby piękne – położone wśród wbijających się w zatokę gór, gdyby nie było tak przeludnione i zabudowane tysiącami wieżowców. Metropolia wielkości dwóch Berlinów ma 7,5 miliona mieszkańców i pęka w szwach. Od oprowadzającej nas po mieście przewodniczki dowiadujemy się, że własnościowe mieszkanie o powierzchni 30 metrów kwadratowych kosztuje… milion dolarów. Ona mieszka z mamą i tatą na 40 metrach kwadratowych w mieszkaniu wynajętym od miasta za 600 dolarów miesięcznie. Przestaję się dziwić ilości ludzi chodzących po ulicach, uciekających zapewne od ciasnoty swoich mieszkań, podobnie jak nie dziwi paniczny strach przed epidemią, która przy tej ilości mieszkańców mogłaby mieć niewyobrażalne konsekwencje. Niewiele zostało z brytyjskiego Hong Kongu, jest to bardzo chińskie miasto z bardzo egzotycznymi dzielnicami. Mimo tej egzotyki po czterech dniach pobytu z radością wsiadam do samolotu do naszej Europy, ciesząc się, że niedługo nie będę musiała chodzić po ulicy osaczona tłumem mniejszych ode mnie o głowę Chińczyków.

sydney-hongkong

Wielcy pisarze i kobiety

Ewa Maria Slaska

Baśce O.

Harper Lee, Umberto Eco, Romain Rolland, Gabriel Garcia Marquez, Thomas Mann, Hermann Hesse, Julio Cortazar

Umarli kilka dni temu, albo nie żyją od wielu lat… Obchodzimy właśnie rocznice ich urodzin lub śmierci, albo zostali zapomniani na zawsze. Wielcy pisarze, którzy ukształtowali moje życie. Gdy piszę pierwsze zdania tego tekstu, wciąż dodaję w tytule kolejne nazwiska, patrzę na tę listę i cały czas wiem, że brakuje jej dwóch postaci – Homer i Marcel Proust. Ale ci dwaj są z jakiejś innej półki, znacznie wyższej niż reszta, nie mogę ich dodać do listy moich wielkich pisarzy, bo są ponad wszelkimi listami i kategoriami. Natomiast świadomie nie wpisałam na listę moich pisarzy kilku innych, podobno nawet ważniejszych – James Joyce, Lew Tołstoj, Fiodor Dostojewski, Gustave Flaubert

Czytałam ich, oczywiście, byli wielcy, ale nie byli “moi”… Wielcy pisarze dużo pisali, ale ci moi są dla mnie najczęściej autorami jednej książki. Mojej książki. Colas Breugnon, Zabić drozda, Sto lat samotności, Imię róży, Gra w klasy… kultowa książka mojego pokolenia w Polsce. Oczywiście W poszukiwaniu… i oczywiście Odyseja.

To moja klasyfikacja, moi najważniejsi pisarze. Dlatego jest tu Harper Lee, a nie ma Faulknera i Hemingwaya.

I wśród nich tylko jedna kobieta, właśnie Harper Lee! Dlaczego tylko jedna!? Pytam nie bez powodu, ale o tym za chwilę…

Potem, gdy pojawiają się pisarze ważni, i sławni, i wielcy, ale już nie AŻ TAK ważni, i sławni, i wielcy, Pruszyński, Paustowski, Galsworthy, Gołubiew, Grass, Fitzgerald, Hrabal, Steinbeck, Tolkien, Kerouac, Nooteboom, Calvino, Buzatti… pojawi się też dużo kobiet. Margaret Mitchell, Margerite Duras, Françoise Sagan, Lucy Maud Montgomery, Carson McCullers, Simone de Beauvoir, Ursula K. le Guin, Selma Lagerlöf, Sigrid Undset, Karin Blixen, Pearls Buck, Astrid Lindgren, Gertrud von Le Fort, Agata Christie, ulubiona, bo to na jej książkach i na Kubusiu Puchatku uczyłam się angielskiego… I Francis Yates, autorka książki Sztuka pamięci, która na lata stała się dla mnie wzorem inteligentnej kobiety. To taki najdawniejszy mój własny kanon czytelniczy, który przez lata będzie się rozrastał, odmładzał, feminizował, pojawią się w nim przede wszystkim amerykańskie pisarki postetniczne, Alice Walker, Luise Erdrich, Amy Tan…, Siri Huvsted jako osobna pozycja, i wreszcie feministki.

Feministki to już oczywiście odkrycie po wyjeździe do Niemiec. Jechałam do kraju Manna i Hessego, a przyjechałam do świata, gdzie czytało się Mary Daly, Julię Kristevę i Susan Sonntag. Oraz, oczywiście, Alice Schwarzer, choć dziś chyba już nie chciałabym jej czytać, bo jest wcale nie mała różnica finansowa i etyczna między Alice Schwarzer z lat 80 a teraz.

Feministki objawiły się właściwie już w Polsce, w okresie Solidarności, bo w końcu i one przyjeżdżały do kraju, w którym coś się działo, zakładając, zresztą słusznie, że jak będzie się działo dużo, to będzie się dział również feminizm. Ale podczas jednego czy drugiego spotkania w Polsce nie wiedziałam jeszcze, że można by z tymi kobietami porozmawiać o literaturze feministycznej i chyba nie przychodziło mi do głowy, że mogłaby taka być.

Wiedziałam natomiast, że jest literatura pisana przez mężczyzn, której kobiety nie trawią, i literatura pisana przez kobiety, która może nie zawsze odpowiada temu, czego kobiety chciałaby od literatury, ale przynajmniej taka, którą będą mogły uczuciowo zrozumieć.

To, że jako kobieta nie jestem w stanie z przyjemnością czytać literatury napisanej przez mężczyzn, było moim własnym odkryciem i to z młodego wieku, skoro napisałam o tym jako osiemnastolatka na egzaminie wstępnym na polonistykę. Nawet nie pamiętam dokładnie, jak był sformułowany temat, sądzę, że nie miał prowadzić do wniosków feministycznych, lecz raczej chodziło o wzory powieściowe lub coś w tym rodzaju. Napisałam, że Faulkner i Hemingway to nie jest “moja” literatura, że wojna, polowanie… zresztą nie wiem, co dokładnie, ale na pewno, że nie… NIE!

To wypracowanie wpłynęło na moje życie i to całkiem bezpośrednio. Bo po południu po egzaminie pisemnym poszłyśmy z Baśką O. na spacer i ustaliłyśmy, że… wcale nie chcemy studiować polonistyki, a może w ogóle nie chcemy studiować, a na pewno mamy w nosie egzaminy i że nie będziemy już niczego zdawać, tylko idziemy jutro na plażę.

Poszłyśmy. Gdy wróciłam do domu, opalona, opiaszczona, potargana, tam już była groza. Mama tłukła talerze, a Ojciec nie pytając o nic, wziął mnie za rękę i zaprowadził… na egzamin! Nie było daleko. Egzaminy już się skończyły, cała komisja czekała tylko na mnie. Nic nie rozumiałam, przecież nikt nigdy nikogo nie zmusza do egzaminu na studia, a egzaminy są przecież anonimowe. Więc dlaczego? Weszłam, wepchnięta przez Ojca, i przypomniało mi się, nie wiedzieć czemu, jak kiedyś późną nocą Ojciec odwiózł nas obie na kolonie, jechałyśmy z kimś samochodem, ale nie pamiętam z kim. Było ciemno, wszyscy spali, Ojciec się dobijał do drzwi, w końcu otworzyła jakaś zaspana kucharka, zaprowadziła nas do kierowniczki, a potem do jakiejś ciemnej sypialni. Obudziliśmy wychowawczynię i Ojciec powiedział: … Pani, dzieci przywiozłem. Może to było Dzień dobry Pani, albo Proszę Pani, ale może rzeczywiście tak powiedział, jakoś zbyt prosto i niezbyt uprzejmie. I wepchnął nas przez drzwi.

Wydaje mi się, że nie zdawałam tego egzaminu, że wystarczyło, że się pojawiłam. Chociaż może było jakieś pytanie pro forma, typu – kiedy była bitwa pod Grunwaldem? Nic nie pamiętam. Dopiero po kilku dniach, gdy już wiadomo było, że zdałam i zostałam przyjęta, rodzice powiedzieli mi, że moje wypracowanie egzaminacyjne było tak dobre i oryginalne, iż gdy się nie pojawiłam na egzaminie, komisja zadzwoniła do rodziców i zapytała, co się stało, czy może jestem chora…

Tak to Baśka nie dostała się na studia, a ja owszem… Ale niewiele to pomogło, bo i tak nie chciałam studiować polonistyki… W następnym roku rozpoczęłam studia etnologiczne, a w rok później zaczęłam studiować archeologię…

Ktoś mi kiedyś powiedział, że to wypracowanie pokazywano następnym pokoleniom studentów. Kiedyś chciałam je przeczytać, ale oczywiście nikt nic nie wiedział i nic nie pamiętał, i nie umiał mi odpowiedzieć na pytanie, czy może gdzieś jest. Może zniknęło, może jest w Archiwum Akt Nowych w Gdyni.

Potem były jeszcze dwa znaczące spotkania z książkami pisanymi przez kobiety.

polskieksiazkiPierwsze w Polsce w latach 70. Chcałam zostać dziennikarką, taką lepszej klasy, i obsyłałam różne konkursy. Głupi był to pomysł i nie przyniósł żadnych widomych efektów, ale wtedy tego nie mogłam wiedzieć. Wysłałam więc recenzję na jakiś konkurs zorganizowany przez Kobietę i życie. To informacja bez znaczenia, ale ponieważ pamiętam, to napiszę, że była to autobiografia Stanisława Makowieckiego Mamałyga czyli słońce na stole. Dostałam wyróżnienie i przysłano mi jako nagrodę kilkanaście książek. Dopiero po jakimś czasie odkryłam, że wszystkie były napisane przez kobiety. Przyznaję, że do dziś myślę z uznaniem o tej peerelowskiej redakcji.

niemieckieksiazkiGdy przyjechałam do Berlina przez kilka miesięcy sprzątałam, nie dlatego, żebym specjalnie lubiła sprzątanie, ale dlatego, że to w latach 80 robiły tu wszystkie Polki. W domu profesorostwa G. na Frohnau odkryłam, że na stoliku nocnym pana profesora leżą eseje filozoficzne i polityka, a u pani profesorowej książki napisane przez kobiety.

Przy Kresowym Stole

Roman Brodowski
napisał do mnie list

Droga Pani Ewo,

pytasz mnie (nie Ty pierwsza), dlaczego tak wiele miejsca w mojej twórczości poświęcam naszym byłym polskim „ Kresom ”, zwłaszcza tym leżącym dzisiaj za naszą wschodnią rubieżą? Dlaczego właśnie te ziemie, pozostałe po zmianie granic naszego kraju w 1945 roku poza Polską, czyli na Białorusi, Litwie i Ukrainie, stanowią tak ważne miejsce w moim życiu?
Jak wiesz, urodziłem się nieopodal Gdańska i tam spędziłem moje spokojne dzieciństwo. O pochodzeniu moich przodków, o moich korzeniach, zwłaszcza tych po mieczu, wiedziałem bardzo mało. Ojciec mój, o sobie i swojej rodzinie rzadko kiedy nam opowiadał. Nawet na zadawane pytania odpowiadał lakonicznie. Widać było, że piętno wojny dawało o sobie znać, był zamknięty i małomówny. Z dokumentów i z tego, co udało nam się od niego usłyszeć, wiedziałem, że urodził się na Zamojszczyźnie, że w 1942 roku, jako młody , niespełna szesnastoletni chłopak, wysłany został na roboty przymusowe do Rzeszy i że w 1944 roku po ucieczce z kopalni soli w Salzburgu wraz z kilkoma innymi więźniami dotarł do armii partyzanckiej generała de Gaulle’a, stacjonującej w Alpach, w której dotrwał zakończenia wojny. Jako repatriant z Francji do kraju powrócił w 1946 roku. W Gdańsku, a właściwie w Gdyni poznał moją mamę, i tam, kierowany wielkim do niej uczuciem, postanowił założyć nasze rodzinne gniazdo.
Szczerze mówiąc, w tamtym odległym już dla mnie okresie dzieciństwa, późnego dzieciństwa i wczesnej młodości, nie przejawiałem potrzeby poznania odpowiedzi na pierwszą część filozoficznego pytania, a mianowicie – Skąd pochodzę?, interesowała mnie bardziej jego druga część, czyli – Dokąd zmierzam?
Dopiero rok 1975 zaważył na tym, że to, skąd pochodzę?, skąd pochodzą moi przodkowie, nabrało dla mnie szczególnego znaczenia. Wtedy zaczęła się
moja własna historia związana z Kresami, wielka życiowa pasja odkrywania księgi pokoleń mojego skromnego zaściankowego rodu.
Pewnego letniego popołudnia poznałem moją ciocię Lidzię. To od niej dowiedziałem się o moich korzeniach, o pochodzeniu i losie moich antenatów i dzieciństwie mojego Ojca.
Z ciocią Lidzią, mieszkającą od 1963 roku w Uradzie, koło Brzegu Dolnego, która jako repatriantka z Syberii, otrzymała tam mały domek z ogródkiem, spotkałem się kilka razy. Za każdym razem wyjeżdżałem od niej wzbogacony o kolejną opowieść, dotyczącą jej syberyjskiego losu, nigdy niezapomnianych przez nią Kresów oraz przedwojennego tam życia.
To właśnie dzięki jej wspomnieniom i na ich podstawie powstały moje pierwsze utwory poświęcone tamtym, kresowym i syberyjskim klimatom.

Spotkania te zrodziły we mnie potrzebę dokładnego poznania mojego rodowodu. Poszukiwania rozpoczęłem od miejsca urodzin mojego ojca, jego ojca, i tak dalej, czyli po nitce do… Z relacji moich krewnych żyjących w Zamościu i Krasnymstawie oraz wpisów w księgach parafialnych kościołów w Lublinie i Radomiu wynikało, że moi pradziadowie przyjechali na te tereny na początku XX wieku z ziemi łuckiej, okolic Włodzimierza Wołyńskiego, czyli z Wołynia.

Niestety, po raz pierwszy (pomimo wcześniejszych starań) ziemię wołyńską odwiedziłem dopiero w 1983 roku. Tak się złożyło, że pracowałem wówczas w kopalni „ZMP”, w Żorach, a było to miasto partnerskie Łucka! Kopalnia i miasto w ramach wymiany kulturalnej zorganizowały wycieczkę do Łucka. Tak udało mi się pojechać do stolicy Wołynia. Oczywiście organizatorzy zaplanowali nam pobyt, ale mieliśmy też czas wolny i poświęciłem go na poszukiwanie śladów mojej rodziny.
Nie było to łatwe i wydawało się, że nikt nie jest w stanie mi pomóc. Informacje posiadał specjalny urząd, do którego trzeba było wystosować odpowiednie pismo, a po ziemi łuckiej poruszać się można było tylko za zgodą tak zwanego „Propuska” od milicji.
Mimo to pobyt na Wołyniu wywarł na mnie niezwykłe wrażenie. Poczułem coś, co mnie jak magnes ciągnęło w tamte strony. I do dzisiaj mnie ciągnie.

Od tamtej pory minęły lata. Zdążyłem wyjechać do Niemiec, założyć rodzinę, nieco się postarzeć. Ot takie zwyczajne koleje losu. Jednakże o Kresach nie zapomniałem. Kiedy w 2004 roku,po zmianie systemu na Wschodzie, po powstaniu państwa ukraińskiego , bez przeszkód mogłem przekroczyć granicę i swobodnie poruszać się po ziemi wołyńskiej, uczyniłem to natychmiast.
Spełniło się moje marzenie. Z bagażem informacji wyruszyłem w poszukiwaniu gniazda moich przodków. Z pomocą pewnego mnicha, mieszkającego w łuckiej parafii kościoła katolickiego odnalazłem siedzibę rodziny. Po tym co zobaczyłem, co zastałem, nigdy więcej nie odważyłem się tam pojechać. Opisałem to natomiast w jednym z wierszy.

W opuszczonej zagrodzie
Historia śpi spokojnie
Czekając przebudzenia,
Kolejnego aktu prawdy.

Dziko rosnąca jabłoń
Od zawsze wierna ziemi,
Na której kwitło życie,
Rodzi ocet w owocach.

Stary, powalony żuraw
Zagląda do pustej studni
Zginając zmurszały kark.
Trwa w pozie żebraczej.

Gliniany, pusty dzbanek
Leżący obok krzyża,
Okryty wilgotnym mchem
Przypomina o przemijaniu.

I mur z ciemnego kamienia
Podobny do ściany płaczu
Proszący o proste psalmy
W intencji odeszłych.

I ukryte w starym dębie
Wieczne dusze przeszłości
Wołające o głos sumienia,
Dusze, których nikt nie słucha.

Tyle po Nich pozostało,
Ile pozostało ich we mnie

***
Kresy.

To ciekawe, że Kresy i Ukraina to właściwie to samo, bo nazwa Ukraina pochodzi od rosyjskiego słowa „Okrajna” – skraj, pobocze czy też rubież państwa. Po raz pierwszy tereny wschodniej Rusi, a więc po części dzisiejszej Ukrainy nazwane zostały tak przez Cara Iwana Groźnego.

Ten sam świat, tyle że ich „Okrajna” leżała na Zachodzie imperium carskiego, nasze „Kresy” na Wschodzie Polski.

***

Od wielu lat utrzymuję ścisły kontakt z kresowianami mieszkającymi na Grodzieńszczyźnie, na Białorusi.

Tak… nie potrafię ani tobie, ani sobie odpowiedzieć na pytanie – co sprawiło, że tamte, kresowe tereny, ludzie, ich kultura, ich mentalność, wywierają na mnie tak wielki wpływ? Może geny? Jedno jest pewne. Zawsze, kiedy tylko przebywam na Kresach, czuję się, jakbym był w domu, w moim rodzinnym ciepłym gnieździe.

Serdecznie pozdrawiam

zaproszenieKresy

Festiwal piosenki natrętnej VI

Tomasz Fetzki

Memory, czyli natręctwo mało oryginalne

Stali blogowi bywalcy już wiedzą. Niestali mają prawo nie być zorientowanymi. Dlatego, ze względu na nich, należy przypomnieć tę smutną wieść: od minionego piątku Kotka Pracująca, dwudziestojednoletnia nestorka Schyzia, przemierza kocie Elizjum, skąpana w bladej poświacie pełni księżyca… Zaiste, zasłużyła sobie na wieczne wczasy!

Niestety, nie miał Viator okazji poznać Jej osobiście: mało brakowało, ale minęli się o zaledwie kilka berlińskich ulic. Jednak, jako człek zdolen do czucia wespół, od piątku jest myślami i uczuciem z Ewą Marią. I od tegoż dnia brzmi mu w głowie natrętnie a potężnie aria Grizabelli. Tak, to mało oryginalne skojarzenie. Ale czy banalna prawda przez swą banalność traci na prawdziwości lub autentyzmie?

Dyzio, Galaretka, Bywalec, Plameczka czy Ram Tam Tamek nie zrozumieją tego, co teraz czujemy wraz z Grizabellą i Schyzią. Nawet Makawity, choć spryciarz nad spryciarze, też tego nie pojmie. Przynajmniej na razie. Patrzy Pielgrzym na tę gromadkę niedopierzonych smarkaczy. Bardziej im zazdrości czy współczuje?

A znajdą się zapewne i tacy, którzy pukną się w czoło nad naszą głupotą: Kotem się przejmują? Dziwolągi, zbzikowane cudaki! Niech się pukają: czerep mają twardy i nieprzemakalny, wytrzyma. Oni, choćby nie wiadomo jak chcieli, nie mają szans na pozostanie w naszej pamięci. Ta pamięć wyrzuci ich brutalnie i nieelegancko tak jak, nie przymierzając, kotek pozbywa się kłaczka. Zaś wszystkie Schyzie naszego życia zostaną w niej na zawsze. I nikomu nic do tego! Bo pamięć to nasza suwerenna dziedzina.

Panie i panowie, zwróćmy twarze ku księżycowemu światłu. Wspominajmy Schyzię. Oto PAMIĘĆ!

List z Polski

Katarzyna Krenz

Normalne życie i złe sny. Impresje grottgerowskie

Czarna sukienka

Nasz pra-pra-dziad stracił majątek za udział w powstaniu styczniowym. Nasi dziadkowie i rodzice przeszli przez traumę wojny, a my do dziś nawet nie wiemy, co wtedy robili i jak wielką cenę musieli za to zapłacić, bo na wszelki wypadek milczeli. Nie, nie ze wstydu, bo wstydzić się nie mieli czego, przeciwnie, „sprawili się dzielnie”, jak powiedziałby mistrz Sienkiewicz. Oni nie opowiadali nam o „swojej” wojnie z obawy o nasze bezpieczeństwo.

Milczenie dziadków i rodziców nie ustrzegło nas jednak przed tym, co miało dopiero przyjść. Polityczne macki kilku -izmów położyły się długim cieniem na kolejnych pokoleniach, ucząc nowego milczenia, zabraniając studiów i pracy w szerokim świecie, zmuszając do parad, czynów społecznych i wykonów w imię obozowej przyjaźni. Karząc tych, którzy myśleli inaczej. Po czasach wojny i barykad, przyszedł czas zakazów i nakazów. Cenzura, odcięcie od świata i autentyczna bieda: kartki na mięso i ślubne obrączki, zapisy na mieszkania i szarość egzystencji. Poświęcenie dla dobra ogółu. I jeszcze: musisz zrozumieć, są ważniejsze sprawy niż ty i twoje osobiste szczęście.

Orzeł w koronie

Siłą młodości każdego pokolenia jest wiara w lepszą przyszłość. Nasze pokolenie nie odbiegało od tej normy: my jeszcze nie, my już nie, ale nasze dzieci będa mogły zejść z barykad i żyć normalnie. Co to znaczy żyć normalnie? Lista możliwości, jakie otwierają się przed młodym człowiekiem w wolnym demokratycznym państwie jest długa, powiedzmy zatem krótko: dwadzieścia sześć lat temu Wielka Zmiana dała nam i naszym dzieciom, między innymi, prawo decydowania o sobie samych. I choć nie bardzo jeszcze wiedzieliśmy, co mamy począć z tym ptakiem wolności, nagle wypuszczonym z ponurej klatki komunizmu, radość odczuliśmy wielką i piękną. To było jak powrót do domu. Nareszcie nie wolność „od”, tylko wolność „do”. Kto wie, myśleliśmy, może w końcu, po rozbiorach, powstaniach, wojnach i przewrotach przyszedł czas na spełnienie własnych marzeń, realizację swoich talentów, poznanie smaku lepszego życia? Może jeszcze zdążymy?

Tak się stało – dzięki Solidarności i Lechowi Wałęsie, i dzięki rodzinie Lecha Wałęsy, która zaznała wszystkiego, tylko nie spokoju. To dzięki nim nasze dzieci nareszcie mogły się zająć swoim życiem, a my z dumą mogliśmy patrzeć, jak sobie dzielnie radzą w wolnym świecie, do którego myśmy nie mieli dostępu.

W wolnym świecie prawa i obowiązki obywatelskie, a więc uczestnictwo w życiu społecznym i politycznym, to wyższy poziom, na który wchodzimy dobrowolnie, z poczucia troski o wspólne dobro. Mamy budować, a nie niszczyć. To już nie barykady, tylko prawo do głosowania, chęć wyrażania opinii o tym, jak ma wyglądać moje miasto i program nauczania w szkole naszych wnuków. I w jaki sposób można pomóc innym, dotkniętym kataklizmem, głodem lub wojną – ludziom w potrzebie.

Krajobraz po bitwie

Ileż to razy słyszeliśmy: „Polacy potrafią tylko walczyć i ginąć za Ojczyznę, trzeba pokoleń, żeby nauczyli się żyć i pracować w pokoju”. Nie mówcie więc, że inteligencja przegrała, że ludzie nie poszli do wyborów, ponieważ nic ich nie obchodzi, bo to nieprawda. Dobrobyt państwa buduje się z małych cegiełek indywidualnego dobrobytu i szczęścia jego obywateli. Nasze dzieci były zajęte normalnym życiem, co jest trudnym zadaniem dla kogoś, kto nie ma wzorców wyniesionych z przeszłości. Do czego potrzeba nie tylko sił i odwagi, ale również czasu i – spokoju. Pokoju!

I znów… Okazuje się, że był to krótki epizod. Łyk świeżego powietrza, i koniec. Powracają stare wzorce walki, i to w najgorszym wydaniu: wojny domowej podsycanej nienawiścią i pomówieniem. Oto kolejne pokolenie musi porzucić swoje domy i wrócić na barykady, opowiedzieć się po jednej ze stron, określić, kto wróg, a kto przyjaciel. Zapomnieć o studiach, pracy, rodzinie, a zająć się Ojczyzną w potrzebie. I tak nasze dzieci znów nie zdążyły się dowiedzieć, jak miało wyglądać normalne życie.

Ilustracja: Artur Grottger, Już tylko nędza, z cyklu: Wojna (1866-1867)

Reblog Varsawiana

Anna Dobrzyńska

Marymont (1)

Nowadays –  it is a housing estate – but earlier? How did it look like, what was it famous for? And why is this place called “Marymont’?

… Oak forests, ponds, meadows – there are suburbs of Warsaw in 17 century.  This is here where Jan III Sobieski – as a commander-in-chief still – was coming for hunting and religious events to the nearby Camaldolese monastery. In the diary of the royal secretary Kazimierz Sarnecki we can find an information that on May 26, 1693 …

“Just after the mass, king left for hunting, ate a dinner, passed Marymont of queen, and shot two hares”.

marymont (1)Jan III Sobieski leaving Wilanów for hunting. Painted by Józef Brandt. Wikimedia Commons

marymont (2)-mapkamalaThe area of king`s estate. The borders follows:
in the south along Bieniawska Street from the crossroads
 of Maria Kazimiera adn Potocka Street, in the east:
along Jelinka Street, in the west: alongMarymoncka Street.
 In the north – the border was marked out by Bielański Forest.

When he became the king, he bought the property from the monks, at Półkowo village and build here a very beautiful palace for his beloved wife – Marysieńka. Queen – using French language – called this palace “Marie Mont’, that is “Mountain of Mary” which in Polish language gave the name: “Marymont”.

marymont (3)Engraving of G. Bodener based on picture of J. S. Mocek, 1730.
Wikimedia Commons

The palace was a very high-class architectural masterpiece, designed by the royal architect – Tylman from Gemeren. The building was situated on approximately 10 meters high hill on the two steps terrace. The form of palace –  was a cube with an external stairs, covered by a tent roof, topped with a pinnacle with an figure of an eagle. There were a few rooms on the ground floor and a representative hall – on the first floor. It was in shape of a cross, because there were small offices in the corners. In this room a very beautiful view opened onto the Vistula, mills at Rudawka and Bielański Forest. This palace from the beginning was acting as a summer residence.

At Marymont a historical meeting between the king Jan III Sobieski and an Austrian deputy – Wilczek – was held. The king sworn him a participation of Poland in the war expedition against Turks at the Battle of Vienna.

Also here, the Polish proverb: “the word was said – the mare is at the fence” has its origins. It was made by a nobleman – Jakub Zaleski, who wanted to plead the king for his deceased brother starosta takeover. However he was not entertained by king, but got the information that the king was busy and was going to take a part in a hunting. The nobleman mounted a horse and raced into Pólkowo village region where the hunting was taking a place. Among the wood, he met the king, but he thought it was a courtier, so he referred him the matter and ask for an audience with the king enabling. “The courtier” asked: “What will happen if the king cannot carry out your request?” “He may kiss my mare under the tail” – the nobleman answered. “The courtier” promised to help. When during the audience, the nobleman recognized courtier`s face in the face of the king – he terrified and understood his mistake. When, under the new circumstances, the king repeated the same question asked in the forest: “what will happen if the king cannot carry out your request?”, the nobleman decided to save his face and said proudly: “the word was said – the mare is at the fence”. The king found it very funny, gave him a title of starost, and this sentence came into Polish language on permanent and is functioning until this day.

marymont(4)

The royal couple, Jan III Sobieski with his wife Marysieńska and children. Painted by Henri Gascar. 
The first one at the left side – prince Konstanty, heir of the palace, in the future. Wikimedia Commons.

And what was the palace surroundings?

Equally beautiful. The palace was surrounded with a park, modeled on French gardens of Ludwik XIV times. Many paths, two little lakes and a ravine – there were perfect places for walking. The headland which was extended to the Vistula encouraged to look into the depths of the river and the Royal Canal, 600 meters long, invited to row, which was used very often by the queen together with her close friends, family and guests. The numerous sources, at the mouth of the ravine, which delivered water to the canal, enhanced the picturesqueness and romantic mood.

A slightly lower on the hill, closer to the Vistula, there were located two buildings, which acted as the kitchen and the house for servants. One of them has survived until this day.

Przebaczamy…

Andrzej Rejman

50 lat temu i dziś o przebaczeniu…

Pamiętam lata 60 jako ten okres mojego dzieciństwa związanego z Warszawą, kiedy żyła jeszcze moja mama. Z nią jeździłem na poranki do kina “Moskwa”, to jej znajomy, syn Ludwika Jerzego Kerna, Krzysztof Kern wziął mnie na koncert Rolling Stonesów wiosną 1967 roku.
Moja mama czytała “Przekrój”, “Kobietę i Życie” i “Tygodnik Powszechny”, który był wtedy wielką płachtą papieru.
O papieżu Janie XXIII mama mówiła, że jest świętym, a po jego śmierci namawiała do modlitw o jego wstawiennictwo.
Chociaż niewiele rozumiałem z tego, co działo się na świecie i w Polsce, pamiętam, że mówiło się wiele o Soborze, który jest przełomem, a w 1968 roku byłem już na tyle duży, że rodzice próbowali opowiedzieć mi nieco więcej o narastającym konflikcie społecznym i sytuacji na uczelniach.
***
2016
Uświadomiłem sobie dziś prostą prawdę. Można powiedzieć oczywistą oczywistość. Cały ten obecny, ale istniejący w jakiejś formie także w innych okresach historii podział ideowy społeczeństwa polskiego przejawiający się w istnieniu dwóch przeciwstawnych koncepcji rozwoju kraju, ta diametralna różnica w spojrzeniu na przeszłość i teraźniejszość, ciągły, nie kończący się spór o pryncypia – spowodowany jest niezdolnością do przebaczenia. I nie chodzi tu o “zapomnienie” czy “odpuszczenie win”, bo takiej możliwości, ani mocy nie mamy.
Nieumiejętność wzbudzenia w sobie postawy przebaczenia uniemożliwia dialog z kimkolwiek.
Nawet jeśli w jakimś okresie historii przeważy realizm i nadludzkim wysiłkiem udaje się rozmawiać i coś ustalić (patrz np.: Okrągły Stół), po upływie czasu ktoś to będzie kontestował, a ktoś odbierze temu znaczenie.
Czy można w sobie wzbudzić lub wychować zdolność do przebaczenia. Nie wiem. Kościół stara się teoretycznie o to od dwóch tysięcy lat. Rezultaty są raczej mierne.
Może istnieje jakiś gen przebaczenia? Niech wypowiedzą się genetycy.
Moja małżonka mówi, że właściwie chodzi tu o umiejętność kochania, ale to na jedno wychodzi…
W związku z tym, oraz w związku z zaostrzeniem się sporu w Polsce, który nie jest wg mnie jedynie sporem politycznym, przypomniało mi się krótkie wspomnienie mojego kuzyna – brata stryjecznego – Adama Rejmana, pochodzącego z Podkarpacia, absolwenta warszawskiej SGGW, mieszkającego obecnie z rodziną we Wróblowicach na Dolnym Śląsku. Za jego zgodą publikuję ten tekst bez zmian.

***
Adam Rejman

ZAPOMNIANE ZDARZENIE

Zawsze, kiedy w kolejną rocznicę listu polskiego episkopatu do episkopatu niemieckiego czytam okolicznościowe teksty, zdumiewa mnie brak jakiejkolwiek wzmianki o wydarzeniach, które rozegrały się w Warszawie na zakończenie uroczystości milenijnych, których byłem przypadkowym uczestnikiem. Przebywałem wówczas w Warszawie na kursie przygotowawczym do egzaminu wstępnego na SGGW. Był rok 1966. Z bratem i jego kolegą udałem się do katedry na Mszę kończącą uroczystości milenijne. Kiedy dotarliśmy na miejsce, msza dobiegała końca, a ogromny tłum ludzi przed katedrą uniemożliwiał wejście do środka. Godzina była popołudniowa i powoli zaczął zapadać zmierzch. I wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego. Wychodzący z Katedry tłum nie rozchodził się. Po chwili tłum zaczął skandować: „Przebaczamy! Przebaczamy!” Wkrótce dały się słyszeć okrzyki: „Na Mio-do-wą!” Tłum ruszył… zdążając pod Pałac Prymasów.
Ludzie skandowali: „Prze-ba-cza-my!” i śpiewali „Boże, coś Polskę”, „My chcemy Boga”, „Jeszcze Polska nie zginęła”. Było już prawie ciemno, kiedy tłum dotarł pod pałac prymasowski. Ktoś mówił, że Prymas ukazał się w oknie i będzie przemawiał. Nie widziałem Prymasa i nie słyszałem, co mówił, ale od ludzi dowiedziałem się, że prosił, aby spokojnie się rozejść. Słowa Prymasa nie usatysfakcjonowały zebranych, a tłum ruszył pod gmach KC, wznosząc okrzyki i śpiewając religijne pieśni. Nagle wzdłuż pochodu zaczęły przejeżdżać milicyjne nyski i większe samochody. W pewnym momencie zauważyłem na chodniku dużą grupę milicjantów w hełmach, z tarczami i dużymi pałami. Na komendę błyskawicznie przemieścili się na jezdnię, tworząc groźnie wyglądającą ścianę, która odcięła ogon pochodu od reszty. Uderzając pałkami o tarcze podbiegli naprzód co wywołało panikę wśród zgromadzonych, którzy rzucili się do ucieczki.
Na szczęście do żadnych starć nie doszło. Następnego dnia dowiedziałem się, że milicjanci dzielili zdążający w stronę KC pochód na mniejsze odcinki i rozpraszali. Po tych wydarzeniach warszawska gazeta („Zycie Warszawy” albo „Ekspres Wieczorny”) zamieściła krótką notatkę na ostatniej lub przedostatniej stronie o treści, którą przytaczam z pamięci: W godzinach wieczornych bandy wyrostków i chuliganów usiłowały zakłócić spokój, co spotkało się ze zdecydowaną reakcją społeczeństwa. Jak dowiedzieliśmy się później, po rozpędzeniu tego pochodu władze przywiozły autobusami na któryś z warszawskich placów „obywateli”, którzy wznosili okrzyki przeciwne do tych, które wznosił tłum spod Katedry. Był rok 1966. Pierwszym sekretarzem PZPR by Władysław Gomułka, a marzec ’68 miał być dopiero za dwa lata.

Z życia w PRL

Sprawa z Wałęsą wstrząsnęła społeczeństwem bardziej chyba nawet niż ustawa inwigilacyjna czy zmagania o Trybunał Konstytucyjny. Pewnie dlatego, że ustawy mogą się wydawać dalekie od naszego życia, ale jak zszargano imię Wałęsy dotyczy chyba nas wszystkich. Dziś kolejny wpis…

Krystyna Koziewicz

Wbrew własnej woli

Osobiście z SB nie miałam nigdy nic wspólnego, ale przypadek sprawił, że co nieco mogłam się dowiedzieć. A było tak…

Wspólnie z moim eks pilnie poszukiwaliśmy dla naszej rodziny mieszkania, o którym w tamtych latach można było tylko pomarzyć. Mieliśmy dużo szczęścia, bo trafiliśmy na człowieka, zresztą pijaczka, który akurat chciał odsprzedać, rzekomo własne, lokum. Radości nie było końca, cieszyliśmy się, że złapaliśmy pana Boga za nogi, wszak byłam w ciąży, krótko przed rozwiązaniem. Za pożyczone pieniądze kupiliśmy mieszkanie z umową i meldunkiem. Spokojnie zaczęliśmy się urządzać, kupiliśmy meble, jednak ten stan nie potrwał zbyt długo, o co postarali się nasi przyszli sąsiedzi. Dziwnie zaczęli dopytywać się o nasze miejsca pracy, więc dumnie odpowiadałam, że ja pracuję w oświacie, a mąż w opolskim teatrze (zmieniał zakłady, jak skarpetki, ale o tym potem).   Patrzyli na nas, jak na Marsjan, z kolei nas dziwiła ich reakcja i wścibskość. Rychło się jednak wyjaśniło, a to, co usłyszeliśmy od naszych życzliwych sąsiadów, było po prostu szokiem, bo okazało się, że budynek był własnością milicji.

Gorzej być nie mogło. Wkrótce otrzymaliśmy pismo z nakazem opuszczenia lokalu. My jednak nie chcieliśmy się poddać. Mąż postanowił, a ja się zgodziłam, żebyśmy nie reagowali na pismo. W końcu byliśmy zameldowani przez urząd, więc o co chodzi? Otrzymałam wezwanie do osobistego wstawienia się na milicji, a tam bez jakichkolwiek wyjaśnień urzędnik zaczął pisać akt eksmisji. Stukanie na maszynie zostało przerwane w momencie, kiedy zażądali okazania mojego dowodu, by prawidłowo wpisać poprzednie miejsce zamieszkania. Chodziło o mój poprzedni adres, bo tam miałam zostać eksmitowana. Adres brzmiał Dom Dziecka w Skorogoszczy. Co, w Domu Dziecka? Zdenerwowany urzędnik wyciągnął kartę z maszyny i wyszedł.

Po upływie kilku minut, które dla mnie były jak wieczność, urzędnik wrócił i wręczył mi oficjalnie przydział na mieszkanie z zapewnieniem, że mogę sobie spokojnie mieszkać tak długo, jak długo zechcę. W tym momencie ogarnął mnie spazmatyczny płacz ulgi i uczucie radości, że wśród milicjantów byli też ludzie. Z łezką w oku wspominam ten humanitarny gest.

W ten oto sposób znalazłam się w „doborowym” towarzystwie, gdzie sąsiadami byli pracownicy SB i milicji. Często chwalili się swoimi „osiągnięciami”, jak czytanie poczty zagranicznej czy sensacyjek kryminalnych. Od nich dowiedziałam się rewelacji, że każdy kto miał telefon, musiał wcześniej otrzymać akceptację SB, a kto chciał wyjechać Zachód, zobowiązany był podpisać lojalność wobec polskiej racji stanu. Mówili ogólnikowo, więc nie jestem w stanie wyciągnąć z pamięci więcej szczegółów.

Mój stary był do sąsiadów wrogo nastawiony, po prawdzie to nimi gardził, głównie za kapowanie. Oni uważali go za wichrzyciela, bo słuchał radia Wolna Europa, nie chodził na wybory i oficjalnie wyrażał antykomunistyczne poglądy. Najgorzej było w dzień wyborów, pamiętam, że za każdym razem przyjeżdżali po niego suką, przypominając o obowiązku. Z tego też powodu miał przechlapane w zakładach pracy, bo głośno krytykował komunę, stawiał się kierownikom, dyrektorom i różnej maści funkcjonariuszom partyjnym. Lekceważył ich, naśmiewał, więc długo nie zagrzał miejsca w żadnym zakładzie pracy. My, rodzina, cierpieliśmy z tego powodu, brak było bowiem stabilizacji finansowej.

Któregoś razu zniknął bez śladu, nikt nie wiedział, co się z nim stało? Byłam bliska załamania, a on po prostu zwiał za granicę nielegalnie, bez paszportu. Jednak bez happy endu, bo został zatrzymany na granicy czesko-austraickiej. Otrzymał pół roku do odsiadki. Z więzienia wrócił nieco spokojniejszy, mniej prowokował publicznie, ale marzenie wyjazdu za granicą dalej w nim drzemało.

Często otrzymywał wezwania do stawienia się na posterunku policyjnym… powiedziałabym, że nawet bardzo często. Zawsze wracał zakłopotany, zamyślony, widać było, że ma problem. Początkowo nie chciał mnie wtajemniczać, ale w końcu przyznał, że musiał podpisać jakąś lojalkę. Co to oznaczało? Do końca nie wyjaśniał, ale zapewniał, że „nie jest taki głupi, jak sobie myślą”. Chciał koniecznie wyjechać na Zachód, żyć w wolnym kraju, dobrobycie i podróżować po świecie.

Złożył wniosek o paszport, który po wielokrotnych odmowach, dziwnym trafem otrzymał, ale wcześniej został wezwany na rozmowę. I znów ta sama śpiewka, najpierw musiał coś podpisać i dopiero wtedy mógł by wyjechać – oznajmił mu urzędnik. Wtedy po raz pierwszy ujawnił mi w tajemnicy, co chcą, ale także i tym razem zapewniał, że „głupiego znaleźli”. Wiedziałam, że nikogo nie sypnie, nie zdradzi, ale też wiedziałam, że będzie to koniec dla naszej rodziny. I tak też się stało. Bał się wrócić do Polski, pozostał na Zachodzie, a my rozeszliśmy się.

Takie były czasy, że wbrew woli, ludzie prawdopodobnie musieli podpisywać tzw. lojalki, co wcale nie znaczy, że od razu donosili. Zatem, ostrożnie w ocenach Wałęsy, bo Wałęsa dla SB to dopiero był gruba ryba, mój eks był tylko płotką, a jakie miał kłopoty.

Wiem jedno, że prawie każdy mężczyzna, który w latach 60 i 70 wyjeżdżał zagranicę musiał odbyć rozmowę z urzędnikiem policyjnym. Innej opcji nie było, ale to nie oznacza, że byli współpracownikami SB czy innych organów. Wśród nich byli tacy, co pozostali na Zachodzie, bo nie godzili się na współpracę, bali się wrócić do kraju w obawie przed przykrymi konsekwencjami. Pewnie byli też tacy, co bez problemu wyjeżdżali tam i z powrotem, jak mój dawny znajomy. Może oni byli nadgorliwi, ale to są jedynie moje przypuszczenia.

Zresztą moi sąsiedzi sami w przypływie szczerości opowiadali, jak popisywali się przed szefem pracowitością. Podobnie jak ojciec kolegi, który tuż przed śmiercią wyznał mu, że wiele fikcji produkował w aktach policyjnych.

To byłoby na tyle! To sobie przypomniałam w tym okrutnym czasie, kiedy atakuje się człowieka, któremu Polska wiele zawdzięcza. Nie ma ludzi kryształowych, ale na miłość boską – osądzajmy przywódców partyjno-rządowych i czasy, w jakich przyszło nam żyć, a nie tych zwykłych ludzi, którzy często musieli postępować wbrew własnej woli.

Maile z Polski 2

Mężczyzna po 50

Chciałem nawet napisać coś o tym wcześniej do Ciebie – ale dopiero dziś ten atak na Wałęsę, który nastąpił po ujawnieniu jakichś przestarzałych i nie wiadomo czy prawdziwych (zresztą to i tak nie ma znaczenia) dokumentów, skłonił mnie do oceny tego, co się dzieje.

To jest nieprawdopodobne, co może zrobić żądza zemsty, nienawiść, pycha i chore poczucie misji dokończenia rewolucji – gdyby nie te okropne cechy, Polska byłaby już dawno wielkim i silnym krajem… a tak – wystarczy włączyć TVP i posłuchać wypowiedzi niektórych komentatorów, którzy z poczuciem wyższości, nieomylności i misji poszukiwania prawdy i obłędem w oczach objaśniają zdezorientowanym widzom – gdzie jest owa prawda, gdzie jest
to czarne, które nie jest białe i odwrotnie. Najwięcej szkody dla Polski
czynią właśnie tacy ludzie którzy obsesyjnie szukają nie dobra- lecz zła – w innych. Tacy właśnie, którym mityczne poszukiwanie prawdy uniemożliwia znalezienie miłości.

Mężczyzna po 50

…tu się w ogóle robi taka sytuacja, że jak się z kimś rozmawia, to trzeba najpierw pomyśleć, zanim się coś powie bardziej ogólnego, o sytuacji, lub na temat społeczny, lub nie daj Boże polityczny… – bo może on jest zwolennikiem …? więc najpierw trzeba wybadać – mówiąc tak, jakby od niechcenia – “ja to nie oglądam telewizji” – i obserwować, co na to rozmówca… w zależności co powie, kontynuować rozmowę w pożądanym kierunku, tak, aby nie urazić adwersarza.
Gdy kupuję “Gazetę…” staram się publicznie nie czytać jej zbyt obcesowo – ewentualnie tylko strony sportowe – udając, że tylko to mnie interesuje – byłem bowiem świadkiem w autobusie agresji pewnego pana, który wykrzykiwał coś bardzo wyrazistego pod adresem czytającego “Gazetę…”