Ukradziona wiosna

Kolejny piękny wiosenny cytat literacki:

Zima była tak ciężka i długa, że miłościwy Błystek, król Krasnoludków, przymarzł do swojego tronu. Siwa jego broda uczyniła się srebrną od szronu, u brody wisiały lodowe sople, brwi najeżone okiścią stały się groźne i srogie; w koronie, zamiast pereł, iskrzyły się krople zamarzniętej rosy, a para oddechu osiadała śniegiem na kryształowych ścianach jego skalnej groty. Wierni poddani króla, żwawe Krasnoludki, otulali się, jak mogli, w swoje czerwone opończe i w wielkie kaptury. Wielu z nich sporządziło sobie szuby i spencery z mchów brunatnych i zielonych, uzbieranych w boru jeszcze na jesieni, z szyszek, z huby drzewnej, z wiewiórczych puchów, a nawet z piórek, które pogubiły ptaszki lecące za morze.

Ale król Błystek nie mógł się odziewać tak ubogo i tak pospolicie. On zimą i latem musiał nosić purpurową szatę, która, od wieków służąc królom Krasnoludków, dobrze już była wytarta i wiatr przez nią świstał. Nigdy też, za nowych swoich czasów nawet, bardzo ciepłą szata owa nie była, ile że z przędzy tych czerwonych pajączków, co to wiosną po grzędach się snują, utkana, miała zaledwie grubość makowego listka.

Drżało więc królisko srodze, raz w raz chuchając w ręce, które mu tak zgrabiały, że już i berła utrzymać w nich nie mógł.

W kryształowym pałacu, wiadomo, ognia palić nie można. Jakże? Jeszcze by wszystko potrzaskało: posadzki i mury.

Grzał się tedy król Błystek przy blasku złota i srebra, przy płomieniach brylantów, wielkich jak skowrończe jaja, przy tęczach, które promyk dziennego światła zapalał w kryształowych ścianach tronowej sali, przy iskrach lecących z długich mieczów, którymi wywijały dzielne Krasnoludki, tak z wrodzonego męstwa, jak i dla rozgrzewki. Ciepła wszakże z tego wszystkiego było bardzo mało, tak mało, że biedny stary król szczękał zębami, jakie mu jeszcze pozostały, z największą niecierpliwością oczekując wiosny.

– Żagiewko – mówił do jednego z dworzan – sługo wierny! Wyjrzyj na świat, czy nie idzie wiosna. A Żagiewka kornie odpowiedział:
– Królu, panie! Nie czas na mnie, póki się pokrzywy pod chłopskim płotem nie zaczną zielenić. A do tego jeszcze daleko!…
Pokiwał król głową, a po chwili znów skinie i rzecze:
– Sikorek! A może ty wyjrzysz?
Ale Sikorkowi nie chciało się na mróz wystawiać nosa. Rzeknie tedy:
– Królu, panie! Nie pora na mnie, aż pliszka ćwierkać zacznie. A do tego jeszcze daleko!…
Pomilczał król nieco, ale iż mu zimno dokuczało srodze, skinie znów i rzecze:
– Biedronek, sługo mój! A ty byś nie wyjrzał?
Wszakże i Biedronkowi niepilno było na mróz i zawieję. I on się kłaniał i wymawiał:
– Królu, panie! Nie pora na mnie, aż się pod zeschłym listkiem śpiąca muszka zbudzi. A do tego jeszcze daleko!…

Król spuścił brodę na piersi i westchnął, a z westchnienia tego naszła taka mgła śnieżna, że przez chwilę w grocie nic widać nie było. Tak przeszedł tydzień, przeszły dwa tygodnie, aż pewnego ranka jasno się jakoś zrobiło, a z lodowych soplów na królewskiej brodzie jęła kapać woda. We włosach też śnieg tajać począł, a okiść szronowa opadła z brwi królewskich i zmarzłe kropelki u wąsów wiszące spłynęły niby łzy. Zaraz też i szron ze ścian opadać zaczął, lód pękał na nich z wielkim hukiem, jak kiedy Wisła puszcza, a w komnacie zrobiła się taka wilgoć, że wszyscy dworzanie wraz z królem kichali jakby z moździerzy.

A trzeba wiedzieć, że Krasnoludki mają nosy nie lada. Sam to naród nieduży: jak Krasnoludek but chłopski obaczy, staje, otwiera gębę i dziwuje się, bo myśli, że ratusz. A jak w kojec wlezie, pyta: „Co za miasto takie i którędy tu do rogatek?” A wpadnie w kufel kwarciany, to wrzeszczy: „Rety! Bo się w studni topię!”

Taki to drobiazg!

Ale nosy mają na urząd, że i organiście lepszego do tabaki nie trzeba. Kichają tedy wszyscy, aż się ziemia trzęsie, życząc sobie i królowi zdrowia. Wtem chłop po drwa do boru jedzie. Słysząc owo kichanie, mówi:
– Oho, grzmi! Skręciła zima karku! – bo myślał, że to grzmot wiosenny.
Zaraz konia przed karczmę zawrócił, żeby grosza na drzewo nie utrącać, i przesiedział tam do wieczora, rachując i rozmyślając, co kiedy robić ma, żeby mu czasu na wszystko starczyło.

Tymczasem odwilż trwała szczęśliwie. Już około południa wszystkim Krasnoludkom poodmarzały wąsy. Zaczęli tedy radzić, kogo by na ziemię wysłać, żeby się przekonał, czy jest już wiosna. Aż król Błystek stuknął o ziemię berłem szczerozłotym i rzekł:
– Nasz uczony kronikarz Koszałek-Opałek pójdzie obaczyć, czy już wiosna przyszła.
– Mądre królewskie słowo! – zakrzyknęły Krasnoludki i wszystkie oczy obróciły się na uczonego Koszałka-Opałka.
Ten, jak zwykle, siedział nad ogromną księgą, w której opisywał wszystko, co się od najdawniejszych czasów zdarzyło w państwie Krasnoludków, skąd się wzięli i jakich mieli królów, jakie prowadzili wojny i jak im się w nich wiodło.

(…)

Szedł wesół i raźny, poglądając spod ciemnego kaptura po chłopskich pólkach, po łąkach, po gajach. A już ruń dobywała się i parła gwałtownie nad ziemię; już trawki młode puszczały się na wilgotnych dołkach, już nad wezbraną strugą czerwieniały pręty wikliny, a w cichym, mglistym powietrzu słychać było kruczenie żurawi, wysoko gdzieś, wysoko lecących. Każdy inny Krasnoludek poznałby po tych znakach, że wiosna już blisko, ale Koszałek-Opałek tak był od młodości pogrążony w księgach, że poza nimi nic nie widział w świecie i na niczym nie rozumiał się zgoła. Wszakże i on miał w sercu taką dziwną radość, taką rześkość, że nagle zaczął wywijać swoim wielkim piórem i śpiewać znaną starą piosenkę:

Precz, precz od nas smutek wszelki,
Zapal fajki, staw butelki!

Zaledwie jednak był w połowie zwrotki, kiedy posłyszał ćwierkanie gromady wróbli na chruścianym, grodzącym pólko płocie; urwał tedy piosenkę swą natychmiast, aby się z tą gawiedzią nie bratać, i namarszczywszy czoło, szedł z wielką powagą, iżby ona hołota wiedziała, że mężem uczonym będąc, z wróblami kompanii nie trzyma.

(…)

Owionęła Koszałka-Opałka woń mchów wilgotnych i świeżo wyklutej trawy, więc czując, że mu się w głowie kręci, siadł na zeszłorocznej szyszce i wypoczywał chwilę przed dalszą podróżą (…)

Kiedy tak uczony Koszałek-Opałek na szyszce siedzi, spojrzy – idzie chłop. Siekiera na ramieniu, półkożuszek na grzbiecie, łapcie, czapka magierka, torba parciana na sznurku, ot, drwal taki. Do boru idzie, po niebie się rozgląda, wesoło mu – widać – bo gwiżdże.

Myśli Koszałek:
„A choćbym tak tego chłopa spytał, czy już wiosna przyszła?”
Ale się nadął wielką pychą ze swojej mądrości i rzecze sam do siebie:
– Nie przystoi to uczonemu mężowi od chłopa rozumu pożyczać.

(…)

Tu zaczął po długim nosie palcem trzeć i myśleć. Naraz uderzył się w czoło i rzekł:
– Jakoż mam wiedzieć, czy wiosna przyszła, czy nie przyszła, kiedym jej drogi przez świat nie przemierzył!

I zaraz pilnie rozglądać się zaczął, z czego by sobie kulę ziemską mógł uczynić i drogę wiosny na niej przemierzyć.

Z nagła spojrzy w bok, aż tu idzie jeż ścieżyną: kolce nastawił, pyszczek wysunął, niesie jabłko. Ucieszył się bardzo Koszałek-Opałek i grzecznie jeża powitawszy, o to jabłko prosił. Jeż się zląkł, co za mały człowieczek taki, a że sumienie miał nieczyste, bo to jabłko jednej gospodyni we wsi porwał nocą i do swojej jamki niósł, więc co prędzej uciekał, a zwinąwszy się w kłębek, jak piłka z górki się stoczył.

(…)

– Ale to głupie zwierzę! – rzekł do siebie Koszałek-Opałek. – Uciekł mi razem z taką piękną ziemią. Co ja teraz zrobię? Ha, trzeba postarać się o inną kulę ziemską. Szedł więc znowu, skacząc przez kamienie i rowy. Niebawem znalazł bryłkę wapna, gałkę z niej ukręcił, wydźwignął ją na pobliską górkę i ździebełkiem igliwia opadłego z jodły zaczął po gałce owej rysować lądy, morza, góry, rzeki, aż narysował, het precz, świat cały i nałożywszy na nos wielkie okulary, dróg wiosny na nim szukał.

Ale już z górki mgła spadła w dolinę, chwilę majaczyła nad nią niby biała chusta, powlokła ścianę leśną modrym, lekuchnym oparem, aż rozeszła się wreszcie po jarach, a łąki i pola, gaje i dąbrowy stanęły widne w złotym świetle słońca.

Jan Marcin Szancer

A wtedy od południowego stoku wzgórza wyszła piękna dziewica trzymając ręce wzniesione nad ziemią i błogosławiące. Bosa szła, a spod jej stóp błyskały bratki i stokrocie. Cicha szła, a dokoła niej dźwięczały pieśni ptasze i trzepoty skrzydeł; ciemna była na twarzy, jak ciemną jest świeżo zaorana ziemia, a gdzie przeszła, budziły się tęcze i kolory; oczy spuszczone miała, a spod jej rzęsów biły modre blaski.

To była wiosna.

Szła tak blisko Koszałka-Opałka, że go trąciła jej lniana szatka, ciepłym tchem wiatru owionęła, i tuż przy nim zapachniały fiołki, przytulone równianką do jej jasnych włosów. Ale uczony kronikarz tak był zajęty obliczaniem: jak, kiedy i którędy wiosna ma przybyć na świat – że zgoła jej przyjścia nie widział. Pociągnął tylko długim nosem woń słodką, ulotną i pochylony nad swą wielką księgą, pilnie zapisywał to wszystko, co mu z rachunku wypadło.

Z rachunku wypadło mu to, że wiosna wcale na świat już nie przyjdzie. Że drogę zgubiła, za morzeni została i do tej krainy nie trafi. Wypadało mu z rachunku, że skowronki i słowiki śpiewać nie będą, bo całkiem zachrypły, że krakanie wron będzie odtąd jedyną pieśnią na świecie, że wszystkie nasionka kwiatów wicher uniósł w niezmierzone przepaście, że nie zakwitnie ani róża, ani lilia, ani jabłoń polna. Wypadło mu i to także z rachunku, że zorza zgasła, że słońce na nic sczerniało, że dni zamienią się w noce, a pola, zamiast traw i zbóż, pokryją wieczne śniegi.

(…) Wskroś zachodniej zorzy zaczęły przyświecać gwiazdy, woń kwiatów biła z pól i łąk, piękna dziewica dochodziła już do skraju lasu, a pod jej stopką bosą zakwitła pierwsza konwalia.

O krasnoludkach i sierotce Marysi, Maria Konopnicka

A na zakończenie, ni przypiął ni przyłatał, bo nijak się ma do sierotki i krasnoludków, mój ukochany obraz wiosenny. I niech mi nikt nie zarzuca, że kicz!  Sama wiem, że jak coś aż tak zapiera dech w piersi i tak by się to chciało mieć na zawsze, to ani chybi kicz.


Leon Wyczółkowski, Wiosna w Gościeradzu. Muzeum w Bydgoszczy

W dalszym ciągu wiosna

Wczoraj zaczęłam opowieściami o wiośnie, cytatami… Dziś najwspanialsza opowieść w literaturze polskiej o tym, jak nadchodzi wiosna. I w tym wypadku kalendarzowy czas opowieści jest późniejszy, ale książka opisuje Polesie sto lat temu, a ja komponuję ten wpis w Berlinie, daleko i w czasie globalnego ocieplenia. Co u nich było w marcu, u nas się jawi pod koniec stycznia. W tym roku w Berlinie tak właśnie było – w zeszłym tygodniu leżał jeszcze śnieg, a dziś już “wychyna trawa” i kwitną przebiśniegi.

Było ich wtedy trzech.
Najstarszy, za wodza i kierownika obrany, był przemyślny, uparcie w postanowieniu zawzięty, w wykonaniu zamiaru prędki, naukowo z przyrodą zżyty i obeznany.
Ziemi szmat posiadał, a wśród tej ziemi bagna i lasy, leniwymi rzeczułkami, jak siatką, porżnięte, od ludzkich dróg dalekie, dla ludzkiej chciwości niełakome.
Tam, w głębi tych tajni, ukryta jak gniazdo, powstała pewnej wiosny chata samotna. Jakiś czas bielał gontowy dach i trzaski i czerniały koleiny wozów, co z dala przywiozły materiał, po roku wszelki ślad osady zasnuła zieleń traw i mchy.
Dzikie wino i róże pokryły ściany, chata się stopiła, wrosła w okalający ją szczelnie las.
Nazywali ją leśni ludzie swoim wyrajem.
Wódz przez życie potracił swych bliskich i żadnej rodziny nie posiadał. Dom natomiast był pełen bożych domowników, nad nimi rząd i opiekę trzymał towarzysz jego, druh, którego sobie wychował i w swym duchu urobił. W swoistej gwarze leśnej wódz miał przydomek Rosomaka, ten drugi został nazwany Panterą.
Najmłodszy z trzech, cały złożony ze stalowych muskułów, chybki, zwinny, miał też swej imienniczki drapieżność i dzikość. Znał naturę ze współżycia z nią, rozumiał bór i wodę, i pole, i duszę miał na wskroś leśną.
A potem do tych dwóch stowarzyszył się trzeci, którego Żurawiem nazywano. Ten uchował w życiu najczystszą duszę. Był uosobieniem dobroci, łagodności i wewnętrznej słonecznej pogody. Cieszył się leśnym życiem, jak się młodość tylko radować może. Marzyciel to był, zawsze trochę roztargniony, rad się śmiejący, pracowity za wszystkich, a zdrowia i wytrzymałości żelaznej.
I byli ci trzej, siebie wzajem dopełniając, stałymi letnimi osadnikami głuszy, twórcami tego pierwotnego bytowania, stanowili jedno z puszczą, żyli w niej jak wszelkie stworzenie, co do niej ściągało z wiosną na wyraj, odlatywało jesienią.
Zimą zamknięta na głucho, z końcem lata zasypiała chata. Osypywały dach żółte liście, potem śnieg, niknęły ścieżki letnie, a za to zwierz swoje po śniegu rysował.
Sikory nocowały pod dachem, wiewiórki po skrzynkach gniazdowych, zające żywiły się na żarnowcu, w szczeliny podwalin, na sen zimowy, wciskały się węże, na zmarzłe jagody winne i głogi przylatywały gile, a niekiedy podsuwały się do ogrodzenia sarny i skubały uschłe łodygi letnich kwiatów, które Żuraw wypielęgnował.
A daleko, wśród ludzkiego mrowia, leśni ludzie o tej chacie swojej marzyli tęskniący i myślą byli z sikorami, gilami i z całą tą rzeszą swych letnich współtowarzyszy.
I czekali wiosny.

PRZEDWIOŚNIE

Rosomak i Żuraw zimowali w mieście, na straży leśnego raju został Pantera. Wieści zamieniano rzadko – i ptaki zimą nie śpiewają, a tylko czasem witają się i żegnają krótkim a wymownym hasłem zimowym “cierp, cierp, cierp”. Więc gdy w końcu lutego ujrzał Rosomak kopertę z patykowatym pismem druha, rzekł tylko: – Będzie wczesna wiosna, musiały przybyć skowronki, kiedy się Pantera odzywa.
Otworzyli chciwie list i czytali razem dla pośpiechu, oczy im błyszczą uciechą:
Wodzowi i druhowi pozdrowienie leśne. Donoszę wam, że wczoraj obudził się ze snu nasz domownik Tupcio. Zasnął tak gruby, że ledwie się w bucie zmieścił, a wczoraj wyszedł tak szczupły, że cholewa mu była jak korytarz. Wgramolił mi się zaraz na kolana i pokłuł na powitanie, jąkając: jeść! Pożarł mnóstwo sera i mleka, od razu rozpęczniał, a dziś, gdy to piszę, gania po całym domu, czyniąc nocną policję na myszy. Ma się tedy ku wiośnie. Ale Kuba twierdzi znowu inaczej.
Kuba w październiku zrobił na piecu gniazdo. Zaciągnął tam parę ścierek, moje cieple rękawice, czepek Drozdowej, dużo waty z gościnnej kołdry, na wierzch przywlókł parę gałęzi z oleandrów, a gdy szopa była pod sufit, wsunął się do środka, wejście zasunął i chrapnął. Onegdaj też wyjrzał. Temu sen służy. Szubę ma popielatą, lśniącą, kitę jak strusi pióropusz, na uszach pędzle zawadiackie. Wylazł, przeciągnął się, chlapnął wody, zagryzł orzechem i wyskoczył do ogrodu. Mało wiele bawił, wrócił zły, szubę zmoczył, nogi obłocił, pączki wypluł.
Powiada, że gorzkie, bez żadnego wigoru, i że najlepiej jeszcze spać, a dobre przyjść musi. Powiedział mi to z pieca, otwór chałupy zasunął i tyłem go oglądał.
Bogatka, co u nas też zimuje i ćwiczy mole po całych dniach, zaczęła się jednak na swobodę napierać. Ano, dobrze: otworzyłem okno – poszła, jak na wesele, z wyrwasem. Obiera robactwo z klonu pod oknem i ćwierka do mnie: już czas, już czas.
I komu z nich wierzyć, boć i skowronki są – a jakże! Poszedłem z nimi się przywitać aż daleko w pole.
Po zapadach śnieg leży, lód trzyma, a po haliznach goły i czernieją stare kretowiska. Wicher jak mięta: niby zimny, a smali, skowrończy gwar już posiadł nasz łan aż do jesieni.
A o innych wędrownikach takie wieści. Zapadły na nocleg w zeszły piątek pierwsze gęgawy i gomon wielki podniosły, poszedłem też posłuchać, jakież zza morza wieści prawią. Czysta, echowa była noc, ale jeszcze mroźna, brzegi zalewów lodem się ścięły i tak trwał on aż do południa. Co noc na sad nasz czarny opadają rzesze podróżnych ptasząt. Spadną, mało co mówią, o świcie ruszają dalej, to nie te, co z nami lato spędzą. Ruszyły dopiero te pułki, co dalej na północ mają przeznaczenie.
Kuropatw trzy pary mam na górce, znalazłem w sidłach chłopaczych na śniegu, i te mnie co rano pytają, ile jeszcze niewoli. Rajcują o tym wróble, zmówiny już między nimi, jak w zapust. Te już się klną, że wiosna tuż.
Pszczoły – jak Kuba! Zastukałem do jednych, pytam: matko, czy wiosna? Zaburczały sennie: cyt, cyt- matka śpi. I komu wierzyć, i jak tu wytrzymać!
Nie wiosna to i nie zima-jędza. Nie pochód to hetmański raju, ale już przednie wici rozesłane: “sposobić się czas”.
Więc się kto gorętszy sposobi. Leszczyna kutasiki karminowe jeszcze od chłodu otula, ale kotki już puściła na wicher: w wodach lodowatych na dnie widać pęczniejące kaczeńce, pod liśćmi w gaju można wyszukać zawilce. Wszystko gotowe czeka i gdy ucho do ziemi przyłożysz, słychać, że coś grać zaczyna, aż człowiek dorozumieć się nie może: ziemia li gra czy jego własna krew -jedno! Żyć, żyć, żyć!
Gdy wszystko w jeden glos tak krzyknie, zawołam do was: bywajcie! Tymczasem sposobię chodaki, konopacę czółno, kosze i więcierze narządzam i czekam drżąc z ochoty.
Tyle było listu. Rosomak go raz jeszcze przejrzał. – Dżdżownice nie ruszyły – rzekł. – Jędza jeszcze wróci.
Westchnęli obaj. Tęsknica skręciła ich serca i Żuraw dodał: – Zaleciało barwą, wonią, smakiem, muzyką, aż boli – tak tęskno! Wymknijmy się choć za rogatki, posłuchajmy, popatrzmy, wichru się napijmy! – Choć z wizytą do swoich! – potwierdził Rosomak. – Bo czekać nam jeszcze długo. Do przesilenia i dalej – cale dziewięć niedziel!

Dlaczego-jest-niezwykła-1140x344 bramasciborki

PRZESILENIE

W marcu jędza-zima bezczelna wściekła wstała jeszcze raz do boju. Całe hufce żegnała, szare pułki chmur, watahy wichrów północnych i cisnęła tę armię na pęczniejące drzewa, na wyzierające źdźbła, na rzesze ptasze, co jej urągały weselną pieśnią.
Na poczynające życie z chmur tych, przy rechotaniu wichru, poczęły się walić śniegowe zwały jak gzło śmiertelne.
Słońce, jak widmo, stało za tą czeredą chmur, cierpliwe w poczuciu swej siły i pewne triumfu. Jak mocarz wszechpotężny, dawało wrogowi folgę pozorną – niech wszystkie siły w bój wprowadzi, napaścią się wyczerpie – by potem swą światłowładczą potęgą błysnęło i zwyciężyło. (…)
Gorzej tym w lesie, jeśli struga wezbrała i pożywienia im dostarczyć nie można. Byle, na dobitkę niedoli, jędza mrozu nie wywlokła sobie w sukurs. Drzewa wiosennej krwi są pełne, gałęzie nabrzmiałe, bolące, gdy tknąć. Trzeba ratować.
Puścili się we dwóch za rogatki, trafili na zagajnik śniegiem zawalony, jęli otrząsać biały całun.
Rozpoznali drzewiny i mówili do nich jak do serdecznych przyjaciół. – Korale wyhoduj, jarzębiu smukły! Śmigaj, brzózko srebrna! Ostrożnie się odginaj, kloniku, boś kruchy. Za ciężka nawet tobie szuba, świerczku, zuchu zimowy.
Odginały się z ulgą gałęzie, a oni się śmiali, zgrzani, rozradowani, upojeni mroźnym marcowym powietrzem.
Zmierzch dopiero spędził ich od roboty, a w nocy stało się, co powiedział Rosomak. Mróz-kat pięść z kleszczami ścisnął.
Jęknęły lasy z bólu rwanych tkanek, na całun śmiertelny padały ich członki – jędza cieszyła się zgubą młodego życia. – I po co to? – szepnął Żuraw. – Prawo! – odparł Rosomak. – Nad nasze zrozumienie. Prawo! Ale to nie zguba! Bywa twarde i potężne, gdy niszczy, i takie potężne, gdy tworzy. Ale to nie zguba! Zguba – to mała, nikła istota, bez gromu, wichru, nijakiej widocznej mocy, bez kłów i pazurów, jak robak, goła. Kędy ta zguba przejdzie, tam nie ostatnie ni puszcza leśna, ni zwierz potężny, ni ptak najśmiglejszy, ni żadnego stworzenia schron. Zostaje tylko on!
Trzy dni mróz katował ziemię, trzy noce wichry się szamotały, za bary się wodząc i zmagając, w tumanach śnieżnego kurzu, z wyciem, poświstem, warczeniem, jękiem, aż pewnego ranka na nowiu miesiąca z południa jakby fala runęła powietrzna: hetmański hufiec wiosenny.
Jak chmara nikczemna, pierzchły przed nią tumany śnieżne i na błękit promienny wstąpiło na swój majestat zwycięskie słońce. Fala powietrzna niosła ze sobą jego moc krzepką, żywą, moc zdrowia i zaroiło się na ziemi, zatętniało, zawoniało, zagrało – jeden hymn odrodzenia. Do leśnych ludzi przyszła wieść od Pantery krótka jak okrzyk zdyszanego gońca: “Las ożył – woła, gra! Bywajcie!” Zerwali się, zbierali gorączkowo, ogarnięci jakimś szałem, potrzebą, musem, żądzą swych dusz, jak ptaki wędrowne.
Wołało coś w nich, wszystko inne głusząc: – Na byt swój, na byt swój! Na wyraj, na wyraj, na wyraj!

NA WYRAJ

Przed domem Rosomaka rankiem panował ruch i rozhowory. Ranek był kwietniowy, pogodny, słoneczny, wilgły od deszczu, co przeszedł z wieczora. Przeszedł, cuda tworząc. Rozkleił lepkie obsłony liści, zmył z traw resztę pleśni, roztworzył oczy białych zawilców i fiołków, wywalił z wody złoto kaczeńców, obmył i w kwiat wyczarował kocanki łóz i wierzb.
W ciszy nocnej szmerem kropel budził, na gody namawiał, a gdy słońce wstało, ziemia ku niemu wystąpiła już strojna, wonna, barwna i rozśpiewana. Pod gankiem stał długi wóz drabiniasty i ładowano go przemyślnie wszystkim, co w bytowaniu letnim było lub mogło być potrzebne.
Żuraw pakował żywność, odzież, zielniki swe, podręczną apteczkę, Pantera prowiant zwierząt- towarzyszy, sieci, więcierze, kosze, chodaki, narzędzia rzemieślnicze, Rosomak jakieś swoje specjalne skrzyneczki, tyczki, puzderka, książki – cały balast do badań przyrodniczych, a każdy tak był pochłonięty pracą, że ino się snuli z domu do wozu, jak pszczoły, ładując i ładując. Wóz stawał się kopiasty. – Teraz już tylko towarzyszów! – rzekł Rosomak, zlustrowawszy wóz. – Jeżeliście zapomnieli, cierpcie! – Pewnie, że ja coś zapomniałem! – troskał się Żuraw stękając.
Teraz przez wrota od folwarku wkroczyła karmicielka leśnych ludzi, latująca z nimi co roku w puszczy, gniado-srokata Hatora. Chuda jeszcze była po ciężkiej zimie, z sierścią nastroszoną i bez blasku.
Znało bydlątko, co znaczy to ładowanie.
Podeszła do Pantery, obwąchała ludzkie ręce, dostała chleba z solą, obejrzała wóz, skubnęła siana, spenetrowała, czy czuć na dnie kartofle i osypkę, wytarła szyję o luśnie i stanęła, żując powoli, łagodnymi oczami śledziła ruchy ludzkie. – Hatora, chcesz “bamboły”? – zagadnął Pantera, wynosząc z domu blaszaną krowią klekotkę na rzemieniu.
Hatora przecząco poruszyła uszami i odwróciła niechętnie swą rogatą głowę. – Nie! – Hatora nie lubiła “bamboły”.
Przed paru laty, gdy ją ustrojono w to straszydło, bezustannie gadające, oszalała z trwogi i wstrętu, umęczyła się okropnie, starając się pozbyć, zedrzeć ze siebie po gąszczach obmierzłego stracha.
Nawet w rozdrażnieniu i dzikim buncie popełniła czyn zbrodniczy, rzuciła się z rogami na Panterę, rycząc ponuro: mord, mord. Ale to było dawno, w samych początkach jej leśnej służby. Potem Hatora zrozumiała, że nałożenie “bamboły” oznaczało rozkoszny żywot w puszczy, w obfitości pastwisk, wody – w nieograniczonej swobodzie.
Nie było pastucha i jego bata, nie było psów ani łańcuchów w dusznej oborze, ani zdradliwych rogów zawistnych towarzyszek. Bo Hatora przez te lata straciła instynkt stadny i skierowana przed dom, najkrótszym nawet pomrukiem nie pożegnała zimowej kompanii. Bez zapału, ale i bez protestu pozwoliła sobie nałożyć naszyjnik.
– Pantero, zaprzęgaj Łataną Skórę. Idę po domową czeladź. Zabierz klatkę z ptakami! – komenderował Rosomak wchodząc do domu. Żuraw lokował właśnie na wóz kosz okryty krasno przetkaną serwetą. Pantera i Hatora zawęszyli z lubością. Pachniał świeży razowiec. – Wódz tak goni, że i śniadanie się wściekło – rzekł Pantera. – Nie wytrzymam, tak pachnie – sięgnął po nóż za pas, odchylił płótno, bochen jeden krzyżem przeżegnał i spory glon odkroił. Przełamał i z lubością obydwaj jedli. Wilgotny pysk Hatory wsunął się także do spółki. – Aha, wódz kazał zaprzęgać – przypomniał sobie Pantera, ruszając do stajni.
Po chwili wyszła na słoneczne podwórze klacz srokata, stąpając z rozwagą i ostrożnością. Pociągnęła Panterę do studni, napiła się do syta, a potem nie kierowana poszła ku wozowi.
Spróbowała smaku siana, poszukała na dnie worka z obrokiem, parsknęła, ziewnęła, przeciągnęła się i z rezygnacją podała głowę do chomąta. – Nie zezuj na ładunek – rzekł Pantera. – Wiemy, żeś źrebna, w błocie i piachu pójdziemy piechotą. Zachodź w hołoble! – Przyciągnął rzemienie, zaprzągł i stał w gotowości do jazdy, pojadając chleb na spółkę z bydlątkami. – Powiedz, Żurawiu, wodzowi, że gotowe, szmat drogi, ledwie zdążymy na odwieczerzę.
(…)
– Gotowe! – wetknął głowę przez drzwi Żuraw. – zabierz jeszcze skrzypce i ruszajmy. – Na wyraj, jazda! – zakomenderował Rosomak, siadając sam byle jak, z nogami poza drabinę.
Uczepił się wśród tobołków Żuraw, przysiadł na drążku Pantera-woźnica, parsknęła ochoczo klacz, zabomboliła Hatora i tabor ruszył.
Wyjechali za wrota, na drogę polną, wyboistą i błotnistą, spojrzeli w dal, na siniejącą linię borów, objął ich dech szerokiej przestrzeni, rozprężył płuca, barwą się wybił na lica, zapalił ogniem radości stęsknione źrenice. – Hejnał, wodzu! – upomniał się Pantera.
A Rosomak ziemi, błękitom borów i pól rzucił:

Czas ci już wstać, czas ci już iść,
Retmanko polnych rot!
Oto ci na hełm borowy liść,
Oto ci w rękę rozmaju kiść,
Oto twój złoty grot!
Powiedziesz ty, powiedziesz nas
Na ten słoneczny szlak,
Gdzie kwitnąć sercom i pieśniom czas,
Gdzie szumu czeka uśpiony las,
Gdzie czeka lotu ptak!
Powiedziesz ty, powiedziesz świat
W zwycięski pochód twój,
Gdzie z prochów świeży wykwita kwiat,
Gdzie brzask wybucha zza nocy krat,
Gdzie stoczysz życia bój!

baner_rodziewiczonwaOSIEDLE

Mijali łany orne i siewne, ludzkie osady, rozstaje, łąki od kaczeńców złote i kierowali się wciąż ku borom.
Szlak się czynił coraz niewyraźniejszy, a bory z wąskiej smugi stawały się ciemną ścianą. Aż, jak przednie straże, zabiegły drogę stare sosny na wzgórku, a za nimi szeroką ławą, bez kresu stanął zwarty wał chojarów, podszytych jałowcem i wrzosem. Powitał ich poszum cichy i uroczysty, jakby modlitewny, a niosący kadzidlane wonie żywicy, i wjechali w boży chram boru.
Wszyscy odkryli głowy, spojrzeli w górę, poruszyły się wargi odzewem dusznym owego powitania. Nikt się nie odezwał, słuchali cali w sobie skupieni. Prowadziła klacz. Bez namysłu wybierała jakieś szczeliny wśród drzew, ledwie widoczny ślad, nie wahała się na zawrotach, na wąskich przesmykach wśród mokradeł, odnajdywała jakieś kładki na zdradnych oparach, kołowała, kluczyła, tak pewna swej pamięci, że tak sobie stępa idąc, obrywała to kiść szuwaru, to gałązkę brzozową, to łozowe kocanki i gryzła dla zabawy.
Grunt się obniżał. Jechali przez grobelki, klecone przed wiekami z bierwion dębowych, kędy może kiedyś szły szwedzkie lub kozackie wojska, obrzeżali szmaty torfowisk, wycierali ślad wśród łóz sążnistych, ginęli w chaszczach trzcin i sitowia, słońce mieli w oczy i plecy, na lewo i prawo, a wreszcie szlak był już tylko ich własny, tyle znaczny co ścieżka przez łosia wydeptana.
Aż z gęstwiny błysnęła woda, ruczaj, w długi bród rozlany, ginący dalej w łozach, graniczny ruczaj ich letniego królestwa. – Ot i nasz Tęczowy Most! – rzekł Żuraw. Wszyscy trzej wydali długi, specjalnie swój okrzyk, zwykły akord, którym się rozproszeni na wyprawach zwoływali.
(…)

page2
Ludzie zeskoczyli. Puszczono na wolę Hatorę. Rosomak wziął klatkę z przezimowanymi kuropatwami i koszyk z zającem, który też pod opieką Pantery chował się w domu.
Wypuszczony szarak nie bardzo się kwapił, stanął słupka, zawęszył, słuchy nastawił, obejrzał się na człowieka i powoli pokicał ścieżką wśród wrzosowisk. Kuropatwy, jak szare kulki, pociekły rzędem za nim. – A nie złorzeczcie ludziom, choć wy niebogie zwierzęta-męczenniki! My waszej niedoli niewinni – szepnął Rosomak.
Gdy do wozu wrócił, był sam. Towarzysze, porwani szałem swobody, pognali na piechotę. Rosomak szedł obok pieszo, kierując, by wóz o drzewa nie zaczepiał, ale i on był innym zajęty.
Czytał historię zimy swego kraju.
Tu już znał każde drzewo, każdy kęs ziemi i wszystko witał jak najmilsze towarzystwo. Las, który dlań nie miał tajemnic, opowiadał, pokazywał, chwalił się, skarżył.
Oto sosna ze starym gniazdem rabusia krogulca, a oto druga, co się wygięła i okaleczała, zdeptana kiedyś za młodu, a oto brzoza z ogromną czeczotą i olbrzymia jarzębina, którą nazwali Krasawicą, tyle miewała korali jesienią, i piorunem na pół rozdarty grab, co się po ciosie odmładzał, czerniejąc smugą rozdartego na poły pnia, i oto brzoza, zwalona ciężarem zimowej okiści, i pękata wierzba z dziuplem, w którym już gospodarzyły dzikie pszczoły. I oto olbrzymie mrowisko, już rojne, państwo wielkich, czarnych borowych pracowników, usłane białymi grudkami żywicy i ze śladami zimowego grzebania cietrzewi, a oto wykrot olchowy, pełen dziur , szczelin, przepaści, korzeni, wydartych do połowy z ziemi mocą huraganu, kryjówka wężów i żmij.
Bór gwarzył cichutko, to znów słychać było, jak dyszał potęgą odrodzenia wiosny, a człowiek, zapatrzony, zasłuchany, zatracał się w tej wielkiej potężnej całości i czuł, że te siły ogarniały go, że sam się staje potęgą, że w nim gra, śpiewa, tworzy, rośnie moc przyrody. Za brodem grunt się podnosił. Osiedle leśnych ludzi było jakby wyspą wśród nizin, błot, bagien, porżniętych siatką rzeczułek, porosłych nieprzebytymi chaszczami.
Na wyspie tej, żyznej bajecznie, bujała puszcza w całej sile wzrostu, śmigały ku słońcu brzozy, jak tanecznice smukłe, zielone swe gazy kołysząc, maiły się graby urodziwe, jak parobczaki, parły się jedne przed drugimi do nieba olchy, jesiony, dęby, lipy, jarzębiny, klony, a dołem jak snopy leszczyny, kaliny, czeremchy, kruszyna, aż zupełnie przy ziemi słały się zwały malin i jeżyn. Na polankach wśród boru biało było od zawilców i puszczała się trawa jak tło kobierców, które lato tkać miało. Przeciągły okrzyk towarzyszów zbudził z zachwytu Rosomaka, spojrzał na słońce, z lekka trącił żerującą klacz.
– Do chaty, Łatana Skóro! Nam się też obiad należy.
W lewo, w prawo, pod warkoczami brzóz, przez wieńce i bramy z kwitnącej czeremchy, aż zaczerniał wielki krzyż dębowy z figurą pod daszkiem i roztoczyła się szeroka polana, ścianą boru odcięta, a w jej głębi chata leśnych ludzi.
Ściany złociły się patyną żywicznych bali i jak koronka snuły się po nich pnące róże i wino. Niska, dostatnia, z podniesieniem wygodnym, ale jeszcze po zimowemu zawarta, ubezpieczona okiennicami.
Przed nią był ogródek otoczony płotem, “wirydarzyk Żurawia”, który tam hodował różne leśne kwiaty, starannie uzbierane i przesadzone, i lipa cieniła ją nieco od skwaru południa.
Pantera i Żuraw czekali u furtki i wnet zaczęli raport. – Kos ma gniazdo W winie, przy ścianie, Modraczka mieszka w skrzynce na lipie. Konwalie się wytykają. Żmiję znaleźlim na podsieniu. Jeść się chce!
Małomówny Rosomak wyłożył klacz, zawiesił uprząż na kołku pod dachem i wtedy dopiero wydobył klucz i otworzył chatę. Wionęło na nich chłodem zimowego wnętrza. Minęli sień, za nimi do izby weszło słońce i ozłociło glorią koronę Częstochowskiej Pani, królującej na ścianie wprost drzwi.
Odkryli głowy i Rosomak powitał Majestat narodu pierwszym słowem i pokłonem: – Salve Regina Mater misericordiae, vitae dulcedo et spes nostra – Salve!
Trójgłos zgodny, uroczysty, radosny napełnił izbę.
Potem Rosomak zapalił lampkę przed obrazem. Żuraw położył na stole bochen chleba. Pantera zdjął sztaby okiennic. Wiosna całą barwą i ciepłem wionęła do izby. – Oho, kwaterunek zimowy nie chybił! – zaśmiali się.
W jednym kącie na ławie myszy leśne zbudowały gniazdo wielkości snopa, w drugim kącie roztaczało się pod lawą mrowisko. Zaczęto wypraszać intruzów, a Żuraw zabrał się do gotowania posiłku. Dym wybiegał na dach: chałupa ożyła. W otwartym oknie siedział Kuba, przypatrując się robocie. Kitę miał na głowie zadartą jak pióropusz i udając głodnego, gryzł szyszkę, wypluwając ogryzki na czołgających się pod ławami ludzi.
Ale że oni, bardzo zajęci, nie zwracali uwagi, zajął się Żurawiem. Ten, nastawiwszy garnki w kuchni, zabrał się do rozpakowania wozu i znosił worki i supełki, garnki i pudełka do spiżarni w sieni.
– Domowniki! – przypomniał Rosomak.
– Prawda! – zakrzątał się Pantera.
Rzucił się do spiżarni, do sieni i wyniósł przed furtkę dwa pełne wiadra, jedno kartofli, drugie owsa. Wtedy zdjął ze ściany w izbie trąbkę i zagrał pobudkę.
Dźwięk uderzył w ciszę, poleciał w las, rozdygotał powietrze, a był to sygnał dobrze snadź znany, bo odpowiedziało mu rżenie i daleki odgłos kołatki Hatory. Oparci o płot Ieśni ludzie czekali. Pierwsza zdążyła klacz i parskając z uciechy, wnurzyła łeb w obrok, flegmatyczniej nadciągała Hatora, Pantera przykucnął do jej boku ze skopkiem. – Pięknie proszę o “mlimli”, Hator! A nie żałuj, bośmy zdrożeni i świeżo osiedli! – przemawia! do niej przypochlebnie. – Obiad na stole! – zawołał Żuraw z izby.
Na białym stole klonowym pod obrazami leżał bochen chleba, parowała misa pięknie malowana, leżały drewniane łyżki.
Gospodarny Żuraw już nawet więzią kaczeńców ozdobił nakrycie. Zajęli swe miejsca na ławach i jak ludzie rzetelnie głodni czerpali z misy w milczeniu.
Gdy łyżki zagrzechotały po dnie misy, Rosomak rzekł: – Ja zaraz czółnem ruszę, rybne tonie obejrzę i kosze zastawię. Pantera obejrzy i do porządku doprowadzi stajenkę dla domowników. Żuraw chałupę do reszty wyczyści i obejrzy warzywnik. Jutro wszyscy razem grzędy skopiemy i obsadzim.
– Przede wszystkim ja bym rad zmienić skórę – rzekł Pantera patrząc po swym ubraniu.
– Ano, idźcie do komory i przebierajcie się, ja ino fajkę wypalę. Chodaki też trzeba namoczyć.
Komora była za sienią, szeroka, widna. Tam też nocował Rosomak z Żurawiem. Pantera miał swe posłanie w alkierzu za izbą.
Gdy Ieśni ludzie wrócili do izby, byli zmienieni zupełnie. Mieli na sobie tylko szare płótno, na nogach lekkie lipowe chodaki, pas rzemienny z nożem w pochwie obciskał luźną kurtkę, na głowie filcowy kapelusz. – Dopiero las nas za swoich uzna! – zaśmiał się z uciechą Pantera, biorąc siekierę i zabierając się do swej roboty około stajenki. Żuraw zaczął zmywać statki, więc się i Rosomak ruszył.
Przebrał się i on, rozprostował z rozkoszą członki, wyładował z wozu swoją osobistą skrzynkę, pełną książek zoologicznych, przyrządów do kolekcyj przyrodniczych i tysiące drobiazgów, których do studiów używał i strzegł jak oka w głowie. Obładował się koszami na ryby, wziął wiosło, siekierę i poszedł do czółna. Miało ono swą przystań za krynicą, pod starą olchą nad strugą. Rosomak wylał ze dna deszczową wodę, władował kosze, odczepił łozową wić i odbił od brzegu. Droga była bez kresu, bo błotne obszary zalane były wodą i płynąć można było, kędy wola, wśród łóz ledwie zieleniejących i młodych pędów szuwarów.
Chmary błotnego ptactwa rajcowały nad płytką wodą. Hryce, czajki, kuliki, bekasy wrzask czyniły weselny, miodem pachniały złote kiście łozowe, balsamem pękające brzozy i olszyny, wiosło zgarniało złote kaczeńce i kępy wodnej mięty, a słońce, cuda czyniące, śmiało się do swego dzieła. Rosomak dopłynął do chruścianego płotu rybackiego i świadomy gruntu czółno o kołek wicią zaczepił i wszedł w wodę.
Zrewidował, brodząc, całość płotu, szczeliny łozą obetkał i w gardziel, kędy nurt biegł, kosz zastawił.
Nie spieszył, robił powoli, obserwując, zachowując praktyki rybackie, wnioskując o połowie wedle spostrzeżeń różnych, robotą swą tak zajęty, jak skrzydlate rybołowy krążące nad nim bez trwogi.
Rosomak założył drugi kosz i trzeci, opłynął najlepsze tonie i zatoki, przepatrzył różne rybie kryjówki, odnowił zeszłoroczne znajomości ze współtowarzyszami leśnego bytu i zupełnie o czasie zapomniał.
Bobrował właśnie po zakątkach jeziora, w które się ruczaj rozlewał u wzgórzy piaszczystych na zachodzie, gdy nagle rozdarł powietrze drapieżnie wielogłosy okrzyk przeciągły.
Była w tym chrapliwość bojowych starodawnych surm i jakby wołanie i odzew strażniczej czujności.
Hej – czuj – stróżuj! Hej – czuj – stróżuj! Wieczorne tuż zorze – wieczorny – tuż czas! Hej – czuj – stróżuj!
To z błot niedostępnych dawały wieczorny sygnał żurawie-wartowniki.
Rosomak spojrzał na słońce i posłuszny hejnałowi zwrócił łódź ku chacie.
Czuby drzew były już czerwonozłote, z ziemi wstawały srebrne mgły, ptactwo śpieszyło to z posiłkiem, to z ostatnim źdźbłem na gniazdo, bo czas nadchodził wieczornych pacierzy i spoczynku.
Spóźnię się! – pomyślał Rosomak, bo śpieszyć się nie mógł, by nie płoszyć i trwożyć reszty mieszkańców.
A hejnał leciał po trzy kroć, coraz przeciąglejszy, stanowczy.
– Wieczorne już zorze! Wieczorny już czas! Hej, czuj, czuj!
Zawrzało całe błoto rajkotem kum-żab, zielonogłowe kaczory poczęły pluskać na szersze wody i chrapliwie wabić, mgły zakołysały się do tańca, ruczaj się pomarszczył od żerujących ryb, górą na niebie białe obłoczki, jak róże, zakwitły, drozd śpiewak na szczycie olszyn począł wydzwaniać na pacierze.
Wieczór był!
Gdy Rosomak przybił do chatnej polany i tam panował ruch kończącego się dnia.
Żuraw z Kubą na głowie wracał z wiadrami od krynicy, Pantera w obórce rozprawiał się z Hatorą, klacz przed furtką dopominała się wieczornego obroku.
(…)
Zaskrzypiały wierzeje stajenki, chwilę słychać było rąbanie szczap, brzęk statków w izbie. Powoli cichły odgłosy pracy i starunku, na niebie gasły zorze zachodu.
Ale oni się nie kwapili do izb i jadła. Wokoło po wszystkich drzewach i krzakach, łozach i szuwarach, po wodach, ziemi i niebie rozpoczynał się ostatni akt dnia i wieczorne wszelkiego stworzenia pacierze.
U podsieni swego gniazda leśni ludzie usiedli na dębowej podwalinie, zapatrzyli się, zasłuchali, umilkli.
I z cicha Rosomak zaczął: – Pochwalony bądź, Panie, coś te cuda uczynił. Pochwalony bądź i błogosławiony głosami i sercami nas tu wszystkich, w boru żyjących. Dzięki Ci, Panie, za to niebo pogodne, za dzień słoneczny, za zieleń drzew, za ten wieczór, za życie! Święci się Imię Twoje w tej ptasiej pieśni i w naszej duszy, ku Tobie otwartej, jako te ptaki i kwiaty, i Królestwem Twym niech będzie ten zakątek, a wolę Twą uszanujemy, jako ją szanuje wszelkie stworzenie, uznając Twą mądrość, moc i miłość. I ufni jesteśmy, że jako mrówce i kwiatom, tak i nam pożywienie zgotuje słoneczny dzień jutrzejszy na Twe rozporządzenie. A winom naszym wybaczaj, Panie, bośmy przed Tobą głupi i mali, przeto grzeszni!
A nie daj nam, Panie, złą myślą lub czynem zakłócić tego bezludzia, gdzie rządzi Twoje tylko przedwieczne prawo i ład, i zachowaj nas, Ojcze, jako robaczka w dłoni, bezpiecznie!
– Amen, amen, amen! – świergotały ptaszki, szemrały brzozy, ćwierkały owady i stłumionym szeptem potwierdzili leśni ludzie. Cichło wszystko, pociemniały tajemniczo gąszcze, gasły barwy.
Ale znad drzew wystąpił sierp miesiąca i osrebrzył oblicze Chrystusowe na krzyżu, który od dołu w mgły wtulony, zda się, nad ziemią płynął jak zjawisko.
Ochłodzone rosą powietrze wionęło wonią miodu i balsamu, na brzózkę u krynicy zleciał słowik-lutnista, żabie kapele uderzyły w basetle, bez szelestu krążył nad polaną lelek, polując na ćmy… Ukojona w ciszy wielkiego spoczynku zeszła na ziemię noc.
I tak skończył się pierwszy dzień bytu leśnych ludzi.

Lato leśnych ludzi, Maria Rodziewiczówna

Dla tych co nie wiedzą, choć dlaczego by mieli nie wiedzieć, skoro już o tym pisałamLato leśnych ludzi to książka o trzech kobietach, autorce i dwóch jej przyjaciółkach. Rodziewiczówna występuje w tej opowieści jako rozważny Rosomak.

Wiosna, reblogi, cytaty, wiosna…

Zaczynam mini cykl wiosenny i zapraszam wszystkich do kontynuacji. Nic nie piszę (teraz) sama, wszystko sobie pożyczam (czasem od samej siebie). Przygotowałam trzy wpisy, na dziś, jutro i pojutrze, a resztę zostawiam inwencji Czytelników i Współautorów. Mamy dużo czasu, co najmniej do maja.

To cytat ale już cytowany czyli poniekąd reblog:

Przyszła!

…podbiegła do łóżka, przynosząc z sobą wiew świeżego powietrza, przesyconego wonią wiosennego poranka.
– Byłaś na dworze! Byłaś, prawda? Znów pachniesz listkami i świeżością! – wołał Colin.
Mary biegła szybko, włosy miała rozplecione i rozwiane, cała jaśniała i promieniała radością, twarz miała zaróżowioną.
– Na dworze jest cudownie! – mówiła zdyszana szybkim biegiem. – Nigdy w życiu nie widziałeś czegoś takiego! Przyszła! Już wtedy rano myślałam, że nadeszła, ale ona dopiero się zbliżała. Teraz już jest! Przyszła (…)!
– Otwórz okno! Może usłyszymy granie złotych trąb! – dodał, śmiejąc się trochę z radosnego podniecenia, trochę z własnego konceptu.
Mówił to tylko dla żartu, ale Mary podskoczyła natychmiast do okna i otworzyła je w okamgnieniu na oścież, a pokój w tejże chwili zapełniać się począł świeżością, łagodnym powiewem, wiosenną wonią i śpiewem ptasząt.
Mary podeszła do łóżka.
– Wszystko zaczyna wypuszczać kiełki – mówiła śpiesznie. – Kwiaty się rozwijają, gałązki okrywają się zielonymi pąkami, świeża zieleń przysłania już szarość…

Tajemniczy ogród, Frances Hodgson Burnett

Przyjechałam autobusem przez Alpy. Nocowaliśmy gdzieś pod drodze w wysokich górach, a rano ruszyliśmy na Południe! I w ciągu kilku godzin zobaczyłam, jak zima ustępuje wiośnie. Najpierw było szaro, potem zielonkawo, potem w tyrolskich sadach paliły się opony, chroniąc zawiązujące się już pączki jabłoni przed przymrozkami. Nagle pojawiło się kwitnące drzewo migdałowca. Jedno. Wisiało na skale jak lśniąca, płomienna flaga zwycięskiej wiosny. A potem nagle było już wszystko, świat cały tonął w słońcu, wszędzie kwitły kwiaty, żonkile, narcyzy, jabłonie, anemony, mimozy, trawa była zielona jak na kiczowatych pocztówkach amerykańskich…

Florencja wiosną, Ewa Maria Slaska

Teraz cytat o marcu-kwietniu-maju, ale w Norwegii, co jednak odpowiada nieśmiałym początkom wiosny w Berlinie

15 maja piszę znów z Oslo, gdzie wiosna wyłania się leniwie, niebo jeszcze białe, lecz przez dominujące kolory – brąz i szarość – zaczyna przebijać się i zieleń. Jako że spod przegniłej zeszłorocznej trawy świeża wydostaje się z trudem, praktyczni Norwegowie markują wiosnę i sztukują trawniki na kształt angielskiej murawy. Efekt natychmiastowy i pozwala wierzyć, że pełnia wiosny tuż tuż, choć w istocie trzeba na nią poczekać jeszcze miesiąc. Jest ona tesknotą i dumą Norwegów. Takiej, jak mówią, nie ma nigdzie indziej na świecie. Póki co, kwiecień był chłodniejszy od marca, co jest raczej wyjątkowe. Teraz osłodą chłodów i deszczów są tylko naprawdę już długie dni. Zaczynają się około 4.00 rano, a o 22.00 jest jeszcze jasno.

Sztukowanie trawy, Lidia Głuchowska

W Berlinie jest mnóstwo kwiatów – wciąż jeszcze kwitną ostatnie jesienne róże, po raz drugi zakwitły tu i ówdzie jakieś dziwne, kłapciate prymulki, pojawiły się typowe dla berlińskiej zimy stokrotki na trawnikach, zakwitły typowe zimowe kwiaty jaśminu chińskiego, a wczoraj w pracy odkryłam pod murkiem przebiśniegi. Czyli wiosna, lato i jesień to w Berlinie zima.

zima-kwiaty

Kwiaty w zimie zobaczyłam po raz pierwszy w Niemczech, gdy jechałam autobusem do Holandii. Pamiętam z jakim zdziwieniem przyglądałam się migającym po bokach autostrady kwitnącym drzewom. A jestem przecież osobą z rodziny, w której znajomość roślin zalicza się do kanonu wiedzy ogólnej. Nie wiem, jak to się stało, ale jednak nie wiedziałam, że zimą też kwitną kwiaty.

Ewa Maria Slaska, Kwiaty w zimie

Filozofując, jak to on, napisał o wiośnie Tomasz Fetzki w reportażu (a czy to reportaż?) z Jaszkowic czyli Jaschkendorfu (wpis nr 1 i wpis nr 2), wioski łużyckiej, która zniknęła i przepadła, zdałoby się, że z kretesem, tymczasem…

Ludzie opuścili wioskę. Wydawałoby się, że nie będzie komu dbać o porzucone groby. Ale tak nie jest: zadbała o nie sama przyroda, która znów tutaj zakrólowała. Ona pamięta i ozdabia, jak umie. A umie wspaniale!


Przyroda nie zapomniała – niezabudki na jaszkowickim cmentarzu.

Jutro i pojutrze ciąg dalszy wiosny z książek i cytatów – Rodziewiczówna i Konopnicka!

Grube książki

e.m.s.

Długie, grube książki

Jestem wprawioną w bojach czytelniczką długich książek. Lubię czytać długie, grube książki, bo gwarantują człowiekowi wierność, obiecują, że będą z nami przez dłuższy czas i w zależności od tempa czytania, dotrzymują obietnicy przez tydzień, miesiąc albo rok.

Jednak, jak wszystko w życiu, tak i problem grubych książek ma dwie strony medalu.

Bo co tu dużo gadać, upodobanie do grubych książek jest banalne i powszechnie znane. Każde tak zwane „czytadło” jest grube, poza Czytadłem Konwickiego.

Grube książki pojawiły się w XIX wieku, który był złotą epoką powieści. Pisarze tacy jak Sienkiewicz, Flaubert, Galsworthy i Fontane pisali grube książki, bo ich odbiorcami były przede wszystkim kobiety z zamożnej klasy średniej, które miały czas i ochotę na czytanie i pieniądze na kupno książek. To oznaczało również, że pisarz musiał pisać tak, żeby kobiety były zadowolone. Nie musiał to być koniecznie happy end, dramat i melodramat były jak najbardziej dopuszczalne, natomiast charaktery kobiet powinny były być prawdziwe, ich ambicje, cele, marzenia musiały odpowiadać, temu, co naprawdę chciały kobiety, a nie temu, co mężczyźni by chcieli, żeby kobiety chciały. Ale jeśli kobiety polubiły bohaterów i bohaterki powieści, to historie można było ciągnąć latami. Saga rodu Forsythe’ów, Rodzina Whiteoaków, Trylogia, grube opasłe historie. I pisarze jako prawdziwi znawcy kobiet.

Wydaje mi się, że w komunie gruba książka wyszła z mody. Może dlatego, że permanentnie brakowało papieru, może dlatego, że będąc pisarzem trzeba się było raz na rok meldować z nową książką, żeby się utrzymać na rynku pupilków władzy, który był chyba jeszcze surowszy i bardziej kapryśny niż rynek komercjalny. W pewnym momencie, gdy powstał drugi obieg, pisarze musieli pisać krótko, bo w podziemiu nie tylko zawsze brakowało papieru i farby drukarskiej, ale też zwyczajnie nie starczało mocy przerobowych.

Ważna była też opinia kolegów-pisarzy i etos środowiska – szanujący się pisarz nie używał wazeliny i nie stosował tak zwanej „waty”, czyli oportunistycznego pogrubiania książek dla wierszówki. Wodolejstwo uprawiała komuna. Polski intelektualista, chudy, przygarbiony, w okularach w grubych oprawkach, dużo myślał, a pisał powściągliwie i z namysłem. Klak… klak… klak…

Teraz znowu książki muszą być grube. Tak chcą czytelnicy, tak chcą wydawnictwa, a jeśli przypadkiem istnieje jeszcze coś takiego jak wierszówka, to tak chcą też autorzy. Sagi i seriale. Coraz więcej pokoleń, coraz więcej wątków. Trend przyszedł ze Stanów Zjednoczonych. Trzeba pisać długie, grube książki, rozciągać wątki, dodawać coś nowego, budować trzy zdania wokół informacji dających się ująć w dwóch wyrazach. Wata, wata, wata do żucia i do wyplucia.

Zawsze warto przeprowadzić sprawdzian waty. Skrócić zdanie do wyrazu, akapit do zdania, rozdział do akapitu. I co wtedy?

Nie umiem się w tej kwestii jednoznacznie opowiedzieć, bo czy mój ukochany Proust miałby sens, gdyby jego rozważania o zasypianiu w Combray zacieśnić i z połowy tomu zrobić jedno zdanie: Wieczorami z trudem zasypiałem, bo brakowało mi obecności Matki. To mogłaby być nadal niezwykła książka i zjawisko w literaturze europejskiej, ale mogłoby też przepaść bez reszty.

Nie w tym więc rzecz, ile tych słów, a w tym – jakie to słowa i jak zaciążą na naszym życiu. Różne rzeczy okażą się dopiero w drugim czytaniu. Bo ich za pierwszym razem nie zauważyliśmy i bo wymknęły się nam z pamięci. Trzeba więc wracać. To może najlepszy sprawdzian wartości książki – czy się do niej wraca? Czego nie warto przeczytać po raz drugi, nie było warte czytania po raz pierwszy. Pisze o tym Bayard w książce Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało, wiem to zresztą z własnego doświadczenia, zapominamy, zapominamy zdania, sytuacje, postaci, przesłanie. Pamiętamy, że książka była dobra albo zła, ale co było dobre, a co złe – tego już nie wiemy. To spowodowało, że Bayard twierdzi, iż nie ma różnicy pomiędzy rozmową o książkach przeczytanych i nie przeczytanych. O książkach nie przeczytanych coś wiemy z recenzji, z wypowiedzi znajomych, z rzutu oka na okładkę, o przeczytanych – bo coś zachowaliśmy w pamięci. Tak czy owak przedmiotem wymiany myśli o książce w świecie ludzi kulturalnych są strzępki… A skoro je wychwyciliśmy lub zapamiętaliśmy, to znaczy że były ciekawe.

Tymczasem wata nudzi. Grube wartościowe książki też zresztą nudzą i męczą, ale jest to inny rodzaj nudy, cierpliwy, wytrzymały, warty pokonania oporów… Taką książką jest chociażby powieść Rozległe pole Güntera Grassa. Nic z niej nie wynika, ale szkoda by mi było, gdybym jej nigdy nie przeczytała.

Na koniec tych nie wiodących do nikąd rozważań o pokaźnych książkach, chciałam przypomnieć uboczne ich zastosowania.

W naszym wspólnym blogu sprzed kilku lat, Jak udusić kurę czyli…, jedna z autorek zadała zagadkę, co ma wspólnego z literaturą deser, którego podstawowym składnikiem jest wafel? Zagadka była przewrotna. Bo mogło chodzić o dzieła zbiorowe Mickiewicza, czemu nie, ale nie chodziło o tę słynną rybę, co to

… nie krojona,
U głowy przysmażona, we środku pieczona,
A mająca potrawkę z sosem u ogona.

jeno o to, że duże książki są potrzebne do przyciskania piszingera czyli torciku z wafli przełożonych masą – przykrywało się je deską, a następnie jakimś kawałkiem literatury, najlepiej bardzo ciężkim tomem słownika lub encyklopedii. I taki to związek literatury z domowym przekładanym waflem 🙂. Ja osobiście podałam wtedy publicznie do wiadomości, że w tymżeż celu używałam listów Joyce’ a, po czym przerzuciłam się na encyklopedię literatury. Co “mnie dzisiejszą” nader zdziwiło, bo o encyklopedii na śmierć zapomniałam, i myślałam, że zaraz po listach Joyce’a zaczęłam stosować dzieła zebrane Szekspira, bo były w praktycznym pudełku. Przez wiele lat używałam ich też do przytrzymywania drzwi balkonowych, żeby nie trzaskały, ale potem przerzuciłam się na statuetkę polsko-niemieckiej nagrody dziennikarzy – była zgrabnie mała i ważyła wtedy, gdy ją dostałam, naprawdę solidnie, wykonano ją bowiem z brązu. Gdy dwa lata temu, po nominacji, nagrody tej nie dostałam po raz wtóry, zobaczyłam, że wersja obecna to marność nad marnościami z ceramiki i żadnych drzwi nie przytrzyma.

nagroda-karol-daniel Nagroda, której nie dostałam

Natomiast długie grube książki nie tylko nadal są ciężkie, ale jakby zrobiły się jeszcze cięższe. Naprawdę ciężka jest na przykład nowa książka z wierszami Stanisława Kubickiego, o której kilkakrotnie w zeszłym roku pisała Lidia Głuchowska. Nie wiem, dlaczego ta książka jest taka ciężka, bo nawet nie jest jakoś strasznie gruba. Tak jakby w niej było więcej papieru w papierze, jeżeli rozumiesz Prosiaczku, co mam na myśli…

POET il 1 Cover

Książka jako przycisk wydaje mi się jednak zjawiskiem dość powszechnym, a tu opowiem o innym, mniej znanym zastosowaniu grubych książek.

Przed laty, gdy mieszkałam w pobliżu wspaniałego berlińskiego parku z wodospadem, czyli Parku Viktorii, w piękne popołudnia letnie, po powrocie z pracy, zabierałam kocyk, książkę i butelkę z piciem, i szłam na łąkę, pod drzewo stuletnie. Berlin jest miastem singli, cała łąka pełna więc była pojedynczych mężczyzn i kobiet, zaopatrzonych w książkę, kocyk i butelkę wody. Z reguły udawało mi się przeczytać trzy strony,  po czym podkładałam książkę pod głowę i zasypiałam. Po pewnym czasie nauczyłam się, że zdecydowanie lepiej się śpi na grubej książce. Z zainteresowaniem zaczęłam się więc przyglądać tym, którzy drzemali, gdy ja już się obudziłam, lub jeszcze nie zasnęłam. Wszyscy mieliśmy grube książki!

I tym letnim wspomnieniem zakończyłabym ten kolejny wpis o głupstwach, gdyby nie fakt, że piszę to już od kilku dni, a wczoraj zaczęłam czytać średnio grubą książkę (ale po co mi gruba, skoro jest wprawdzie ciepło, ale jeszcze jest zima i nie da się spać na łące?) i jest to niezwykła książka o grubej niezwykłej książce, która “znika czytelników” i nic wam więcej nie będę wyjaśniać. Sami ją sobie przeczytajcie.

Niestety, wydaje mi się, że rzecz nie została (jeszcze?) przetłumaczona na polski i że, żeby ją przeczytać, będziecie musieli sięgnąć do oryginału – zdradzę, że autor jest Szwajcarem z Zurychu i naprawdę nazywa się Hans Widmer, używa jednak pisanych z małej litery inicjałów p.m. co należałoby wyłożyć mniej więcej jako każdy,  wszyscy, nikt konkretny, bo podobno p.m. to najczęściej spotykane inicjały w szwajcarskich książkach telefonicznych.

I to by było na tyle

Wasza

e.m.s.

Uciekinierzy refugees Flüchtlinge

List w sprawie patronatu / ein Brief über Patenschaften

Szanowni Państwo,

w związku z napływem dużej ilości uchodźców zainicjonowany został nowy program pomocy tzw. “Gemeinsam.Schaffen.Patenschaften für das WIR der Verschiedenen.” Poszukiwani są wolontariusze, którzy chcieliby pomóc uchodźcom w integracji i objąć ich swoim “patronatem”. Zainteresowane osoby proszone są o kontakt z Polską Radą Społeczną w Berlinie:

tel.030/6151717

mail: polskarada@polskarada.de

Event na facebooku

PSR_Flüchtlinge

Meine Damen und Herren,

wegen der großen Anzahl von Flüchtlingen wurde ein neues Förderprogramm mit dem Namen “Gemeinsam.Schaffen. Patenschaften für das WIR der Verschiedenen” ins Leben gerufen. Wir suchen nach Freiwilligen, die helfen wollen Flüchtlinge zu integrieren und sie zu unterstützen.Personen, die Interesse haben, können sich gern an den Polnischen Sozialrat wenden:

Tel.:030/6151717

E-Mail: polskarada@polskarada.de

Facebook-Event

z poważaniem
mit freundlichen Grüßen

Dorota Kot
&
Polnischer Sozialrat e.V.
Berlin-Kreuzberg
Städtepartner Stettin-Kreuzberg/Friedrichshain

Polnischer Sozialrat e.V.
Oranienstraße 34
10999 Berlin
Tel.: 0049 30 / 6151717
Fax: 0049 30 / 61659288
email: polskarada@polskarada.de
Öffnungszeiten:
Montag, Dienstag, Donnerstag, Freitag
10.00 – 16.00

patronat-chlopaki

“Wir gehen zum Bowling” / Idziemy na kręgle
Unsere polnische Patin, Iwona, mit den syrischen Jungs aus einem der Flüchtlingswohnheime von AWO / Iwona, polska wolontariuszka, z syryjskimi chłopakami z jednego ze schronisk prowadzonych w Berlinie przez AWO (Arbeiterwohlfahrt)

***

Und noch eine kleine Bemerkung:

Swedes in Warsaw

Anna Dobrzyńska

Treasures in Vistula

During the 17 century Warsaw was occupied by Swedish army. In this time there was a process of taking away the works of art from Warsaw to Sweden. Intensity of this process increased at the moment of pulling the army back from Poland. Swedish soldiers were loading the masterpieces to the barges so much, and so quickly – that very often they were overloaded… and sinking.

When Warsaw was liberated from Swedish army, Poles interested in treasures in the bottom of Vistula for the first time. But – after war – Warsaw was exhausted  and had a lot of  difficulties to overcome, so they stopped searching. And until the 20 century nobody remembered the treasures in Vistula.

And just before the I world war the men, who were taking away the sand from the bottom of the river, discovered an amazing archeological find. Among the sand there were parts of architectural elements, garden sculptures, columns and capitals – and very famous dolphin made of marble (!). This dolphin was a part of a garden fountain from the summer royal residence of Waza dynasty – Villa Regia. At present this palace is called Kazimierzowski Palace and it is one of the buildings of Warsaw University. In the past – there was a sculpture of a little boy who was sitting on the dolphin. And why do we know that? Because this dolphin is mentioned in the 17th century‘s guide book. The author – Adam Jastrzębski – described it as a “strange kind of a fish with a cruel muzzle”.

vistula1

The copy of the famous dolphin of marble in the Royal Castle garden.
The original sculpture is stored  in Museum of Warsaw.
Photo by Anna Dobrzyńska

In those time they took out about 100 historical objects. But not everybody were happy because of this discovery. The imperial Russian authorities regarded this fact as unnecessary interest of Polish history. And when the eagle relief was found at the bottom – they forbidden the searching continuation.  The treasures were hidden in “Zachęta” National Gallery of Art and until 1936 nobody remembered about them. In this year in independent Poland the Museum of Warsaw came into existence and the exhibits were deposited there. The other precious objects were delivered by inhabitants of Warsaw who were encouraged to this action by newspapers.

vistula2

The search organisers, Dr Hubert Kowalski, Dr Justyna Jasiewicz and Marcin Jamkowski with the emblem of Waza dynasty. Photo by Marzena Hmielewicz. 
http://www.polskieradio.pl/7/179/Artykul/1504487,Skarby-odzyskane-ze-szwedzkiego-potopu

When – in 2009 – young scientists of the Polish Science Academy took up a challenge of bottom research, nobody believed in their success. People though the treasures had been moved very far away or were covered by a thick layer of sand. However – using the special equipment – they managed to took out precious discovery. After renovation, treasures were deposited in Museum of Warsaw.

So, the treasures came back again to Warsaw after – 350 years of getting soaked in Vistula…

vistula3

A part of the “Swedish treasure” at Vistula bottom. Photo by PAP/Tomasz Gzel 
http://www.polskieradio.pl/7/129/Artykul/688320,Skarby-z-dna-krolowej-polskich-rzek

 

Z archiwów rodzinnych

Andrzej Rejman

Z Kresów po żonę na Węgry

3_z_lewej_Konstanty_Boleslaw_Zygmunt_Hrebniccy_Ostrog_n_Major Bolesław Doktorowicz-Hrebnicki

Wuj Boleś, czyli Bolesław Doktorowicz-Hrebnicki, (herbu Ostoja) stryjeczny brat mojego dziadka był postacią barwną, o ciekawym życiorysie, a z dzieciństwa najlepiej pamiętam jego żonę, Wegierkę, Ciocię Etelkę, która czasem nas odwiedzała w Warszawie.

Swą przyszłą żonę wuj Boleś poznał w czasie przymusowego pobytu na Węgrzech jako internowany żołnierz kampanii wrześniowej.

Bolesław Doktowicz-Hrebnicki z braćmi, z lewej Konstanty, Boleslaw, Zygmunt Hrebniccy Ostróg n Horyniem, ok 1900 (ze zbiorów A. Rejmana)

2_Boleslaw_Doktorowicz_Hrebnicki_z_zona_Etelka_WegierkaBolesław Doktorowicz-Hrebnicki ze swoją “węgierską” żoną Etelką, przed swoją kancelarią adwokacką w Legnicy (ul Piastowska, lata wczesne 50)

Poniżej: Bolesław Doktorowicz-Hrebnicki w mundurze majora WP

 

 

 

1_Boleslaw_Doktorowicz_Hrebnicki_major_WP

 

 

Z pobytu Bolesława Doktorowicz-Hrebnickiego na Węgrzech zachowało się kilka ciekawych dokumentów, między innymi protokół z pojedynku w którym brał udział – “Protokół spisany dnia 10 lipca 1942 roku z obozu internowanych oficerów w Zalaber w sprawie honorowej pp mjr K.S. Doktorowicz-Hrebnickiego Bolesława i kpt int Olasza Oswalda przeciw p. por. Małaszyńskiemu Bolesławowi.

Dalej czytamy, że chodziło o “nadmierne procenty od pożyczonej kwoty pieniężnej…” itd.

W konkluzji wspomnianego protokołu stwierdza się, że sprawę uznaje się za załatwioną, bo zarzut był bezpodstawny, itd, itp – tu dłuższy wywód.

Zaciekawił mnie skrót O.S.H. – to pewnie jakiś sąd honorowy – tak! Oficerskie Sądy Honorowe – czytam…:

Oficerskie sądy honorowe – orzekały w sprawie zatargów, nieporozumień i kolizji na tle dotyczącym honoru i godności oficerów Wojska Polskiego. Sędziowie OSH orzekali na podstawie oficerskich statutów honorowych i własnego sumienia. Członkowie składów orzekających byli wybierani samorządnie z grona oficerów kilku jednostek. Zazwyczaj byli to oficerowie cieszący się szczególnym zaufaniem i szacunkiem, lub po prostu najwyższym stopniem. Orzeczenia OSH były wiążące dla organów władzy wojskowej. Istotą kar orzekanych przez OSH było uderzenie w poczucie godności oficera…

…Oficer ukarany surową naganą w ciągu 14 dni od jej ogłoszenia nie miał prawa uczęszczać do kasyna i utrzymywać kontaktów towarzyskich. Kara wykluczenia z korpusu oficerskiego wymagała dla ważności zatwierdzenia przez Prezydenta Rzeczypospolitej, co stanowiło zaprzeczenie niezależności Oficerskich Sądów Honorowych. Pomimo to karę tę stosowano relatywnie często. Wykluczonego oficera usuwano z wojskowej służby zawodowej i uważano za honorowo zdyskwalifikowanego. Tracił on również wszystkie stopnie oficerskie oraz prawa emerytalne. W 1921 przeprowadzono 674 rozprawy, w 1923 r. wykluczono z korpusu oficerskiego 106 oficerów, a w pierwszym półroczu 1926 13 oficerów. W latach 1928-1929 OSH przeprowadziły ponad 400 rozpraw. Od orzeczenia OSH skazany oficer mógł wnieść odwołanie. Uczestniczenie w orzekaniu w Oficerskich Sądach Honorowych i kierowanie do nich spraw i donosów cieszyło się sporą popularnością wśród oficerów na co zwracano uwagę nawet w oficjalnych rozkazach Sztabu Generalnego. Wybory do kompletów orzekających odbywały się w każdym sądzie corocznie. (Wikipedia)

Ciekawy jest życiorys wuja Bolesia, przez niego samego napisany, który mam w maszynopisie: (zapis oryginalny, bez korekt)

Urodziłem się dnia 26.III.1883 roku w Mogilnie, pow. Łask, województwo łódzkie.

Ojciec mój był inżynierem leśnym i zajmował wówczas stanowisko leśniczego w tejże miejscowości (ojciec Bolesława – Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki był bratem mojego pradziadka Adama, przyp. mój).

W roku 1894 wstąpiłem do gimnazjum w Ostrogu na Wołyniu, (Ostróg nad Horyniem, przyp. mój) które ukończyłem w 1903 roku. Po ukończeniu gimnazjum wstąpiłem na Uniwersytet Warszawski, wydział fizyko-matematyczny.

W 1904 przeniosłem się na uniwersytet wówczas jeszcze petersburski, na którym studiowałem języki wschodnie, a jednocześnie jeszcze i prawo. Świadectwa o ukończeniu otrzymałem w latach 1909 i 1911, kiedy to zostałem zobowiązany do odbycia obowiązkowej służby wojskowej. Służbę ukończyłem w 1912 i wstąpiłem na jeden rok do Liceum Prawniczego w Jarosławlu nad Wołgą. Dyplom uzyskałem w roku 1914.

W chwili wybuchu wojny powołano mnie do wojska, gdzie służąc w różnych formacjach walczyłem przeciw Niemcom i zostałem zdemobilizowany po ukończeniu wojny.

W roku 1918 zostałem przyjęty w charakterze aplikanta sądowego w Kijowskim Sądzie Apelacyjnym. W końcu 1919 roku wróciłem do Polski i od roku 1920 byłem w Wojskowym Sądzie Okręgowym w Warszawie, zajmując różne stanowiska aż do roku 1930, kiedy to zostałem przeniesiony w stan spoczynku w stopniu majora.

W latach 1931-32 byłem w wydziale prawnym Dyrekcji Funduszu Bezrobocia w Warszawie. W 1933-34 byłem mianowany burmistrzem miasta Zaleszczyk. Po przeprowadzeniu wyborów burmistrza przeniosłem się do Ostroga na Wołyniu, gdzie otworzyłem w 1936 roku kancelarię adwokacką. W 1939 zostałem powołany do czynnej służby wojskowej do Wojskowego Sądu Okręgowego nr 2 w Lublinie. Cofając się pod naporem Niemców przekroczyłem granicę Węgier i zostałem tam internowany. Do Kraju wróciłem w sierpniu 1945 roku i wstąpiłem do sądownictwa powszechnego, na stanowisko sędziego okręgowego w Legnicy.

W 1949 zostałem przeniesiony w stan spoczynku wobec wysługi lat.

W maju (tego roku przyp. mój) wpisałem się na listę adwokatów Okręgu Apelacyjnego we Wrocławiu z siedzibą kancelarii w Lubinie Legnickim. Praktyką adwokacką zajmuję się do chwili obecnej, należąc od 1.1 1953r. do Zespołu Adwokackiego nr 1 w Legnicy.

Do partyj politycznych nigdy nie należałem i nie należę.

Legnica, dn. 25.9.1953 r.

Nie mam niestety dokładnej daty śmierci wuja Bolesia, ale postaram się to uzupełnić.

Czytając ten życiorys pomyślałem, że nie lada to musiało być wyzwanie dla bezpartyjnego adwokata, wojskowego w stopniu majora, funkcjonować w tamtych czasach największego terroru stalinowskiego w Polsce, na tzw. Ziemiach Odzyskanych…

Na koniec jeszcze ciekawy dokument z 13 września 1939 roku – Zezwolenie na udanie się w ważnych sprawach osobistych do Ostroga n/ Horyniem – dla mjr Bolesława Doktorowicz-Hrebnickiego, sędziemu orzekającemu wydane przez Wojskowy Sąd Okręgowy nr II na Ewakuacji w Równem – przepustka ważna dwa dni.

4_zezwolenie_dla_Bolesia_Hrebnickiego_na_udanie_sie_do_O

Poniżej: Bolesław Hrebnicki w mundurze z rodziną Hrebnickich przed wojną, trzecia z lewej moja mama Julia

5.Boleslaw_Hrebnicki_w_mundurze_z_rodzina_Hrebnickich_pr

c.d.n.

Reblog: Lodzermenschen

Wojciech Drozdek

“Czuli się Niemcami, albo Polakami z niemieckim rodowodem…”

Jest 25 stycznia 1945 roku.
Od sześciu dni w Łodzi rządzą Sowieci…
Otwarcie mówi się o zemście Polaków za pięć lat okupacji, za spalonych żywcem więźniów Radogoszcza… Opustoszałe, getto, porzucone niemieckie fabryki, pałace, mieszkania… Okradane przez wszystkich: Rosjan i Polaków, maruderów, lumpenproletariat i bałuckie żulstwo… To właśnie w Łodzi, a nie na tzw. „ziemiach odzyskanych” narodził się powojenny polski szabrownik.
Nakręcana przez komunistyczna propagandę nagonka na pozostałych w mieście Niemców pracuje na najwyższych obrotach.

12606771_10206014051891902_248949310_nW pałacu fabrykanta Biedermanna leżą zwłoki trzech osób. Mężczyzna (mówiono, że w mundurze przedwojennej Polskiej Armii) oraz dwie kobiety. Obok kartka: “Zabiłem strzałami z rewolweru żonę i córkę. Pochowajcie nas w ogrodzie. Nie rabować naszego prywatnego majątku w mieszkaniu, a podzielić sprawiedliwie – B. Biedermann.”
Niemieckie miał korzenie. Walczył w armii carskiej, później – gdy Polska wybiła się na niepodległość – w Polskiej przeciwko bolszewikom. Tak, podpisał „volkslistę”, by ratować fabrykę i rodzinę, ale niemieccy robotnicy do końca donoszą na niego do gestapo. Córka Li współpracuje z AK, dwukrotnie aresztowana…

Pięć lat wcześniej…
Noc z 12 na 13 grudnia 1939 roku. Łódź nazywa się teraz Lodsch – za trzy miesiące zmieni nazwę na Litzmannstadt.
W willi fabrykanta Geyera agenci gestapo zabijają dwóch mężczyzn: Roberta – wnuka założyciela dynastii „Królów bawełny” i jego siostrzeńca Guido…

Kim byli ci Biedermannowie… Geyerowie… Poznańscy… Grohlmannowie… Scheiblerowie… Johnscherowie… Majewscy?

biedermann-fabrykaPolacy niemieckiego pochodzenia czy raczej Niemcy z “rajchu” – „Reichsdeutsche” – jak sobie życzyła nazistowska propaganda? A może Żydzi rosyjscy..? Polacy z dziada pradziada – niegdysiejsi idealiści – później bezwzględni wyzyskiwacze? Protestanci, starozakonni, katolicy… prawosławni?
Nazywano ich Królami Bawełny, kapitalistycznymi krwiopijcami. Fortuny zbić mieli, bo sprzedali swe dusze diabłu… i carowi…

dzisuniwersytet

Pałac Biedermannów /stan dzisiejszy, siedziba Uniwersytetu Łódzkiego

Przybysze ze wszystkich stron Europy – najczęściej z Niemiec. Tygiel narodów i kultur…
Widziano w nich także dobroczyńców i filantropów. Przede wszystkim tych, którzy dali pracę, dach nad głową, podstawową opiekę lekarską, nierzadko szansę na społeczny awans…
Fabrykanci, inżynierowie, działacze społeczni, lekarze, mecenasi sztuki: mówiąc krótko Lodzermenschen.
Ilu z nich zapłaciło życiem za przyznanie się do polskości – ilu ponieważ nie wyrzekli się niemieckich czy żydowskich korzeni?

I o tym też warto pamiętać w przededniu tej smutnej rocznicy.

cytat oraz fotografie pochodzą z: http://baedekerlodz.blogspot.de/2014/11/biedermannowie-historia-rodziny-ifabryki.html

O tych świętach

Ewa Maria Slaska

… po raz ostatni – znaczki i pocztówki

Okazuje się, że to jednak nie wpis Zbyszka sprzed dwóch dni był ostatni w blogowym cyklu postów przedświątecznych, świątecznych i poświątecznych. Zaczęliśmy wraz z początkiem adwentu wpisem Jany o świetle, kończymy wraz z odchodzącym Koziorożcem. Kończę ja i to późno, ale dopiero teraz, jako zwieńczenie zimowej serii prezentów, przyjechała torba darów z Gdańska, a wśród nich… 

ostrepocztowki1

Na zdjęciu WSZYSTKIE moje świąteczne życzenia, jakie otrzymałam w formie papierowej. Mailowo przyszła cała masa kartek, niekiedy bardzo kunsztownych i dowcipnych. Tylko że trochę mi smutno. Znam bliżej ze sto osób, na Facebooku “przyjaźnię się” z kilkuset ludźmi, niektórych na oczy nie widziałam, o niektórych nawet nie wiem, kim są i jak to się stało, że znaleźli się na liście znajomych, ale nic to, bo ja nie o tym…

Trochę mi smutno, bo mało tej poczty świątecznej. Ile się kiedyś tych kartek pisało, ile dostawało! Te biedne szaroniebieskoburoczerwonawe kartki z PRL-u. I w przeciwieństwie do nich ta orgia barw i pomysłowości nadchodząca stamtąd! Mama miała całe pudło pełne kolorowych pocztówek świątecznych ze świata. Jedna była taka piękna, cała srebrna… Anglosasi obwieszali świątecznymi kartkami pokoje, mieszkania i domy…

Nie skarżę się, czasy się zmieniły, ja sama zresztą nie wysłałam żadnej kartki, nie mogę więc narzekać, że mało mi się dostało.

Ale za to w tej mojej maleńkiej kolekcji każda kartka i namiastka kartki mają swoją specjalną historię.

Zdjęcie danieli w ośnieżonym krajobrazie przyszło od Zuzi czyli osoby, którą znam jedynie z FB. W realu Zuzia jest znajomą mojej siostry, ale wydaje mi się, że nigdy się nie spotkałyśmy. Zuzanna ma zawsze cudne pomysły. Kiedyś pisała na FB o pierwszej w Gdańsku pralni ekologicznej, kiedyś wzięły z przyjaciółkami udział w akcji Restaurant Day, co oznacza zrobienie restauracji albo kawiarni na jeden dzień, i zorganizowały w ogródku kawiarenkę z domowymi wypiekami. W grudniu ubiegłego roku Zuzia ogłosiła, że wystarczy podać adres, a ona przyśle człowiekowi prawdziwą kartkę świąteczną. No więc oczywiście podałam, a potem przyszły sarenki, pardon, to są daniele, a wewnątrz napisane piórem skierowane osobiście do mnie życzenia, a wszystko w kopercie ze znaczkiem. No naprawdę, Zuzanno, jesteś zachwycająca!

Obok daniela od Zuzi leżą maki, obraz namalowany przez “Annę Szcześniak, malarkę ziemi łowickiej.” Kartkę nadesłał nasz autor, Andrzej Rejman, odpowiadając na prośbę, żeby przysyłać mi listy ze znaczkami z Bartoszewskim… Przez długi czas wydawało mi się, że to jedyne znaczki z profesorem, jakie dostanę. Bo nawet Julita i Kasia, które – jak przystało na autorki wspólnej książki – przysłały mi wspólną kartkę (to ta ze złotymi świeczkami), napisały wprawdzie, że na kopercie będą wyczekiwane znaczki, ale na kopercie były śliczne znaczki świąteczne. Jednakże… ale nie uprzedzajmy wypadków, jak mawiają autorzy groszowych powieści.

ostrepocztowki2

Bo najpierw jeszcze przyszła kartka od rodziny, która spędzała grudniowy urlop na Teneryfie. Widokówka przedstawia słynny plac z Bazyliką i Królewskim Sanktuarium Maryjnym Matki Bożej z Candelarii (Candelaria to stolica Teneryfy) oraz brązowe (to znaczy z brązu) rzeźby dziewięciu legendarnych przywódców plemion Guanczów, tubylczej ludności mieszkającej na Wyspach Kanaryjskich przed przybyciem Hiszpanów. Na odwrocie zaś Młody wymalował siebie, mamę, tatę, pana serce i drogę jaką będzie musiała pokonać kartka na trasie z Candelarii do Berlina.

ostrepocztowki1

Pocztówka dotarła przed samymi świętami, gdy rodzina dawno wróciła z wojaży. Już po świętach doszła błękitna kartka, którą przysłała Wandzia. Wzruszyłam się i pomyślałam, że jestem jednak straszną świnią, że sama nie napisałam ani jednej kartki. Zwłaszcza, że w liście był też opłatek.

Niebieski pasek z dwoma portrecikami to wprawdzie nie kartka świąteczna, lecz opakowanie prezentu gwiazdkowego – ci dwaj na portretach to Goethe i Schiller, niemiecka zbitka pojęciowa odpowiadająca polskiej parze – Mickiewicz i Słowacki. W rodzinie zawsze opowiadało się o jakichś dwóch rzeźbach z przedwojennego warszawskiego mieszkania na ulicy Zgoda w Warszawie. Było to “dwóch gipsowych Mickiewiczów, z których jeden okazał się Słowackim”. No a tu Schiller i Goethe jako… pieprzniczka i solniczka! Stoją zresztą obok. Dawno się tak nie ubawiłam!

Nieco nijaka w wyrazie, ale niezwykła, jasnobrązowa kartka pocztowa z czarną gałązką choinki przyszła z Bremy, od koleżanki pracującej w archiwum Instytutu Badań Europy Wschodniej (Forschungsstelle Osteuropa) – przygotowują właśnie wystawę o sowieckiej propagandzie z czasu wojny. Ta wydrukowana niemiecką szwabachą sowiecka kartka świąteczna z roku 1942 ma na dole napis po niemiecku i po rosyjsku: Gilt als Passierschein durch die Front / Служит пропycком через фронт / Służy jako przepustka na froncie.

No i ostatnia przesyłka świąteczna, która, jak już pisałam, dotarła prawie miesiąc później – pocztówka mojego szwagra, Jacka Krenza i owe znaczki z Bartoszewskim. Zastanawiam się, jak nazywa się taki arkusik znaczków (nazywa się arkusik), zaglądam do katalogu znaczków polskich od roku 1860 do dziś i czytam, że znaczek został wydany pod tytułem “Warto być przyzwoitym”, a w arkusiku znajduje się “9 znaczków 4658 w układzie 3×3, ozdobne marginesy”.  Znajduję jeszcze informację, że nakład wynosił 300 tysięcy sztuk.

I wreszcie na zakończenie kartka pocztowa wykonana przez Jacka Krenza. Choinka zbudowana z ptaszków, ptaszki mają zielone skrzydła – to gałązki iglaka. Natomiast ozdoby choinkowe to słynne zabytki architektury. Oglądamy kartkę podczas rodzinnego śniadania i z przykrością stwierdzamy, że z wiedzy o architekturze jesteśmy “cienkie bolki” – rozpoznajemy zaledwie kaplicę Le Corbusiera w Ronchamp. Ale reszta… Arkady na dole po prawej to być może Florencja, Loggia dei Lanzi, pień drzewa to być może wieża w Dubaju, ale jedno jest pewne, Mikołaj odchodzi poza krawędź kartki.
Święta się skończyły.

PS: Na moje dociekliwe pytania w stylu Wiecha Wiecheckiego, co my tu widzim na załączonym obrazku, Autor odpowiedział, że tak konkretnie to tylko kaplica Le Corbusiera, a reszta to licencja poetica.
Aha…

Zemsta operatora

Nadesłała Maryna Over, której z kolei przysłała ten film na Facebooka nieznana mi bliżej Agata Chałupnik.

Maryna napisała: Animowany melodramat Władysława Starewicza z 1912 roku o uczłowieczonych chrabąszczach. Rewelacja. Scena w kabarecie i przejażdżki autem do Hotel d’Amour… i …ach, obejrzyjcie koniecznie

Dziękuję

В.Старевич – Месть кинематографического оператора (1912)

26 апреля 1912 года вышел первый в мире объемный мультипликационный фильм “Прекрасная Люканида” Владислава Старевича. Мультфильм также известен под названиями “Война усачей с рогачами” и “Куртизанка на троне”. Фильм пользовался бешеным успехом у российских и зарубежных зрителей до середины 20-х годов. Покадровая техника кукольной мультипликации была тогда совершенно неизвестна, поэтому во многих отзывах сквозило изумление тем, каких невероятных вещей можно добиться дрессировкой от насекомых.

Вашему вниманию представлена следующая его работа – “Месть кинематографического оператора”.

Władysław Starewicz (ur. 8 sierpnia 1882 w Moskwie, zm. 26 lutego 1965 w Fontenay-sous-Bois) – rosyjski filmowiec narodowości polskiej, twórca i pionier filmów animowanych, twórca pierwszego w historii filmu lalkowego. Tego właśnie…

Ojcem Władysława był Aleksander Starewicz mieszkający w Sumiliszkach niedaleko Kiejdan, a matką Antonina Legęcka z Kowna. Oboje rodzice pochodzili z polskiej szlachty. Ojciec po powstaniu styczniowym ukrywał się na Litwie. Po śmierci matki czteroletni Władysław został oddany na wychowanie do babki mieszkającej w Kownie, gdzie spędził dzieciństwo i młodość. Później ukończył Gimnazjum w Dorpacie. Chłopiec już w młodości zaczął uprawiać malarstwo, rysunek i fotografię. Doskonalił karykaturę, zyskując coraz większą popularność jako satyryk. Jego główną pasją było jednak kolekcjonowanie i preparowanie owadów. Właśnie zamiłowaniu do entomologii zawdzięczał w dużym stopniu swoją karierę.

W czerwcu 1910 w Kownie, w swojej małej, domowej pracowni, Starewicz dokonał oryginalnego eksperymentu. Zafascynowany różnorodnością i bogactwem form i kształtów świata owadów postanowił najciekawsze i najwspanialsze okazy filmować. Wybór padł na unikalne [Jelonkowate|jelonki]], mieszkańców puszczy litewskiej, których zwyczajami interesował się od dawna. Oto, jak sam opisał to wydarzenie:

“Kiedy próbowałem sfilmować walkę żywych żuków jelonków o samicę, okazało się, że po zapaleniu reflektorów zamierały one w bezruchu. Wpadłem, więc na pomysł, aby uśpić moich rycerzy. Oddzieliłem ich kończyny i rogi od tułowia, potem z powrotem umieściłem je na właściwym miejscu przy pomocy cieniutkich drucików. Tak spreparowane lalki z uśpionych żuków ubrałem w kostiumy, buty z cholewami, dałem do ręki rapiery.”

Walkę samców o siedzącą samicę filmował Starewicz na tle stylizowanej dekoracji, dzieląc ruch na poszczególne fazy i wykonując zdjęcia klatka po klatce. Po obejrzeniu na ekranie wywołanych zdjęć, miał zawołać:

“Ruszają się, ruszają jak żywe! Co za fantastyczne tworzywo, zdolne kreować cuda!”

Dalej