Petardy na Sylwestra

Julita Bielak

Średni odświętny film

Osoby:

ELEANOR C.
ZAJAC
SZEF
CZARNA LUNA
DZIADEK
CIOTECZKA
BABCIA
MŁODY
STARSZY
MIESZANINY OBYCZAJOWE

HCartierBresson

„Sceneria przedstawia domostwo – na pół pałac, na pół dwór – wzniesione prawdopodobnie w XVIII wieku dla byłej kochanki jakiegoś arystokraty. Nie wiem zresztą dokładnie. W każdym razie dom jest ani zbyt mały, ani zbyt duży. Jest tam także stary, nieco zaniedbany park /…/”.
Mógłby być taki, jak w „Szeptach i krzykach” Ingmara Bergmana. Ale to zupełnie inny dom, zwyczajny, w mokrym od deszczu ogrodzie. Pokój na parterze wypełnia gwar, ktoś wchodzi, wychodzi, łagodny blask kominka oświetla oszczędnie przystrojoną choinkę. Z kanapy dobiega donośny głos Babci.

JChełmońskZimaBABCIA: Kot i pies, najlepsi zwierzęcy przyjaciele człowieka. Nikt cię tak wylewnie nie przywita, jak pies, ma swój rozum. Kot zbyt ceni niewygasłą w nim iskrę swobody, niezależności. Nie będzie się hołdowniczo czołgał u stóp.
ZAJĄC: Mają wrażliwość podobną do naszej, tę pochodzącą od całej powierzchni skóry. Owcy nie udomowisz, skoro wrażenia odbiera tylko przez wargi i stopy. W rezultacie otrzymuje bardzo mało dokładnych informacji z większej części powierzchni ciała. Kot lubi, aby go głaskać, ale do połaskotania świni potrzebny jest twardy, drapiący patyk. Dlatego zapewne psy i koty mogą się z nami bawić, a my z nimi bez, teoretycznie, wyrządzania sobie krzywdy.

Sylwester4Milknie na widok nagle pojawiającego się Szefa.

SZEF: (stanowczo) Kto ziemniaki, kto kaszę, kto ryż do kaczki? Macie minutę.
ELEANOR: Ja nie jem.
CIOTECZKA: Jaka kasza?
CZARNA LUNA: Bawmy się!
SZEF: (wychodzi) Czas minął.
ZAJĄC: Przechowujesz takie rzeczy? Stare zaproszenie na Noc Sylwestrową?

Sylwester1
CIOTECZKA: Przypadek. Miłe wspomnienie albo niespełnione marzenie o kuligu, powitaniu nowego roku hen, gdzieś daleko, w ciszy, w głuszy. Bo nie o polowaniu przecie. Nie o Sylwestrze w Paryżu, kiedyś, jak wieża Eiffla, szczycie marzeń. Od tragicznych wydarzeń miastem inaczej kojarzonym, żal.
MIESZANINY OBYCZAJOWE: Na Podolu lasów mało, toteż przeważały polowania na polach w kotłach. Zwykle na łagodnym zboczu. Spod małego grabowego lasku – ku niskim łąkowm na dole. Myśliwych ustawiano plecami do zagajnika, a frontem ku pochyłości. Od dołu, od potoku w łąkach, posuwała się powoli ku górze szerokim koliskiem nagonka. Na znak leśniczego zaczynała stukać patykami w blaszane puszki po konserwach i klaskać w ręce, gdy brakło puszek. Nachyleni do przodu, zaganiali przed sobą zwierzynę. Przeważnie zające. Rzadziej trafił się lis, prawie nigdy – dzik czy sarna.

Sylwester3
DZIADEK: (z kanapy) Piękna karta historii naszego kraju, z pogranicznego tygla narodowościowego. Tradycja, echo. A wiecie, że tylko z przyzwyczajenia mówimy o orle w godle? Ustawa precyzuje, co jest godłem Polski, a co nie. Mówi o wizerunku orła białego ze złotą koroną na głowie. Białych orłów nie ma, niebieskich również. Pierwowzorem naszego orła jest bielik i żaden z niego orzeł a myszołów.
SZEF: (sprawdza) Niemożliwe. A jadnak. Jastrzębiowaty, też dobrze.
BABCIA: Pytanie, czy bielik ma głowę. Łebek ma przecie.
CZARNA LUNA: Kto się ze mną bawi?
ZAJĄC: Karmicie ptaki? Jest dość ciepło, lekka zima.
BABCIA: Tak, orzechami i pszenicą. Przylatują, to nasze ptaki.

Wchodzi Młody, wszyscy siadają do stołu. Czarna Luna zostaje na dywanie pod choinką, sięga po książkę, udaje, że czyta.

MŁODY: Gdzieś była żurawina.
DZIADEK: (zadowolony) Wiesz, że naliczyłem siedemnaście rodzajów sikorek, każda inna.
BABCIA: Jakie siedemnaście? Jedenaście!
SZEF: (nie sprawdził).
CIOTECZKA: (cicho) W Polsce tylko siedem może być: bogatka, modraszka, czubatka, czarnogłówka, sza…
BABCIA: A wiecie, że pierwszego stycznia żaden ptak nie przylatuje, ani jeden. Gdzieś się chowają wystraszone hukiem sztucznych ogni.
ZAJĄC: O, psy też nie znoszą huku. Reagują lękiem albo histerycznym szczekiem.
CIOTECZKA: (cicho) Jesteś na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.
STARSZY: Bólem, po prostu bólem. Subtelność słuchu psa sprawia, że dźwięki o dużym natężeniu wywołują u niego ból w uszach. Psy rozróżniają dźwięki, zapamiętują powtarzalne, świetnie kojarzą. Dźwięki o różnej tonacji i ostrości są bodźcami przynoszącymi psu różne wiadomości z otaczającego go świata. Reaguje na nie w sposób dla siebie najkorzystniejszy. O ile potrafi nad tym zapanować. Zszokowany hałasem wybuchu sztucznych ogni, który burzą nie jest, nabiera stałego urazu. Lepiej znosi burzę, zna ją z wypraw za miasto, niż huk petardy. Z niczym jej nie utożsamia, nie potrafi ustalić kierunku wystrzałów, gubi się.
SZEF: Czczenie świąt, a zwłaszcza przełomu starego i nowego roku, hałasem znane jest od wieków. Ludzie uważają, że hukiem przepłoszą złe demony starego roku. Genezy bardzo wielu z obecnych zwyczajów sylwestrowo-noworocznych należy szukać w świecie starożytnego Rzymu. Warto też przewertować historię Chin. Wszystko jest smokiem…

drugidzienswiat
DZIADEK: Źródło tej wesołej hecy, w tym sylwestrowo-noworocznego hałasowania, jest więc całkowicie pogańskie.
BABCIA: Wszystko pomieszane, wszystko dla uczczenia, przypomnienia, odpędzenia złych mocy, i pogańskie, i nie: bicie dzwonów kościelnych, huk petard, bicie w bębny…
CIOTECZKA: (cicho) Wielu ludzi nie wie lub zapomina, że w czasach starożytnych tylko kobietom wolno było grać na rytualnych bębnach. Jeśli przyjrzymy się starożytnym malowidłom i wierzeniom, to w nich pełno boginek i kapłanek grających na tamburynach i bębnach.
SZEF: Nie tylko kobietom.

Cioteczka wychodzi na ganek, dłuższą chwilę stoi w ciemności. Ktoś unieruchamia jej stopę.

CZARNA LUNA: Chodź, tu jest moja buda. Pobawmy się, mam parę myszek i niezłą kolekcję kretów.

Wracają do domu.

Sylwester6

ELEANOR: Wystarczyłby odgłos otwieranego szampana, ochłodzonego, elegancko, najlepiej w srebrnym kubełku podanego, nalewanego do wytwornych kieliszków.
DZIADEK: Piwem nie można?
BABCIA: Nie! Piwem nie można.

Trójmiejska obwodnica, auto przedziera się przez gęstą mgłę, rozpryskuje kałuże.

BABCIA: Dobrze jest czasami spotkać się, pogadać. Życzyć sobie wszystkiego najlepszego.
DZIADEK: Kochajmy się. Od święta, i w zwykłe dni. Po prostu.

Reblogi czyli opowiadania o uchodźcach

polityka okladkaTak to jest… Nam Christmas… Im monotonia bytowania w schronisku. Chociaż różnie bywa. Syryjczycy z Oławy nagrali kolędę. Śpiewają po polsku i po arabsku…

Die Flüchtlinge aus Syrien in Ohlau (Niederschlesien) singen Weihnachtslieder in Polnisch und Arabisch

Gazeta Wyborcza

Sześć krakowskich rodzin przyjęło na święta syryjskich uchodźców

28 grudnia 2015

Łukasz Grzesiczak

Ośmioro syryjskich uchodźców z obozu w Be rlinie spędziło święta w Krakowie. Przyjęło ich sześć rodzin. To spontaniczna akcja, którą przy pomocy mediów społecznościowych zorganizowała krakowianka Hania Hakiel.

Hania Hakiel pochodzi z Krakowa, ale od pięciu lat mieszka w Berlinie. – W pewnym momencie zobaczyłam, że uchodźcy to moi sąsiedzi. W Polsce obserwowałam niechęć wobec idei przyjmowania uchodźców i mnóstwo negatywnych stereotypów na ich temat, dlatego poczułam coś w rodzaju poruszenia serca. Postanowiłam ich poznać, zobaczyć, co mogę i chcę dla nich zrobić. Zaczęłam chodzić do obozów dla uchodźców, rozmawiać z nimi, bawić się z dziećmi, rysować, zawiązałam pierwsze przyjaźnie – wspomina.

Dalej

***
Jak to miło!  Znam Hanię Hakiel niejako wirtualnie, przysłała do nas do schroniska wspaniałą grupę teatralną… w Nowym Roku mamy zamiar wspólnie działać dalej…

Polityka

Uchodźcy przyspieszą rozwój niemieckiej gospodarki

Niemcy zdecydowanie chętniej niż inne kraje Unii Europejskiej przyjmują uchodźców. Nie wynika to jednak z empatii dla pokrzywdzonych, ani nawet z poczucia winy za minione grzechy.

W 2013 roku Niemcy zdali sobie sprawę, że jest ich o dwa miliony mniej niż do tej pory myśleli – 80 milionów, o 2 mln mniej niż powszechnie sądzono. Prognozy są na dodatek kiepskie. Spodziewać się można, że do połowy obecnego stulecia ich liczba spadnie poniżej 69 milionów. Gdyby się to potwierdziło Niemcy utraciłyby tytuł największej gospodarki europejskiej na rzecz Wielkiej Brytanii. Trudno sobie wyobrazić bardziej namacalny dowód na kryzys demograficzny w ciągle największym kraju UE. Dlatego właśnie obecny europejski kryzys imigracyjny bywa w samych Niemczech postrzegany jako szansa dla trapionego niżem demograficznych kraju.

Niemcy są jednak zbyt poważną nacją aby podejmować jakąkolwiek decyzję bez uprzedniego dokonania rachunku zysków i strat, w tym i odpowiedzi na pytanie czy gospodarka niemiecka poradzi sobie z dużym napływem ludności obcej. Optymiści sugerują, że nie można było sobie wyobrazić lepszego niż obecnie okresu do stawienia czoła kryzysowi imigracyjnemu.

Przyczyny historyczne

Wielu Niemców otwartych jest na pomoc imigrantom z czysto humanitarnych powodów. Postawa rządu Niemiec jest już jednak bardziej złożona. Już pięćdziesiąt lat temu było jasne, że jedynie imigranci mogą zaradzić wielu kłopotom trapiącym ówczesną gospodarkę niemiecką. Wśród nich była m.in. nierównowaga płciowa w latach powojennych. Skoro wielu Niemców zginęło na froncie i brakowało rąk do pracy (zwłaszcza tej, która była poza zasięgiem kobiet), siłę roboczą należało importować.

Teza ta nie została nigdy formalnie postawiona, ale wiele przemawiają za nią wypowiedziane w 2008 r. słowa niedawno zmarłego byłego kanclerza Helmuta Schmidta w wywiadzie-rzeka udzielonemu Giovanniemu di Lorenzo: Kiedy gospodarka Niemiec Zachodnich nabierała na skutek wygenerowanego przez Ludwiga Erharda cudu gospodarczego rozpędu rodziło się pytanie co dalej. O ile Schmidt postulował podniesienie płac bądź co bądź wymęczonym wpierw wojną a potem odbudową kraju Niemcom, Erhard optował za podtrzymaniem za wszelką cenę niskich kosztów pracy w gospodarce. A do tego potrzebni byli mu imigranci, których napływ hamował przez długi czas roszczenia niemieckich pracowników.

Hamowanie presji płacowej w Niemczech musiało mieć pozytywny wpływ na konkurencyjność gospodarki tego kraju, co w średnim okresie czasu wykazało słuszność koncepcji Erharda. Co ważniejsze, koncepcja Erharda przyczyniła się może i do opóźnionego, ale za to trwalszego procesu bogacenia się Niemiec. Zwróćmy uwagę na to, że inne kraje Europy (zazdroszczące Niemcom silnej marki) nie miały innego wyboru jak zacząć naśladować politykę monetarną Niemiec.

Niższe koszty pracy doprowadziły do sporych nadwyżek handlowych, za sprawą których doszło do gwałtownej aprecjacji marki niemieckiej prowadzącej pośrednio do wzrostu dobrobytu w tym kraju. Jednak Schmidt – gdy już doszedł do władzy w 1974 r. – postanowił wyhamować przypływ imigrantów, których liczbę szacowano już wówczas na ok. 3,5 miliona osób. Schmidt obawiał się o zdolność do asymilacji w niemieckim społeczeństwie. Miał świadomość, że tzw. wyzwanie asymilacyjne przerasta zarówno imigrantów, jak i samych Niemców. Zielone światło dalszemu napływowi ludzi z zewnątrz dało dopiero nadejście ery Helmuta Kohla.

Rachunek ekonomiczny

W ciągu pierwszych 8 miesięcy 2015 roku niemiecką granicę przekroczyło 219171 Syryjczyków. Przybyło ich być może nawet więcej. Jeszcze we wrześniu niemiecki rząd mówił, że wiązać się to będzie z kosztem około 670 euro miesięcznie. Bardziej realistycznie kwestię widzi prof. Marcel Fratzscher, szef niemieckiego instytutu Deutsches Institut für Wirtschaftsforschung, prof. Marcel Fratzscher, który szacuje koszt niemieckiego budżetu z tytułu przyjęcia jednego imigranta na niespełna 12 tysięcy euro rocznie, czyli około 1 tysiąc euro miesięcznie.

Trzymając się tego bardziej realistycznego rachunku i zakładając, że w 2015 r. przybędzie do Niemiec łącznie 800 tysięcy uchodźców, sfinansowanie ich przyjęcia kosztować będzie Niemcy około 10 mld euro rocznie. Fratzscher wychodzi z założenia, że w 2016 r. do Niemiec napłynie dalsza podobna liczba uchodźców, co oznaczać będzie wzrost wydatków o kolejne 10 mld euro, co odpowiadać będzie 0,6 proc. PKB Niemiec.

Jest to duże obciążenie budżetu naszych zachodnich sąsiadów. Fratzscher zaleca jednak patrzenie na tę kwotę przez pryzmat programu nakręcającego koniunkturę w Niemczech. Jego zdaniem jeśli nawet połowa z omawianych tutaj 20 miliardów pójdzie na konsumpcję ze strony uchodźców, to gospodarka niemiecka i tak zyska w postaci wyższego wzrostu PKB. A dokładniej konsumpcja ze strony uchodźców może dołożyć ok 0,3 proc. do całego wzrostu przewidzianego na rok 2016.

Fratzscher nie ogranicza jednak swojej projekcji tylko do roku 2016 i wybiega naprzód aż do roku 2035. Zakłada, że w latach 2017-2020 będzie napływać do Niemiec 400 tysięcy uchodźców rocznie. Z różnych powodów (przede wszystkim chodzi o barierę językową), współczynnik aktywności zawodowej imigrantów będzie niski (na poziomie 20 proc.). Do 2027 r. powinien on jednak wzrosnąć już do 70 proc., a jego efektywność pracy będzie wynosić 67 proc. efektywności przeciętnego Niemca.

Przy takich założeniach w 2020 r. koszt utrzymania przybyłych w latach 2015-2020 do Niemiec 3,2 milionów nowych uchodźców sięgnie 1,2 proc. PKB. W 2020 r. wielu uchodźców powinno już jednak zacząć pracować na siebie. W jego ocenie wygenerują oni już wzrost gospodarki niemieckiej rzędu 0,54 proc. Za sprawą bardzo wysokich kosztów utrzymania tzw. wzrost netto wyniesie jednak nadal minus 0,66 proc. PKB. Sytuacja powinna znacząco poprawić się już w 2025 r. kiedy tzw. zmiana netto PKB będzie już dodatnia i wyniesie 0,8 proc. PKB. A 10 lat później (to jest w 2035 r.) zmiana netto podskoczy nawet do 1,12 proc. PKB.

Optymizm Fratschera bazuje na założeniu dotyczącym struktury wiekowej uchodźców. Z punktu widzenia budżetu Niemiec najlepszym przedziałem wiekowym jest przedział od 25 do 30 lat. Przybysze w tym wieku są już oni ukształtowani zawodowo i nawet w przypadku możliwej przeciągającej się ich integracji z rynkiem pracy będą oni w stanie zapracować na swoją emeryturę. Tak więc ich tzw. obciążenie netto dla budżetu będzie wręcz ujemne.

Na strukturę wieku zwraca uwagę  też prof. Clemens Fuest z Zentrums für Europäische Wirtschaftsforschung (ZEW), który dość sceptycznie podchodzi jednak do wyliczeń Fratschera. Zdaniem Fuesta byłoby wręcz idealnie gdyby wśród uchodźców dominowali inżynierowie z Bagdadu i lekarze z Kabulu. Jest to jednak oczywiście mrzonka. Fuest nie kwestionuje korzyści dla rynku pracy, zwraca jednak uwagę na stronę fiskalną całego przedsięwzięcia, a dokładniej na obciążenie dla niemieckiego podatnika. Wbrew pozorom nie musi to być dla wszystkich w Niemczech oczywiste. Niemcy już w 2012 r. płacili per capita 125 euro za każdego uchodźcę przebywającego w Niemczech. Suma ta może znacząco wzrosnąć w najbliższych latach.

Fuest bazuje swoją ocenę na wyliczeniach prof. Holgera Bonina z 2014 r i które odbiły się w Niemczech szerokim echem. Bonin w swoich badaniach oceniał obciążenia dla niemieckiego podatnika wynikające z tytułu przyjęcia jednego uchodźcy. Ich wysokość zależy od poziomu wykształcenia imigranta. Przy obecnej strukturze wykształcenia imigrantów każdy Niemiec dopłaca do jednego imigranta 125 euro.

Gdyby struktura wykształcenia imigrantów upodobniła się do struktury wykształcenia całej ludności niemieckiej (13 proc. Niemców ma wyższe wykształcenie, 62 proc. ma wykształcenie średnie lub zawodowe, a 16 proc. nie posiada wyuczonego zawodu) dotychczasowe obciążenie przekształciłoby się w korzyść w wysokości 347 euro per capita.

Z najnowszych danych niemieckich wynika, że wśród uchodźców jest nawet 11 proc. osób z wyższym wykształceniem. Czas dzielący od momentu przekroczenia granicy przez uchodźcę z wyższym wykształceniem do momentu jego wejścia na niemiecki rynek pracy może jednak trwać nawet do 15 lat. Nie chodzi tu tylko o opanowanie i tak już bardzo trudnego języka niemieckiego, ale i nostryfikację wszystkich niezbędnych dokumentów.

Czy Niemcy wytrzymają ten okres dostosowawczy? Budżet na 2016 rok, ze względu na spore nadwyżki w 2015 r. pozostanie zrównoważony. W 2017 r. może się już jednak okazać, że przyjęcie fali uchodźców zachwieje równowagą zrównoważonego dotychczas niemieckiego budżet, co wypadnie akurat w roku wyborczym.

Za przyjmowaniem uchodźców optują niemieckie kręgi biznesowe. Wynika to z prostej kalkulacji – w Niemczech będzie brakować rąk do pracy. Gdyby jednak przyjmowane szacunki nie potwierdziły się, koszty okazały się wyższe, a potencjalne zyski niższe, Niemcy mogą ponieść duże koszty polityczne tych kalkulacji. Kosztem tym byłoby wyłonienie się w Niemczech silnej partii o zabarwieniu mocno nacjonalistycznym.

***
Ewa Maria Slaska

Bardzo rozsądny głos w dyskusji, ale… Ale choć lubię wyważoną i rozsądną argumentację, ta nie podoba mi się wcale. Autor patrzy chłodnym okiem i racjonalizuje, dokonuje reinterpretacji ludzkiego gestu kanclerz Merkel i Niemców.  W jego oczach all that jazz to czysty merkantylizm i chłodna kalkulacja.

Nie umiemy czy nie chcemy docenić ludzkich uczuć?

Przecież w samych Niemczech wszyscy się dziwią, jak to się stało, że Angela zdobyła się na taką postawę i przy niej trwa. Wir schaffen es – damy radę stanie się jednym z symboli XXI wieku.

Ale moje obawy, że jest to racjonalizacja przesadzona, a zatem szkodliwa – idą jeszcze dalej, bo oto podświadomie (ufam, że podświadomie) myjemy ręce, a nawet je umywamy. NIE MUSIMY zajmować się uchodźcami, to nie nasza broszka, niech się nimi zajmują ci, którym to przyniesie zyski.

W rozmowach z moimi rodakami usłyszałam już wiele argumentów przeciw uchodźcom, a zwłaszcza przeciw temu, byśmy my jako Polacy musieli ich przyjąć i zapewnić im opiekę.  Wypływały one niekiedy z głębi serca, z przekonań, z systemu wartości, ze światopoglądu, z głupoty, z tchórzostwa. To co tu czytamy, wypływa z analizy ekonomicznej i wydaje mi się jeszcze bardziej niebezpieczne niż głupota. 

Życzenia z okazji przesilenia zimowego

Ryszard Dąbrowski

Okres kiedy noce zaczynają być krótsze a dnie się wydłużają, nazywany jest eufemistycznie świętami Bożego Narodzenia oraz Nowym Rokiem.

Zgodnie z moją ubiegłoroczną deklaracją, żadnych życzeń świątecznych, do końca Waszego lub mojego życia, nigdy więcej już nie będzie.

Niemniej, zgodnie z tą samą deklaracją, będą jedynie życzenia noworoczne.

Tu i teraz na rok 2016.

Czego ja mogę Wam życzyć? Wy sami musicie sobie czegoś życzyć!

A więc życzę Wam, abyście sobie życzyli, abyście byli wiecznie młodymi – jak nie ciałem to duchem, abyście byli  pięknymi, zdrowymi i bogatymi i aby po ewentualnej śmierci abyście trafili do nieba (które nie istnieje).

Życzę Wam także, żebyście sobie życzyli, aby wasi wrogowie, zbrzydli, popadli w nędzę i zachorowali, lub przynajmniej powymierali, a po śmierci aby trafili do piekła (które istnieje).

My sobie życzymy także tego samego i aby w końcu jedna stara …

Żyjcie tak, jakby każdy Wasz kolejny dzień, miałby być tym ostatnim.

Grażyna & Ryszard (już nie Mikołaj)

P.S. Ten miłosny list ilustruję zdjęciem, na którym ja i Дед Мороз popijamy sobie czeskie piwo a z „laptopu” przygrywa nam Жанна Бичевская.

przesilenie

Ponieważ Dziadeczek Mróz jest Rosjaninem i wszyscy odmawiają mu wiz („generalissimus” Putin powoli wraca już do łask i wpuszczany jest ponownie na salony – w Waszyngtonie czy też w jakimś tam innym Paryżu – ale jego paladyni oraz poddani jeszcze nie), dlatego na plażę tę, na której tu siedzimy, dziadeczek przybył nielegalnie, drogą „lotniczą”, czyli saniami ciągniętymi przez jego ukochane reny.

Aby nie dawać CIA, M15, BND, ABW oraz innym służbą żadnych dowodów do rąk, nie zdradzę gdzie to zdjęcie wykonano, a Д. М. „wyfotoszopowałem” z tego zdjęcia.

A więc, czeskim piwem Budweiserem (5% C2H5OH): skål, na zdrowie, за ваше здоровье, na zdravi, cheers , zum Wohl !!!

Czyli reasumując i jak mówią Niemcy: udanego poślizgu w nowy rok…

Biedroń: początki PRL-u były podobne – Kropka nad i

Reblog: Polska PiSu – pełzający autorytaryzm

Wywiad z prezydentem Słupska, Robertem Biedroniem – 23 grudnia 2015 – Kropka na i.

biedron-olejnik

Biedroń: początki PRL-u były podobne – Kropka nad i

– Jako samorządowiec, który mógł korzystać potencjalnie z Trybunału Konstytucyjnego dziś patrzę z przerażeniem na to co dzieje się z TK.

A w komentarzach:

Świetna decyzja Pani Moniki Olejnik, aby zaprosić do swojego programu Pana Roberta Biedronia, który krytykując decyzje polityków, nie opluwa wszystkich i wszystkiego lecz mówi konstruktywnie, merytorycznie i jako politolog z wykształcenia – potrafi oceniać fakty i przewidywać ew. konsekwencje różnych działań. Polacy, posłuchajmy tego Człowieka, wyciągnijmy wnioski.

Wreszcie ktoś z ludzką twarzą, merytorycznymi wypowiedziami, inteligencją urokiem osobistym, piękny świąteczny prezent!!!!

Pan Robert Biedroń, przyszły prezydent Polski!

Dobra analiza, Biedroń wyrasta na lidera lewicy, dużo głębsze te analizy niż Nowackiej a nawet Millera czy Palikota. Biedroń w następnych wyborach do Sejmu marsz, mogą być wcześniej niż przewiduje PiS.

Poezja / Poesie / Poezie

Zdenek Svoboda

Poesie der Weihnacht

Poesie der Weihnacht
Viel Poesie der Weihnacht
Zuviel Poesie der Weihnacht

so daß wir gänzlich vergessen haben:
Ein blaugefrorenes Menschenkind
hat sich in die Hände einer Welt gelegt,
die kalt ist
wie der steinerne
feuchte
Boden des Stalles

Nachdichtung aus dem Tschechischen von Joachim Dachsel

***
Kazimiera Iłłakowiczówna

Eiapopeia

In einem Kleid, wie Wasser so blau,
durch ödes, froststarres Gelände
geht im Mondlicht Unsere Liebe Frau
und ringt und ringt die Hände.

Unterm Winterhimmel auf kahlen Wiesen
drehn flinke Winde sich barfuß im Kreis;
von Geschossen, von Feuerkugeln fielen
Kirchen und Kreuzen reihenweis.

Sie hat es gebettet unter der Schleh,
sie machte ihm eine Wiege aus Schnee.
Eiapopeia, Jesus mein…
Dem Graben hat sie es anvertraut
zwischen leeren Stauden und dürrem Kraut.
Eiapopeia, Kindelein…

Grabhügel wölben sich auf den Feldern
wie kleine Särge überall.
Die Dörfer brannten, den Himmelskönig
schützt nicht einmal ein ärmlicher Stall!

Sie hat es gebettet unter der Schleh,
sie machte ihm eine Wiege aus Schnee.
Eiapopeia, Jesus mein…
Den Winden hat sie es anvertraut
auf dem Schneekissen dort im dürren Kraut.
Eiapopeia, Kindelein…

In einem Kleid, wie Wasser so blau,
durch ödes, froststarres Gelände
geht sorgenschwer Unsere Liebe Frau
und ringt und ringt die Hände.

Nachdichtung aus dem Polnischen von Annemarie Bostroem

***

Beide Gedichte wurden von Hans-Jürgen Moder ausgewählt; aus: Da kam an der Menschen Licht | Ein Buch zur Weihnacht | Union-Verlag Berlin 1983

Miasto Ottonów

2ewyEwa Maria Slaska

Magdeburg

zima-kwiaty

Co roku odwiedzam zimą co najmniej jedno nieznane lub dawno nie widziane miasto. Tak byłam przed kilku laty w Kopenhadze, a w zeszłym roku w Lund. Tym razem pojechałam do miasta Ottonów. Lubię Ottonów od zawsze, lubię historię o małym Bolku, który został zabrany od rodziców jako zakładnik i idzie po raz pierwszy spotkać się z groźnym cesarzem, co zostało pięknie opisane w Bolesławie Chrobrym Antoniego Gołubiewa. Lubię domysły Illiga o oszustwie, jakim było ukrycie w klasztorze w Quedlinburgu sfałszowanej wiadomości o tym, jakoby cesarzowa Teofanu, synowa Ottona I, miała być urodzoną porfirogenetką. Był to bardzo wyrafinowany zabieg. Teofanu, siostrzenica cesarza-uzurpatora, Jana I Tzimiskesa, była wykształcona, piękna, a też bajkowo wręcz bogata. Jednak najbogatsza oblubienica średniowiecznej Europy, dwunastoletnia dziewczynka z Bizancjum, nie pochodziła z “prawdziwego” rodu cesarskiego, a tylko taka żona dla syna przydałaby dynastii pierwszych cesarzy rzymskich narodu niemieckiego nimbu władzy danej od Boga… Lubię wyjaśnienie, że było to potrzebne dopiero władcom, którzy rządzili po upadku dynastii Merowingów. Ta bowiem pochodzić miała w prostej linii od Jezusa, a więc Boga, i nie potrzebowała żadnych innych sposobów potwierdzania, że sprawuje władzę w imieniu Boga. To wszystko przeczytałam w książce Święty Graal, Święta Krew Baigenta, Leigha i Lincolna.
A jeszcze jest historia syna Ottona II i Teofanu, czyli Ottona III, przyjaciela Chrobrego, szczegółowo opisana przez Bernatha w jego progejowskich powieściach o Teofanu i Ottonie. Na wiele lat dzięki powieści o Ottonie młodo zmarły cesarz stał się patronem niemieckich homoseksualistów.

4groby

To wszystko kłębi mi się w głowie, gdy przyjeżdżam do Magdeburga i biegnę do katedry, żeby zobaczyć grób Ottona. Jest pięć po czwartej. Katedra jest zamknięta. Tak to jest, jak się zwiedza miasta poza sezonem… Od listopada do marca katedra otwarta jest od 10 do 16. Nie wiem, czy zdążę rano, bo nie pamiętam, o której mam pierwszy wykład w szkole…

2koscioly

Wracam do hotelu już spokojnie. Nie muszę nigdzie pędzić – wiem, że jak zdążę rano, to obejrzę grób Ottona, a jak nie to nie, i nic tego nie zmieni… Dopiero teraz widzę miasto, w którym jest coś więcej niż katedra z grobem, pierwsza gotycka budowla w Niemczech. Oglądam kilka innych kościołów, stary klasztor przerobiony na salę koncertową i muzeum z oknami z luster, i wreszcie różowy dom zaprojektowany przez Stowodę czyli Hundertwassera, zwany zieloną cytadelą. Różowy dom zwany zieloną cytadelą… Ładne.

rozowozielone

Spaceruję o zmierzchu, a potem już we wczesnym grudniowym zmroku i odnotowuję wszechobecność rzeźb ulicznych przedstawiających nagie ciała. Zdumiewająca, powszechna dostępność metalowych i kamiennych biustów, bioder, pośladków i penisów. Chyba nigdy nie widziałam w jednym mieście takiego nagromadzenia nagości.

fontannafaunow

3pupy 2pupyGdy rano idę do szkoły (ale zdążyłam najpierw do katedry!), stwierdzam że nagość dotarła i tam. Nagi, metalowy, kanciasty mężczyzna ze sterczącym penisem to praca jednego z uczniów kółka plastycznego, wystawiona dumnie tuż koło wejścia do biblioteki. Ciekawe, jakby to było z tą nagością, gdybyśmy się znaleźli w mieście pod władzą PiSu?

fiut

Pod choinkę bez choinki… rozmyślania ekologiczne

Krystyna Koziewicz

 Natura cierpi

Nasza planeta cierpi, jest zagrożona – tak brzmi konkluzja ONZ w panelu ds. Zmian Klimatu IPCC. Raport ocieplenia obciąża człowieka za emitowane gazy cieplarniane czyli dwutlenek węgla. Unia Europejska postanowiła, że do roku 2020 zmniejszyć trzeba o połowę emisję dwutlenku węgla. Co więcej za 13 lat 20% całej energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych – słońca, wiatru, wody czy biomasy. Budowanie nowych elektrowni atomowych budzi coraz więcej protestów zarówno organizacji ekologicznych jak i tzw. zwykłych ludzi. Niewątpliwie po katastrofach w Czernobylu i Fukushimie niezwykle wzrosła społeczna świadomość zagrożeń.

Podczas szczytu klimatycznego władcy świata debatowali na ten temat w Paryżu. Przez dwa dni z tej okazji leciały non stop reportaże z różnych zakątków świata. Byłam załamana tym, co się stało z naszą Ziemią – zamiast ratować banki lepiej ratować Ziemię!

krysia eko (1)

Co jednak my zwykli obywatele tego świata możemy w codziennych działaniach uczynić dla ochrony środowiska? Najlepiej byłoby zacząć od siebie, od małych kroków, które zsumują się w czyny wielkie i dopiero powszechność pewnych nawyków i zachowań spowoduje dostrzegalne efekty. Zaoszczędzony litr wody, pomnożony przez parę milionów, daje już pojemność małego jeziorka. Idąc po sprawunki nie musimy za każdym razem kupować plastikowej torby, nie trzeba też używać pralki z paroma ciuszkami, palić światła w pomieszczeniu, gdzie nas nie ma. Przyroda cierpi. Tak pisze o tym ks. Jan Twardowski.

Rachunek dla dorosłego”

 Jak daleko odszedłeś od prostego kubka z jednym uchem
Od starego stołu ze zwykłą ceratą
Od wzruszenia nie na niby
Od sensu
Od podziwu nad światem.

Warunkiem tworzenia społeczeństwa żyjącego zgodnie z prawami natury jest edukacja, kształcenie powszechnej świadomości, że świat składa się z określonej puli zasobów, której nie da się pomnożyć i która wystarczyć musi na następne pokolenia. Nie ma miejsca na egocentryzm i zachłanność. Człowiek nie może dominować nad przyrodą, lecz musi nauczyć się ją respektować. Nasze zachowania konsumenckie muszą być bardziej świadome – musimy kupować rzeczywiście to, co jest naprawdę potrzebne. Każda rzecz ma swój koniec i wcześniej czy później najelegantsza sukienka czy najdroższy samochód stanie się zużytym śmieciem. Podobnie śmieciami staną się w swoim czasie najwytworniejsze markowe sprzęty domowe, butelki po napojach, tysiące opakowań, tony plastiku. W gospodarce rynkowej to klienci uznają, co jest warte nabycia, a producenci się ich potrzebom podporządkowują.

Każdy kto wychowywał się na wsi, nabył co nieco nawyków ekologicznych, które wymuszało samo życie, jak palenie śmieci, oszczędność wody (czerpało się ze studni) i światła, stara polska zasada, że nie wolno wyrzucać jedzenia – odpadkami karmiono ptactwo, zwierzynę. Do sklepu chodziło się z małą siatką, foliowe torebki były nieznane, śmietanę i mleko kupowało się butelkach na wymianę, a kolorowe cukierków rzadko były opakowane. Z pewnością dzieciństwo spędzone na zielonej trawie w ogrodzie, wśród krzewów i drzew, zwierząt domowych, wielkich połaci łąk i pól wykształciło podziw i respekt dla przyrody.

Pierwsze nawyki ekologiczne przyswoili mi już w dzieciństwie rodzice, babcia, dziadek. Pokazali, do którego wiadra wrzucać resztki jedzenia dla świnek, gdzie składać papiery, a gdzie odstawiać butelki. Wspólnie ze starszym rodzeństwem spędzaliśmy czas w ogrodzie na zabawach, zrywaniu owoców, ale też i na pracy. Trzeba było bardzo uważać, by nie łamać gałęzi i nie zapominać o podlewaniu kwiatów, warzyw. Ojcowskie nakazy!

Niestety, z różnych powodów trzeba było opuścić cudowną krainę i zamieszkać w mieście. Byłam jeszcze dzieckiem. Nowe miejsce – miasto wojewódzkie było brzydkie – wokół zabudowania, bloki mieszkalne, zabetonowane ulice, asfalt, żadnej zieleni. Owszem, parę drzewek i krzewów rosło dla ozdoby i jakieś tam rabatki w centrum miasta, na głównych ulicach drzewa powycinano, ażeby kierowcy mieli lepszą widoczność.

I choć dzisiaj warunki życia są diametralnie różne, konsumpcja dóbr materialnych przerasta potrzeby ludzkie. Co innego dzisiejsi renciści, emeryci – to grupa społeczna żyjąca najbardziej ekologicznie. Ich po prostu nie stać na marnotrawstwo!

krysia eko

Nieraz zadaję sobie pytanie, czym ziemia ma oddychać, skoro kurczy się jej wolna powierzchnia, oddana pod nowo powstające budowy? I te betonowe dróżki do garażu, aby opony nie naraziły się na zabrudzenie – to już naprawdę wielka przesada!

Zdaję sobie sprawę, że mówię tu banały i że jest to po prostu śmieszne, a jednak namawiam do zmiany nawyków, do segregowanie śmieci, stosowania żarówek energooszczędnych, gotowania pod przykrywką, prania pełnej pralki, izolacji okien, używania papieru toaletowego z recyklingu. Pamiętam – kiedy chodziłam do szkoły, zbierałam flaszki, makulaturę, dźwigałam wielgachne tobołki do punktu skupu. W ten oto ciężki dla wątłej osóbki sposób osładzałam sobie życie, zarabiając na dropsy, lizaki, lemoniadkę, czekoladkę. To samo robiły moje dzieci, polując zapalczywie na wszelakie żelastwo, butelki, papier, tekturę – bo miały z tego wielką uciechę. Dzisiaj słyszy się o zbieraniu przez młodzież nakrętek, baterii, ale podobnych punktów skupu makulatury nie widzę, więc kto i po co będzie zbierał, jeśli nikomu na tym nie zależy? A może się mylę? Daj Boże!

Podczas pobytu w Kanadzie byłam świadkiem, jak dwa czy trzy razy w tygodniu ludzie wystawiali w kolorowych pojemnikach posegregowane śmieci. Każdy mieszkaniec dzielnicy wiedział w jaki dzień zbiera się makulaturę, odzież, odpadki biologiczne. Ja, nie znająca zwyczajów, wystawiałam początkowo wszystko, podczas gdy firma zabierała tylko ten właściwy surowiec. Po tygodniu „wpadek” i instruktażu syna opanowałam sztukę „wystawki”. Spodobał mi się też zwyczaj wystawiania raz w miesiącu przed domem przedmiotów do odsprzedania i do darmowego zabrania. I nie było w tym nic wstydliwego. Z zazdrością przyglądałam się, jak mieszkańcy dzielnicy willowej całymi rodzinami spacerowali wokół domów i nie dość, że odnajdywali potrzebne rzeczy, to jeszcze sobie pogawędzili, kawkę wypili i pokosztowali domowych wypieków. Było czego pozazdrościć!

Od kiedy mieszkam w Berlinie przyzwyczaiłam się, że kupując napoje płacę z góry kaucję, automatycznie więc każda butelka i każdy słoik są w poszanowaniu. Powszechną popularnością cieszą się sklepy tzw. drugiej ręki, podobnie jak pchle targi, na które każdej niedzieli chodzą tłumy ludzi.

To wszystko to sprawnie funkcjonujący system pozyskiwania przedmiotów z recyklingu, łatwy do zrozumienia, przyswojenia i realizacji.

Jednym słowem nie ma sensu za wiele filozofować o poszanowaniu matki Ziemi, bo każdy o tym wie… tylko przejąć rozwiązania sprawdzone, a ludzie sami włączą się w łańcuch naczyń powiązanych. Inaczej zmarnujemy bez potrzeby tony papieru wypisywaniem morałów, a natura nadal będzie cierpieć.

Najbardziej cieszy mnie fakt, kiedy moje dorosłe wnuczki podczas pobytu w Berlinie mogą się co nieco przyuczyć do pewnych „babcinych” dziwactw, zwłaszcza segregowania śmieci. Nieraz patrzą zdziwionym okiem, kiedy im tłumaczę, po co to wszystko, ale niech tam…

Co ciekawe, wnuczki na skutek babcinych „wykładów” przestały kupować kolorowy papier toaletowy, który zawiera szkodliwe substancje chemiczne podrażniające delikatne części ciała. Brawo! Podszkoliły się też w wyłączaniu świateł, a także w podlewaniu licznych kwiatów w mieszkaniu i na balkonie. Codzienne sprawdzanie ilości wody w doniczkach uważam za wielki sukces, ponieważ w ich domu żaden kwiatek nie przeżył roku. Temat wstydliwy, ale to już przeszłość! Wnuczki pokochały chodzenie do parków i ogrodów, zwłaszcza berlińskiego parku „Ogrody świata” na Marzahnie. Bo jak nie kochać ogrodów, słuchając romantycznej piosenki w wykonaniu Jonasza Kofty „Pamiętajcie o ogrodach”, która powinna stać się hymnem organizacji ekologicznych.

Ale WAŻNA JEST EDUKACJA nie tylko dzieci, ale przede wszystkim dorosłych, bo to ONI zniszczyli naszą Matkę Ziemię!

Kończąc eko-wywody, chcę dodać, że unikam w mieszkaniu wielkiej elektryfikacji, plastikowych dupereli i innych niepotrzebnych kurzołapów i durnostojek, natomiast wysoko cenię wyroby z naturalnego tworzywa, zwłaszcza wikliny, które za psie grosze kupuję na pchlich targach. Jak zatem widać, przemysł nie ma ze mnie za wiele pożytku, ponieważ moim sklepem i zaopatrzeniowcem są targowiska z używanym sprzętem, odzieżą i innymi potrzebnymi gadżetami.

No i jeszcze – sadźmy drzewa! To pomysł, który zrodził się, kiedy trzeba było kupić prezent urodzinowy dla brata. Kupiłam mu sadzonkę do ogrodu i od tej pory każdemu, kto posiada dom z ogrodem, kupuję drzewko. Jedno z nich rośnie nawet w Kanadzie. Może chociaż w ten sposób oddam ziemi to, co sama nieopatrznie zniszczyłam.

Ach no i…

Nie kupuję choinki, tylko w dzieciństwie miałam w domu rodzinnym – ozdabiam stoły i szafki pachnącymi świeczkami, drewnianymi ozdobami ludowymi, z bombek robię lampiony, zawieszam kartki świąteczne na tasiemce przy drzwiach… Za to stół nakryty pięknym haftowanym obrusem, pod obrusem sianko, i całe mieszkanie udekorowane jest żywymi kwiatami – gwiazdą betlejemską.

W poszukiwaniu prawdziwych świąt Bożego Narodzenia

Autorka była moją ciotką. Słabo ją znałam, ona mieszkała w Warszawie, my – w Gdańsku. Rok temu poznałam się z jej synem i odtąd spotykamy się rodzinnie co jakiś czas, niezbyt często, bo on mieszka w Warszawie a ja w Berlinie. Jan pisze dla nas czasami, a czasami ja piszę o nim. To on mi udostępnił nieopublikowane teksty mamy, z których zaczerpnęłam to wspomnienie.

Helena Balicka-Kozłowska

W poszukiwaniu

…prawdziwych świąt Bożego Narodzenia, to znaczy takich, jakie były w moim dzieciństwie, w domu rodzinnym i których nastroju nigdy nie udało mi się odtworzyć.

Temat to dziwny dla kogoś pochodzącego z domu laickiego i to od kilku pokoleń, bo moi dziadkowie z obu stron, jeszcze w połowie lat 70 XIX wieku zakładali w Warszawie pierwsze kółka socjalistyczne i za socjalizm obaj byli zesłani na Syberię. Rodzice także wierzyli, że socjalizm zapewni społeczeństwom harmonijny rozwój, światu pokój, a ludziom sprawiedliwość społeczną. W moim domu rodzinnym nikt poza służącą nie chodził do kościoła, choć niektórzy domownicy i krewni byli wierzący, ale nie praktykujący. Jednak wigilii Bożego Narodzenia, najpiękniejszego dnia w roku, wyczekiwali wszyscy, nie tylko ja, jedyne dziecko w rodzinie.

00-trzyprababcieipradziadek

Babcia Autorki, Helena (u góry po lewej) i moja prababcia, Eugenia (u góry po prawej) były siostrami (na dole pozostałe rodzeństwo – Felek i Jadwiga)

O tym, że święta Bożego Narodzenia to święta niezwykłe, byli przekonani wszyscy. Pamiętam jak w połowie lat trzydziestych ksiądz zapytał nas na lekcji religii: dziewczynki, jakie jest najważniejsze święto katolickie? – cala czterdziestoosobowa klasa jednym głosem odpowiedziała: Boże Narodzenie. Byłyśmy zaskoczone, że ksiądz uważa Wielkanoc za święto ważniejsze.

Na długo przed świętami przystępowało się do przeglądu starych zabawek choinkowych, wybierało się te, które trzeba naprawić i szykowało nowe. Oprócz nielicznych niewielkich jednobarwnych bombek i szychu, wszystko musiało być zrobione pracowicie w domu. Choinki ubierane tylko bombkami (jak to bywa obecnie nie tylko w sklepach) zawsze przypominają mi jezdnię wykładaną brukowcami (któż zresztą ma dzisiaj takie skojarzenia?). Łańcuchy jako mała dziewczynka robiłam z kolorowego glansowanego papieru, jako starsza głównie z kolorowej bibułki i słomki, z błyszczących papierków od cukierków a po wojnie z kapsli od mleka (wychodziły z nich piękne dzwonki). Łańcuchów musiało być 6-8 odmian. Z wydmuszek, skorupek orzechów, szyszek, słomek, koralików i kartonu powstawały smoki i ryby, rozmaite ptaszki, a także nietoperze i pająki w sieci. Robiło się także różne koszyczki, gwiazdki i wszelkie odmiany niewielkich wiejskich pająków lub innych zwisających ozdób. Na czubku choinki musiała być słomiana, pozłacana gwiazda z długim ogonem, a nie żaden tam szklany szpikulec.

nimfapolilak

Autorka jako młoda dziewczyna

W tym samym mniej więcej czasie przystępowało się do przygotowywania prezentów. Było oczywiste, że sama je musiałam sporządzać. Tak więc dla jednej Babci robiłam rozmaite ozdoby choinkowe i zanosiłam wraz z choinką. Druga Babcia, mama oraz ciotki otrzymywały haftowane serwetki i powłoczki na poduszki na kanapę, własnoręcznie uszyte saszetki na grzebienie lub poduszeczki do igieł. Ojcu chyba niczego nie robiłam sama tylko kupowałam za zaoszczędzone kieszonkowe scyzoryk lub tym podobne. W późniejszych czasach wyspecjalizowałam się w robieniu zakładek do książek w postaci mini-witraży. Ciemny karton podwójnie złożony wycinałam w rozmaite wzory i wewnątrz wyklejałam kolorową bibułką. Na pomysł tych zakładek wpadłam robiąc wraz z kolanek dekorację okien Sali szkolnej, w której odbywały się rekolekcje. Jeśli zaś chodzi o mnie, dawałam oczywiście dorosłym do zrozumienia, co chciałabym otrzymać.

mama-ciotka-hela

Autorka (pierwsza z lewej) i moja Mama (obok niej) były kuzynkami. Na zdjęciu – rodzinne dzieci i goście u dziadków w willi Polanka w Śródborowie

W wigilię św. Mikołaja wysyłałam do niego list, nie pocztą, jak to dzisiaj jest w zwyczaju, tylko wprost do nieba. Przypominam sobie, że przed wojną św. Mikołaj mieszkał w niebie, a nie w żadnej tam Finlandii czy na biegunie. Było to możliwe, bo sprzedawano wówczas baloniki napełnione gazem, a nie powietrzem, które same unosiły się do góry i często w parkach uciekały malcom ku ich rozpaczy. Pamiętam doskonale jak stałam na balkonie III piętra w domu, którego nie ma (dziś przebiega tam ulica Waryńskiego) i obserwowałam unoszący się w noc balonik.

Choinkę, zawsze dużą, kupowało się na środku placu Zbawiciela (tramwaj wówczas okrążał plac) w jakby cudem powstałym zagajniku świerkowo-jodłowym. Choinki sprzedawano wówczas tylko obsadzone na drewnianych podstawkach, a nie leżące bezładnie jak obecnie. Pachniały wspaniale. Dlaczego dzisiaj tak nie pachną?

Drzewko stojące pośrodku dużego pokoju uczyła mnie stroić Kisia, jedna z moich ciotek, zawodowa rewolucjonistka, jak wówczas mówiono, a jednocześnie entuzjastka świąt. Pamiętam doskonale jej rady, wskazówki i przestrogi – drzewko musi stać daleko od firanek. Ubieranie zaczyna się od wieszania jabłek, które jako ciężkie obciągają gałęzie i wyrównują je do poziomu; choinkę ubiera się zawsze od góry; zakładając lichtarzyki trzeba uważać, by świeczki nie znalazły się pod gałązką „wyższego piętra”. Na samym końcu wiesza się łańcuchy – zależnie od ich rodzaju albo spływające ze szczytu albo biegnące falisto z gałęzi na gałąź, bacząc by z daleka omijały świeczki. Żeby wypadało wszystko jak należy strojeniu choinki trzeba było poświęcić bardzo wiele czasu, uwagi i cierpliwości. Dla wykończenia ubierania choinki używać można tylko szychu lub lamety, bo „anielskie włosy” się palą. I wreszcie: gdy choinka jest zapalona nie wolno od niej odchodzić, a wszyscy powinni siedzieć wokół niej albo półkolem. Gdy goście odchodzą, najpierw trzeba pogasić świeczki. I bez instrukcji wiedziałam, że najładniejsze lampki nie zastąpią świeczek (lampki powinny być używane tylko w m miejscach publicznych), bo nie wywołują niepowtarzalnego, świątecznego nastroju. Stosowanie się do tych zasad spowodowało, że nigdy w ciągu 70 lat nie było u nas pożaru choinki.

tustalachoinka

Rodzina na imieninach. W pierwszym rzędzie, druga od prawej  – Mama autorki, a sama autorka z tyłu za nią. Zapewne to samo towarzystwo pojawiało się i w wigilię. A choinka stała być może właśnie tu, w tym narożniku

W wigilię około godziny pierwszej (słowa „trzynasta godzina” używali tylko kolejarze) jadło się kartofle w mundurkach ze śledzikiem, potem było jeszcze wiele krzątaniny i wreszcie zjawiali się wszyscy goście: matka i siostra Ojca (rodzice Mamy już nie żyli) oraz parę samotnych ciotek – półkrewnych albo zgoła „przyszywanych”. Po łamaniu się opłatkiem i składaniu życzeń siadało się do stołu; była zawsze czysta zupa grzybowa z łazankami, smażony karp z kartoflami, pierogi z kapustą i grzybami oraz kluski z makiem; alkoholu nigdy nie było. Po zjedzeniu tych potraw robiło się przerwę. Wszyscy lokowali się wokół choinki, zapalonej i błyskającej zimnymi ogniami i śpiewali kolędy. Intonowała zawsze Niuńcia, moja chrzestna, która z nami mieszkała. Miała świetny słuch, czysty donośny głos, a że pochodziła ze wsi, kolęd znała mnóstwo i wszystkich zmuszała do śpiewania, a ci co nie umieli lub fałszowali, śpiewali cichutko, a głos Niuńci dominował.
W tym czasie ja, jedyne dziecko, rozdawałam prezenty, wyciągając je spod choinki. Potem znów siadano do stołu – była herbata, różne ciasta, mak z miodem i orzechami, bakalie i owoce. Trudno mi to wyrazić słowami, ale najbliższe prawdy będzie stwierdzenie – wszyscy byliśmy szczęśliwi.

***

W tym wspomnieniu nie ma ani słowa o tym, że Boże Narodzenie to wielkie święto religijne. Dla mnie i dla moich bliskich było ono świętem tradycji i wspólnoty rodzinno-przyjacielskiej, ciepła i dobrych uczuć dla każdego.

nasekretarzykuzattykaGdy spotkaliśmy się z Janem w Warszawie w styczniu 2015 roku na jednym z rodzinnych mebli (biurko z attyką, będące ongiś własnością naszej wspólnej praprababki – Pauliny) stały jeszcze w wazonie świątecznie ozdobione gałęzie. Nie pamiętałam o tym, gdy ustawiłam sobie dekorację świąteczną.
Ciekawe – przecież gust estetyczny (a tym bardziej ekologiczny) nie mógł się przenieść przez pięć pokoleń, od połowy XIX wieku do dziś, ale widocznie przetrwały jakieś zasady, które sprawiły, że Jan i ja ustawiamy sobie w XXI wieku podobne pseudo-choinki.

mojachoinka2015

Dwie historie wigilijne

Roman Zygmunt Brodowski

Puste krzesło

Czy pamiętam moją najpiękniejszą wigilię? – Oczywiście.

Był grudzień roku 1981 – pamiętny miesiąc rozpoczęcia stanu wojennego.
O, ironio, ten tragiczny dla naszego narodu okres, dla mnie stał się lekcją prawdziwej pokory, miłości i wiary.
W tym czasie mieszkałem w kopalnianym domu górnika, wybudowanym przy nowo powstałej kopalni w Żorach. Właśnie w Żorach znalazłem miejsce schronienia, po tym jak opuściłem Bytom, ostrzeżony przez personalnego kopalni „Dymitrow” przed sankcjami, jakie mnie czekały za niesubordynację, czyli nie podjęcie pracy podczas strajku generalnego.

Kiedy 13 grudnia internowano mojego brata, a moja mama ukryła się przed SB u swojej koleżanki, z dala od domu, wiedziałem, że w tym roku nie spotkamy się wszyscy przy naszym rodzinnym, wigilijnym stole.

Nie wiedziałem natomiast tego, co miało nastąpić krótko przed planowanym wyjazdem do domu. Okazało się bowiem, że nie dostałem przepustki na wyjazd, co równało się temu, że święta spędzę wraz ze współmieszkańcami „wólca”, jak Ślązacy zwykli nazywać hotel robotniczy.

24 grudnia kopalnia przygotowała dla nas na terenie hotelowej stołówki tradycyjną kolację wigilijną.
Właściwie nie wiem, czy można to było nazwać kolacją. Wieczerza rozpoczęła się bowiem o godzinie piętnastej.
Do stołu zasiadło nas dziesięciu, może dwunastu „samców” i dwie kucharki. Nie było ani opłatka ani choinki. Jedynym świątecznym elementem był stroik z wielką bombką leżący pośrodku stołu, na którym pokazały się typowe polskie potrawy, czyli barszcz z uszkami, wigilijny karp i zupa grzybowa.
Mimo przytłaczającej atmosfery staraliśmy się jak najbardziej podtrzymywać sztuczny klimat rodzinnej sielanki.

Po godzinie wspólnego posiłku rozeszliśmy się, jedni do swoich pokoi, inni do świetlicy, jeszcze inni na dwór
Ja postanowiłem wybrać się na spacer. Wieczór był wyjątkowo mroźny i pogodny. Księżyc jaskrawo oświetlał zaśnieżone pola.

W zamyśleniu podążałem w kierunku Świerklan. W oświetlonych oknach nielicznych domów widniały wystrojone choinki. Ich mieszkańcy odziani w odświętne stroje krzątali się po izbach, śpiewali kolędy, rozpakowywali prezenty. Widok ten wyciskał mi łzy z oczu.

Tęsknota za najbliższymi, strach o nich, wywoływały we mnie huśtawkę nastrojów, od zwykłego żalu aż po frustrację.

Właśnie mijałem kolejny dom, gdy nagle nie wiadomo skąd, naprzeciwko mnie stanął starszy mężczyzna, a obok niego kilkuletnia dziewczynka.

– Wesołych Świąt – powiedział
– Wesołych – odpowiedziałem starając się go wyminąć.
– Niech pan zoczeka panoczku – zagadnął nieznajomy, delikatnie chwytając mnie za ramię. – Pan chyba nietutejszy – kontynuował.
– Nie, nie tutejszy – potwierdziłem jego przypuszczenia. Mieszkam w domu górnika – wskazałem widniejący na tle szybu oświetlony blok.

Mężczyzna pokiwał głową i począł wypytywać skąd pochodzę, ile mam lat, jak liczną rodzinę, jakie plany na świąteczne dni i tak dalej.
Natomiast dziewczynka obserwując mnie z ukosa, co jakiś czas mnie zaczepiała, szturchając rubasznie w bok. Nawet nie wiem, jak to się stało, ale im dłużej ze sobą rozmawialiśmy, tym większa była tajemnicza nić sympatii, przybliżająca nas ku sobie.

W końcu starszy pan zaproponował, abym spędził u niego wigilię. Oczywiście na początku odmówiłem, tłumacząc się, przeziębieniem i bólem głowy. Dziewczynka nie dała za wygraną i chwyciwszy mnie za rękę zaczęła prosić, żebym się zgodził.
– Piknie was prosza ponocku, pódź z nami. Bydymy wos radzi – powtarzała.

W końcu zgodziłem się. Chociaż szczerze mówiąc było mi bardzo głupio.

Po kilku minutach stanęliśmy w progu dużego jednorodzinnego domu.
Przy drzwiach stała starsza kobieta w ludowym stroju, a obok niej trzy dziewczynki.
– Kaj ze sie smykoł chopecku – zapytała – i nie czekając na odpowiedź, kazała prosić gościa, czyli mnie do chałupy.

W wielkiej izbie krzątały się cztery dorosłe osoby. Kobiety nakrywały do stołu, a mężczyźni ustawiali krzesła. Dziwił mnie fakt, że oprócz otaczającej mnie gromadki dzieciaków, nikt nie zwracał na mnie uwagi, nikt o nic mnie nie pytał.
Dopiero gdy wszystko już było gotowe do rozpoczęcia wieczerzy, dorośli zaczęli podchodzić do mnie i witając przedstawiali się po kolei. Następnie spokojnie zajmowali miejsca koło stołu.

Stałem obok drzwi, nie wiedząc jak się zachować. Dopiero gdy senior rodu, pan który mnie przyprowadził, postawił talerzyk z opłatkiem na stole, jego syn zapalił świece, a seniorka rodu położyła na pustym krześle białą haftowaną serwetkę, zrozumiałem o co chodzi.
Oboje staruszkowie podeszli do mnie i wziąwszy pod ramię zaprowadzili do tego pustego krzesła. Wszyscy wstali i modlitwą wypowiedzianą ustami seniora rozpoczęli wigilijną kolację.
Nikt nie może sobie wyobrazić wzruszenia, jakiego doznałem, gdy podczas modlitwy usłyszałem następujące słowa.

„Dziękujemy Tobie Panie Boże za łaskę, jakiej doznajemy i za przybysza jakiego nam posłałeś, byśmy się mogli dzielić naszą radością z innymi”.

Po wigili poszliśmy na pasterkę. A i święta spędziłem z tą wielopokoleniową rodziną.

Co było potem? – Potem przez kilka wspaniałych lat mieszkałem u nich. Najpierw jako lokator wynajmujący stancję, później przyjaciel domu, aż w końcu niepisany członek rodziny moich niezapomnianych Nieszporków i Dworoków.

Minęło wiele lat, a ja wciąż pamiętam, wciąż czuję wobec nich dług wdzięczności za ich chrześcijańską dobroć.

Jak dobrze, że znów nadchodzą święta. Jak zawsze postawię puste krzesło, z nadzieją, że ktoś obcy, ktoś smutny, sponiewierany przez los, zapuka do mych drzwi. A może w tym roku poszukam go sam. Przecież jestem chrześcijaninem.

Berlin grudzień 1996 – zmodyfikowane grudzień 2015

Spotkanie

Jadąc berlińskim metrem na tradycyjne comiesięczne spotkanie z
„Kresowianami” spotkałem niezwykłych ludzi. Była to para staruszków dostojnie odzianych w czarne sukienne palta. Usiedli vis-a vis. Trzymając się za ręce, patrzyli na mnie uśmiechając się. Cicho, o czymś rozmawiali Nieco poirytowany ich spojrzeniami i ja zacząłem ich obserwować. Na początku wydawało mi się, że jest to jakieś bardziej europejsko cywilizowane małżeństwo tureckie. Na posiwiałej głowie jegomościa leżała czapeczka z ciemnoniebieskiej włóczki, podobna do tych jakie zazwyczaj noszą Turcy, kształtem przypominająca nieco głębszą żydowską „jarmułkę”. A i zadbana siwa broda, śniada cera, ciemne brwi i oczy klasyfikowały go jako obywatela Turcji. Kobieta także pasowała wyglądem do tej nacji. Tyle tylko, że na głowie brakowało stałego elementu ubioru kobiet w tym wieku czyli zakrywającej włosy chusty.
Dopiero mowa jaką się porozumiewali, kazała mi zastanowić się nad tym, skąd pochodzili. Była niepodobna ani do tureckiej, ani arabskiej, ani do żadnej znanej mi fonetycznie odmiany języków południowych, czy też bliskowschodnich.

Zaciekawiony, delikatnie zapytałem mężczyznę o pochodzenie jego języka. Niestety on mnie nie zrozumiał. Powtórzyłem pytanie posługując się wątpliwie mi znanym angielskim. Odpowiedział, że jest to język syryjski. Zdziwiłem się, bo syryjski to jednak arabski, ale oni oboje mówili tak łagodnie, że ich mowa zabrzmiała mi całkiem tajemniczo.
Obawiając się, że po angielsku mogę sobie nie poradzić, zadałem mu jeszcze pytanie, a mianowicie, czy oprócz syryjskiego i angielskiego, zna jeszcze inne języki. Okazało się, że zna rosyjski i pobieżnie francuski. Odetchnąłem z ulgą, bo i jeden i drugi jest mi znany.
Rozmawialiśmy o wielu sprawach. Dowiedziałem się, że mój rozmówca był znanym lekarzem w Damaszku. Pracował jako onkolog w szpitalu, prowadził wykłady na uniwersytecie medycznym. Rosyjski zna dobrze, bo w młodości studiował w Moskwie, a po studiach pięć lat odbywał staż w jednym z moskiewskich szpitali.
Opowiadał o ojczyźnie , o tęsknocie do niej, o tym ile musiał przejść, by dzisiaj spokojnie być tu, w Berlinie.

O tym, co mi powiedział, nie napiszę, bo i tak 90% polskiego społeczeństwa wie lepiej, jak tam w Syrii jest, kto doprowadził do dramatu narodu syryjskiego i kto ich zdaniem ponosi winę za to co się dzisiaj dzieje na bliskim wschodzie. Nie będę
burzył wewnętrznego spokoju i przekonania o własnej nieomylności moich rodaków, bo nie widzę w tym sensu.
A i polscy intelektualiści? – (mówiąc o tych dla których „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”) także wiedzą swoje – ze słyszenia.

Zresztą – o powolnej zmianie kulturowej i religijnej, jaka zachodzi w Europie i na świecie, a czego jesteśmy świadkami, pisałem już w 2007 roku.
I tak jak wówczas również dzisiaj moje zdanie dla naszych decydentów jest bez znaczenia, a listy tzw. otwarte jakie w związku z moim zaniepokojeniem od czasu do czasu wysyłam, trafiają zapewne do kosza lub w przysłowiową próżnię.
Powiem tylko tyle, że pomyliłem się, bo proces przemian kulturowych, a przede wszystkim religijnych zachodzi o wiele szybciej, niż myślałem. Wówczas twierdziłem, (w oparciu o badania socjologiczne, jakie zostały wykonane przez holenderskich naukowców w 2007 roku) że nieunikniona zmiana dominacji tak zwanej kultury zachodniej na rzecz cywilizacji islamskiej, zwłaszcza w obszarze religii i kultury, może w Europie nastąpić już w roku 2050. Proces ten (jak pisałem) miałby przebiegać w sposób pokojowy, poprzez tak zwaną wojnę przyrostu naturalnego. Kryzys demograficzny po stronie społeczeństwa rozwiniętego, starzejące się narody oraz brak zainteresowania tworzeniem wspólnot rodzinnych, przy pełnej akceptacji dominantu komercji nad podstawowymi wartościami chrześcijaństwa na bazie których powstaliśmy, z jednej strony, i ekspansywna polityka zwiększenia populacji w przestrzeni państw kultury wschodniej (islamskiej) zwłaszcza na terenie Europy (na koszt Europejczyków – pomoc socjalna) z drugiej, prostą drogą prowadzą do wyparcia na naszych terenach trwającego ponad dwa tysiące lat chrześcijaństwa. Nietety dzisiaj zarówno tempo jak i sam proces tych przemian coraz bardziej nabiera cech konfrontacji siłowej.

Wracając do spotkania oko w oko z syryjskimi uchodżcami, to w momencie gdy stwierdziłem (wyrażając solidarność z ich narodem), że mam nadzieję, iż winien tylu zbrodni Assad, poniesie w końcu zasłużoną karę , usłyszałem, że nie od Assada naród syryjski ucieka, a od fanatyków islamskiego państwa oraz wspierających ich sojuszników. Przyznam, że nie mam pojęcia o kim mówił mój rozmówca, a może i lepiej nie wiedzieć.
Po co ma mnie ktoś posądzać o wrogą naszej polskiej racji stanu propagandę. Przecież polskie środki przekazu są jak ksiądz na ambonie, czyste i zawsze prawdomówne.
Dojeżdżając do celu postanowiłem godnie pożegnać moich współtowarzyszy podróży. Dopiero gdy wstali zauważyłem w klapie palta Pana Syryjczyka maleńki złoty krzyżyk.
– A to co? – zapytałem.
– To pamiątka mojego chrztu – uśmiechnął się dobrodusznie. – Od pokoleń moja rodzina i ja jesteśmy członkami chrześcijańskiej wspólnoty i od pokoleń modlimy się do Pana Jezusa. Uścisnąłem mu dłoń i wysiadłem z metra.

– Jak dobrze, że znów nadchodzą święta – pomyśałem. – Jak zawsze postawię puste krzesło, z nadzieją, że ktoś obcy, ktoś smutny, sponiewierany przez los, zapuka do mich drzwi. A może w tym roku poszukam go sam. Przecież jestem chrześcijaninem.

Opowiadanie oparte jest na faktach
Berlin 29.11. 2015

Pastorałka

…a raczej coś w rodzaju pastorałki

Tomasz Fetzki

Natrafił na niego Viator podczas przedświątecznych porządków, pośród hałd szpargałów. Skąd się wziął u niego ten tekst? Istnieje kilka wersji wyjaśnienia zagadki:
a. Rękopis znaleziony został w Saragossie.
b. Odkryto go w starym kościele Św. Pawła w Baltimore, datowany, rzecz jasna, 1692 rok.
c. Spod gruzów odkopały go urocze kłamczuszki, przy okazji znalezienia zapisu nutowego Adagia Tomaso Albinoniego, w ruinach Staatsbibliothek w Dreźnie.

Wybierzcie tę opcję, która wam pasuje. A wraz z nią i z samą pastorałką przyjmijcie najserdeczniejsze świąteczne życzenia.

Kim Ty byłaś: gwiazdą Wenus, wstającego dnia probierzem
Meteorem lotu pędem rozżagwionym w jonosferze
Czy kometą splatającą warkocz z pyłu kosmicznego?
Obojętne – serca rwałaś ku tęsknocie do lepszego.
Pewnie nikt Cię tutaj nie słał, nam się tylko skojarzyło
Z tej nadziei beznadziejnej, by się wreszcie odmieniło!
Piękna, gdy dokoła siałaś blaskiem świetlnej aureoli
Et in terra pax hominibus
Pokój ludziom dobrej woli…

Skąd byś przyszła, co znaczyła, dokąd miałaś pożeglować
Warto było choć przez chwilkę Twą zagadkę kontemplować
Przypomniałaś, że nie białej szmaty trzeba do corridy
Że za wcześnie, by się poddać i ogłosić tryumf ohydy
By opuścić wzrok, ramiona, zatłuc w sobie wyobraźnię.
Ty po niebie z gracją płyniesz, my wśród kurzu jakby raźniej
Już idziemy, choć czasami każdy krok i oddech boli
Et in terra pax hominibus
Pokój ludziom dobrej woli!

O nas tyle! Jeśli wolno dodatkowe prośby zgłaszać:
Czy byś mogła, czy byś chciała niepokoju ziarno zasiać
Tam, gdzie rolnik pracowity pielęgnuje wciąż z oddaniem
Bujne, plenne swe poletko, porośnięte gęstym łanem
Intryg, szczucia, wiarołomstwa, sprzedajnego uniżenia.
Może jego sercem także szarpnie jasność zrozumienia
Że bezcenne, bo jedyne, życie niszczy i partoli?
Et in terra pax hominibus
Pokój ludziom dobrej woli