Brückner raz jeszcze / Wieder Prof. Brückner

Ewa Maria Slaska & Roman Brodowski

Dzień zmarłych / Allerheiligen

Zaproszenie3-malePo polsku pisałam już TU o profesorze i jego grobie na Cmentarzu Parkowym Tempelhof, a TU i o grobie, i o naszej wspólnej wizycie tam przed rokiem.

ambasada4Über Professor Brückner und sein Grab

Zünden wir wieder die Grabkerzen.
Lassen wir unsere Erinnerungen frei.
Die Gestorbenen “leben” nur so lange, wie lange wir uns an sie erinnern.

Liebe Freunde,

heute ist der Tag der Allerheiligen, der Tag an dem die Katholiken ihren Gestorbenen gedenken.
Wie jedes Jahr werden wir heute die Gräber unserer Nächsten besuchen, uns an sie erinnern, an die Zeit denken, als sie noch unter uns weilten.
Wir sollen uns aber auch an die Menschen erinnern, die längst vergessen wurden.
Für uns, Polen in Berlin, ist Professor Aleksander Brückner solch ein Mensch. Der Linguist, Humanist, Historiker. Fast 60 Jahre lebte er in Berlin, 44 Jahre leitete er das Slawistik-Institut an der Humboldt-Universität, das er als junger Wissenschaftler gegründet hatte. Er hatte 600 Bücher auf Deutsch un Polnisch verfasst und unzählige Artikel, Kritiken, Besprechungen. Gestorben 1939, wurde er allmählich vergessen, bis wir, die Polen in Berlin, uns an ihn erinnerten und ihn in die kollektive deutsche und polnische Gedächtnis wieder rückten. Seit vielen Jahren besuchen wir sein Grab. Manchmal geht nur eine von uns hin, manchmal zwei, letztens sind wir aber immer mehr.

Auch dieses Jahr gehen wir wieder hin. Wir treffen uns am Sonntag, den 1. November um 11 Uhr unten in der U-Bahn-Station Ullsteinstrasse.

ambasada2 ambasadaUnd so war es. Kwiaty ufundowała Ambasada Polska w Berlinie.

brucknerFotos Ania /1. November 2015

Tu i tam. Hier und Dort.

Małgorzata Kowalska

Mam kuzynkę, która tak się nazywa. Ale to nie ona. Gdy szukam teraz tej innej Małgorzaty Kowalskiej w internecie, znajduję aktorkę. Dodaję więc słowo malarka  i znajduję… inną malarkę. Dodaję, że z Torunia i znajduję… inną Małgorzatę Kowalską. Przypominam sobie, że mieszka na wyspie, dopisuję więc nazwę wyspy i wujek google wyszukuje… reumatolożkę. Jest jeszcze pani profesor, znakomitość europejska. Przestaję szukać. Chyba trzeba by zaproponować artystce znany i szanowany pseudonim: Hermenegilda Kociubińska. Małgorzata Kowalska brzmi lepiej, ale Hermenegildy nikt nie pomyli. No i ma dwie torebki.

Lucyna Viale o Małgorzacie Kowalskiej

Urodziła się 41 lat temu w Toruniu. Studiowała malarstwo u Profesora Lecha Wolskiego na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika.

Od roku 2003 pracuje jako projektantka i dekoratorka wnętrz dla instytucji państwowych i firm prywatnych, w czym wykorzystuje elementy inspirowane malarstwem i grafiką. Jej prace znalazły miejsce w wielu pomieszczeniach przez nią zaprojektowanych.

Przed dwoma tygodniami przyszlo na świat jej pierwsze dziecko.

Wystawa w Berlinie w galerii art.endart  jest pierwszą wystawą indywidualną Małgorzaty Kowalskiej. Pomysł wystawy powstał przed dwoma latami, gdy artystka zaczęła żyć w dwóch miejscach. W Polsce mieszka w małej osadzie na wyspie Chrząszczewskiej kolo Kamienia Pomorskiego, w Niemczech – w Berlinie. Artystka przelała na płótno swoje przemyślenia, obawy i rozterki związane z  podjęciem decyzji, gdzie jest jej miejsce. Polska czy Niemcy? Wyspa, spokój, natura, wolno biegnący czas czy Berlin – wielkie miasto, hałas, tłok, pośpiech i dużo konfliktów międzyludzkich? Jeszcze tego nie wie na pewno.

Nic dziwnego, że jej najnowsza wystawa nazywa się TU I TAM,TAM I TU.

Zdjęcia – sieć, Tomasz Fetzki

Liebe Freunde,
sehr geehrte Damen und Herren,

wir laden ein zur Vernissage!

DORT UND HIER, HIER UND DORT
Malerei von Małgorzata Kowalska
Ausstellung von 30.10 bis 15.11.2015
Vernissage am 30.10.2015 um 19.00.Uhr
Projektraum „art.endart“
Drontheimer Str. 22
13359 Berlin

Dort und Hier

Powrót na Kresy

Andrzej Rejman był na blogu regularnie przez wiele miesięcy. Przyzwyczailiśmy się już do jego pięknych tekstów wspomnieniowych, z dawnych polskich Kresów, z rajskich sadów Pradziadka Adama, z Powstania Warszawskiego… Czasem pisał o sprawach współczesnych, o wyborach, właściwych i niewłaściwych, o odchodzącym Prezydencie… Publikowałam teksty Andrzeja przez wiele poniedziałków, po czym nagle autor zamilkł. Kto wie, co się działo, czy pochłaniała go muzyka czy polityka? Teraz wraca. Dziś jest czwartek, ale następne teksty będą z powrotem w poniedziałki…

Z berżenickiego albumu

Dziś znów trochę wspomnień.

Kresy Rzeczpospolitej. Wileńszczyzna. Lata trzydzieste ubiegłego wieku.

Czarno-białe zdjęcia, ludzie którzy odeszli, sprawy, które nie są już ważne, lecz wciąż to wszystko pozostaje w pamięci i w sercu.

Wikipedia: Berżeniki (lit. Beržininkai) – niewielka miejscowość pomiędzy Duksztami i Rymszanami, w okręgu uciańskim, w rejonie ignalińskim.* Przed wojną mieszkała tam Helena Stankiewicz – Pani na Berżenikach. Wcześniej w folwarku Raj profesor Adam Hrebnicki-Doktorowicz wyhodował odmiany jabłek Malinówka Berżenicka i Ananas Berżenicki.

*: dla poprawności historycznej należy uzupełnić: w czasach II Rzeczpospolitej – w powiecie święciańskim, województwie wileńskim, obecnie Republika Litewska, rejon Ignalino, okręg Utena. (przyp. mój)

jezioronaczwartekJezioro Berżenickie fot. ze zbiorów rodzinnych

***

Krystyna Stankiewicz – córka Heleny z Zanów Stankiewiczowej (1904-1996) wspomina swoje dzieciństwo w Berżenikach.

 

 

 

 

Reblog: Nieubłagany koniec epoki


Wojtek Drozdek

Między Łodzią, Berlinem a Wenecją… / Zwischen Lodz, Berlin und Venedig…

Montag, 26. Oktober 2015

ZDZINIO

(Zdzisław Jaskuła 1951 – 2015)

Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą,/ lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej…
Mascha Kaléko, Memento. Przekład: I. Kuran-Bogucka

Trudno wspominać o kimś z perspektywy trzydziestu lat spędzonych poza Łodzią, krótkich w niej pobytów, przelotnych wizyt. Obrazy rwą się coraz bardziej, zacierają granice między rzeczywistością a wyobraźnią. Pozostaje jedynie świadomość nieubłagalnego końca epoki, której schyłek znaczą jak zwykle odejścia… Byli więc Jacek Bierezin i Witek Sułkowski, Andzia i Zbyszek Dominiakowie, Ewa Bierezin-Sułkowska… a teraz Zdzinio…

Kiedy i gdzie się poznaliśmy? Na początku lat 70, prawdopodobnie w BULe, może na dole w zadymionym “Piekiełku”, albo na którymś z wykładów prof. Skwarczyńskiej.

Obraz pierwszy to nieregularne popołudniowe “tajne komplety” ze skrzynką piwa przy piaskownicy w najciemniejszym zaułku parku Matejki. Było więc o polityce, literaturze, o wydaniach paryskiej Kultury, tych które miały nadejść zza kordonu i o tych, które zabrała ubecja. Zajęcia prowadził Witek, spotkać można było przedstawicieli łódzkiej opozycji, także tych których po Marcu nie wygnano – czasami wpadł zabłąkany student. Zdzinio dołączył do grupy jako jeden z ostatnich “kursantów”, wnosząc nie tylko wiedzę, humor, ale i cynizm. I coś jeszcze – kindersztubę godną późniejszych opozycyjnych salonów. Niemal zawsze spierał sie z Bierezinem o “treść i formę” – alpinistyki raczej nie uprawiali.

Obraz drugi to “bankiety” na Popowskiego, w mieszkaniu – a raczej jedynce i pół – Zbyszka. Tam też założyliśmy na Zdzinia i Sławę Lisiecką (wówczas jeszcze lektorkę niemieckiego) Wielkiego Haka. Postanowiliśmy zrobić z nich parę zapominając, że wyświadczamy Sławie niedźwiedzią przysługę. Za Jaskułą węszyła już milicja. Dyskusja na balkonie toczyła się już od dłuższego czasu wokół tematu “co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Zdzinio zegarka nie złapał, wylądował dziesięć pięter niżej. Sława więc wygrała, a małżeństwo przetrwało do końca. Podobno w prezencie ślubnym otrzymał od żony nowy czasomierz.

Obraz trzeci – mniej dynamiczny, bo to Jaskuła na niebieskim szezlongu w naszej bibliotece na południu Zachodniego Berlina. No właśnie. Nie Mur, nie muzea, nie Ku-Damm – taka nasza Piotrkowska – lecz biblioteka. Czternaście dni na kanapie spędził nasz Gość czytając bibułę. Także londyńskie reprinty Pulsu, który przyszło mu w Łodzi współredagować… Dwa tygodnie wśród książek podczas gdy za oknem szalała zimna wojna…

Ze Sławą stanowili doskonały team, z którego doświadczeń i wiedzy także i ja skorzystałem. Pod pseudonimem Mira i Grzegorz Landmannowie przetłumaczyli powieść Stefana Heyma – Collin (wyd. Veto, Zachodni Berlin, 1985). Łódzkie spotkania po 89 roku były mniej barwne, bardziej krótkie, gdzieś w łódzkich knajpach, później Domu Literatury, miedzy spektaklami a wieczorami autorskimi.

Obiecywaliśmy sobie, że następne będą inne…

(Zdjecie: GW) więcej o Zmarłym: http://lodz.wyborcza.pl/lodz/1,3515…

Pieprzona żądza władzy

Tomasz Fetzki

O przedwczorajszych wydarzeniach, mimo sugerującego i zachęcającego tytułu, nie znajdziecie tutaj niczego. Chwyt marketingowy: wybory są tylko pretekstem. Minifelieton niniejszy powstał wcześniej, a wynik niedzielnego głosowania, jakikolwiek był, nie ma najmniejszego wpływu na jego treść. Nie idzie mi bowiem o publicystykę, lecz o meditatio philosophica, choćby i trącącą amatorszczyzną. Triumfatorzy wyborów się zmieniają, problem pozostaje.

Żądza władzy. Chora żądza władzy. Paląca wnętrzności żądza władzy. Destrukcyjna żądza władzy. Przeklęta żądza władzy. Pierdolona żądza władzy. Żaden epitet nie będzie tu nadmierny, naciągany czy przesadny.

Poeta zastanawiał się swego czasu:
Kto pierwszy został panem, kto pierwszy został sługą
Kto musiał wstawać wcześnie, a kto mógł spać za długo
.

Na to pytanie odpowiedzi znaleźć się już chyba nie uda. Ale jedno jest pewne: dzień, w którym ktoś z nas po raz pierwszy odczuł przyjemność dominacji nad swym bratem, to najczarniejszy moment historii ludzkości. Odtąd już nie ma braci. Zresztą, czy kiedykolwiek byli?

Ta żądza rozprzestrzeniła się błyskawicznie, jak lotny wirus. I trwa. Stanowisko, organizacja, eklezja, opcja polityczna, zakres – są sprawami drugorzędnymi. WŁADZA! Sama w sobie, w stanie krystalicznie czystym, wydestylowana z kontekstów czasu i przestrzeni.

Ta żądza jest niebezpieczna, jak wirus zjadliwy. Nic tak nie skrzywi osobowości, nie zdegeneruje i nie upodli, jak przeklęta żądza dominacji. Żądza pieniądza? Żądza używki? One też niszczą, oczywiście. Ale tylko możność sprawowania władzy pozwala się ujawnić temu, co w człowieku najbardziej podłe, oślizgłe i ohydne. Zapyta jednak adwersarz: co to znaczy podłe, oślizgłe i ohydne? Konkrety proszę! Odpowiadam: dokładnie to – co podłe, oślizgłe i ohydne. Im ktoś więcej przeżył i zobaczył, tym lepiej zrozumie, o czym mówię, bo zna miarę podłości, oślizgłości oraz ohydy. A właściwie – brak miary.

Żeby było zabawniej, rozmiar owego bezmiaru w żadnym stopniu nie zależy od rangi zajmowanego stanowiska. Może być i odrobinka władzy – byle realnej! Byle pokazać, kto tu rządzi. Byle móc wpływać na życie innych wedle własnego upodobania. Tak po prawdzie – te małe, lokalne, kieszonkowe hitlerki, salazarki, kleopaterki, aminkowie, stalinki, pinocheciki, lady makbecikowe i inny pocieszny drobiazg – oni są najgorsi. Bo już zakosztowali ambrozji, lecz odrobinę jeno, i teraz pragnienie ich pali. Zrobią wszystko, by je ugasić. To nie figura stylistyczna. Naprawdę wszystko. Nie ma tak bliskiego przyjaciela, którego by nie zdradzili, tak żenującego donosu, którego by nie złożyli, tak odrażającej dziury, do której by, jak mówi prosty lud, bez masełka po stópki nie weszli…

Ja to wiem od niedawna. Lub inaczej – oczywiście teoretycznie wiedziałem o tym zawsze, ale realnie się przekonałem, że to aż tak – niedawno, krótko po czterdziestce. Wtedy dopiero doznałem wątpliwej przyjemności przekonania się naocznego, naskórnego i naemocjonalnego, do jakiego stopnia z ludzi, zwykłych ludzi, których się nawet lubiło, może wychynąć psychopatyczne bydlę. Oraz przekonania się, co potrafią robić, gdy już JĄ – władzę – mają. I że robią to z jednego tylko powodu – bo mogą.

Właściwie mogę się uważać za szczęściarza. Ostatecznie długie cztery dekady żyłem w błogosławionej niewiedzy. Wątrobę oszczędziłem, wrzodów się nie dorobiłem, żółci za wiele nie wyprodukowałem. Ale teraz szybko to nadrabiam. Jednak nie ma tej żółci znowu aż tak dużo, by mi zalewała oczy. Widzę wyraźnie. Wiem, że kierowanie innymi to zło konieczne. Oba słowa – zło oraz konieczne – są w tym miejscu tak samo potrzebne i prawdziwe. Dostrzegam też, że istnieją tacy – moja żona mówi o nich zadaniowcy – którzy dzierżą stanowiska dla realizacji celów, a nie dla napasienia swej chorej żądzy. Nie władcy, tylko administratorzy (przypominam: administrare pochodzi od ministrare, czyli służyć; minister to sługa, ot, taki żenujący żarcik). Oni jednak chyba myślą podobnie do mnie i moich inkryminacji nie odniosą do siebie. A poza tym – iluż ich jest?

Adwersarz znów zabiera głos: Towarzysze! Krytyka – tak. Ale konstruktywna!

Co mu odpowiem? Jak zaradzić złu? Natury ludzkiej zmienić nie sposób. Wydaje się, że jedynym rozwiązaniem byłoby powierzanie wszelkich stanowisk tym, którzy najmocniej się przed nimi bronią i, korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji, pozbywają się wątpliwych zaszczytów. Oni nie zrobiliby krzywdy sobie, ani innym.

To, rzecz jasna, niemożliwe, ale cóż szkodzi pomarzyć… A na razie, czekając na Godota, trzeba sobie jakoś radzić. Nigdzie i nigdy nie pozwalać, aby ktokolwiek uzurpował prawo do zajęcia miejsca naszej mamy i naszego taty. Nie wiem jak wy, ale ja sobie nie życzę – nikt nie jest tego godzien.

Kto z gwiazdozbioru Vega patrząc na ziemię zgadnie
Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni.
A kto nim, na własne życzenie, być przestał…
Dlaczego ja nie zapisałem się do anarchistów?

The winter is coming

Ciekawe, że publikuję tu list otwarty napisany – teoretycznie – przez przeciwnika politycznego. Autor listu wybierał Jarosława Kaczyńskiego, gdy ten był kandydatem na stanowisko prezydenta RP. Ja – nie. Tym bardziej podoba mi się ten głos rozsądku, skierowany do Kaczyńskiego “z własnych szeregów”.

List wysłany do Jarosława Kaczyńskiego na Zjazd Europejskiej Unii Wspólnot Polonijnych w Rzymie w dniu 22. 10. 15

winter-wonderland-pictures-4
Dr med. Bogdan Miłek

Kongres Polonii Niemieckiej
przewodniczący

Do Pana Premiera
Prezesa Partii Prawo i Sprawiedliwość
Jarosława Kaczyńskiego

List Otwarty

Szanowny Panie Premierze!

Piszę do Pana list otwarty, dotyczący obrazu Polski i Polaków, jaki kształtuje się w chwili obecnej i jaki może pozostać tym „obowiązującym stereotypem” przez długie lata. Piszę do Pana – bo to Pan Przewodniczący będzie według wszelkich prognoz miał decydujący wpływ na ten obraz Polski i Polaków w świecie. Ja, skromny lekarz-emigrant, od dziesięcioleci – indywidualnie lub w ramach różnych struktur – usiłuję się zajmować tą problematyką.

Np. TU

Mieszkając na pograniczu Niemiec, Francji i Luksemburga, postrzegam zapewne z innej perspektywy niektóre kwestie. Czasem taka dodatkowa optyka może wnieść coś do własnych przemyśleń…

Piszę tuż przed wyborami. Po wyborach będą ważniejsze inne kwestie. Teraz może ktoś to przeczyta…

Niedawno oświadczył Pan – sądzę, że w ramach „ferworu dyskusji” – iż migranci mogą przynieść zarazę i pasożyty . Pana słowa ochoczo podchwyciły media za granicą – przyklejając Panu kolejny raz łatkę ksefofoba, kontynuując poprzednie stereotypy – np. AK-owca z pewnego niemieckiego serialu… W ten klimat wpisało się wystąpienie Pana Kolegi Klubowego (a mojego sąsiada z krakowskiego dzieciństwa) prof. Legutko, atakujące oś Merkel – Hollande. Zamiast szukać dialogu w ramach Trójkąta Weimarskiego – poseł Legutko dopisuje nas do towarzystwa Orbana i Seehofera.

Niemcy – otoczenie Kohla i Merkel – od lat bardzo inteligentnie budują nowy obraz Niemiec i Niemców. Niemiec otwartych, liberalnych, państwa wielokulturowego i wielonarodowego. Państwa, które nawiązuje do Hambacher Fest – gdy w Niemczech powiewały polskie flagi. W tym tonie odbywały się Mistrzostwa Świata w piłkę nożną w 2006 roku – „Niemcy to mistrzowie serc”. Teraz buduje się nowy symbol: Niemcy – symbol miłosierdzia, otwartości, dzielenia się z bliźnim tym, co sami mamy, dla obcokrajowców – symbol szansy na realizację własnego ja, szansy na sukces zawodowy.

Abstrahując od tego, że Niemcy szukają w ten sposób drogi do amerykańskiego sukcesu gospodarczego, który jako państwo wielokulturowe chcą skopiować w sercu zjednoczonej Europy – to ma być nowy obraz Niemiec na miarę XXI wieku. Obraz, który zastąpi ten inny – z XX wieku. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Obojętnie, jak daleko pozycja Merkel zostanie osłabiona wewnętrznymi dyskusjami – ona wyjdzie z tej walki zwycięsko. Alternatywy bowiem nie ma. Nikt nie bedzie strzelał do bezbronnych emigrantów, ani nie da im zamarznąć. Do tego – Niemcy potrzebują siły roboczej, a muzułmanie z Syrii są zazwyczaj pracowici, „ucywilizowani” i całkiem dobrze wykształceni.

Polska nie powinna Niemcom w tym przeszkadzać, warto mieć takiego sąsiada – choć będzie on drenował fachowców z państw ościennych – niemniej jednak musi sama przemyśleć, jak aktywnie kształtować swój obraz na tym tle. Czy ma to być obraz ksenofobiczny – tak jak w owym słynnym już niestety filmie to przedstawiono AK-owców – czy też obraz państwa i narodu otwartego na inne kultury i narodowości , na miarę tradycji jagiellońskiej, na miarę prawdziwej natury Polaków i na miarę nauki Jana Pawła II!

Trzeba przy tym zwracać uwagę na każde słowo wypowiadane publicznie, w tym szczególnie przez liderów największych partii politycznych.

Proszę wybaczyć tych parę uwag, nasuwających się komuś, kto postrzega Polskę z pewnego oddalenia.

Z wyrazami szacunku

Dr med. Bogdan Miłek,
przewodniczący Kongresu Polonii Niemiekciej
– Pana wyborca w wyborach prezydenckich w roku 2010-

Obrazki z Iranu (3) – góry

Adam Slaski

Tochal

6 października

Teheran otaczają góry Alborz. Właściwie to jest górskie miasto, bo różnica wysokości między centrum a północnymi dzielnicami wynosi kilkaset metrów. Taka sytuacja powoduje oczywiście wiele zabawnych sytuacji, bo pogoda w centrum jest zupełnie inna niż odległych dzielnicach. Uniwersytet jest położony na północy i może tam szaleć burza śnieżna, a niefrasobliwi studenci przyjeżdżają w lekkich ubraniach, bo kilka stacji metra dalej trwa ciepła jesień.

tochalII (2)Udałem się więc na samą północ miasta, a następnie ruszyłem w góry. Początkowo szlak otaczały z obu stron restauracje, takie tradycyjne, w których herbatę pije się, półleżąc. Trwało to dość długo, zastanawiałem się, czy na pewno idę dobrą ścieżką, bo wcale nie wyglądało to na trasę wędrówkową. Z trasą w ogóle był problem, bo nie potrafiłem zlokalizować swojej pozycji na mapie. Ta z trudem zakupiona mapa pokazywała panoramę gór, nie jestem do takich map przyzwyczajony i słabo się w niej orientowałem, ale żadnej innej nie udało mi się dostać pomimo długich poszukiwań. Restauracje wreszcie się skończyły, ja natomiast zrobiłem się głodny. Doszedłem wreszcie, po jakichś 2,5 godzinach marszu, do schroniska, które okazało się zamknięte. Ten moment mógł być końcem wędrówki, gdyby nagle z za zakrętu nie wyłoniła się para turystów. Byli to, jak sądzę, dziewczyna i wynajęty przewodnik. Oboje Irańczycy, mówili bardzo dobrze po angielsku, wyjaśnili mi, gdzie na prawdę jestem i że schronisko jest godzinę drogi w górę i jest z całą pewnością otwarte.

tochalRuszyłem zatem w górę, a przede mną były liny i poręcze. Podejście było ciężkie, droga prowadziła przez skały, właściwie była to wspinaczka. Nie znam w polskich górach schroniska, do którego byłoby tak trudno dojść. Wreszcie dotarłem na miejsce, do schroniska Shirpala. Bardzo duży budynek, cztery piętra, nie widziałem wszystkich pokojów, ale zgaduję, że łóżek było ponad 50, być może koło setki. Kiedy przyszedłem wszystko poza jadalnią i meczetem było zamknięte, potem objawił się pracownik, otworzył mi sypialnię i powiedział, że restaurację otworzy o ósmej (była piąta).

tochalII (4)W międzyczasie zaprzyjaźniłem się z innymi podróżnymi. W jadalni poza mną siedziała para młodych Irańczyków i jeden samotnik. Para okazała się bardzo sympatyczna, poczęstowali mnie herbatą z termosu i pożartowaliśmy razem, nie mówili niestety ani słowa po angielsku. Samotnik znał angielski, ale nie był w najmniejszym stopniu skory do rozmowy.

Jak pożartowaliśmy, skoro nie znali anielskiego? Otóż w Iranie obowiązuje specjalny rodzaj etykiety, zwany tar’ouf. Działa to tak, że jeśli nie chcesz się czymś dzielić, to i tak musisz zaproponować, ale takiej propozycji nie wolno przyjąć. A jeśli czegoś oczekujesz, musisz odmawiać i ustąpić dopiero po dłuższych targach. To zdarza się podobno nawet w supermarketach: kasjerka mówi “proszę nie płacić, to drobnostka”, klient na to “ależ chętnie zapłacę” i tak się bawią. Ale spróbuj powiedzieć “zgoda” i wyjść nie płacąc – od razu wezwą policję.

A więc ja zacząłem odmawiać, jak gdybym sądził, że herbata, którą mnie częstują to tar’ouf, a ich ubawiło, że już poznałem zwyczaje ich kraju. Rzecz jasna nikt przy zdrowych zmysłach nie uprawia tar’ouf z turystami.

Rzeczą wartą wspomnienia jest, że powyżej schronisk hidżab nie obowiązuje. To znaczy obowiązuje, ale obowiązek ten jest powszechnie ignorowany. Dziewczyny, które spotkałem, nie udawały nawet, że mają jakiś symboliczny hidżab, chusteczkę, czy coś podobnego. Chodziły z gołą głową albo w czapce z daszkiem.

Otwarto wreszcie restaurację i okazało się, że na kolację można zamówić fasolę z puszki podgrzaną w mikrofalówce. Zjadłem z pokorą tę mało apetyczną potrawę, ale z trudem zachowałem powagę, gdy “kucharz” zapytał mnie na koniec “was it delicious?”

tochal (1)Rano po śniadaniu ruszyłem w drogę na szczyt. Według kucharza czekały mnie 3-4 godziny podejścia, według turysty-samotnika – pięć godzin. Na szlaku poza mną nie było zupełnie nikogo, Irańczycy tłumnie ruszają w góry w weekendy, ale w ciągu tygodnia nie spotkasz żywej duszy. Na trasie nie było już więcej skał, jedynie prosta droga przez kamienie i osty. Gdy ścieżka wyprowadziła mnie na grań zrobiło się chłodno i założyłem polar. Miałem ze sobą sporo ekwipunku: kurtkę przeciwdeszczową, śpiwór, matę samopompującą i płachtę biwakową. Oczywiście, żadna z tych rzeczy mi się nie przydała.

tochalII (3)Na szczyt dotarłem po 4 godzinach, co uznałem za niezły wynik. Szło mi się znakomicie, rozrzedzone powietrze tym razem w ogóle mi nie przeszkadzało – być może zaaklimatyzowałem się, śpiąć w Shirpali na wysokości około 2900 m n.p.m. Tochal liczy sobie 3962 m, czyli jest to kolejny prawieczterotysięcznik w mojej karierze.

tochal (2)Widoki na szczycie rozczarowały mnie, gdyż nad Teheranem unosił się smog, który ograniczał widoczność, a góry Alborz zasłaniała mgła. Gdy robiłem zdjęcia, objawił się nagle goprowiec, który bardzo się zdziwił, że ktoś wybrał się na Tochal w tygodniu i wyjaśnił mi, że dobra widoczność jest jedynie o świcie i musiałbym nocować na górze, żeby zobaczyć Damavand – najwyższy szczyt Iranu.

tochalII (1)Goprowiec posługiwał się perfekcyjną (na ile mogę ocenić) angielszczyzną i zupełnie nie miał irańskiego akcentu. Sądzę, że musiał wychować się w USA, albo pochodzi z zamożnej rodziny, która zapewniła mu bardzo staranne wykształcenie.

Na Tochalu wytyczone są trasy narciarskie, są tam liczne wyciągi i kolejka linowa. Goprowiec poradził mi, bym z niej korzystał, ale okazało się, że z powodu małego ruchu zamknięto dziś wcześniej. Czekały mnie więc 2000 metrów zejścia okrężną drogą, która omija skały, ale za to ciągnie się niemiłosiernie.

Po południu spotkałem bardzo miłego Irańczyka, z którym razem schodziliśmy przez kilka godzin, rozmawiając na migi. Pan znał tylko podstawowe zwroty po angielsku (mówił za to po francusku i arabsku, ale ja nie znam żadnego z tych języków). Dowiedziałem się jednak, że ma 44 lata, dwoje dzieci, jest prawnikiem, oraz że był gruby, ale schudł dzięki sportom. Razem zeszliśmy do dolnej stacji kolejki. Stamtąd metrem dojechałem zmordowany około 21 do mieszkania Shayena.

tochalII

Die kleine große Welt (20)

Monika Wrzosek-Müller

Der Tarot Garten der Niki de Saint Phalle

Sie wollte eigentlich von dem Skulpturengarten in der Toskana berichten, von dem Weg dahin, von ihrer Enttäuschung – und dann nach einem Gespräch mit einer Freundin hielt sie inne, schaute tiefer und fand viele Gesichter des Gartens, die sie vorher nicht gesehen hatte.

Den Garten wollte sie natürlich sehen, er war schon eine Berühmtheit und in der westlichen Welt so etwas, wie ein Muss, wenn man in der Gegend war. Sie kurvten und wendeten, um den Weg zu finden, ziemlich lange; die bescheidenen Hinweisschilder waren rar. Sie kamen von der falschen Seite, nicht von dem wunderschönen Städtchen Capalbio, das oben auf einem Hügel thronte und es mit seinen mittelalterlichen Mauern mit Monterregioni aufnehmen konnte, oder vielleicht sogar noch reizvoller war, mit dem Blick aufs breite, weite Meer. Aber sie kamen an und hatten, stellte sich heraus, wenig Zeit; der Garten wurde schon um 18.00 Uhr geschlossen, es war September.

Immer wieder hatte sie sich nach ihrer Ankunft im Westen konfrontiert gesehen mit dem westlichen Feminismus, mit dem sie nicht viel anzufangen wusste und den sie am Anfang in der BRD mit einem ziemlich schlampigen Stil der Kleidung assoziiert hatte, mit Stricken in den Hörsälen der Universitäten und dem Fehlen von Frauen in den oberen Chefetagen, vielleicht auch mit der Zeitschrift „Emma“ und der Person Alice Schwarzer. Für ihre Generation aus Polen, die der Töchter von Müttern, die alles schmissen: den Job, die Versorgung des Haushalts, Klavierspielen und eine gewisse Intellektualität, wenn die Zeit dafür reichte, waren die Kämpfe der Frauen hier anfänglich irgendwie lächerlich und auf jeden Fall unverständlich. Allmählich ging ihr auf, dass in der Welt des Geldes die Sachen sich anders gestalteten, und irgendwann etwas später, auf einer Konferenz im südenglischen Harrogate, bei einem Panel über Frauen in der polnischen Opposition, verstand sie, dass ihre Mutter zwar alles bewältigt hatte sich aber ihres Werts keineswegs bewusst gewesen war, und eigentlich auch keine Feministin. Den „kleinen“ Unterschied zwischen den Feministinnen und den überlasteten, chronisch kranken und überarbeiteten Frauen in ihren vielfältigen Berufen in den sozialistischen Ländern lernte sie erst allmählich.

An das alles dachte sie nicht, als sie durch den Garten an der Grenze zwischen Toskana und Latium ging; das kam erst später nach dem Gespräch mit Andrea. Danach hat sie sich über die Künstlerin, Niki de Saint Phalle informiert, über ihr Leben und den Fluch, der sie verfolgte, und den Segen der Kunst, der ihr erlaubt hatte, so zu leben, wie sie wollte, Kunst als Lebensprinzip zu kultivieren. Vor allem berührt hatte sie die Schönheit der Künstlerin, die aus den Fotos von ihr sprach: das feine filigrane Gesicht und die schlanke Figur, die Schönheit, die im Wiederspruch stand zu den von ihr dargestellten groben, fleischigen, rundlichen und manchmal fast vulgären Frauenfiguren. Ihre „Nanas“ waren für viele Frauen in der alten BRD ein Inbegriff des Feminismus; die bunten Gestalten sah sie einmal auf einer Reise nach Hannover, auch in Bonn, auch die riesige, viele Meter lange Figur von Hon vor dem Moderna Museet in Stockholm.

Doch da in der Toskana, an dem schönen Abend, erschienen ihr die Figuren zu grell, zu bunt, zu aggressiv und demonstrativ, ganz anders als die Umgebung; der Hinweis der Künstlerin auf die Verbindung und Inspiration bei Gaudi und Hundertwasser fand sie nicht gerecht, weil die beiden tief mit den Städten verbunden waren, für die oder wo sie ihre Werke schufen. Sowohl der Park Güell in Barcelona als auch das Elektrizitätswerk in Wien waren jeweils für den Standort errichtet, nicht austauschbar, verwurzelt und einmalig. Den Tarot Garten konnte sie sich dagegen in der Gegend um Berlin auch gut vorstellen; würden die Menschen nicht auch dahin strömten, um sich die wunderbar farbigen, bunten, fröhlichen Figuren anzuschauen? Das Argument, dass diese sich mit der männlichen Welt der italienischen Provinz auseinandersetzten, nahm sie nicht ab. Sie existierten für sich, im Kreis der 22 Figuren der Tarot Karten, das große Arkanum des Spiels, mit einigen Tiergestalten, Wohnensembles dazu. Zwar waren wie immer ihre Geschlechtsteile gut sichtbar und überdimensional, aber das war der Stil der Künstlerin.

Nun war sie aber drin und ging hinter Familien mit vielen Kindern her, die vor Freude und Erregung bei so viel Farbe, Spiegel und Spiegelung quietschten. Sie spielten mit den Tieren, ließen sich fotografieren, drauf, drunter und daneben. Überhaupt war der Garten für selfies wie geschaffen, animierte, die Posen der Figuren einzunehmen, sich zur Schau zu stellen. Sie bewunderte die unheimliche Arbeit, die feine und genaue Ausführung, die Fantasie der Künstlerin. Es war zugegeben schwerste Arbeit, die riesigen Figuren zu schaffen, zuerst aus einem Geflecht von Eisengittern, dann mit Beton zu bespritzen; erst danach kamen die Keramikfliesenarbeiten oder die Bemalung. Die oft verwendeten Spiegelscherben funkelten und spiegelten das Licht der untergehenden Sonne wunderbar, die Farben waren frisch und kräftig, lebendig, wie gerade aufgetragen. Je nach dem Licht der auf- und untergehenden Sonne konnte man unheimliche Fotografien machen, mit Farben, die aus einer ganz anderen Welt waren; wahrscheinlich, dachte sie, musste man sich da etwas länger aufhalten, um den Charme und die Seele des Gartens zu ergründen und ihm zu erliegen. Die Künstlerin selbst verstand den Garten als einen meditativen Ort und zum Tarot-Spiel sagte sie sehr klug einmal: „Das Leben ist wie ein Kartenspiel, wir werden geboren, ohne die Regeln zu kennen, aber jeder von uns muss mit dem Blatt spielen, das er bekommt.“

Zu Hause in Berlin stellte sie herrlich gelbe Sonnenblumen in eine prachtvolle Vase einer schweizerischen Künstlerin, der Mutter einer Freundin, die in Massa Marittima lebt und dort ihre wunderschönen Keramikarbeiten herstellt – eine einmalige Vase, die mit kleinen sich spiegelnden, gelblich-goldenen und burgunder-rostroten Mosaiksteinchen ausgekleidet ist.

Reblog: Meir Ezofowicz

Powieść Olgi Tokarczuk Księgi Jakubowe przeczytałam już dawno, zanim ktokolwiek z moich znajomych ją przeczytał, zanim mianowano ją do Nike, zanim ją jej przyznano i zanim w Polsce rozpętała się niebywała akcja nienawiści. Tak niebywała, że jej echa docierają do Europy, która nie może zrozumieć, o co właściwie tym Polakom chodzi? Prawdę mówiąc i mnie jako Polce trudno to pojąć. Oczywiście nikt z tej zgrai nienawistników, która zapluwa internet, nie przeczytał ani słowa z tej książki, nikt nie wie więc, jaką niebywałą historię opowiada.  Zresztą w nagonce na Tokarczuk w ogóle nie chodzi o jej powieść, lecz o  jedno zdanie, jakie wygłosiła podczas wręczania nagród, a wręcz o kilka słów: zniewoliliśmy naszych poddanych, zabijaliśmy Żydów.

To oczywiście udowodniona historycznie prawda, ale prawda żadnego z plwaczy i szczwaczy nie interesuje.

Tokarczuk nie jest pierwszą polską autorką, która na temat Żydów napisała Dzieło.  Pierwszym takim Dziełem był Meir Ezofowicz. Wydany w 1878 r. Meir… został uznany przez wielu za “objawienie”. Pisarkę od dawna interesowało życie, kultura i religia Żydów i w tej powieści starała się je wiernie odtworzyć. Prace nad powieścią Orzeszkowa poprzedziła studiami kultury i religii judaistycznej oraz wyprawami do miasteczek żydowskich. Opowiedziana przez Orzeszkową historia małego miasteczka przekształca się powoli w parabolę, stając się przypowieścią o odwiecznym zmaganiu się dobra ze złem, mądrości z ciemnotą i miłości z nienawiścią…

Olgo, teraz też o to chodzi, o spór między ciemnotą a mądrością…

Eliza Orzeszkowa

Meir Ezofowicz

Raz na koniec przybyła z Warszawy do Szybowa kartka papieru zżółkłego i zmiętego w długiej podróży, a na niej wypisanymi były następujące wyrazy:
„Wszelkie różnice w ubiorze, języku i obyczajach pomiędzy Żydami a miejscową ludnością zachodzące znieść. Wszystko, co się religii tyczy, pozostawić nietykalnym. Sekty nawet tolerować, jeżeli te nie będą wpływać szkodliwie na moralność. Żadnego Żyda, zanim dojdzie dwudziestu lat życia, do chrztu nie przyjmować. Prawo do nabywania gruntów Żydom udzielić, a nawet tych, którzy by się rolnictwem zatrudniać chcieli, na pięć lat od podatków uwolnić i inwentarzem rolnym obdarzyć. Wzbronić zawierania małżeństw przed rokiem dwudziestym dla mężczyzn, a osiemnastym dla kobiet”.
Kartkę tę noszono po ulicach, placach i domach, czytano po setne razy, powiewano nią w powietrzu niby chorągwią triumfu lub żałoby dopóty, aż w tych tysiącach rąk niecierpliwych i drżących rozpadła się ona w drobne szmatki, ulotniła się w żółtawy pył i — zniknęła.
Zdania jednak o tym, co przeczytanym zostało, ludność Szybowa nie wyrażała zrazu. Część jej, znacznie mniejsza, pytające spojrzenia zwróciła ku Herszowi, inna, ogromnie większa, badała twarz reba Nochima.
Reb Nochim wyszedł przed próg swej lepianki i chude ręce swe w znak grozy i rozpaczy wznosząc nad głowę okrytą siwymi włosy, zawołał po razy kilka:
— Asybe! Asybe! Dajge!
— Nieszczęście! nieszczęście! biada! — powtórzył za nim tłum zalegający w dniu owym podwórzec świątyni. Ale w tej samej chwili Hersz Ezofowicz stojący u samych drzwi domu modlitwy założył białą rękę za szeroki pas atłasowego chałata, drugą powiódł po śniadej, rudawej bródce, podniósł wysoko głowę okrytą cenną bobrową czapką i nie mniej donośnie od rabina, innym tylko wcale głosem zawołał:
— Ofenung! Ofenung! Frajd!
— Nadzieja! Nadzieja! Radość! — nieśmiało trochę, z cicha i z ukośnym na rabina wejrzeniem powtórzyła za nim nieliczna gromadka jego przyjaciół.
Ale stary rabin słuch miał dobry. Usłyszał. Biała broda jego zatrzęsła się, czarne oczy rzuciły w stronę Hersza wejrzenie pełne błyskawic.
— Rozkażą nam brody golić i krótkie suknie nosić — zawołał żałośnie i gniewnie.
— Rozum nasz uczynią dłuższym i serca w piersiach naszych rozszerzą — odpowiedział mu od drzwi świątyni doniosły głos Hersza.
— Zaprzęgą nas do pługów i każą nam uprawiać krainę wygnania! — krzyczał reb Nochim.
— Otworzą przed nami skarby ziemi i rozkażą jej, aby ojczyzną nam była! — wołał Hersz.
— Zabronią nam koszery[ zachowywać i z Izraela uczynią lud chazarników!
— Dla dzieci naszych szkoły pobudują i z Izraela uczynią cedr libański miasto tarniny!
— Twarze synów naszych brodami porosną, zanim wolno im będzie żony pojąć sobie!
— Kiedy pojmą oni swe żony, rozum w ich głowach i siła w ich rękach będą już wyrosłe!
— Rozkażą nam grzać się przy obcych płomieniach i pić z sodomskiej winnicy!
— Przybliżą do nas Jobel-ha-Gadol, święto radości, w którym jagnię bezpiecznie spoczywać będzie obok tygrysa!
— Herszu Ezofowiczu! Herszu Ezofowiczu! Przez usta twoje mówi dusza pradziada twego, który wszystkich Żydów zaprowadzić chciał do cudzych płomieni!
— Reb Nochim! Reb Nochim! Przez oczy twoje patrzy dusza twego pradziada, który wszystkich Żydów zatopił w wielkich ciemnościach!
Tak wśród ogólnej głębokiej ciszy tłumu, z dala od siebie stojąc, rozmawiali ze sobą dwaj ci ludzie. Głos Nochima stawał się coraz cieńszy i ostrzejszy, Hersza brzmiał coraz silniejszymi, głębszymi tony. Żółte policzki starego rabina okryły się plamami ceglastych rumieńców, twarz młodego kupca zbladła. Rabin trząsł nad głową wyschłymi dłońmi, rzucał postać w tył i naprzód, a srebrna broda jego rozwiała mu się na oba ramiona; kupiec stał prosto i nieruchomo, w szarych oczach jego błyskało gniewne szyderstwo, a ręka za pasem tkwiąca odbijała białością od głębokiej czerni atłasu.
Parę tysięcy oczu szybkimi spojrzeniami biegało od twarzy jednego z dwóch przywódców ludu ku twarzy drugiego, parę tysięcy ust drżało, lecz — milczało.
Na koniec rozszedł się po podwórzu świątyni przeszywający powietrze, ostry, przeciągły krzyk reb Nochima:
— Asybe! Asybe! Dajge! — jęczał starzec z łkającą piersią i załamanymi nad głową rękami.
— Ofenung! Ofenung! Frajd! — podnosząc w górę białą rękę i głosem radością brzmiącym wykrzyknął Hersz.
Tłum milczał jeszcze chwilę i stał nieruchomy, potem głowy jego pochylać się zaczęły ku sobie na kształt fal kołysanych w przeciwne strony i na kształt wód szemrzących szemrać poczęły usta, aż nagle parę tysięcy rąk podniosło się w górę z gestem trwogi i bólu i parę tysięcy piersi wydało chóralny ogromny okrzyk.
— Asybe! Asybe! Dajge!
Reb Nochim zwyciężył.

Potem jednak wszystko przepadło. Tak Orzeszkowa zaznaczyła w powieści cezurę, jaką były zabory. Role się odwróciły. Teraz Hersz Ezofowicz, zwolennik asymilacji, płakał i wołał Asybe! Asybe! Dajge. A reb Nochim nie posiadał się z radości.

— Frajd! Frajd! Frajd! — wołał do ludu stary rabin, dowiedziawszy się, że „wszystko przepadło”, że zatem ci, którzy mieli rozkazywać Żydom, aby brody golili i krótkie suknie nosili, krajowym językiem mówili i w szkołach krajowych się uczyli, roli się imali i w dziecinnym wieku małżeństw nie zawierali — rozkazywać już prawa nie mają.
— Frajd! Frajd! Frajd! Zbawione są brody i długie chałaty; zbawione kahały, chajrymy, koszery, zbawione od zetknięcia się z nauką Edomu święte księgi Miszny, Gemary i Zohar! Zbawionymi od ciągnięcia pługu dłonie wybranego ludu! Zbawionym więc od zagłady lud Izraela!

Cała powieść dostępna jest bezpłatnie w serwisie Wolne Lektury.

Reblog: Wychowanie patriotyczne (1)

Mirka

Piosenki harcerskie

Ktoś mnie kiedyś zapytał, jaką propagandą i jakimi tekstami karmiono przedwojenną młodzież, że potrafiła, wbrew wszelkiej logice, walczyć tak dzielnie z nazistami i oddawać w tej walce swoje młode życie?

Ja przed wojną byłam dzieckiem nie młodzieżą, ale i mnie “karmiono” patriotycznymi tekstami. Nieważne jakie to były teksty, jaką miały treść, ale ważne jak były podane.

Powojenny PRL głosił hasła państwowotwórcze (okropne słowo), głosił je w nudnych przemówieniach na wiecach i masówkach, na które ludzie przychodzili nie z własnej woli i potrzeby serca i rozumu, lecz ich po prostu spędzano. Powtarzano tam te same slogany, które wszyscy znali na pamięć i umieli sami powtórzyć bez zastanowienia. Dobrze, ze bez zastanowienia, bo w tych sloganach i hasłach były puste, czasami niezrozumiałe słowa.

Przedwojenna “propaganda” dla młodzieży była atrakcyjna, podana w sposób ciekawy, bo w treści wierszy i piosenek z dobrą, wpadającą w ucho melodią, która pomagała zapamiętać i zrozumieć treść.
Mam część tych tekstów zapisanych z pamięci i jak zwykle nie znam ani autorów ani kompozytorów, ale jak Was znam, to w internecie znajdziecie potrzebne nazwiska, a może nawet i melodie…
Dziś słowa pierwszej piosenki, którą można raczej nazwać pieśnią, bo jest bardzo patetyczna.

Myśmy przyszłością Narodu
pierś nasza pełna jest sił
dążmy do wolności grodu
naprzód, lecz nigdy w tył!

XXXXXLaurami przystrójmy głowy
XXXXXnie znajmy w życiu swym trwóg,
XXXXXpolskiej ojczystej nam mowy
XXXXXnie wydrze żaden wróg.

Zdobądźmy skrzydła sokole,
nauce poświęćmy czas,
a światłość zdobytą w szkole
nieśmy do ludu mas!

XXXXXLaurami …

***

Zgodnie z sugestią autorki znalazłam w internecie i tę piosenkę, i kilka innych, i nader patriotyczny filmik o harcerzach z roku 1935.
W cztery lata później zapewne wszyscy ci chłopcy stanęli do walki z Niemcami, a wielu z nich zginęło.

O samej piosence wszystkie źródła internetowe zgodnie twierdzą, że jest to polska przedwojenna pieśń marszowa, lata powstania i autor nieznany…