Uwolnić Asię Bibi / Freiheit für Asia Bibi

Für meine deutsche Leser – sieh’ in Wikipedia, wer Asia Bibi ist und was ihr droht


asiabibi1asiabibi2

Sekcja polska organizacji CitizenGo, która zajmuje się sprawą Asii Bibi, stworzyła film o Asii Bibii. Film znajduje się na płycie DVD dołączonej do kartki pocztowej, która ma dotrzeć do tych, którzy mają wpływ na uwolnienie kobiety.

Wysyłajmy i rozdawajmy kartki z filmem wszystkim ludziom sumienia.
Działamy międzynarodowo!

Nasza inicjatywa odbywa się jednocześnie we wszystkich krajach Europy.

***

23 lipca bliscy Asii Bibi poinformowali CitizenGO o wyniku rozprawy w Sądzie Najwyższym w Islamabadzie, który uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego w Lahore z października zeszłego roku i przejął sprawę do rozpoznania. To oznacza, że Sąd Najwyższy zbada sprawę na nowo i że w tej chwili nie obowiązuje wyrok śmierci wydany na Asię Bibi. Ciągle jest oskarżona, lecz według pakistańskiego prawa – nie można jej teraz zamordować.

Asia Bibi mogłaby opuścić więzienie (ale nie kraj) do czasu kolejnej rozprawy w Sądzie Najwyższym (jej termin nie jest jeszcze znany), lecz wraz z rodziną i prawnikami zdecydowała się na pozostanie w więzieniu do ostatecznego wyroku, ponieważ tam jest bezpieczniejsza. Poza więzieniem mogłaby zostać natychmiast zamordowana (wyznaczono nawet nagrodę w wysokości ok. 5000 $ dla tego, kto ją zabije). Rodzina uznała, że życie Asii Bibi jest ważniejsze od bolesnej rozłąki…

Ciągle podpisujmy petycję, a jeśli już to zrobiliśmy, poprośmy znajomych o podpisanie!
Nasze podpisy mają sens. Pozwalają – choć trochę – równoważyć nacisk tych, którzy chcą Asię Bibi zamordować.

Podpisz petycję

Dziękuję
Magdalena Korzekwa

Dyrektor CitizenGO Polska

Tu Radio Armii Krajowej 99,5 FM

Remigiusz Pigłowski

Tego dnia Ambasadę Francji opuszczałem w pełnym pospiechu, gdyż miałem pilną sprawę na mieście. Wychodząc z budynku zauważyłem otwierające się wrota placówki, przed którymi czekał na wyjazd służbowy Peugot ambasady. Wydobywające się spod kół kłęby dymu oraz nerwowy oddech silnika dawały do zrozumienia, że nie tylko ja mam pilna sprawę do załatwienia dziś na mieście. Bez chwili zastanowienia zapukałem w szybę, a Maciek, kierowca ambasady, bez słów zrozumiał moje intencje, precyzując jednakże, że nie jedzie daleko, że tylko do metra Politechnika, ale mnie to urządzało tym bardziej, że prócz bezspornego zysku czasowego gdzieś podświadomie zawsze marzyłem o przejażdżce samochodem na niebieskich blachach z naklejką CD.

A może moja spontaniczna decyzja wynikała po prostu z zamiłowania do ryzyka; może chciałem przez to udowodnić, że ja się nie boję jeździć z kierowcą, który cierpi na Parkinsona, może chciałem przez to zakomunikować mu, że nie jest z nim tak źle, że pomimo iż koledzy z jego działu wolą jeździć taksówką w trosce o własne bezpieczeństwo, jest jeszcze ktoś, kto chętnie wsiądzie do jego Peugota?

– Chłopakowi zostały dwa lata do emerytury i mimo Parkinsona nikt go stąd nie będzie wypieprzać. Ale mi kurde też zostały dwa lata i dlatego wolę zamawiać taksówkę – podsumował kiedyś w mało dyplomatyczny sposób Bernard, radca do spraw ekonomicznych, nałogowy palacz cygaretek, gustujący tylko w białych winach, co jak na Francuza zdaje się być rzadkością.

Brama otwarta – ruszamy! No to będzie się działo – myślę sobie – pełen lans w dyplomatycznym aucie z kierowcą z Parkinsonem. Zamarzyłem sobie, że gdyby tak przejechać przez Plac Zbawiciela, może nawet ze dwie rundki zrobić przy otwartych szybach z francuską muzyką w tle, a może by nawet poprosić Maćka, aby się na chwilę zatrzymał w zatoczce pod Planem B pod pretekstem załatwienia jakiejś sprawy, to dopiero byłoby entrée!

Przyjazd na Plac Zbawiciela białą kolarzówką bez szprych czy na wytatuowanej deskorolce są już passe. Czas wymyślić cos nowego i zdaję się, że mam argumenty. Niestety mój szofer ma z góry ustaloną trasę dojazdu do metra Politechnika, a w radiu miast transowych dźwięków rozbrzmiewa zażarta dyskusja, czy Stalin celowo wstrzymywał ofensywę podczas Powstania Warszawskiego. Na skrzyżowaniu Pięknej z Alejami Ujazdowskimi Maciek pogłośnił radioodbiornik, uściślając, że to jego ulubiona stacja – Radio Armii Krajowej 99.5 FM. Następnie stwierdził, że ta audycja jest powtórką, ale on chętnie raz jeszcze posłucha o okrucieństwach Stalina i cierpieniach warszawiaków. Miałem wrażenie, że to biczowanie się dramatem Powstania paradoksalnie dawało mu jakąś niewytłumaczalna radość, zinterpretowałem to nawet jako pewien rodzaj perwersji, o którą nigdy wcześniej nie mógł bym go podejrzewać.

Czekając na zielone światło kątem oka zauważyłem Bernarda. Skręcił w lewo w kierunku Placu na Rozdrożu. Szedł nerwowym krokiem z cygaretką w ustach, a jego vintagowa teczka nienaturalnie ciążyla mu w ręku. Gdy nasze spojrzenia wreszcie się spotkały, Bernard lekko skinął glową w miom kierunku.

– To znak do rozpoczęcia akcji – pomyślałem. Koniecznie musimy skręcić w lewo, bo z Alei Róż wyjedzie zaraz opel Franza Kutchery! Po wschodniej stronie Alei widzę także Panią Basię z sekcji konsularnej – przewiesza biały sweter na prawą rękę. Tymczasem Bernard bezradnie siłuje się z zamkiem teczki… Cóż za rekonstrukcja! Maciek na pewno się zgodzi na zmianę trasy. O ile pamiętam, operacja ta była najważniejszą zakończoną sukcesem akcją bojową AK, wymierzoną w wysokiego funkcjonariusza niemieckiego aparatu. A potem, gdy już skręcimy w Aleję Róż, nie będzie wyboru i aby dojechać do metra Politechnika nieubłagalnie przejedziemy przez Plac Zbawiciela.

Odżyły przez chwilę nadzieje na lans pod Planem B jednakże Maciej nie dosłyszał mojej propozycji, zahipnotyzowany dyskusją historyków dystyngowanym tempem opuścił skrzyżowanie, kierując się prosto na plac Konstytucji.

Przyznać muszę, że nawet przez chwilę nie odczuwałem zagrożenia, wynikającego z niesprawności ruchowej Macka, jego jazda była płynna a skupiona twarz dawała dodatkowe poczucie bezpieczeństwa. Jedynie na samym początku, tuż zanim wyruszyliśmy spod Ambasady Francji, byłem lekko przerażony na widok roztańczonej ręki na drążku zmiany biegów. Wyglądało to tak, jakby kierowca w jednej sekundzie chciał wcisnąć wszystkie biegi na raz, jednakże w trakcie jazdy okazało się, że Maciek pomimo swojej ułomności całkiem sprawnie operuje dźwignią.

I gdy już powoli godziłem się z tym, że nic się nie wydarzy, że nie będzie spektakularnego przejazdu przez Plac Zbawiciela, że podróż z kierowcą cierpiącym na zaawansowanego Parkinsona okazała się najbezpieczniejszą w świecie, wtedy właśnie, na skrzyżowaniu Pięknej z Marszałkowską przy zapalonym już czerwonym świetle Maciek brawurowym manewrem objechał czekające na skręt samochody i przy pełnych obrotach silnika skręcił w lewo w Marszałkowską tuż przed nadjeżdżającymi z naprzeciwka samochodami.

Tymczasem w radiu AK historycy zgodnie dochodzą do wniosku, że Stalin z pełną premedytacją wstrzymał ofensywę, aby wykrwawić miasto. Na koniec prowadzący audycję dziennikarz okrasza owocną dyskuję powstańczym hitem muzycznym. Mija jeszcze parę chwil po czym na wysokości Waryńskiego wyduszam z siebie.

– Maćku, nie uważasz ze to było ryzykowne, przecież te auta zatrzymały się w ostatniej chwili?

– Nie denerwuj się Arkadiusz, niebieskie blachy. Nikt by nie ryzykował – odpowiedział spokojnym głosem, po czym skręcił w Nowowiejską.

 

 

Zmarły z cmentarza w Oliwie

Ewa Maria Slaska

W poszukiwaniu straconego mistrza

Od lat jestem zaprzyjaźniona z pochodzącym z Raciborza architektem i malarzem, Engelbertem Kremserem. Pisałam już o nim kiedyś, dziś wracam do niego, ale z innym pytaniem, bo interesuje mnie jego pierwszy mistrz.

Gdy rozmawiamy o życiu, Kremser zawsze opowiada o swoim  pierwszym nauczycielu malarstwa. Było tak. Był rok 1948 w powojennym Raciborzu. Chłopak miał 10 lat. Pewnego dnia zobaczył na ulicy malarza ze sztalugami. Stanął i zapatrzył się. Malarz podniósł wzrok, popatrzył na chłopaka, a ten wykrztusił z siebie tylko jedno zdanie, nie, nie zdanie, trzy wyrazy. Ja też maluję… No to pokaż, co malujesz, odparł malarz, a chłopak pobiegł do domu tak prędko, jak jeszcze nigdy w życiu nie biegł, ani przedtem, ani potem…

Malarz nazywał się Bolesław Juszczęć i uczył chłopaka malarstwa aż do matury. Za darmo. Był dla niego zastępczym ojcem. Prawdziwy ojciec nie wrócił po wojnie do rodziny, aż… Ale o tym za chwilę. Juszczęć nauczył Engelberta malarstwa i rysunku, i przygotowywał  do egzaminu do Akademii Sztuk Pięknych. Tymczasem chłopak-zdrajca nie chciał być malarzem, chciał być architektem i zdał egzamin na architekturę we Wrocławiu. Był rok 1956. I wtedy matka zabrała obu synów do Niemiec.

Myślę, że Malarz na pewno był zadowolony z tego, co osiągnął Architekt. Bo Engelbert został wprawdzie architektem, ale architektem-artystą, przedstawicielem fantastycznej gałęzi architektury, gdzie jego poprzednikami – choć nie wzorami, bo każdy z tych fantastycznych architektów buduje po swojemu – są Niki de Saint Phalle i Antoni Gaudi. Engelbert wymyślił metodę pracy, którą nazwał architekturą ziemi (Erdarchitektur). Zbudował w Berlinie kilka niezwykłych budynków w tym kawiarnię nad jeziorem na terenie dawnej wystawy ogrodniczej w Britz.

Jest jednym z niewielu architektów, którzy mają wizję i którzy cierpią w obliczu świata zbudowanego z betonowych kostek. To nie jest dziennikarska przesada, oni cierpią. Widzę to i słyszę, gdy rozmawiamy z Engelbertem o architekturze. Albo chodzimy po mieście.

Poza tym od lat maluje.

Tak, jestem przekonana, że Juszczęć był(by) zadowolony. Historię o Juszczęciu słyszałam już wielokrotnie, ale dopiero teraz przychodzi mi do głowy, że warto by było dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Engelbert mówi mi tylko, że żona artysty pracowała w fabryce słodyczy. Dobrze zarabiała, Juszczęć nie musiał więc w ogóle pracować, ale chciał i przez wiele lat był nauczycielem sztuki w szkole dla głuchoniemych. Bardzo lubił tę pracę i miał wybitne efekty.

To wszystko. Nic więcej nie wiem. Ale w końcu umiem szukać, a internet został stworzony dla mnie.

Wrzucam imię i nazwisko Bolesław Juszczęć do internetu. Pojawia się kilkakrotnie, ale zawsze wspólnie z Kremserem. To wierny (a jednak wierny) uczeń lojalnie przypomina, u kogo się uczył i kto uczynił z niego artystę. Wydaje się, że Juszczęcia nie ma bez Kremsera, że istnieje tylko w tym podwójnym związku mistrza i ucznia, zastępczego ojca i zastępczego syna.

juszczecWreszcie jednak znajduję – cmentarz w Oliwie. Ten koło katedry Oliwskiej. Już dawno zamknięty, dopuszczalne są tylko pochówki uzasadnione związkami rodzinnymi z innymi osobami tu pochowanymi.
Bolesław Juszczęć, urodzony 12 sierpnia 1912 roku, zmarł 5 stycznia 1968 roku. Strona internetowa biliongraves podaje, że nie wiadmo, czy był żonaty, ale obok leży Maria Juszczęć. W dalszych poszukiwaniach dowiem się, że żona wprawdzie też była Maria, ale jest pochowana w Raciborzu, a na cmentarzu w Oliwie leży troje rodzeństwa – Bolesław, jego siostra Maria i ich brat, Kazimierz, żołnierz Royal Navy z czasów II wojny, który pływał w konwojach przez Atlantyk i do Murmańska.

Oczywiście początkowo nie jestem pewna, czy zmarły z cmentarza w Oliwie to on, ale w chwilę potem już wiem, że tak. W spisie publikacji Muzeum Narodowego we Wrocławiu znajduję bowiem następującą notatkę:

juszczecanonsA zatem to jego daty urodzenia i śmierci. Pod koniec życia zaniosło go do Oliwy. Potem dowiem się, że został tam przewieziony już po śmierci. Chorował na gruźlicę, a gdy w pamiętnym roku 1963 został przymusowo zaszczepiony przeciw czarnej ospie – to ta wielka akcja polskich lekarzy we Wrocławiu, moja ciotka Maryta Karpińska też brała w niej udział! – gruźlica się odnowiła. Umarł w niespełna cztery lata później.

Bolesław też był w wojsku w Anglii, ale w polskim. Po wojnie obaj bracia wrócili do kraju, co przyniosło im mnóstwo udręki, prześladowań, komunistycznych pomówień o szpiegostwo, a bratu nawet proces i więzienie. Po przyjeździe do kraju Bolesław pojechał do rodziców i siostry do Jeleniej Góry, dostał tam pracę w Teatrze Dramatycznym, tam poznał o 10 lat młodszą Marię i tam się następnego dnia oświadczył, tam wreszcie po trzech miesiącach wzięli ślub.

Zamyślam się nad tą informacją. Szybcy byli. Mój ojciec oświadczył się dopiero po tygodniu, a ślub wzięli po pół roku. Mieli dwoje dzieci, Anię, młodszą ode mnie o dwa lata i młodszą od niej o następne dwa lata Magdę.

anna-juszczec-teleman-notariusz_zdjecie5434To Ania opowiada mi przez telefon o Tacie i rodzinie, ale oczywiście najpierw musiałam ją znaleźć, co nie było proste, bo Engelbert wcale mi w tym nie pomógł. Ania wyszła za mąż za pana Telemana (tak, z tej rodziny slynnych muzyków!), jest notariuszką i mieszka w Piotrkowie Trybunalskim.

Ojciec tuż przed wojną studiował sztukę na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Gdy skończył zaczęła się wojna, a on przedostał się do Anglii. Był ranny, leżał w szpitalu w Manchesterze. Gdy wrócił mógł wykonywać tylko prace zlecone, ale nie miał pracy na etacie. Nie dlatego jednak, że – jak twierdzi Engelbert – żona tak dobrze zarabiała, tylko dlatego że był repatriantem z Wielkiej Brytanii i na dodatek żołnierzem “wrogiego” wojska polskiego na uchodźstwie. Córka mówi, że Ojciec dostał pracę wprawdzie jeszcze przed Odwilżą, ale już po śmierci Stalina w marcu 1953 roku.

Pracował w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niesłyszących i Słabosłyszących. Dziś jest to budynek Liceum Ogólnokształcącego im Kasprowicza.

To tu w roku 1969 Ania zdała maturę. Taty wtedy już nie było, ani w Raciborzu, ani wśród żywych. Ojciec bardzo lubił tę pracę, mówi Ania, nauczył się nawet języka migowego, ale mimo to zawsze podczas lekcji również mówił, tak żeby ci, co chcieli, mogli czytać z ruchu ust. Pracował z pasją i zaangażowaniem, był lubiany, ceniony, szanowany. Jedna z jego uczennic, Basia Borowska, została nawet malarką, co było wielkim ewenementem, nawet nie tyle z uwagi na talent artystki, ile z powodu jej studiów w normalnej uczelni wyższej. Głuchoniemi z zasady byli kierowani do szkół specjalnych.

Juszczęć prowadził również zajęcia plastyczne w miejskim ośrodku kultury i w Zakładzie Wychowawczym. O tej pracy twierdził, że uczenie sztuki było tylko częścią jego zadań pedagogicznych, bo może ważniejsze były rozmowy, wychowywanie młodych ludzi. Ale i oni go bardzo lubili i cenili.

Gdy zachorował, wszystkie te zajęcia się urwały. Człowiek chory na gruźlicę nie może pracować z młodzieżą.

Ale też malował. Oczywiście – malował. Akwarela, gwasz, olej, rysunek piórkiem, tusz. Wykonywał prace na zamówienie Urzędu Miejskiego w Raciborzu, do ratusza, ale też przekazywane dalej jako prezenty dla honorowych gości Miasta. Miał wystawy indywidualne, uczestniczył w wystawach zbiorowych. Już po śmierci miał wystawę indywidualną w Empiku w Raciborzu, poświęconą ostatniej jego pasji – obrazom przedstawiającym konie. Ale malował i inne motywy – w mieszkaniu Ani znajdują się obrazy z czasów wojny, z Anglii, z Manchesteru, gdzie mimo służby wojskowej studiował sztukę. Są obrazy przedstawiające Racibórz, są portrety…

Mama, Maria Ludwika, jak Maria LudwikaGonzaga, była ekonomistką i, rzeczywiście, tak jak to zapamiętał Engelbert, pracowała w Fabryce Cukrów i Czekolady “Ślązak”. Fabryka została założon w roku 1898 jako Goldsiegel, Kakao- und Schokoladenfabrik, a jej budynki zlikwidowano dokładnie po stu latach, w roku 1999. Fabryka przetrwała wojenną zawieruchę i już w 1945 roku wznowiła produkcję.  Po Powodzi Tysiąclecia fabrykę rozebrano, dziś na jej miejscu stoi market Kaufland, a sama fabryka, teraz już pod nazwą “Mieszko”, przeniosła się do dawnej wieży ciśnień. I robi, jak twierdzi Ania, najlepsze słodycze w całej Polsce, bo jeszcze oparte o własne receptury.

fabrykaslodyczyTo zdjęcie, bezwzględnie z czasów Juszczęcia i Kremsera w Raciborzu, znalazłam na stronie Fotopolska.

Mama i Tata byli dobrym, zgodnym małżeństwem. Dzieci miały prawo do udziału w życiu dorosłych, mogły przysłuchiwać się rozmowom dorosłych, zwlaszcza, gdy była mowa o sztuce…

Tata był bardzo eleganckim mężczyzną. Nosił tylko buty robione na miarę, które wykonywał dla niego szewc Skibiński. Gdy nowe buty zjawiały się w domu, Tata przez dwa tygodnie codziennie je pastował i polerował. Również podeszwy. Dziąki temu stawały się eleganckie, błyszczące jak lakier, a zarazem nieprzemakalne.

Takie buty! W PRL-u!

***

PS. Trzy kolaże Kremsera można do 26 października zobaczyć na wystawie o architekturze lat 60 w Berlinische Galerie: Radikal modern. Planen und Bauen im Berlin der 1960er-Jahre. Fragment jego architektonicznej wizji budynku Europa Center został użyty w trailerze wystawy:

kremsereuropac

Pishka

Ewa Maria Slaska

Jedzenie po baszkirsku / Essen auf Baschkirisch

Oczywiście najpierw trzeba się zapytać, gdzie leży Baszkiria? / Natürlich muss man sich zunächst fragen, wo die Baschkiria liegt? Baschkiria das heißt Bashkortostan. /Baszkiria to Baszkortostan. Autonomiczna republika, wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej, u podnóża Uralu. / Eine autonome Republik im östlichen Teil des europäischen Russlands, dicht an den Ural. Die Bevölkerung besteht zu über 90 % aus Russen, die Minderheiten sind die Tataren, Baschkiren, Kasachen, Ukrainer und Weißrussen. / W Baszkirii mieszkają głównie Rosjanie – mniejszości to Tatarzy, Baszkirzy, Kazachowie, Ukraińcy i Białorusini. Stolicą jest Kurgan. Tak podaje Wikipedia. Silja, właścicielka Pishki napisała mi jednak, że stolicą jest Ufa. Mapa Google by to potwierdzała. / Wikipedia meint, die Hauptstadt wäre Kurgan, aber Silja, Inhaberin von Pishka meint, es ist Ufa. Google-Map scheint es zu bestätigen.

baszkiria ***

Am 25. Juni eröffnete man ein baschkirisches Restaurant PISHKA in Kreuzberg. / 25 czerwca na Kreuzbergu otwarta została PISHKA, baszkirska restauracja. Poszłyśmy tam z koleżanką. Było świetnie. / Wir waren dort mit meiner Freundin. Es war wunderbar. Es gibt gutes hausgemachtes Essen und Wunderbares zum Trinken d.h. Kwas in vier Farben und Kompott, was keine Ähnlichkeit mit dem deutschen Kompott vorweist, ein Lieblingsgetränk aller aus dem Osten.

Personal ist unglaublich freundlich. Alle sind fröhlich, sie und wir. Super.

/ Do jedzenia są pierogi, wareniki, pielmieny, różne świetne pasztety, krokiety i pulpety, trzy zupy, w tym barszcz, do picia kwas w czterech kolorach i nasz swojski kompot. Przemiła obsługa. Wesoło.

pishka-scianka pishka1-menu pishka-dziewczyny  pishka-napoleonka

pishka-ruskaAlso – nichts wie hin. Eine Losung von Pishka ist: Esst mehr Piroggen Und so soll es sein! / Koniecznie trzeba iść. I podjeść pierogów, które smakują inaczej niż te nasze, a to zawszeć ciekawostka.

Ach und noch eine Preis-Frage – was bedeutet PISHKA? I jeszcze pytanko z nagrodą – co znaczy PISHKA?

Kreuzberg, Bergmannstr. 1, U-Bahn Mehringdamm.

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego cz. 2

Andrzej Rejman

Mama nie chciała zbyt wiele opowiadać mi ze swoich przeżyć okupacyjnych, może między innymi dlatego, że łączyły się one w prosty sposób ze wspomnieniem jej brata, Kazimierza (1922-1944). Kazimierz nie przeżył okupacji, zginął w sierpniu 1944 rozstrzelany przez żandarmerię pod Skierniewicami. Jednak z jej później napisanego życiorysu oraz wspomnień towarzyszy broni wiadomo znacznie więcej, niż jest w archiwach rodzinnych.

1.bilet_z_Julia_Hrebnicka_Muzeum_Powstania_WarszawskiegoBilet do Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie z krótkim życiorysem łączniczki, Julii Hrebnickiej.

O życiu w Warszawie w tym okresie – pisze moja babcia w swoich dziennikach okupacyjnych.

Dziennik czasu wojny – Małgorzata Hrebnicka

miejsce: Warszawa, Rakowiecka 4, budynek Instytutu Geologicznego, gdzie mieszkała rodzina Hrebnickich podczas okupacji

(fragmenty – koniec lipca początek sierpnia 1944)

23 lipca

W nocy był alarm i musieliśmy zejść do schronu, jednak przed odwołaniem jeszcze wróciliśmy, bo Papciólkowi (Stanisławowi Hrebnickiemu, przyp. mój) zrobiło się niedobrze, miał jednak 38,8 gorączki. Na szczęście było spokojnie.

Na Wiśniowej wzdłuż naszego ogrodu pełno samochodów, żołnierze – jedzą, wylęgają się, a najwięcej piją. Wypadki toczą się z oszałamiającą szybkością. Niespodzianka za niespodzianką…

27 lipca

Wczoraj wpół do 11-tej do wpół do 12-tej w nocy trwał alarm. Siedzieliśmy w schronie. Bomb ani artylerii nie było słychać.

28 lipca

Ładną nockę mieliśmy. Od godz. 10-ej do 12-ej waliły bomby i artylerja, aż mi się dotąd ręka trzęsie, a w schronie trzęsło jak w febrze, chociaż wcale zimno nie było. Boże, cóż to za okropieństwo siedzieć tak biernie w schronie, nic nie widzieć i czekać, aż w raz uderzy. Jakoby paliły się dworce Gdański i Wileński. Bombardowano jeszcze Pragę i Nowy Świat.

29 lipca

Wczoraj koło wpół do 11-tej wiecz. znowu nalot, ale słaby i krótszy, trwał koło godziny. Bombardowano, jak mówią szosy i tory. Wpłaciłam w PRO za gaz. 19 zł. 60 gr. Papciólkowi wypłacili prawie dwumiesięczną pensję. Kupiłam kilo mięsa (195 zł!), 5 jaj po 12 zł. Julcia posilała „Ślaza” kolacją. Mięso było okropnie twarde i żylaste. Kartofli nigdzie nie ma. Naloty ostatecznie wyprowadziły mnie z równowagi, nietylko zresztą one. Nie mogę pójść ani do Mickiewiczówny, ani do Aci, wogóle oddalać się na dłużej z domu. Słychać działa.

30 lipca

Noc względnie spokojna. Waliły działa przyfrontowe, ale daleko, ale zato tam od czasu do czasu pojawiały się jakieś niesamowite błyski, coś w rodzaju rakiet, ale widocznie puszczanych przez Niemców z ziemi. Nim się zorjentowaliśmy napłoszyliśmy się znowu, zbiegliśmy do schronu, a tam już znaleźliśmy parę osób śpiących, które tak miały spędzić całą noc, w poprzecznym korytarzu siedział samotnie p. Falkowski, kiwając nosem. Prędko wróciliśmy do domu. Było koło 3-ciej, a zrana Julcia musiała wstać o wpół do 6-tej.

31 lipca

Z wczoraj na dziś na usilne naleganie Julci nocowaliśmy w „gnieździe” – Staś, Kazik, ja i niańka. Było bardzo przytulnie, mieliśmy 2 łóżka i bujak. Przyjęli nas bardzo serdecznie, nie wiem, czy pójdziemy i dziś. Leje deszcz. W sklepach pustki, chleb kartkowy – 30 zł. bochenek, kartofle po 12 zł. kilo. Tłuszczów niema. Względnie tanie są ogórki, po 2, 3 złote, większe – 5, 6. Kupiłam jajka w korporatywie po 3 zł. trochę zapleśniałe, ale jajecznica z nich była dobra. Przenieśliśmy się z 2-ma łóżkami i rzeczami do piwnicy Stasia, przylegającej do schronu. Wszyscy urządzają sobie legowiska mniej lub więcej komfortowe, przygotowują się do oblężenia Warszawy. Śród dnia jedliśmy obiad ze Stasiem, dzieci nie było, zaczęły się jakieś buchania, warkoty samolotów, trzaski, wybuchy. Zbiegliśmy do naszej piwnicy. Były to jak mówią walki powietrzne samolotów. Kazik widział to, idąc po ulicy.

Sierpień

2.Kazimierz_Hrebnicki_zolnierz_AK_rozsrzelany_pod_Skiern1 sierpnia

Zrana koło 11-tej usłyszeliśmy odwołanie alarmu, którego nikt nie słyszał, a który był jak się później dowiedziałam o 5-tej zrana. Kupiłam białego chleba i zielonych papierówek, idąc po obiad, aby zamienić czerstwy chleb Kazikowi z plecaka, ale już nie zdążyłam, Kazik już wychodził*) i nie chciał ani chwili już tracić na przepakowywanie plecaka. Ledwo zdążyłam go pożegnać.

Kazimierz Hrebnicki ok 1943

Do widzenia, chłopcze kochany, wracaj zdrów i cały! Matko Boska Częstochowska miej go w swojej opiece! Ufam Ci, a jednak serce mi się rozrywa z bólu i męki. Julcia wyszła koło 11-tej. Nie ma jej dotąd? Dlaczego?

*) koło 3-ciej popołudniu. Nie przeczuwałam wcale, że widzę Go po raz ostatni i już Go więcej nie zobaczę. Nie śmiałam myśleć źle, aby nie ziściło się, aby On sam widział, że matka nie dopuszcza nawet myśli, że może Go coś złego spotkać.

2 sierpnia

Wczoraj o 5-tej zaczęło się. Usłyszeliśmy strzelaninę, mieliśmy jeść obiad, ale zaniechaliśmy i pobiegliśmy do schronu.

3.Julia_Doktorowicz_Hrebnicka_z_prawej_i_Rysia_laczniczk8 sierpnia

Ósmy dzień siedzimy w schronie bez wychodzenia na zewnątrz! Życie zorganizowało się wcale możliwie. Nawet chleb pieczemy.

Od prawej: “Elżbieta” (Julia Doktorowicz-Hrebnicka) i “Rysia” (Maria Lutostańska) – łączniczki “Radosława”, fot. Muzeum Historyczne M.St. Warszawy

Plitka u p. Grellnerowej pali się cały dzień, więc woda ciepła do umycia się, gotowanie obiadu i korzystanie z ubikacji przez cały dzień. Aż gęsto koło plity, panie gotują, robią makarony, naleśniki i inne specjały, p. Kobyłecka kąpie dziecko i myje pieluszki. P. Janczewski kazał nanieść węgla z kotłowni, desek jest dużo na rozpałkę. Dziś zgasło światło. Zaraz że znalazły się karbidówki, p. Jurkiewicz narąbał dla wszystkich karbidu, przyniósł nam śliczny kremowy abażurek, bo przedtem światło było bardzo rażące i teraz jest bardzo przytulnie w naszej norze. A na zewnątrz przepiękna słoneczna, bezwietrzna pogoda. Tęskno za zieleniną i błękitnem niebem! Króliki nasze pewnie już pozdychały z głodu. W ogródku pewnie pysznie kwitną dalje i floksy. Kiedy wyjdziemy?…

4_Hrebniccy_podczas_okupacji***

na tym dziennik kończy się; po prawie dwóch latach babcia pisze: (po powiadomieniu Hrebnickich o śmierci ich syna)

Hrebniccy podczas okupacji w swoim mieszkaniu w Warszawie

27/V 1946 r.

Okropny cios, potworny! Jak żyć z tym okropnym bólem, z tą nieludzką męką. A świat dalej istnieje, niebo błękitnieje i kwiaty pachną. Syneczku, nic Ci nie pomogły moje modlitwy, moje myśli o Tobie, krzyżyki, kreślone Ojca ręką i moją na szczęśliwe przetrwanie. Męczenniku-bohaterze, oddałeś w ofierze swe młode życie, bezcenny dar, zginąłeś w polu, jak kwiat podcięty, czy mogę bez szemrania poddać się woli Bożej, czuję w duszy żal przeogromny i bunt zawiedzionej ufności. Głęboko wierzę, że nie zasłużyłeś na karę żadną, boś był dobry i czysty i chyba teraz masz lepiej, niż było by tu Tobie na tym głupim podłym, choć czasem och jak pięknym świecie.

***
Ciekawostka: zdjęcie nr 3 zostało wykorzystane w filmie/serialu “M jak Miłość”, w wątku miłości powstańczej, jednego z bohaterów, którego gra wybitny aktor – Janusz Zakrzeński

http://archiwum.mjakmilosc.tvp.pl/57349/janusz-zakrzenski-w-m-jak-milosc-cz-2.html

 c.d.n.

Spreegöttin

Mittig-Abb-3Brigitte von Ungern-Sternberg

Eine Flussgöttin im Sockel des Nationaldenkmals

Berlin hat, wie jede große Stadt, unter den Straßen und Häusern seine vielfältigen ‘Unterwelten’. So stand auch das tonnenschwere ehemalige Nationaldenkmal vor dem Berliner Stadtschloss auf einem soliden Sockel mit einer Unterwelt. Den Sockel samt Unterwelt gibt es noch heute.

Berlin_Nationaldenkmal_Kaiser_Wilhelm_mit_Schloss_1900Passiert man den Eingang zu dieser Unterwelt, so begegnet man einer Frau, die einen Fisch im Arm trägt. Ganz anders als ehedem der nationale Tumult über ihr, liegt ihr der Fisch am Herzen. Sie erscheint als Flussgöttin der Spree.

800px-Kaiser-Wilhelm-Nationaldenkmal_-_Sockel_4800px-Berlin_-_Kaiser-Wilhelm-Nationaldenkmal_-_Gewölbe_2

437px-Kaiser-Wilhelm-Nationaldenkmal_-_Sockel_5Es ist lange Zeit sehr ruhig in dieser Unterwelt zugegangen und Wasserfledermäuse haben sich angesiedelt. Ob sie sich dort noch wohlfühlen werden, wenn über ihnen mit einigem Baulärm das Denkmal für die deutsche Einheit errichtet wird?

Vor einer Woche gab es HIER einen Beitrag von Brigitte über die Löwen von dem Kaisersdenkmal. Brigitte wird jetzt öfter über Berlin erzählen.

Die kleine große Welt (13)

Monika Wrzosek-Müller

Yoga Festival-Kladow

Wie jedes Jahr fuhr sie mit der Fähre nach Kladow; was wichtiger war: die Fahrt selbst oder das jährliche Event des Yoga-Festivals, wusste sie nicht. Leider war die Fähre modernisiert und die alte, die an ein Boot erinnerte – klein, mit ein paar Plätzen auf dem Dach – durch ein Monstrum aus geschlossenem Plexiglas ersetzt, das an eine breite S-Bahn erinnert. Vorbei damit, dass man den Wind spürte und auf dem Deck eng mit den anderen auf Yogamatten zusammen saß. Es war sauber, übersichtlich, mit Reihen von Sitzplätzen, wie im Kino, mit enorm viel Platz für wenige, die ihn nicht brauchten; doch sie fuhr damit.

Und wie immer war die Überfahrt ein Erlebnis für sich; sie war in ihrem Kopf noch Meilen von dem Yoga Event entfernt; schaute verträumt um sich herum, auf das Wasser, die vielen Boote, die bewaldeten Ufer des Wannsees; die schöne Seite von Berlin stimmte sie melancholisch. So lange kämpfte sie schon mit sich um ihren Platz in diesem Berlin und den Platz von Berlin in ihr; es war unendlich schwer das zu verbinden, sich zu finden als Mensch, als Ehefrau, als Mutter, als Fremde, als Germanistin, als Arbeitskraft, als Yogalehrerin, als Übersetzerin und als Deutschlehrerin. Immer wieder nagte das Gefühl an ihr, nicht dazu zu gehören, etwas verpasst zu haben; sich nicht einmischen zu wollen, das Leben von außen zu betrachten, nicht bemerkt zu werden und nicht das eigentliche Leben zu leben. Es lag an ihr, der langsame passive Gang ihres Lebens, sich vorwärts schaukeln, wie die Wellen nach vorne rollen und schnell wieder zurückkehren, sich zurücknehmen, was man schon erreicht hat, zerstören. Die Überfahrt war lang und doch kurz oder genau richtig, um nicht zu lange grübeln zu können.

Die jungen Leute um sie herum mit eingerollten Matten zogen sie an, gaben ihr den Vorwand, weiter zu machen, nicht stehen zu bleiben, lebendig zu sein. Und doch spürte sie, dass es für sie eine Außenseiterrolle im Leben war, sie war nicht drin, sondern verlor sich an den Rändern der gesellschaftlichen Aufgaben, auch um nicht allzu ernst genommen zu werden und sich nicht allzu ernst nehmen zu müssen. War das eine Art Flucht oder Ausweg aus ihrer immer wieder sich verknotenden Seele, aus der oft nicht stimmigen inneren und äußeren Welt? Mit diesen Gefühlen saß sie in der Fähre und ging dann den mit blühenden Linden gesäumten Weg zum Gutshaus Neukladow und den Park rundherum, den Abschnitt bewältigte sie mit schnellem und energischem Gang, um mit den jungen Leuten Schritt zu halten. Das Festival, fand sie, war stimmig für Yoga, für sie und für die jungen Leute mit ihren Rasta-Locken und bunten, langen Kleidern mit Tattoos, oft barfuß, aber immer nett und mit einem Lächeln auf den Lippen, es war ganz frei, ohne feste Vorgaben, wo wie und wie lange man bleiben, zuhören, mitmachen sollte. Jeder ging, übte mit, saß, sang, meditierte solange er wollte, konnte oder es ihm Spaß machte. Das fand sie gut, sogar sehr gut in der Welt der vielen Zwänge; meistens sprach sie mit völlig fremden Menschen über dieses und jenes, es waren selten die yogischen Themen, obwohl es irgendwo klar war, dass Yoga sie alle verband, als die Art, wie man das Leben verstand oder zu verstehen versuchte und sich ohne Druck im Leben voran bewegen mochte. Dieses ein bisschen verrückt sein gab ihr mehr Platz, mehr Raum und Freiheit, in der geordneten, sehr von außen gesteuerten Welt zu bestehen; sie verstand, warum so viele Immigranten Künstler waren, es blieb ihnen nichts anderes übrig, das war ihre Art mit der Außenwelt fertig zu werden, zu überleben, im Meer der Fremdheit zu schwimmen.

Sie lagen dann alle auf den bunten Matten auf der Wiese, mit ganz verschiedenen Meditationskissen oder ohne, die Reihen von Menschen, unheimlich viele: jung und älter und manchmal ganz alt, mit dem Wunsch und der Neugier sich zu bewegen oder zu spüren, wie es ist, bewegt zu sein, sich wahrzunehmen, bei sich zu bleiben. Manchen gelang das vielleicht, andere kämpften mühsam darum, entdeckten es gerade für sich; eine ganz andere Welt, emotional und sehr nah, körperlich und geistig, sehr anspruchsvoll aber für jeden erreichbar, tolerant und inspirierend. Sie beobachtete die anderen, wie weit gingen sie mit, was machten sie mit dem Atem, wie gut waren sie in den Stellungen. Es gab viele, die alle Übungen perfekt ausführen konnten, und einige, die gerade dabei waren sie zu erlernen; diejenigen schaute sie immer wieder neugierig an, heimlich aber fasziniert. An ihre Anfänge konnte sie sich nicht mehr erinnern; sie übte Yoga schon sehr lange, was nicht bedeutete, dass sie geübt war, wie immer fehlte ihr der Ehrgeiz perfekt zu sein.

Zu Mittag aß sie Falafel, seit vier Jahren an denselben Stand, mit wenig Soße, und trank dazu ihren Mango-Lassi; es schmeckte und stärkte wunderbar. Nebenan saßen zwei ältere Inder in ihren weißen Dhotis und Kurtas sehr yogisch und sehr indisch; sie erzählten, dass bei ihnen zu Hause, in der großen indischen Welt immer Männer zum Yoga kämen, sie würden lange sitzen und Pranayama üben und einige Mantras singen, manchmal meditieren, doch hier würden sie nur Frauen vor sich haben, die alle auf diese gymnastische Übungen aus wären und gar nicht zuhören wollten und ganz bestimmt nicht lange unbeweglich sitzen. Das wäre hier eine ganz andere Welt und das Yoga hätte ein ganz anderes Gesicht; und sie mischte sich ein: dass man auch hier in dieser Welt Mantras singen und zu meditieren versuchen würde, doch viele würden eben dem Körperlichen mehr Platz einräumen. Und sie waren ganz erfreut das zu hören und sagten: Yes madam, you are welcome in our class, please come and join us. Und so gingen sie in ein ganz kleines Zelt der kleinen Yoga Welt in Kladow und übten ihre Pranayama und tönten Om und kehrten irgendwann alle zufrieden nach Hause zurück.

W tej pięknej minimalistycznej Japonii

Johanna Rubinroth
with a little help of Ewa Maria Slaska

JAPONIA – z czym kojarzy się Japonia?

Oczywiście z sushi, samobójstwem w ogóle i z hara-kiri w szczególe.
Ale również:
z minimalistycznym stylem,
z zen
i z jasną prostą formą.
Puściutkie mieszkania bez pamiątek-plastików-podstaweczek-stosów papieru-śmieci codziennych-zakupów z euro-shopu
no
bez tysiąca tych rzeczy, które zawalają nasze europejskie mieszkania.
Również i w filmie widzimy przestrzenne komnaty, w których oprócz futonu i czajniczka z zieloną herbatą nie ma nic, tylko płynące spokojnie ‘Ki’ ().
Prawda jednak wygląda inaczej.

Oto cytat z książki “Magic cleaning”, napisanej przez Japonkę Marie Kondo, kobietę która pomaga Japończykom sprzątać i wywalać niepotrzebne duperele. Niemiecki podtytuł brzmi:”Jak prawidłowe sprzątanie zmieni nasze życie”. Książka ukazała się oczywiście również po polsku, jej podtytuł brzmi “Japońska sztuka porządkowania i organizacji”.

Sama autorka nazwała swoją metodę sprzątania KonMari. Musisz wziąć do ręki każdą rzecz i przyznać jej odpowiednie miejsce w swoim życiu. I wtedy zobaczysz, że większość rzeczy, które weźmiesz do ręki to śmieci.

Rekord w ilości wyrzuconych worów śmieci dzierży niewątpliwie para małżeńska, których badziewie wypełniło 200 worków, a do tego jeszcze doszło dziesięć dużych gratów, które trzeba było usunąć osobno. Z mojego doświadczenia wynika, że dolna granica ilości śmieci to 20-30 worów o pojemności 45 l. Przeciętne gospodarstwo jednosobowe to z reguły 40 worków, dwuosobowe – około 70. Jeśli miałabym policzyć, ile worów już usunęłam, doliczyłabym się ponad 28000.

U jednej pani Marie Kondo znalazła sześćdziesiąt szczoteczek do zębów. Tak, w Japonii. W tej pięknej minimalistycznej Japonii.

Ewa Maria Slaska:

Oj! A jednak nie desperujmy na widok naszych mieszkań i, jak pisze Maria Kondo, nie próbujmy osiągnąć doskonałości. Wyrzucajmy jedną rzecz dziennie! Stosowałam to skutecznie przez rok, bez niczyjej porady, sama z siebie. Potem zapomniałam, dzięki Joasi przypomniałam sobie, że tak lubię usuwać niepotrzebne rzeczy. Na przykład skarpetki, już znalazłam 7 par beznadziejnych skarpetek. Te wyrzucę, resztę ułożę… Ułożę? Oj nie wiem.

Metropolinnen zwischen Polen und Kudamm

Reńka & Aśka

Unser Kuckuck

REŃKA: Weil das war so:

AŚKA: Reńka, abgerackert wie der Dorfhund und erhitzt wie der Wasserkessel vor Wut, nach diesem ihren Job – der nur zum Geldverdienen da ist, und sonst zu gar nichts –

REŃKA: wo der mir schon durch die Ohren rauskommt

AŚKA: schleppt sich ins Haus, und die Pfoten schleifen ihr auf dem Boden.

REŃKA: Und Aśka, in diese ihre rosa Decke gewickelt, sitzt vor diesem ebay und das in dieser Spielzeugabteilung, als wäre sie, normal, eineinhalb.

AŚKA: Reńka, komm her, aber schnell, und guck, ich bestell uns grad eine fliegende Kuh, dass sie uns durch unsere psychodelische Küche saust. Aber Reńka platzt schwer auf das Bett, nicht mal die Schuhe zieht sie aus.

REŃKA: Aśka, du bist wohl noch in der Kita, und denkst, das Geld kommt raus aus der Wand. Wann hat dein Konto das letzte Mal Kasse gesehen, wenigstens einen mageren Cent? Du denkst wohl, du gibst nichts aus, wenn das Geld ist aus Plastik oder digital.

AŚKA: Weil Reńka sagt, ich bin eine Solipsistin, was ich nicht sehe, das gibt es nicht.

REŃKA: Und überhaupt, Aśka, worauf sitzt du da? Was versteckst du da vor mir? Ich rieche den Schweiß von Beamten, die strafende Hand der Staatsgewalt. Zeig mal, das ist doch wieder eine Rechnung, eine Mahnung, ich sehe die Schrift von dem Amt. Und Aśka,

AŚKA: mit der Miene wie ein geschlagener Hund,

REŃKA: zieht von unter ihrem Arsch,

AŚKA: einen besudelten Umschlag.

REŃKA: Das sind doch garantiert deine post-edukativen Schulden, einer von diesen deinen drei Krediten, los, mach das auf!

AŚKA: Du Reńka, du mach mir keine Angst, weil wenn ich Angst haben will, guck ich einen Horrorfilm.

REŃKA: Und Aśka glotzt auf den Umschlag, als wäre es eine Briefbombe oder radioaktiver Müll aus Tschernobyl.

AŚKA: Du Reńka, nimm das weit weg von mir und leg es auf das silberne Tablett unter den Barock-Spiegel, damit es sich nicht verliert, wenn ich mich dran gewöhnt hab, öffne ich das.

REŃKA: Aśka, guck endlich der Realität in ihr aufgedunsenes Gesicht! Das ist doch ein hyper-offizieller Brief. Und wenn du nicht zahlst, schicken die uns den Kuckuck ins Haus!

AŚKA: Du Reńka, gleich explodiere ich von innen. Selber nur „und“ und „aber“ verstehst du doch von diesem ihrem Steuerbrief.

REŃKA: Und Aśka fliegt durchs Internet als hätte sie eine dritte Hand, und bestellt

AŚKA: eine Trockenhaube und eine Kabeltrommel gleich dazu,

REŃKA: weil Aśkas Fön hat sich verloren,

AŚKA: und seit fünf Jahren schon niemand ihn gesichtet hat.

REŃKA: Aber irgendwie juckt sie Aśka doch, diese amtliche Schrift, und man sieht, wie sie denkt, normal, wie die Synapsen ihr im Gehirn glühen, und eine neue Idee in ihrem Kopf sich gebiert.

AŚKA: Komm wir schreiben, wie damals an die Polizei, wo ich über das rote Licht gefahren bin, dass ich so Durchfall hatte, dass ich mich beeilt hab zu diesem Klo in unserem Haus. Und damit hängen wir sie ab.

REŃKA: Du Aśka, mit dieser Nummer kommst du nicht mehr durch. Solche Nudeln um die Ohren kannst du wickeln der Polizei, aber nicht diesem ihren Amt.

AŚKA: Dann nehme ich einen Spaten, wir graben ein Loch im Hof, richten aus ein Begräbnis und begraben diesen Brief. Ich mach das auch mit grosser Facon, mit allen Schikanen, auf top-katholisch, extra für dich.

Aber Reńkas Augenlid zittert,

REŃKA: weil wenn ich mich nerve habe ich so ein Tick.

AŚKA: Und Reńka schmiert zum Kühlschrank, weil sie ist doch so dünn, dass auf Stress sie essen muss, macht die Tür auf, und dort:

REŃKA: Leere, nur Licht. Ein Stück verreckter Käse und Butter, aber nicht zum Brot – sondern Aśkas Body-Creme, damit sie länger bleibt wie ein Babyarsch glatt.
Soll ich uns jetzt Suppe kochen aus deiner fliegenden Kuh aus dem Plastik-Land? Oder sollen wir in der Badewanne alte Brötchen aufweichen und essen den ganzen Monat lang?

AŚKA: Und Reńka nervt sich, aber wie, auf maximal.

REŃKA: Hör zu, die Schutzzeit für Esel ist vorbei: es gibt doch Arbeitskraftmangel in diesem deutschen Land, in einem Büro gleich stellst du dich ein, da gibt es viele bunte Klebezettel, in rosa, gelb, und sogar leuchtend grün, die die du so magst, und wenn wer anruft kannst du erotisch ins Telefon säuseln

AŚKA: „Hallo“.

REŃKA: Dann kommt kein Kuckuck mehr ins Haus, und du kannst alles kaufen, das ganze Ebayland!

REŃKA: Aber Aśka weiß Bescheid:

AŚKA: Ich kenne dieses ihr Spiel, da spiele ich nicht mit, du schuftest 40h die Woche, und leisten kannst du dir ein Brötchen mit Senf, und damit du dir zu dem Brötchen ein Würstchen kaufen kannst, muss dir dazuzahlen dieses ihre soziale Amt. Und Reńka zerhackts,

REŃKA: weil, da ist doch was dran.

AŚKA: Und Reńka will sich einrollen und schlafen wie ein Bär unter dem nächsten Baum. Und Aśka liest in Reńkas Gesicht, was in ihm steht mit Druckbuchstaben: KRISE. Auf einmal klopft es an die Tür, aber wie, als würde jemand in die Trommel schlagen. Und auf Reńka fällt die blasse Angst.

REŃKA: Aśka, das ist garantiert der nächste Brief von dieser ihrer Gerechtigkeit. Und Aśka rennt in ihr Schmuddelbett und brüllt:

AŚKA: Reńka, mach nicht auf, das ist der Kuckuck, er kommt uns ins Haus. Aber Reńka will nicht leben

REŃKA: an so einem Gesellschaftsrand,

AŚKA: und macht, mit geschlossenen Augen, die Tür auf.

REŃKA: Und dort – ein unschädlicher Postmann, bringt die fliegende Kuh aus diesem Aśkas liebsten-ebay-Land. Und Aśka rauscht aus ihrem Zimmer

AŚKA: und schon fliegt eine Kuh durch unsere psychodelische Küche,

REŃKA: normal, ein Schwergewicht auf Flügeln, als wäre es eine Taube oder ein Storch.

AŚKA: Und Reńka glotzt und auf einmal sperrt sie den Mund auf,

REŃKA: weil ich hab eine Idee, aber was für eine!

AŚKA: als wäre Reńka persönlich dieser Einstein.

REŃKA: Aśka, ab sofort werden wir schreiben: wie dieser Reich-Reinicki-Papst, über dieses mein Leben hier mit dir, ein Lied, ein Gedicht, ein Roman und ein Hörspiel obendrauf. In allen Formaten, jpg, doc, tiff, und sogar rtv, auf Papier und digital. Weil, Aśka, wenn eine Kuh fliegen kann, dann aus so einer laufenden Katastrophe wie dir kann ich doch schlagen dieses Kapital!

AŚKA: Weil Reńka die hat ein Schäden, einfach extraorbital, und ohne Reńka wäre ich verloren wie ein Kind im Nebel.

REŃKA: Und ich, Aśka, ohne dich, wie eine Polin in diesem deutschen Land.

ENDE
Das ist z. Z. die letzte Geschichte von, mit und über Metropolinnen. Schade.

Śpieszmy się szanować ludzi – tak szybko odchodzą…

Aleksandra Puciłowska i Kinga Chojnicka

Śmierć zawsze trudno jest zrozumieć. Śmierć osoby młodej, pełnej energii, marzeń i planów na życie tym bardziej. Majestat i tajemnica tego ostatniego aktu, jaki przyjdzie odegrać każdemu z nas na tej ziemi zawsze zdawały się wzbudzać szacunek – dla tragedii osób bliskich, które pozostają- i dla samej zmarłej osoby. Ten, jakże ludzki i – chciałoby się rzec – naturalny odruch, odszedł już zdaje się jednak do przeszłości. Bo gdy umiera lewak, gdy umiera feministka – lub gdy umiera, nie daj Boże, aktywistka LGBT, to sprawy mają się zupełnie już inaczej.
Kasia Bienias – działaczka Zielonych i Kampanii Przeciw Homofobii – odeszła w niedzielę, 19 lipca. Nagle, niespodziewanie, dużo za wcześnie i w tragicznych okolicznościach. Pozostawiła po sobie ukochaną partnerkę, bliskich i przyjaciół. Oni wszyscy mają imiona, ludzkie twarze, własne emocje i zapewne rozszarpane po tej tragedii serca.

Nie chcę cytować pojawiających się w sieci komentarzy na temat śmierci Kasi, bo nie są one nawet godne czytania. Ale jednak tam są, i wciąż się pojawiają. Na celu mają zapewne obrażenie samejKasi- tej znienawidzonej lewaczki. Bo dziś nie liczy się już człowiek – współcześnie istotna jest tylko przynależność do danego obozu polityczno-światopoglądowego. I jeśli ktoś nie jest z nami, to jest przeciwko nam. Nie należy mu się więc szacunek – ani za życia, ani po śmierci.

I w ten oto sposób, redakcja fronda.pl modli się za Kasię, by Bóg wybaczył jej zło, którego dokonała za życia, a rzesza internautów na dziesiątkach różnych portali prześciga się w opluwaniu – często tak ohydnym, że aż niewyobrażalnym – jej pamięci.
Ona jednak tego nie przeczyta. Zrobią to jej bliscy i rodzina. Nie będą mieli siły zaprotestować. Robimy więc to my. Może i nawet nie protestujemy: zwyczajnie prosimy.
Prosto, z serca. Tak po ludzku.
Prosimy – pamiętajmy: choć komentarze, tak szybko i łatwo pozostawiane w przestrzeni medialnej, są anonimowe, to osoby których one dotykają mają już twarze, imiona i nazwiska.
My, lewaccy aktywiści, też mamy rodziny, partnerów i przyjaciół. A kiedy umieramy, to robimy to naprawdę. A łzy tych, którzy nas opłakują są równie realne. To nie jest internetowa animacja. To życie. Nie utrudniajmy go sobie nawzajem. Jest w nim i tak
wystarczająco dużo cierpienia, które przynosi nam wszystkim los po równo. Śmierć partnerki, córki, siostry i przyjaciółki boli nas wszystkich tak samo – lewaków, prawicowców, lesbijki i katolików. Pokażmy choć raz – w obliczu śmierci – iż łączy nas wszystkich to samo: miłość do drugiego człowieka.

Partnerce, rodzicom i wszystkim innym bliskim Kasi życzymy wytrwałości i siły w tych jakże trudnych chwilach. I żywimy głęboką nadzieję, iż jej śmierć nie pójdzie na marne.
Niech nauczy nas wszystkich szacunku do siebie wzajemnie – czyli tego, o co Ona sama próbowała walczyć za swego krótkiego, lecz intensywnego i pełnego energii życia.

* Katarzyna Bienias, założycielka zielonogórskiej filii Kampanii Przeciw Homofobii, współprzewodnicząca koła Partii Zielonych; feministka, ekolożka, kandydatka na posłankę na Sejm RP w wyborach parlamentarnych w roku 2011; zginęła tragicznie w dniu 19 lipca 2015 w Sławie, jedyna ofiara śmiertelna niedzielnej nawałnicy w Polsce. Miała 29 lat.