Metropolinnen zwischen Krieg und Küche

Heute lesen Aśka & Reńka in der Regenbogenfabrik. Und hier der zweite Text aus der Reihe Metropolinnen.

UNSER KRIEG

REŃKA: Na, weil das ist so:

AŚKA: Wir kommen immer überall zu spät, weil natürlich wir immer morgens in dieser unserer psychodelischen Küche rumsitzen.

REŃKA: Na und Kaffee kochen wir.

AŚKA: Reńka trinkt Saft,

REŃKA: und Aśka isst sogar Brote.

AŚKA: Und besonders wenn wir wohin rausgehen und nicht zuspät kommen sollen, kommt uns dieses Thema in den Kopf.

REŃKA: Und es ist sehr wichtig.

AŚKA: Weil es geht um Krieg.

REŃKA: Der wird doch bald ausbrechen, und man muss n Plan haben.

AŚKA: Also wir beide haben schon ausgearbeitet so n Plan. Und jetzt sind wir ruhig, weil wir wissen, dass wir diesen Krieg überleben.

REŃKA: Die Rollenverteilung wird so:

AŚKA: Also Reńka kann nähen, und überhaupt was kochen, und dazu noch kann sie irgend so n Garten bestellen.

REŃKA: Also unten im Hof bestellen wir so n Gärtchen, na, normal, alles. Kartoffel, Schnittlauch und so Zeug.

AŚKA: Oder noch besser – wir machen so n Kurs und Reńka lernt, wie Suppe zu machen ist aus Birkenblättern oder Gulasch aus Wurzeln und Gras.

REŃKA: Und so wird es immer was zum Mittag geben. Und man weiss, dass es keine Läden geben wird mit Kleidung.

AŚKA: Aber Reńka näht alles, sogar mit der Pfote.

REŃKA: Aber auch Aśka hat ne Aufgabe. Sie hat da so ihr Erkennungszeichen: und das sind rote Lippen, die in unserer ganzen Bude rumhängen, im Flur, als Bilder, und sogar auf den Kacheln in der Küche. Sie wird also die Flyer machen – für die Jungs aus unserer Widerstandsbewegung. Und auf jeden Flyer mit angemalten Lippen wird sie ’n Kuss raufdrücken.

AŚKA: Na, um so irgendwie moralisch zu unterstützen, unsere Krieger –

REŃKA: mit diesen Lippen, die so sexuell aufgeblasen sind. Und Aśka hat doch vor diesem Krieg so Angst, dass sie gar nicht das Haus verlassen wird.

AŚKA: Also wird Reńka, unterwegs zu der Fabrik, wo sie die Uniformen näht, so ganz nebenher, die Küsse verteilen. In der U-Bahn legt sie sie aus, gibt sie allen, so halt, weil sie wird keine Angst vor dem Besatzer haben.

REŃKA: Garantiert nicht. Und überhaupt dieser Krieg, der da kommen wird, 2016, der wird nicht so normal sein, sondern hegemonisch.

AŚKA: Und das heisst nicht, dass Polen mit den Deutschen kämpft, wie normalerweise, oder was?

REŃKA: Nein, zwei ganze Kontinente werden beteiligt sein. Weil genau das hat der hegemonische so an sich. Und Aśka, die hat Angst, dass es schon so nah ist,

AŚKA: schon in 7 Jahren, da ist es doch besser, gar nicht mehr aus dem Bett aufzustehen, gleich sich in das Laken einwickeln und zum nächsten Friedhof kriechen.

REŃKA: Aber ich, Reńka, sage ihr: dass es nicht meine Schuld ist, und ich keinen Einfluss drauf habe, weil das alles aus der Super-Zyklus-Theorie hervorgeht. Das heisst, dass dieser Krieg kommt, in abgezählten zeitlichen Abständen.

AŚKA: Und den nächsten Termin hat er 2016.

REŃKA: Und da ist nichts zu machen.

AŚKA: Na und wir trinken schon diesen dritten Café, den löslichen, aus Aldi, von dem vielleicht schon noch vor dem Krieg wir diesen Krebs kriegen und Reńka erklärt, dass das alles logisch ist und alles stimmt.

REŃKA: Weil Nostradamus hat es auch so gesagt, und genauso ist es in den Vorhersagen aus Fatima. Die, die der Papst im Vatikan unter Schloss verschlossen hält, so schrecklich sind sie. Und dort steht geschrieben, wie der Kuh aufs Maul, dass die kleine Rasse wird durch die Russen durchgehen, und alles unterwegs verbrennen, bis sie zu uns nach Berlin kommt. Und Aśka verschluckt sich fast an ihrem Käsebrot, und fragt,

AŚKA: was das denn so heissen soll, angeblich. Und Reńka sagt:

REŃKA: Wenn die kleine Rasse, dann ist es doch wohl klar, dass es um die Chinesen geht. Die haben in ihrem Haushalt den Kapitalismus UND politische Diktatur, einfach total gefährlich sind sie. Und Aśka sagt, sie mag die Chinesen nicht mehr, und Angst hat sie.

AŚKA: Und Reńka hat auch schon Angst, aber wegen etwas ganz anderem, wegen dieser Situation der Männer in der westlichen Welt.

REŃKA: Auf den ersten Augenwurf schon, sieht man doch, dass sie so irgendwie rachitisch sind.

AŚKA: Weil als einmal unsere rote Katze Rasputin ne Taube attackiert hat, und die Taube lag so, halb-tot, im Hof, dass man sie zu Ende totschlagen musste,

REŃKA: da haben, voll bekloppt, irgendwelche aus unserem Haus, alles Männer mit vollem Maul, sie in einer Schüssel ertränkt, und das Wesen musste leiden, statt dass sie ne Axt nehmen und ihm schnell – hop – den Kopf abhauen. Das wäre schmerzlos.

AŚKA: Und Reńka nervt sich, dass sie nicht sie holen gekommen sind, weil sie ist vom Dorf, und ihr Opa hat es so gemacht,

REŃKA: und das war ein starker Mann, und humanitär.

AŚKA: Also kann es sein, dass Reńka sich in diesem Krieg auch noch schlagen muss, mit dieser kleinen Rasse,

REŃKA: obwohl das in keiner Vorhersage so steht.

AŚKA: Und dann, wenn sie zurück kommt von dieser Schlacht, abends, voll fertig und dreckig, muss sie diese ganzen Typen noch trösten.

REŃKA: Na die aus unserem Haus, die nicht mal wissen, wie man ’ne Taube fertig kriegt. Und Aśka jammert die ganze Zeit, dass erstens sie gar nicht klarkommt in diesem Krieg, und zweitens, dass sie doch nicht überleben wird, weil sie ja nichts kann. Und plötzlich blitzt Intelligenz in Aśkas Gesicht, sie stellt sich vor diese unsere Spüle, nimmt so ein riesiges Glas, das 2 Liter fasst, in die Hand, giesst es mit Wasser voll, und in einem Schluck trinkt sie es aus, und gleich giesst sie es nochmal voll. Und Aśkas Plan ist so, daß wenn sie aus den ganzen Rohren ganz Berlins das ganze Wasser austrinkt,

AŚKA: werde ich so saubere Nieren haben, dass wenn Reńka verwundet wird, gebe ich ihr eine blitzklare Niere, und so rette ich sie. Na, und ich werd ’ne Beteiligung haben.

REŃKA: Aber vorerst sitzt sie die ganze Zeit in diesem Bad und pinkelt. Und immer ist besetzt,

AŚKA: und Reńka kann nicht rein.

REŃKA: Und deswegen kommen wir immer überall zuspät.

AŚKA: Aber das ist egal, weil wir habens so oder so am Besten in der Welt.

REŃKA: Weil wir sind vorbereitet.

AŚKA: Und alle werden uns beneiden.

“Podhalem” na Śródziemne (1)

Zbigniew Milewicz

tekst1-winietaStatek zwie się „Podhale” i od trzech dni stoi przy Nabrzeżu Siarkowym im. Obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku. Ma na dziobie parzenicę, a w messie załogowej portret swojej matki chrzestnej spod Nowego Targu, która rada by już zatańczyć „drobnego” na morskiej fali, ale musi cierpliwie czekać, aż taśmociąg „Siarkopolu” przestanie pracować nad ładowniami, przygotowanymi na przyjęcie 15 ton żółtego proszku.

Wreszcie czwartego dnia kończy się załadunek, statek bierze wodę, paliwo i po odprawie celnej oraz WOP, krótko przed północą 4 września wychodzi w morze. W swoją 293 podróż, która wiedzie do Grecji i Syrii.

Załoga liczy 34 osoby, pierwszym po Bogu jest kpt. ż. w. Andrzej Rzeczewski, ja płynę jako pasażer, jeden z dwudziestu, którzy zaokrętowali na ,,Podhale”. Połowa z nich to żony i dzieci członków załogi, drugiej główny ton nadają zadbane panie i dziarscy panowie w jesieni życia. Statek posiada jedno- i dwuosobowe kabiny; dostaję „dwójkę” na poziomie pokładu szalupowego, wspólnie z emerytowanym prawnikiem z Krakowa. Mój przydziałowy współmieszkaniec zaokrętował wcześniej i mając do wyboru koję z prawdziwego zdarzenia, z solidną, drewnianą obudową, z której nie wypada się w czasie kiwania i zwykły tapczan, dokonał rzecz jasna właściwego wyboru.

Poza miejscami do spania kajuta wyposażona jest w stolik, kanapę, szafę na ubrania, parę regałów, lustro, radio i urządzenia klimatyzacyjne, które na razie jeszcze nie działają. Jest też mała łazienka z WC, w której mieszka wielodzietna rodzina karaluchów. Tuż przy koi mam pas ratunkowy, a nad nim instrukcję, jak postępować w razie różnych alarmów, regulamin uściślający zakres swobód pasażerskich na statku oraz zbiór podstawowych informacji o „Podhalu”. Czytam tam, że jest to motorowiec Polskiej Żeglugi Morskiej w Szczecinie, zbudowany w roku 1968, w stoczni im. Adolfa Warskiego. Typ statku – masowiec o ładowności 15686 ton. Silnik – Cegielski-Sulcer o mocy 7.200 KM, długość jednostki – 156 m, szerokość – 20,4 m, zanurzenie – 9,2 m, szybkość –15 węzłów.

statkizbycha (2)Nie mam pod ręką zdjęć z “Podhala”, na razie więc fota z cyklu “marynarskie zdjęcia rodzinne”. Brat Zdzich na nabrzeżu.

Przed główkami portu rzucamy hole, zdajemy pilota i dalej już o własnych siłach. Następnego dnia przed południem wysiada pompa paliwowa, ale po czterech godzinach awaria zostaje usunięta i 6-cylindrowy silnik znów dostaje swoje średnie 114 obrotów na minutę, przy których statek płynie z najkorzystniejszą dla niego pod względem eksploatacyjnym prędkością 12 węzłów czyli 12 mil na godzinę. Ze względów bezpieczeństwa statkowe przykazania nie zezwalają pasażerom na schodzenie do siłowni, niepożądana jest ich obecność na pokładach manewrowych rufy i dziobu w czasie manewrów oraz w kuchni i na wyższym pokładzie, zwanym namiarowym. W zasadzie też nie powinni pętać się po mostku, z którego prowadzi się nawigację, ale jeśli kapitan zezwoli, to od czasu do czasu im wolno, byle tylko – zaznacza kapitan Rzeczewski – nie przeszkadzali w pracy. Skwapliwie przechodzę tą furtką w regulaminowym murze na południową wachtę II oficera pokładowego, Zbigniewa Zjawina, z którym pełni służbę stojący przy sterze st. marynarz Marian Zadrożny. Żyrokompas, radary, urządzenie „Decca”, zwane deką, pozwalające szybko określić położenie statku w kursie, szczegółowe mapy pokładowe, wszystko mnie interesuje.
– Pierwszy raz w rejsie? – zgaduje dowódca wachty.
– Jako chłopak pływałem trochę po Bałtyku na Czerwonych Żaglach – odpowiadam skromnie.
– Żagle to zupełnie inna sprawa.
– Fakt.
Odmierza cyrklem na podziałce mapy odległość 12 mil, kroczy nim po linii kursu i liczy: „druga, trzecia, czwarta…”, aż do dziewięciu, kwitując to stwierdzeniem, że około dziewiątej wieczorem powinniśmy być już koło Bornholmu. Oczywiście jeżeli maszyna pozwoli i nie pogorszy się pogoda. Od chwili wyjścia z Gdańska niebo jest lekko zachmurzone, ale stan morza dobry, siła wiatru, który wieje z kierunku południowego, skręcającego do południowo-wschodniego, nie przekracza 4 stopni w skali Beauforta. Można by więc dla zdrowia pospacerować po pokładzie albo klapnąć na leżaku – oczywiście nie w stroju plażowym, bo temperatura na zewnątrz wynosi 14 stopni C – gdyby nie wszechobecny, atakujący spojówki i drogi oddechowe pył siarkowy. Z megafonu na mostku pada polecenie, żeby zamknąć w kabinach bulaje, bo szykuje się mycie pokładów i nadbudówki. Słona woda puszczona pod ciśnieniem przez węże gumowe przynajmniej z grubsza spłukuje ze statku siarkowy nalot i już robi się „spacerowy”. Wszystkie statki myje się w morzu, zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz, kiedy opróżnią ładownie i zbiorniki. Między innymi dlatego morza są brudne.

,,Podhale” jest trampem, czyli statkiem, który nie kursuje na liniach regularnych, tylko tam, gdzie armator lub jego agenci widzą aktualnie potrzebę czyli interes. Ustalenia – gdzie, kiedy i z czym taki statek ma popłynąć, zmieniają się, jak w kalejdoskopie i nigdy do końca nie są pewne. Zwykłą rzeczą jest więc, że marynarz rano żegna się z dziećmi i żoną, mówi jej, że płynie np. do Kanady, a wieczorem wraca, bo termin wyjścia w morze został przesunięty na dzień następny, zaś kierunek zmieniono na Bliski Wschód i przez kilka następnych dni sytuacja się powtarza. W rezultacie wypływa, nie pożegnawszy się z rodziną, bo do końca myśli, że pewnie znowu przesuną termin wyjścia, ale będzie to nie na Bliski, tylko Daleki Wschód. Weźmy konkretnie nasz statek. W pierwszej wersji miał popłynąć z siarką do Salonik, stamtąd do Casablanki po fosfat, a termin rozpoczęcia rejsu wyznaczony został na 25 sierpnia. Później zmieniono Maroko na Syrię oraz przesunięto datę rozpoczęcia podróży na 1 września, a następnie na 4, z powodu poślizgu w terminie zejścia statku ze stoczni, gdzie przechodził okresowy remont. „Siarkopolowi” nie pasowało, żeby cały towar przetransportowany został do Salonik, chciał jego część wysłać do Włoch. Na domiar złego niepotrzebnie skierowano „Podhale” najpierw na Nabrzeże Wiślane w Gdańsku, gdzie zbiorniki siarki okazały się wyskrobane do dna, co przedłużyło czas rozpoczęcia załadunku o następnych kilka godzin. Ostatecznie wzięto siarkę na Nabrzeżu im. Obrońców Poczty Polskiej, ale do chwili wyjścia statku w morze trwały przetargi armatora z “Siarkopolem” o porty wyładowcze i z absolutną powagą rozważano kwestię, czy nie należy wymienić przyjętego już towaru na inny jego gatunek, gdyż poniewczasie okazało się, że miała to być masa granulowana, a nie sproszkowana.

Po kolacji w messie oficerskiej chief pokładowy, Walerian Jasiński, opowiada lepszą historię:

Parę lat temu, jeszcze jako drugi oficer, zamustrowałem na statek, który miał iść z węglem do Japonii, a później do Indii po rudę. To był mój imiennik, 36-tysięcznik „Gen. Jasiński” i czas rejsu obliczano na około 100 dni. Z Gdańska poszliśmy na Kanał Sueski, następnie do Singapuru na bunkrowanie i dalej już, bez zatrzymywania się, do Japonii. Po zdaniu ładunku, na wyjściu, agent armatora nie wiedział gdzie mamy płynąć. Były wersje – Indie lub Australia, ale gdzie dokładnie, tego nie potrafił określić. Ruszyliśmy więc wolno na południowy wschód i od wieczora do rana następnego dnia czekaliśmy no dyspozycje. Po 12 godzinach przez radio nadeszła wiadomość mamy iść do Cedros Island w Zatoce Meksykańskiej. Przez cały Pacyfik szliśmy pod balastem, w Cedros Island załadowaliśmy sól, stamtąd statek pognał przez Kanał Panamski do Bostonu, gdzie nastąpił wyładunek. I dalej pod balastem na Florydę, po fosfat i dopiero z tym wróciliśmy do Szczecina. Z planowanych stu dni rejsu zrobiło się sto pięćdziesiąt i podróż dookoła świata. Nie muszę chyba dodawać, że moja ówczesna narzeczona, a obecnie żona nie była tym rejsem specjalnie zachwycona.

Pani Ewa Jasińska, tym razem towarzysząca mężowi w rejsie wraz z dwójką dzieci, uśmiechem potwierdza to, co powiedział. Każdy, kto pływa przynajmniej kilka lat we flocie handlowej, mógłby opowiedzieć mnóstwo podobnych historii. Wiele takich już słyszałem, dlatego ciekaw jestem, jak to będzie z moim rejsem. Teoretycznie ma on trwać 40-50 dni, ale jaką będzie biegł trasą i kiedy sie praktycznie zakończy, to pokaże czas. Na razie, zgodnie z „rozkładem jazdy” mijamy Bornholm. Mamy wyspę z lewej burty, z odległości kilkunastu mil, w ciemnościach, wygląda jak tajemniczy, wielopoziomowy tort udekorowany tysiącami świeczek.

Umarł Władysław Bartoszewski

Andrzej Rejman

– Aktywność w imię Pamięci –

…muszę przyznać, że bardzo przeżyłem i nadal przeżywam śmierć Władysława Bartoszewskiego.

Dziś już drugi dzień, jak Go nie ma – wyszedłem na rozświetlony słońcem kwietniowy świat, miasto, sobota – ruch, ludzie całymi rodzinami jeżdżą na rowerach pięknymi ścieżkami na warszawskim Ursynowie – autobusy czyste, klimatyzowane, podjeżdżają punktualnie według rozkładu na przystanki, kawiarnie pełne, pełna kultura… – kraj w rozwoju, prawdopodobnie jeden z najlepszych okresów w dotychczasowej historii tej części Europy, Polski? (Wiadomo – wiele problemów, oczekiwań, rozmawiam z młodymi ludźmi, brak satysfakcjonującej pracy, niskie zarobki… no tak, trzeba to zmienić.. jeszcze tyle pracy…)

Bartoszewski odszedł – pozostało pytanie, czy będziemy umieli rozmawiać z Niemcami, Żydami… Rosjanami? z zagranicą? Z pewnością tak. Mądrzy o Jego naukę, przykazania, dbałość o Polskę, patriotyzm, bez zbędnego rozpamiętywania, po prostu służba.

Uświadomiłem sobie, że sam nie wykonuję należycie swych zadań – trzeba zacząć zmiany od siebie.

Odejście Bartoszewskiego przypomniało mi od razu mój stary pomysł – i list do Władysława Bartoszewskiego, który w związku z tym wszystkim przytaczam:

(Dla wyjaśnienia – chodziło o pomysł, który przyszedł mi do głowy po przypadkowym odwiedzeniu cmentarza żołnierzy niemieckich pod Mławą. Zauważyłem tam głównie groby młodych ludzi, rocznik przeważnie 1922, 1923… – w pamięci miałem mojego wuja, urodzonego właśnie w 1922, który zginął z rąk żandarmerii niemieckiej w 1944… Miał 22 lata… magiczna liczba… – no i ci Niemcy – też rocznik 1922… może zestawić ich portrety na wielkich planszach… możę nawet przy autostradzie Monachium-Norymberga, albo Warszawa-Berlin… i wspomnieć po prostu… nie analizując po czyjej byli stronie… byli zmuszeni, pchnięci falą wydarzeń… no i pamięć o nich, takich samych, podobnych do siebie, młodych i niewinnych, stojących po przeciwnych stronach barykad, mogłaby pobudzić do działania pozytywnego… na przekór wszelkim przeciwnościom… tak, jakby wykonując ich marzenia, niespełnione, przerwane śmiercią… marzenia o normalnym życiu po wojnie… Bartoszewski też rocznik 1922…

dopiero wczoraj dotarło to do mnie…)

pomysł: – Aktywność w imię Pamięci –

Pamięć o tych, których życie zostało gwałtownie przerwane – pobudzić może do pożytecznego działania.

Matka utraciła Syna.

Matka Niemka, Żydówka, Polka, Rosjanka, Czeczenka, Bośniaczka….

Zginął człowiek, który żył pełnią życia, kochał, śmiał sie i płakał, który walczył, bawił się, marzył – miał swoje cele, plany, przyjaciół, słabości. Człowiek, który doznawał olśnienia, iluminacji blaskiem idei, pojawiających się jak meteory…

Nie zrealizował planów, nie dokończył miłości, nie uchwycił spadającej gwiazdy,

Uśmiech jego zastygł, łzy zmieszały się z deszczem…

Niech jego niedokończone życie będzie iskrą, która zapali chęć działania u innych, wiele lat później, chęć działania pozytywnego, potrzebnego innym…

To jest również refleksja nad ofiarą, czy była potrzebna?

Na to nie ma i nie będzie zdecydowanej odpowiedzi.

Lecz pamięć o Nim, o Nich – może pobudzić nas do pożytecznej aktywności – w imię planów, marzeń i pragnień osób, które przeminęły.

Szanowny Pan

Prof. Władysław Bartoszewski

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
Biuro Pełnomocnika Prezesa Rady Ministrów ds. Dialogu Międzynarodowego

Al. Ujazdowskie 1/3

PL 00-583 Warszawa

Szanowny Panie Profesorze,

Chciałbym podzielić się z Panem ideą “Aktywności w imię Pamięci“, którą – mam nadzieję – uda się urzeczywistnić w praktycznym wymiarze, w formie konkretnych działań kulturalnych i edukacyjnych.

Materiały załączam.

Mam wielką nadzieję na poparcie przez Pana tej idei.

Myślę, że szczególnie w dzisiejszych czasach potrzebne jest pojednanie we wszystkich dziedzinach i sferach, szerzenie idei pozytywnych i uspokajających emocje społeczne.

Otrzymałem list od p. Reya z Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge e.V. wyrażający wstępne zainteresowanie przedstawioną ideą.

Obecnie poszukujemy (wraz z gronem współpracowników-artystów i organizatorów) dalszych słów wsparcia…

łączę wyrazy głębokiego szacunku

Andrzej Rejman

***
listmiszczakaNadeszła odpowiedź od dyr. Miszczaka z Biura Wł. Bartoszewskiego, który był Pełnomocnikiem Premiera d/s Dialogu Międzynarodowego

Szanowny Panie,

W imieniu Min. W. Bartoszewskiego serdecznie dziękuję za list i przedstawienie interesującego pomysłu. Chętnie dowiem się, jaką formę wsparcia projektu przez Ministra ma Pan na myśli. Pan Minister ze względu na wiek nie uczestniczy czynnie w projektach , natomiast wybrane przedsięwzięcia obejmuje honorowym patronatem. Byłbym wdzięczny, gdyby zechciał Pan przybliżyć ideę “Aktywności w imię pamięci”, jeśli znalazła się już na bardziej zaawansowanym etapie przygotowań.

Z poważaniem
(-) Krzysztof Miszczak
dyrektor Biura

No tak… a ja nie miałem żadnych konkretnych możliwości… po prostu taki pomysł… pewnie do prostego urzeczywistnienia (a przynajmniej zainicjowania) w internecie, na Facebooku może? Ale… rzeczywiście wcześniej otrzymałem list od p. Reya z Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge e.V. wyrażający wstępne zainteresowanie przedstawioną ideą, w którym to liście p. Rey stwierdzał, że pomysł taki wpisuje się, jak najbardziej, w profil działań edukacyjnych stowarzyszenia…

Po upływie kilku lat mam kilka (z pozoru różnych, a może uzupełniających się) refleksji:

1/ jestem, kim jestem, nie należy wychodzić przed szereg, ale z pomysłami należy się dzielić, jak najbardziej, mogą one zostać zrealizowane w bardziej sprzyjających, innych okolicznościach

2/ trzeba działać w grupie i mieć praktyczny pomysł na rozwinięcie – urzeczywistnienie każdej idei

3/ lub też: trzeba działać w miarę szybko i zdecydowanie, nie czekając. I doprowadzać sprawy do końca.

…właściwie, gdyby znalazła się jakaś fundacja, stowarzyszenie, grupa ludzi… pomysł jest prosty – trzeba pokazać symbolicznych żołnierzy – roczniki podobne, podobne twarze, obie strony barykady… konfliktów nie brakuje… i zrobić coś dla innych, pamiętając o Nich, o ich ofierze, niepotrzebnej? potrzebnej? …chcieli żyć, nie przeżyli ciśnienia konfliktu, sprzecznych interesów, walki… płacz i łzy, pamięć… działanie…

…może to wszystko zbyt idealistyczne… kto w tych czasach to zrozumie…?

Sady Pradziadka i okolice. Berżeniki.

Andrzej Rejman

Z Berżenickiego Sztambucha cz. I.

Ciocia Krystyna (Stankiewiczowa) pokazała mi niedawno piękny zeszyt z zapiskami, zdjęciami i notatkami z lat minionych.

4_Krystyna_Stankiewicz_przeglada_Sztambuch_Berzenicki_20Ciocia Krysia przegląda sztambuch swojej mamy

Zeszyt prowadzony był przez jej matkę, Helenę z Zanów Stankiewiczową (1904-1996), która skrupulatnie zapisywała w nim kto i kiedy odwiedził ich w Berżenikach. O Berżenikach jeszcze kiedyś napiszę dokładniej, na razie tylko powiem, że był to majątek rodziny Stankiewiczów, gdzie zamieszkała po ślubie z Kazimierzem Stankiewiczem, Helena, córka Tomasza Zana (1876-1950) i Teresy Dowgiałło (1884-1945), prawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” (1796-1855) – “Pani na Berżenikach”.

3_stoi_Marysia_siedzi_Krystyna_Stankiewiczowne_obraz_KryNa namalowanym przez Krystynę Dowgiałło obrazie jest właśnie ten dwór w Berżenikach wśród kwiatów i zieleni, i córki Heleny – Krystyna i Maria Stankiewiczówny (stoi Marysia, siedzi Krysia)

1_Adam_Hrebnicki_i_Krysia_Stankiewicz_Raj_ok_1935Dziadek Adam Hrebnicki z Krysią

Ciocia Helena (Hala) Stankiewiczowa wspomina:

…mieliśmy stałych gości, którzy gdzie indziej nie chcieli spędzać wakacji – piękne i bogate lasy, owoce leśne, jeziora z łódkami i kajakami zbudowanymi przez naszego stolarza, konie pod wierzch i do bryczki, – wszystko było do ich dyspozycji.

6_widok_na_Berzeniki_ok_1909_fot_St_HrebnickiWokół dobrzy, przyjaźni, uczciwi ludzie. Prawdziwy raj na ziemi. Przyjeżdżała do nas cała rodzina Herbstów – Witold, który był świadkiem na naszym ślubie, jego siostra Jadwiga – później Kaczyńska, rodzice, a później i wnuki. Przyjeżdżali też z rodzinami Okolscy, Meisserowie, Ejsmontowie, Załuscy, Hrebniccy, Zawiszowie. Nie sposób wspomnieć wszystkich, którzy przewinęli się przez dwór w Berżenikach. Eugeniusz Modliński, przewodniczący Chrześcijańskich Związków Zawodowych wpadał w zimie na dziesięć dni, żeby oderwać się od swoich spraw. Mówił, że prawdziwie odpocząć można tylko w atmosferze staropolskiego domu. Co roku rozbijali obóz harcerze…

8_widok_na_Raj_ze_strony_Berzenik_fot_St_Hrebnicki
Widok na Raj od strony Berżenik

(Helena z Zanów Stankiewiczowa – “Pani na Berżenikach”
W. Wiśniewski, wyd LTW 2003)

***

W “Sztambuchu” jest także piękny, wzruszający wiersz Heleny Stankiewiczowej, napisany w czasach kolejnej próby dla Polski – w roku 1980 tym, kiedy już “nie ma czym gości dziś częstować…”, który przytaczam w całości bez zmian redakcyjnych:

7_wiersz_Heleny_Stankiewicz_o_Berzenikach_1980Helena Stankiewiczowa

A tam nad wielkim błękitnym jeziorem
Ścielą się nisko białe mgły wieczorem
A na bagnistej mchem porosłej łące
Rosną smółki różowe, storczyki pachnące
Zdaje się, że czuję ciepło tego mokrego wieczora
Czy to było tak dawno, czy zaledwie wczora
A tak było tam ludno jasno i wesoło
Wszyscy nasi kochani jak spojrzeć wokoło
Tłumnie wchodzili na winem opleciony ganek
Na stole obrus biały, wkoło gości wianek
Rozprawiali beztrosko, szumnie, miło, gwarno
W upale popołudnia, gorąco i parno
Na stole miód, maliny, pachnące poziomki
Róża z masła,* wędliny i razowca kromki
Stosy ogórków świeżych, wszakże wiecie sami,
Przysmak to jest Kresowy, ten miód z ogórkami
Możnaby tak wyliczać z wieczora do rana
Co na tym stole było dzisiaj rzecz niespotykana
Wszystko już przeminęło, te gościnne dwory,
Już są nie aktualne, obiady, wieczory.
Aby gości przyjmować nie ma dziś czym częstować
Pora by te wspomnienia w legendzie zachować

Warszawa, 1980 rok grudzień 30

*/ robione łyżeczką w specjalnej maselnicy szklanej lub glinianej (wyjaśnienie K. Stankiewiczowej, przyp. mój). A na zakończenie filmik:

https://www.youtube.com/watch?v=a_r5PD5XEI4

Metropolinnen zwischen Hof und Küche

aska-renka-rfAśka & Reńka werden in ein paar Tage in der Regenbogenfabrik lesen. Und ich hoffe, ihr kommt alle hin, alle, vor allem aber die anderen Autoren dieses Blogs, weil ich somit so etwas wie einen Stammtisch oder ein Kaffekränzchen “meiner” Blogschreibern statuieren möchte.

Mehr über unsere Autorinnen HIER und darunter erste Folge vom osteuropäischen Irrwitz!

AŚKA & REŃKA

UNSER KICK

REŃKA: Na, zuerst müssen wir erklären, wie wir aussehen, weil das weiss doch noch niemand.

AŚKA: Reńka sieht aus wie ne Dame. Im Mantel, voll elegant, als würde sie am Sonntag spazieren gehen, und sie geht doch nur ins KIK und Aldi, und das wichtigste: sie raucht diese dünne weisse Kippe, den ganzen Weg lang. Und wenn sie ausgeht, zündet sie sich sofort die nächste an.

REŃKA: Und Aśka ist kleiner, und schwarz, weil ich bin blond, und so kann man uns auseinander halten. Und sie geht in dieser Bluse, die ich ihr gekauft habe, in der schwarzen, zum Joggen, wo sie die Nacht mit geschlafen hat, und jetzt geht sie damit. Scham. Einfach Scham.

AŚKA: Also, weil wir jeden Samstag zu KIK gehen. Und normal ist es so, dass wenn es dieses KIK nicht gäbe, wäre es ’n Schwanz und kein Samstag.

REŃKA: Weil in diesem KIK können sogar wir uns erlauben, uns was zu kaufen. Weil dort alles ein Euro kostet oder auch weniger.

AŚKA: Und alles das geschieht folgendermassen: Dass Reńka die Tasche auf die Schulter nimmt, und die Flaschen zum Abgeben,

REŃKA: und Aśka zieht hinter sich her diese Reisetasche auf Rädern. Wir sehen zusammen aus wie Weiber aus Russland, wenn wir durch die Damaschkestrasse zur Kreuzung gehen.

AŚKA: Na und auf dieser Kreuzung sind Autos wie Schwanz, aber wir hauen einfach durch,

REŃKA: und Aśka bleibt in der Mitte der Kreuzung stehen und streckt ihre Hand, und das soll uns vor diesen Autos bewahren, die auf uns zufahren.

AŚKA: Und Reńka denkt, dass einer von ihnen letztendlichst auf uns rauffährt, einfach so, aus Prinzip.

REŃKA: Na, wenn es uns schon nicht raufgefahren ist, gehen wir weiter und Aśka denkt darüber nach, laut natürlich, woher diese ganzen Autos kommen.

AŚKA: Weil wie ist es möglich, dass alle diese Menschen so ’n Auto haben und Kasse dafür. Und in Urlaub fahren sie auch noch. Aber Reńka winkt ab:

REŃKA: Ach was, weil das sind gar nicht ihre Autos, sondern auf Raten gekauft, und eigentlich sollten die Bankbesitzer damit fahren, und in Urlaub fahren sie schon – aber nach Polen – damit es billiger ist. Weißt du nicht mehr? Wir haben sie doch mit eigenen Augen gesehen als wir in der Heimat waren, da waren auf dem Zeltplatz nur Deutsche.

AŚKA: Und der einzige Pole, der sein Zelt neben uns aufgeschlagen hat,

REŃKA: wegen dem Patriotismus und damit er sich sicherer fühlt,

AŚKA: schrie morgens um 6 schon zu seiner Frau, wie hoch der Euro steht, und dass wenn es so weiter geht, kommen die Deutschen zu uns nach Polen Kartoffeln buddeln und nicht zum Baden.

REŃKA: Sein Wagen hat er extra an ein Baum gekettet,

AŚKA: mit einer Kette, dick, wie für ne Kuh.

REŃKA: Und dann ist keine Zeit mehr zum nachdenken, weil dann KIK schon vor uns auftaucht.

AŚKA: Und das ist ein Wunder, dieses KIK, ganz einfach, weil das Leben hätte absolut keinen Sinn ohne dieses KIK, an diesem Samstag. Aber es gibt Grundsätze: dass jede von uns nur eine Sache kaufen darf.

REŃKA: Und Aśka, natürlich, hält sich nie an diese Regeln, weil sie muss alles lagermässig haben, und so kauft sie zehn rosane Kerzen.

AŚKA: Und Reńka kauft Höschen. Weil sie hat ne Psychose auf Schlaf-Höschen, und muss viel davon haben, und am besten Boxer-Shorts, und aber männliche.

REŃKA: Wenn wir schon gehen aus diesem KIK, diese Strasse hoch, zum Aldi, träumen wir, was wir uns so kaufen würden, wenn wir verdienen würden.

AŚKA: Ein Vollidiot fährt vorbei und hupt. Und Reńka sagt:

REŃKA: ich werde nie einen Deutschen heiraten, die kaufen doch alles auf Raten. Weil früher da hat das polnische Mädel sich n Deutschen aufgerissen, und alle waren neidisch, weil sie ja reich war. Und jetzt können diese Polnischen Mädels sich voll schneiden. Weil sie lernt so n Deutschen kennen, und freut sich, dass sie bis zum Lebensende nichts mehr machen muss, nur die Nägel lackieren, und dann kommt sie hierher, guckt, und er Hartz IV.

AŚKA: Und jetzt, endlich, stehen wir in diesem Aldi. Und Reńka jammert, dass wir hier einkaufen,

REŃKA: und in Polen ist das Essen nicht nur billiger sondern auch noch viel besser, und während wir hier sind, kaufen die Deutschen uns in Polen alles aus.

AŚKA: Weil Reńka hat es selber gesehen, wie fünf so Deutsche, klassisch, kurze Haare und Brillen mit Goldrand, ganze Säcke voll aus Polen rausfuhren:

REŃKA: jede hatte an die zehn Stück Butter, Brote, Wurst, saure Gurken, und soviele Schmerztabletten, als hätten sie drei Apotheken aufgekauft.

REŃKA: Und Aśka sagt,

AŚKA: dass wir doch aber nicht so bekloppt sind, um zur Grenze zu fahren und zurück, am Samstag, zum Einkaufen. Das ist doch Quatsch.

REŃKA: Und dann ist keine Zeit mehr zum Nachdenken,

AŚKA: weil wir uns diesen Zeitschriften nähern, die wir natürlich nicht kaufen.

REŃKA: Aber wir müssen einen Moment vor ihnen stehen, weil Aśka mag es sich vorstellen, dass wenn sie morgens in die Küche kommt, und ich sitze am Tisch, dass ich so ne „TIMES“ lese, damit ich ihr erkläre, worum es nun geht, in dieser Welt. Und ich lese doch gar keine Zeitung, und schon gar nicht auf englisch.

AŚKA: Und Reńka sagt, sie kann unsere Lage auch ohne die Zeitung erklären, weil sie weiss genau, worum es geht.

REŃKA: Weil jetzt kaufen die Polen die ganze billige Erde auf, in diesem Mecklenburg-Vorpommern, weil dort sind alle sehr arm, und noch ärmer als in Polen, und habe ’n Haufen Skins. Na also kaufen die Polen das ganze Land auf, billig wie Borschtsch, und noch sagen sie, dass sie auf diese Weise unser altes slavisches Land zurück zu dem Mutterleib führen. Weil vor langer Zeit, waren dort überall Slaven und Schluss. Und Aśka will wissen, ob ich damit sagen will, dass Mecklenburg-Vorpommern früher Polen war,

AŚKA: und Reńka denkt nach und sagt:

REŃKA: Irgendwie schon.

AŚKA: Und wenn wir aus diesem Aldi rauskommen, dann müssen wir wieder an dem Kik vorbeigehen. Na und natürlich gehen wir wieder rein, weil wir können es uns nicht verwehren.

REŃKA: Und auf einmal gucke ich und Aśka hält mir ne Hose hin, aus Polyester, dass garantiert der Arsch drin schwitzt, und in der Farbe braun und in einer Farbnuance, die an Durchfall erinnert, und mit freudiger Miene verkündet sie mir,

AŚKA: dass diese Hose nur ein Euro kostet.

REŃKA: Also sag ich ihr sanft, dass die Hose ihr zu klein sein wird. Und sie mir daraufhin:

AŚKA: Na, das macht doch nix, das kann man doch heute kaufen und morgen wegschmeissen.

REŃKA: Und genau das ist es:

REŃKA
UND AŚKA: UNSER KICK.

aska_und_renka_rauchen_netzWeitere Folgen folgen 🙂

Die kleine große Welt (7)

Monika Wrzosek-Müller

„Durch einen seltsamen Zufall – denn letztendlich liegt allem immer eine zufällige Begegnung zugrunde – durch eine merkwürdige Fügung wurde Albert mein Schicksal und ich seins.“

Tim Parks: Träume von Flüssen und Meeren, Kunstmann Verlag, München 2009, S. 449

Castiglione della Pescaia

Der Weg dahin war erst einmal eine Entscheidung; sie mussten eine Ferienwohnung suchen. Das taten sie bei der agenzia immobiliare „Casa Rossa“ und fanden fast immer etwas. Warum die meisten Wohnungen ausgesprochen hässlich waren, so dass man keine richtigen Lampen zum Lesen hatte und in der Küche auf einem Stuhl hockten musste, unbequem, beengt, mit Ausblick auf das nächste noch hässlichere Haus, selten mit einem Balkon versehen, vermag ich nicht zu beantworten. Vielleicht lag das an unseren finanziellen Mitteln, oder daran, dass die meisten Leute keinen so großen Wert darauf legten. Schließlich konnte man sich in der Mitte der schönsten Landschaft, in der Toskana, die Hässlichkeit der Unterkunft erlauben, man blieb sowieso sehr selten drin. Castiglione mit dem schönen Hafen und dem Fischmarkt, einem Castello, einer Pineta, dem ausgedehntem Pinienwald beiderseits des Orts, im Süden in Maremma übergehend, entschädigte für vieles.

Der Weg dahin ging durch die schönste Landschaft der Welt, wenn man es nicht eilig hatte und durch die Hügel des Chianti an Greve und den kleinen Ortschaften vorbei fuhr, nicht auf der super strada nach Siena. Die Anhöhen, meistens mit einem großen alten Haus darauf und einer Allee von Zypressen, die nach oben führte, reihten sich einer an den anderen. Manchmal waren die Zypressenreihen durch Pinien unterbrochen, das war eigentlich noch reizvoller, noch symmetrischer. Ein Strich horizontal, ein Strich vertikal, manchmal warfen sie auch bizarre Schatten auf die Erde, die mit der untergehenden Sonne länger wurden. Das Wunderbare an dieser Landschaft war die Verbindung des jahrhundertealten menschlichen Bemühens und der Natur, die mitspielte. Sie liebte diese sanften Hügel, die weiten Felder und Weinberge, die Olivenhaine, die vielen Schattierungen von Grün bis Silbergrau, die am Ende des Sommers zu Gelb, Braun, Rostfarben wurden; dazu im Frühling den Geruch von brennenden Olivenzweigen und die großen Wiesen voll von Anemonen, Mohnblumen, kleinen Krokussen und Schwertlilien, die die Wege säumten und sich zwischen den Steinen ihren Weg bahnten. Das alles war wie von Zauberhand gemalt oder gemeißelt. Die Häuser und jeglicher Art Gebäude waren nie perfekt restauriert, immer mit gewissem Gespür für das Alte und Heruntergekommene oder gar melancholisch Verfallende, aber immer malerisch und mit der Landschaft im Einklang. Sie fühlte sich hier geborgen, sicher, glücklich. Sie mochte auch die Menschen, ihre Direktheit, ihre Freundlichkeit; hier war sie keine Fremde, sie gehörte dazu. Die Menschen ließen einen an ihrem Leben, ihren kleinen Problemen teilhaben. Sie waren offen, freundlich, hilfsbereit aber keinesfalls aufdringlich.

Hinter Siena änderte sich die Landschaft; die Natur wurde wilder, es gab mehr Wälder: Eichenwälder auch mit Korkeichen, weniger menschlichen Einfluss, obwohl die Erde hier und da eine wunderbar rote Farbe hatte und sehr fruchtbar aussah. Es gab auch Reisfelder mit ihrem frischen Grün und doch ab und zu Weinberge aber viel weniger Ortschaften und Bebauung. Die Ebene am Fluss, Richtung Meer war von Kanälen durchschnitten, mit Schilf und Gemüseanbau, grün und sehr zugewachsen, man kam an dem Roten Haus vorbei und sah dann vom weiten den Felsen mit dem Castello in Castiglione. Man war angekommen.

Am Strand trafen sie jedes Jahr dieselben Menschen wieder; die meisten kamen aus Siena und mussten irgendwann zum Palio und vorher üben, auf ungesattelten Pferden zu reiten, historische Kostüme zu nähen, und die Fahnen ihrer Contrada zu schwenken, und wenn sie nichts dergleichen taten, dann kümmerten sie sich ums Essen oder um die Pferde; überhaupt war dieses Fest erstaunlich präsent in den Köpfen der Menschen, man sprach Wochen vorher darüber und ereiferte sich über die Details; es war kein Event für die Touristen, sondern man spürte die emotionale Zugehörigkeit zu einzelnen Contraden und wie die Animositäten und Gegensätze mit dem sich nähernden Fest zunahmen. Ich musste immer wieder an das Buch von Carlo Fruttero und Franco Lucentini denken „Il palio delle contrade morte“ [„Der Palio der toten Reiter“]. Sie beschrieben in einem wunderbaren Krimi, wie sich die Stadt für und dann durch das Fest veränderte und welche Emotionen der Palio bei den Menschen weckte.

Jedes Jahr trafen sie am Strand dieselben Leute: Alessandro mit seinen Großeltern, Bernardo mit seiner Mutter und Mateo mit der Großmutter, es war wie in dem italienischen Lied aus den 60er Jahren „ogni anno, stessa spiaggia, stesso mare“ [jedes Jahr, derselbe Strand, dasselbe Meer], unter demselben Schirm, immer im demselben Zeitraum und im selben Quartier. Man begrüßte sich erfreut und herzlich aber nicht verwundert, als sei es die natürlichste Sache der Welt, von Mitte Juli bis Mitte August seine Zeit in Castiglione zu verbringen. Die einen hatten große Villen, die anderen wohnten wie sie in einem Appartement, wieder andere bevorzugten Hotels oder Pensionen. Auch musste man sich entscheiden, auf welchem Abschnitt des Strandes man sich niederließ; auf ausgedehnte private, teure Bagni (mit Sonnenschirmen und Liegen bestückte Strandabschnitte) folgten enge, voll belegte öffentliche Strandplätze, aber da konnte man sich ausbreiten wie man wollte, war nicht von der Liege des Nachbarn belästigt.

Etwas abseits von Castiglione, hinter einer Absperrung und einem Schlagbaum lag inmitten von einer Pineta ein Villenviertel genannt Roccamare mit eher modernen aber architektonisch anspruchsvollen Häusern und separatem Zugang zum Privatstrand. Da wohnte im Sommer Sylvia mit ihrem Sohn; sie hatte mich immer wieder in das Haus eingeladen; es waren oft mehrere Leute da, auch die Nachbarn, es war lebendig, fröhlich und interessant. Oft erzählten die Leute, wer denn hier alles nicht wohnen würde; das berühmte Paar, die Autoren von den vielen Krimis auch dem über dem Palio: Fruttero und Lucentini waren eben auch darunter. Manchmal konnte man ihre Silhouetten im Garten umhergehen sehen, oder wenn es im Sylvias Haus still war, hörte man sie sprechen. Die beiden sprachen sehr schönes Italienisch, es erinnerte mich an das Italienisch von meinem Freund aus Turin, der damals so wie wir in Florenz, in Settigniano, lebte und an der Universität von Florenz lehrte. Manchmal konnte man sie auch am Hafen, am Abend in Castiglione sehen. Sie waren in ihre Gespräche vertieft, ich folgte ihnen und zu meinen Ohren drang der schöne Klang des Italienischen aus dem Norden, denn die beiden, was ich damals nicht wusste, stammten ausgerechnet aus Turin.

 

Aus dem Leben einer Dichterin

AUF DER POST
von Jana Stoklasa

Ich stand auf der Post,
in Gedanken mit den Umständen beschäftigt,
die mit meiner Sendung verbunden waren.

 Da wurde mir plötzlich bewusst,
dass ein kleiner dicklicher Mann im Anzug,
schnurbärtig und mit gebräunter Glatze,
mit einem solchen fixierenden Blick meine Hände beobachtete,
dass in mir blitzartig eine Art Terror-Paranoia hochstieg.
Denn ich stand da
mit einem kleinen schwarzen Köfferchen auf Rollen,
eine schändlich mit Werbeaufklebern zugeflickte Briefsendung in der Hand
und zog mein Handy aus der Handtasche.
Seit meiner Notiznahme dieses mir unheimlichen Mannes,
dessen Blicke wie alles durchzudringen suchten,
beanspruchte ein Plakat links der Schlange seine volle Aufmerksamkeit,
obwohl genau darüber Bilder auf einem Infoscreen liefen.
Durchweg in dieses omniprāsente Gefühl versunken, verdächtigt zu
werden,
hörte ich alsdann erst gar nicht die Rufe der schon genervten Beamtin am
Schalter.

 Mein Angstgefühl verbot mir jede weitere Auseinandersetzung
mit meiner über diesem öffentlichen Raum schwebenden Frage,
ob ich mich nun von einer generellen
zur potenziellen Verdächtigen hochgearbeitet habe,
und was es eigentlich bedeutete,
wenn schon das banale Betreten einer Post
als eine Selbstgefährdung auf mich wirkte.

Beim Hinausgehen
musste ich dann schließlich doch über mich selbst lächeln
– sobald ich in mich die Luft ausserhalb dieser Post
wie in einem befreienden Atemzug hineingesogen hatte.

Dwugłos o sześciu apostołach

Jurkowi na imieniny

Wracaliśmy z konferencji w Lublinie. Tomasz odwiózł mnie do Poznania, czy raczej pod Poznań, do domu Loni, babci mojego wnuka. Opowiedziałam jej, że człowiek, który mnie przywiózł to Tomasz, historyk z Żar i… tak powstał dzisiejszy wpis.

Tomasz Fetzki, Żary

Żarska fara. Czyli kościół farny. Czyli parafialny. Kościół parafialny średniowiecznego miasta lokacyjnego (bo był też klasztorny, franciszkański). Najważniejszy i największy kościół Żar. Ale zapytajcie któregokolwiek żaranina, gdzie się znajduje fara, to zrobi oczy wielkie jak stare pięciozłotówki z rybakiem. Jaka fara? Nikt tutaj po wojnie nie używał takiego określenia. Każdy mówi: KATEDRA. Bo wielka, bo monumentalna… Ale to określenie zwyczajowe, gdyż, jako żywo, Żary nigdy nie były siedzibą biskupstwa. Co najwyżej, w czasach protestanckich, nadintendentury, czyli tak plus minus, katolickiego dekanatu. Ale katedra to katedra i nic tego nie zmieni!

stararzezbaKościół powstawał długo, kilkaset lat. Początkowo wybudowany w stylu romańskim, swój obecny, gotycki kształt i rozmiar uzyskał w wieku XV. Rozmiar zaiste imponujący. Na całych polskich Łużycach, poza farą gubińską, nie ma większej świątyni. W ciągu kolejnych kilkuset lat gotycka forma została wypełniona barokową treścią: pseudomarmury, kaplice, dwa piętra empor, organy i malowidła. Skończyło się to wszystko gwałtownie i nieodwracalnie we wtorek po Wielkanocy, 11 kwietnia 1944 roku, gdy niemal setka Latających Fortec B-17 obróciła w gruz większość Żar, poważnie uszkadzając także farę. Miary zniszczenia dopełniło powojenne porzucenie i opuszczenie świątyni.

starewnetrzeW latach 1963-75 parafia polskokatolicka użytkowała prezbiterium, nawy niszczały sobie spokojnie dalej. A potem całość kościoła została przekazana katolikom rzymskim i rozpoczęła się wielka odbudowa. Zdecydowano się nie odtwarzać późniejszego wyposażenia, pozostały gołe gotyckie mury. Stało się tak po trosze z niedoboru funduszy, a po trosze ze względów ideowych: taki zabieg, czyli regotyzacja, miał nawiązywać do prapolskich tradycji tych ziem. Zresztą katedry w Warszawie, Poznaniu i Gnieźnie też regotyzowano podczas odbudowy ze zniszczeń wojennych.

Po nalocieFara została uroczyście konsekrowana, pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, w czerwcu 1980 roku. A potem zaczął się, trwający właściwie do dziś, proces zaopatrywania kościoła w niezbędne wyposażenie: ławki, organy, witraże… W połowie lat osiemdziesiątych w prezbiterum pojawiło się sześć posągów, które przedstawiają czterech Ewangelistów oraz dwa filary Kościoła Świętego: apostołów Piotra i Pawła.

wnetrzenowe

Ewa Maria Slaska, Berlin

piotr… a tych czterech ewangelistów i tych dwóch co to, jak opoka, Kościół podtrzymują, wykonał mój współteść (wiem wiem, nie ma takiego słowa, ale jak go użyję, to, mam nadzieję, każdy będzie wiedział, że tak jak ja jestem teściową mojej synowej, to mój współteść jest teściem mojego syna, i to się zdarza w każdej rodzinie, ale u nas jest jeszcze trudniej, bo mój współteść jest na dodatek bratem mojego szwagra i szwagrem mojej siostry… Czyli brata ojca szwagra syn… No… nie warto dochodzić.)

Współteść czyli Jerzy Krenz był zachwycającym człowiekiem. Był, bo niestety cztery lata temu umarł. Był wspaniałym gawędziarzem i wszyscy go podejrzewali, że ubarwia, ale, o dziwo, wcale tak nie było, bo naprawdę przydarzały mu się sprawy niezwykłe. Może zresztą wcale się nie przydarzały, tylko on sam je wywoływał, jak wtedy, gdy jadąc autem zobaczył kątem oka, że tuż obok szosy, koło jakichś zabudowań stoi statek. Tak mu się to spodobało, że zawrócił, znalazł statek, obgadał sprawę i statek ów zakupił, a potem wielką ciężarówką wiózł go do Poznania.

pawelPrzede wszystkim jednak był artystą, rzeźbiarzem, malarzem… Żył trochę tak jak mój Dziadek, pracował dla dworów i kościołów, jak taki dawny, średniowieczny wędrowny artysta. Złotousty Hessego, Colas Breugnon Rollanda. Robił ołtarze, ambony, od drugiej połowy lat 70 również lampy, kandelabry, świeczniki.

Gdy coś dobrze wyszło, robił duplikaty i rozdawał je hojną ręką. Sama dostałam od niego dwa wielkie świeczniki, tacę granitową i kutą lampę. Lubił tę pracę, mówi żona, każdą pracę lubił, bo każda była czymś nowym i stanowiła wyzwanie. Pod koniec życia się ustatkował, osiadł na stałe w rodzinnych pieleszach, w domu pod Poznaniem, nadal pracował dla dworów i kościołów, jeździł po najdziwniejszych kątach zachodnich i śląskich Kresów, ale już bardziej trzymał się rodzinnej skiby…

Dla kościoła w Żarach pracował wraz z kolegą, też plastykiem, Bogdanem Fijałkowskim,
i wykonywali te betonowe rzeźby, naturalnej w końcu wielkości, w pomieszczeniach na Świebodzińskiej w Poznaniu, odlewając je w jakichś wannach. Jak? Nikt już tego nie wie, natomiast rodzina świetnie pamięta, że obaj artyści pracowali na żywych modelach czyli na sobie samych. Jeden odlewał drugiego. Szaty miały jakieś wzorce w innych kościołach, w podręcznikach historii sztuki, ale apostolskie twarze i ręce to po prostu Fijałkowski i Krenz.

ewangelistowczterech

Zdjęcia 1, 2, 3, 4 z sieci, pozostałe – Tomasz Fetzki

W „Katoliku“

Zbigniew Milewicz

Sięganie pamięcią do wydarzeń, które miały miejsce ponad 30 lat temu, przypomina trochę wywoływanie duchów, kościół katolicki gani te praktyki, ale jak nie wywołam, to nie wyjaśnię, jak się w tym czasopiśmie znalazłem. Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce skreślono mnie z listy pracowników katowickiego „Wieczoru“, w którym miałem etat publicysty, ponieważ psułem generalnie poprawną polityczną statystykę w popołudniówce. Może gdybym posłuchał kierownictwa redakcji, włos nie spadłby mi z głowy, a tak, dzisiaj jestem łysy. Mówili mi: poza redaktor Jarochowską tylko wy należycie do Solidarności, ale Marysia jest już na emeryturze. Co wam szkodzi się wypisać, chyba chcecie dalej u nas pracować? Oczywiście, że chciałem, ale nie za wszelką cenę.

Mojego przyjaciela, Bogdana Szewczenkę, usunięto wtedy z katowickiego ośrodka TV i, żeby zarobić na życie, nocami produkowaliśmy w jego piwnicy huśtawki dla dzieci, które rano zanosiliśmy na targowisko w starych Tychach, ale udało się nam sprzedać tylko jedną sztukę. Żeby nie nazywało się, że utrzymują nas żony, zmieniliśmy towar na ciuchy. Wyciągało się z szafy to, w czym człowiek już nie chodził, albo rzadko zakładał i konfekcja miała większe wzięcie, ale rodziny trudno było z tego wyżywić. Moja żona Mira pracowała wtedy w sekretariacie „Unitry“ w Katowicach, przedsiębiorstwa zajmującego się dystrybucją sprzętu elektrotechnicznego, a Teresa, połowica Bogdana, pisała w tyskim „Echu“. Bez finansowej pomocy moich teściów z Modrzejowa, bez obiadów na Dębowej, u mamy Niny, trudno byłoby nam z Mirą wyżyć. Mira spodziewała się narodzin naszego pierwszego syna, więc dobrze się stało, że krótko po jego przyjściu na świat, udało mi się wrócić do zawodu. W czerwcu 1982 roku ruszyło w Katowicach pismo „Katolik“, w którym i dla mnie znalazło się miejsce.

351px-Katolik_nr_1_1868Numer “Katolika” z 9 lipca 1868 roku

Tytuł nawiązywał do historycznego periodyku, znanego z walki z germanizacją Górnego Śląska. Pismo to wychodziło w latach 1868-1931, a jego najbardziej znanym naczelnym był, pochodzący ze Śląska Cieszyńskiego, Karol Miarka, społeczny działacz, nauczyciel, pisarz, publicysta i drukarz. Pierwszy numer pod jego redakcją ukazał się 1 kwietnia 1869 r. w Królewskiej Hucie, dzisiejszym Chorzowie.

katolikpaxNowy „Katolik“ należał do Stowarzyszenia PAX, o którym Katolicka Agencja Informacyjna pisze, co następuje:

Organizacja katolików świeckich kolaborująca z komunistycznymi władzami Polski Ludowej.

Stowarzyszenie powołane zostało przez Bolesława Piaseckiego i grupę osób związanych z dawnym Obozem Narodowo-Radykalnym Falanga, wydającą od 1945 pismo “Dziś i Jutro”. Stowarzyszenie uzyskało formalny status w 1947 r. “PAX” miał być jedyną, monopolistyczną organizacją katolicką, a zarazem instrumentem służącym rozbiciu Kościoła od wewnątrz.

PAX współpracował z ruchem księży patriotów, krytykował Episkopat Polski, popierał proces bp. Czesława Kaczmarka i uwięzienie Prymasa Wyszyńskiego.

To PAX-owi władze powierzyły w zarząd majątek Caritas i w latach 1953- 56 “Tygodnik Powszechny”, po tym jak redakcja odmówiła wydrukowania nekrologu Stalina.

PAX prowadził działalność społeczną i polityczną. Miał swoje koło poselskie w Sejmie PRL. Od 1947 do 1993 r. wydawał dziennik “Słowo Powszechne”. Posiadał też własny Instytut Wydawniczy.

Mimo daleko posuniętych ustępstw na rzecz władzy, stowarzyszenie, zwłaszcza po 1956 r. usiłowało jednak promować elementy nauczania katolickiego, zwłaszcza w odniesieniu do katolickiej nauki społecznej czy kwestii przerywania ciąży. Wydawało również książki, które gdzie indziej nie mogłyby legalnie się ukazać.

W wyniku przemian demokratycznych w Polsce Stowarzyszenie PAX zawiesiło działalność polityczną. Jego kontynuacją jest od 1993 r. Stowarzyszenie “Civitas Christiana” uznane oficjalnie w 1997 r. dekretem Prymasa Polski kard. Józefa Glempa za organizację katolicką.

© 2005-2007 Katolicka Agencja Informacyjna. Wszelkie prawa zastrzeżone.

PAX miał opinię mocno kontrowersyjną, stało za nim także wielu ludzi, którzy nie zgadzali się z jego negatywnymi ocenami i czego by o stowarzyszeniu nie sądzić, dzięki niemu z PRL-owskiej banicji wróciła do zawodu spora gromada nieprawomyślnych, śląskich dziennikarzy – i za to mu chwała.

RedakcjaRedakcja niemal w komplecie

Interes ubiły obydwie strony, do „Katolika“ przyszli bowiem pracować ludzie z wieloletnim stażem zawodowym, dobrzy rzemieślnicy, m.in. redaktorzy Leopold Kurek, Andrzej Babuchowski i Eugeniusz Łabus z Polskiego Radia, Michał Smolorz z telewizji, Włodek Paźniewski, z którym razem pracowaliśmy dawniej w „Dzienniku Zachodnim”, Edek Szopa, Czesław Ryszka, Janek Lewandowski, Magda Polakowska, niedościgniony fotoreporter, Bogdan Kułakowski, grafik Jurek Miciak… Naczelnym redaktorem początkowo dwutygodnika, a później tygodnika został poseł Jan Waleczek, a faktycznie tytułem kierowali Marian Filipek, Jan Jaśniak i Tadeusz Kurlus.

Zeitungsartikel _Seite_1Nie sprawdziły się czarnowidzkie gderania niektórych kolegów, że będziemy wszyscy za księżmi w procesji dzwonkami potrząsać, albo podlizywać się komunie. Nikt nikomu nie narzucał tematów, choć oczywiście kierownictwo redakcji miało swoje wytyczne i program, ale można się było wymigać od tego, co niewygodne. Krytyki władzy i pochwały opozycji w piśmie nie było. Mogliśmy za to delektować się tematyką kulturalną, wyżywać w społecznej, wydobywać z cienia różne kontrowersyjne fakty z najnowszej historii Polski, pokazywać ludzką krzywdę i interweniować w obronie ofiar. Oczywiście, często mówiło się w redakcji, że „Katolik“ uprawia tzw. zastępcze tematy, ale lepsze to było jednak od sprzedawania pietruszki czy huśtawek na bazarze. Sporo miejsca pismo poświęcało społecznej nauce kościoła, filozofii chrześcijańskiej i – rzecz jasna – pontyfikatowi oraz myśli Jana Pawła II.

Mnie po staremu interesował margines społeczny i tematyka obyczajowa, jeździłem do ludzi, którym działa się krzywda, a kiedy zjawił się w Polsce uzdrawiacz Harris, a po nim tyszanin Nardelli pokazał, co potrafi, zająłem się naturalnymi metodami leczenia chorób. Zrealizowałem także marzenie życia i popłynąłem w prawdziwy, dalekomorski rejs statkiem handlowym, który później opisałem i obfotografowałem radzieckim aparatem marki Zenit, co „Katolik” opublikował. Ten reportaż chciałbym też tutaj przypomnieć w następnych pięciu odcinkach.

Reblog: Ciocia Marysia

Tak to tygodnie spędzone z Karusią zaprowadziły nas siłą rzeczy do jej koleżanki z harcerstwa, a mojej kolejnej ciotecznej babki (miałam ich pewną ilość), Marii Krynickiej. Wszyscy nazywaliśmy ją Ciocią Marysią, choć była oczywiście o pokolenie starsza. Maria z domu Mudryk była żoną Jana, brata mojej babci – Marii „Mity” Boguckiej, mamy mojego Ojca. Stryj Jan był dyrektorem kolei na okręg północny. Cała rodzina Krynickich mieszkała w pięknej starej willi (poniemieckiej) na ulicy Batorego we Wrzeszczu, zawsze i przez wszystkich nazywanej Batorówką. To tam mieszkał Ojciec po wojnie, podczas nauki w technikum i studiów na politechnice, to tam się poznali Mama i Ojciec, to tam chodziliśmy co niedzielę z wizytą, odwiedzać prababcię Jadwigę, mamę wuja Jana i babci Mity. Były tam też dorosłe dzieci Stryjostwa, Dusiek, Maciek i Teresa, ale chyba już ich wszystkich na stałe w domu nie było. Podczas tych wizyt pewnie się coś małego zjadało lub wypijało, ale nic nie pamiętam, oprócz wiszącego na ścianie w kuchni młynka do mielenia kawy, którym ktoś zaraz po naszym przyjściu kręcił, czyli przygotowywano kawę.

Kiedyś przez miesiąc chyba mieszkałam na Batorówce, bo w domu był remont. Pamiętam pokój z podwójnymi, ciężkimi drzwiami, ciemnymi i błyszczącymi, i trzy równie ciemne i błyszczące stoliki podręczne, wsuwane jeden pod drugi. Były chyba jakieś szafy, stoły czy łóżko, ale nic nie pamiętam. Atmosfera była mniej więcej taka, jak w pierwszych rozdziałach Tajemniczego ogrodu. Nocami nasłuchiwałam, czy nie usłyszę płaczu Colina, ale nikt nie krzyczał.

Tekst o Cioci Marysi znalazłam w sieci, ale niestety nie udało mi się odkryć kim jest jego autor. Nekrologi umieszczone w tym wpisie znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, gdy skanowałam teksty Karusi.

Darek Szczecina (Darek ze Szczecina?)

Jako Naczelniczka Harcerek w 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek, które podjęło opiekuńcze i samarytańskie prace na Zaolziu, a we wrześniu 1939 roku podjęło służbę na terenie całego kraju.

***
Maria Mudryk urodziła się w 1896 roku w Przemyślu w patriotycznej rodzinie pracownika kolei. Rodzeństwo Marii od młodości działało w harcerstwie. Jej brat Franciszek był instruktorem skautowym, uczestnikiem wojny polsko-sowieckiej 1920 roku, został zamordowany przez hitlerowców. Młodsza siostra działała w harcerskiej konspiracji.

Sama Maria podczas nauki w seminarium nauczycielskim w Przemyślu działała w organizacjach patriotycznych Pet i Eleusis. W maju 1911 roku zorganizowała pierwszy w mieście zastęp skautek, który wkrótce rozrósł się do drużyny. Przyrzeczenie skautowe złożyła w tymże roku na ręce samej Olgi Drahonowskiej. Wybuch wojny światowej nie zniechęcił harcerek do działania, wręcz przeciwnie, ich działalność zyskała na popularności. Maria zorganizowała w Przemyślu pomoc dla uciekinierów ze wschodniej Galicji, harcerki opiekowały się także rannymi żołnierzami, pracowały w szpitalu Czerwonego Krzyża. Od 1915 roku Maria kontynuowała naukę jednocześnie prowadząc I Drużynę Skautek im. T. Kościuszki w Przemyślu, organizowała szkolenia. Jej aktywność była szybko zauważona i doceniona, wybrano ją przewodniczącą Rady Drużynowych Harcerek a następnie komendantką. Została delegatką na zjazd zjednoczeniowy organizacji harcerskich i skautowych zwołany do Lublina w dniach 1-2 listopada 1918 roku. Po powrocie do zagrożonego przez ukraińskich nacjonalistów Przemyśla włączyła się czynnie do prac dla wojska broniącego miasta, zorganizowała szwalnię i pocztę harcerską, dołączyła do ekipy Czerwonego Krzyża dojeżdżającej na front po rannych i chorych żołnierzy. Po ustaniu walk jej drużyna zorganizowała pięć ochronek dla dzieci pozostających w mieście bez opieki. Po zdaniu matury Maria rozpoczęła studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Jednocześnie nadal czynnie odpowiadała na harcerskie wezwania, m.in. zorganizowała grupę harcerzy wysłanych na akcję plebiscytową na Spisz i Orawę. Latem 1920 roku będąc w składzie Obywatelskiego Komitetu Obrony Państwa organizowała pracę harcerek i harcerzy w ramach Ochotniczej Legii Obywatelskiej oraz Ochotniczej Legii Kobiet. Brała także udział w służbie w pociągach sanitarnych wiozących rannych żołnierzy z frontu. Po ustabilizowaniu się sytuacji Maria Mudryk przeniosła się do Lwowa. Tu kontynuowała studia, jednocześnie została asystentką na Wydziale Rolniczo-Leśnym Politechniki Lwowskiej. Dodatkowo uczyła biologii i chemii w seminarium i liceum, oraz w Żeńskiej Szkole Gospodarczej. Uzyskała tytuł magistra biologii, zdała egzamin nauczycielski z biologii i chemii oraz zdobyła tytuł inżyniera na Politechnice Lwowskiej. W 1926 roku poślubiła Jana Krynickiego, inżyniera kolejnictwa – późniejszego oficera Armii Krajowej. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci, córki Teresy i dwóch synów, Maćka i Andrzeja (Duśka). W przyszłości, głównie z powodu profesji głowy rodziny, Kryniccy kilkakrotnie musieli zmieniać miejsce zamieszkania. Okres lwowski dla Marii to nie tylko studia i praca nauczycielki, to również intensywna działalność harcerska. Już od 1920 roku kierowała Działem Kursów Lwowskiej Chorągwi Harcerek. Zorganizowała szereg kursów instruktorskich. Dwukrotnie została wybrana komendantką tejże chorągwi (w latach 1921-1923 oraz 1925-1928), która obejmowała swoim zasięgiem województwa lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie. Weszła w skład Naczelnej Rady Harcerskiej, otrzymała stopień harcmistrzyni. W latach trzydziestych XX wieku rodzina Krynickich przenosiła się kolejno do Tarnowskich Gór, Strzelc Opolskich, Bydgoszczy i Torunia. Wszędzie w różny sposób Maria wspomagała w działalności miejscowe harcerki. Nie zaprzestała działalności na rzecz harcerstwa w Polsce, była we władzach naczelnych, kierowała kursami instruktorskimi – głównie dla nauczycieli. W 1937 roku została wybrana Naczelniczką Harcerek. Stojąc na czele Organizacji Harcerek, hm. Maria Krynicka we wrześniu 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek. W ramach pogotowia kilkaset harcerek wzięło udział w pracach opiekuńczych i samarytańskich na Zaolziu. To był wielki sprawdzian dla młodych dziewcząt z gotowości służenia ojczyźnie. Po raz drugi gotowością harcerski wykazały się we wrześniu 1939 roku. Maria Krynicka z Główna Kwaterą harcerek postanowiła o kontynuacji harcerskiej służby w podziemiu. W Warszawie we władzach konspiracyjnego ZHP Krynicką reprezentowała kolejno hm. Maria Wocalewska i hm. Zofia Florczak. Maria z rodziną wojnę spędziła w Łososinie Górnej i Krakowie współpracując z ZWZ-AK. Prowadziła tajne nauczanie i zajmowała się przekazywaniem konspiracyjnych informacji.

Pod koniec wojny, 25 marca 1945 roku rozwiązała dotychczasową Organizację Harcerek i złożyła rezygnację z pełnienia funkcji Naczelniczki Harcerek. Po wojnie Kryniccy przeprowadzili się do Bydgoszczy a następnie do Gdańska. Pracowała w Wyższej Szkole Pedagogicznej jako dziekan Wydziału Biologii i Geografii. Na emeryturę przeszła w 1966 roku. Do służby harcerskiej powróciła w grudniu 1956 roku, gdy odrodziło się harcerstwo. Została doradcą Naczelnej Rady Harcerskiej, zaś w komendzie Gdańskiej Chorągwi Harcerstwa kierowała Wydziałem Kształcenia Starszyzny. Wiek i zdrowie nie pozwoliły na długotrwałą działalność. Zmarła w 1978 roku. Została pochowana w harcerskiej asyście na gdańskim cmentarzu Srebrzysko.

nekrologHarcerek

nekrologiCiociMarysi