Sen do kwadratu

Łucja Fice

SEN DO KWADRATU

Taki sen jest bardzo niebezpieczny. A co dopiero sen do sześcianu. Śpisz sobie w najlepsze i śni ci się, że śnisz i jeszcze raz wchodzisz w sen, a to już sześcian. Oczywiście nie zdajesz sobie z tego sprawy, dopóki się nie obudzisz. Wtedy boisz się zasypiać, żeby czasem nie wpaść w letarg, bo wtedy mogą uznać cię za zmarłą i żywcem pochować.
– Głupia snów się boisz? – mówisz sama do siebie.
– Nieprawda!, nie snów, tylko podróży w przeszłość i zamiany w inną osobę.
Tylko powierzchownie, bo w środku jesteś ciągle tą samą Anną. Masz inny kolor skóry, inne oczy, włosy, figurę. Z tej figury to nawet byłaś zadowolona. No! – oczywiście, byłaś młoda.
W tym śnie do sześcianu byłaś piękną kobietą o imieniu ANAT, wojowniczką z toporem, tarczą i włócznią, modlącą się we własnej świątyni w Tanis w Egipcie. Nagle zauważyłaś, że otwiera się ciężka brama, a w niej wielkie psy. Były podobne do wyżłów, miały smukłe sylwetki, podłużne pyski, i spiczaste stojące uszy. Miały złe zamiary. Oglądałaś kiedyś te wyżły wyryte w jakiejś świątyni (w jej resztkach) z Doliny Królów w programie Discovery. Co w nich cię przestraszyło, to tylko to, że były nienaturalnych rozmiarów – dużo większe. Klęcząc wypinałaś na nie tyłek. To ty byłaś boginią, to ty potęgą, mając na obronę swego ojca RA. Choć warczały na ciebie i podchodziły coraz bliżej – nie bałaś się. Nieświadoma przewrócenia się na drugi bok – zmieniłaś sen na do kwadratu a tym samym uniknęłaś rozszarpania na kawałki. .
Budzisz się – ale oto jesteś w drugim śnie, gdzie OZYRYS powoli podchodzi do ciebie. Krzyczysz ze strachu, bo jest już za twoimi plecami, obwąchują twoje skulone ciało.
– Już nie żyjesz – pomyślałaś. Odwracasz się już po raz drugi i bezczelnie spoglądasz w jego długą psią mordę i bicz w dłoniach.
– Co? – zapytałaś, a usta ci drżały ze strachu.
– OZYRYSIE –
Nagle doznajesz olśnienia.
– Nie ma cię – umarłeś. Zostałeś wykasowany. Grasujesz tylko po ludzkich umysłach i biegasz po kartach ksiąg, które czytają miłośnicy mitologii. Inni bogowie teraz rządzą światem. Stworzyli cię ludzie i oni cię uśmiercili. Ja nie mam z tym nic wspólnego.
– Jestem u szczytu panowania – odpowiedział. Tak. Pamiętasz to dokładnie.
Przedstawiłaś się pokornie – trochę nafaszerowana strachem.
-Jestem Anna z nowoczesnej dynastii pod panowaniem Wspólnej Europy. Świątynią jest Bruksela – tam rozkwitają barwy mamony. Rządzą teraz politycy urobieni na garncarskim kole przez społeczeństwo a nie przez CHNUMA.
-Nie pokłonię się – jak to robili w twoich czasach, bo ciebie nie ma. Zresztą w moich czasach nikomu nie muszę się kłaniać – stwierdziłaś odważnie.
Odchyliłaś się, a jego oczy wciąż źle patrzyły.
– Jesteś podejrzanym typem zaistniałym w mojej świadomości, zboczeńcem a nie bogiem, kłodą przerzucaną na kartach historii. Nie pokłonię się tobie..
– Należę do siebie samej, takie mam prawo, wypinam się na ciebie z wielką dystynkcją.
Podniosłaś się wtedy z klęczek i uniosłaś dumnie głowę. Ozyrys znieruchomiał, ale wciąż próbował zahipnotyzować cię wzrokiem, zatrzymać. I nadal wypinałabyś się na niego w tym śnie, ale oto właśnie znalazłaś się w ciemnej grocie pełnej stalagmitów, w której przejmujące zimno i kapiąca woda uzmysłowiły ci, że jesteś w przedsionku chrześcijańskiego piekła.
Na środku groty – duży kocioł, a w nim gotuje się, paruje, bulgocze, w dwustu stopniach ciekły azot. W azocie zanurzone grzeszne dusze. Witaj w piekle – powiedziałaś do siebie. Tylko jakoś nie widziałaś diabła – europejskiego diabła, z rogami, ogonem, melonikiem, który ma w nim wyglądać jak schizofreniczny poeta.
Nie bałaś się wcale.
Tylko nie wiedziałaś, w jaką datę weszłaś. Diablisko, choć niewidoczne, zapraszało.
– No! Wskocz do tej wanienki moja droga pani. Wykąp się, a potem zaproszę cię na salony -słyszałaś tylko cieplutki głosik.
-Czekaj!, pokażę ci, co myślę i rozpoczęłaś długi monolog.
– Jesteś, jak piana. Robisz dużo zamieszania Nie masz odwagi, żeby stanąć ze mną do dialogu, ty przechero i głupolu, na złość robisz, nie wiesz komu. Grunt mam mocny,
silne są mej wiary fundamenty. Chociaż cała drżę w powałach, niechaj Bogu będzie chwała, że cię stworzył na pokusę, lecz obdarzył kiepskim duchem. Mój duch wiary jak eliksir
wciąż popijam za twe zdrowie. I nikt więcej się nie dowie, że na dialog ciebie wzywam, że nie boję się odkrywać złych stron twego charakteru. Bo jak widzisz, za mną stoi straż w niebiańskiej zbroi. No i cóż mój miły gadzie? Czy zeń wyjdziesz po naradzie?
Pienisz się i pienisz tylko. Czy chcesz złapać mnie w swe kleszcze? Więc umilknij, ukryj dreszcze, jam silniejsza jest od diabła, więc zasługa twoja spadła.
-Martwisz się?, że zwracam twarz ku Bogu? Nie podoba się to komu?
Wyłaź więc z tej białej piany i stań w końcu do dialogu.
Poczułam się czysta, pierwotna nieskalana, wytresowana przez współczesne mi czasy na katoliczkę. Nagle przebłysk świadomości. Mamy rok pański 2010 po Chrystusie. Obudziłaś się.
– Uff, ale ulga. To nagłe spostrzeżenie, które pojawiło się w twojej głowie wbrew wszelkiej oczywistości, która była pozorna, ucieszyłaś się, że nie dałaś się diabłu nabrać. Ten teatr, jaki mu odstawiłaś sprawił, że poczułaś się jak anioł, który diabła przegonił. Ten sen pojęłaś jako specjalny dar od Boga.

Wszystkie łąki i pastwiska

Maria Korzeń, która sama siebie nazywa Zielarką, od wielu miesięcy wiernie czyta wpisy na tym blogu, czasem, rzadko, je komentuje, ale często dodaje im lajki. Poprosiłam ją więc, żeby nam trochę opowiedziała o sobie i o tym, co robi.

„Wszystkie łąki i pastwiska,
Wszystkie lasy i góry-
– są aptekami”

Paracelsus

dwie ręceChemioterapia i fitoterapia to jak dwie ręce – są sobie potrzebne i wzajemnie się uzupełniają.

Zioła towarzyszyły człowiekowi od zarania dziejów.

Do poznania działania roślin dochodził człowiek powoli, przez długie tysiąclecia, obserwując zwierzęta, które dzięki bardziej rozwiniętemu i wyczulonemu instynktowi unikały roślin trujących, a niekiedy umiały wyszukać odpowiednie rośliny lecznicze.

Jeszcze dziś możemy zaobserwować, jak na bardzo nawet ubogich pastwiskach górskich bydło i owce omijają niektóre rośliny.

W miarę gromadzenia z pokolenia na pokolenie doświadczeń powstawała wiedza o niezwykłych właściwościach roślin.

Wiedza ta przekazywana ustnie jedynie w bardzo wąskim gronie rodziny czy klanu, tworzyła krąg wtajemniczenia – stawała się atrybutem władzy, przedmiotem obrzędów, kultów religijnych bądź magii, obserwowanych do dziś wśród pierwotnych plemion.

Z czasem zaczęto spisywać wiadomości o ziołach i ich działaniu.

Najstarsze dokumenty pochodzą z Chin i Indii sprzed 3500 lat.

Wspaniale rozwinęła się nauka o ziołach w starożytnej Grecji.

Tu ziołami i lecznictwem zajmowali się nie tylko kapłani, lecz również filozofowie i uczeni, którzy zostawili w spuściznie wiele cennych dzieł.

Za ojca medycyny i farmacji uważa się greckiego uczonego Hipokratesa, żyjącego na wyspie Kos w V w p.n.e.

Jego dzieło  Corpus Hippoccraticum zawiera opis około 300 leków pochodzenia roślinnego.

W okresie średniowiecza czerpano z tradycji starożytności.

generalifeLeczeniem zajmowały się głównie osoby duchowne, szczególnie zakonnicy, którzy interesowali się również uprawą i zbieraniem ziół, ale też aptekarze, którzy w ogródkach przyaptecznych uprawiali wiele roślin leczniczych, przygotowywali z nich leki i udzielali porad lekarskich .

Wypada w tym miejscu zastanowić się, dlaczego ziołolecznictwo, które przez długie wieki było stosowane i honorowane w końcu tak dalece utraciło swoją  rangę, że obecnie z tak ogromnym trudem musi ją odzyskiwać.

Mianowicie: w drugiej połowie ubiegłego stulecia rozwinęła się nowa postać leczenia – chemioterapia.

Historyczną datą był rok 1874, w którym dokonano syntezy kwasu salicylowego.

Od tego momentu rozpoczęła się lawina różnych innych syntez chemicznych, które otworzyły erę leków syntetycznych.

Era ta trwa do dnia dzisiejszego. Ziołolecznictwo zostało zdegradowane i zepchnięte na plan dalszy.

Już w okresie międzywojennym skreślono z programu studiów lekarskich przedmioty przygotowujące do fitoterapii, uznając je za anachroniczne i zbyteczne.

Niestety stan taki trwa do czasów obecnych.

dwie ręceTymczasem samo życie poucza nas wszystkich coraz wyraźniej, że chemioterapia i fitoterapia to jak dwie ręce – są sobie potrzebne i wzajemnie się uzupełniają.

Obydwie dziedziny powinny mieć jednakowe prawa.

Przyczyny preferowania chemioterapii początkowo były oczywiste i niekwestionowane.

Zachęcające było specyficzne i wąskie ukierunkowanie leków syntetycznych, wybiórcze ich działanie, szybka skuteczność leczenia oraz łatwość dozowania leku.

Nic więc dziwnego, że lekarze klinicyści i praktycy skierowali swoje działania terapeutyczne wyłącznie na leki chemiczne o określonej i dokładnie opisanej strukturze, szybkim specyficznym działaniu i bardzo wygodnym dawkowaniu.

Leczenie ziołami zaczęto uważać za przeżytek minionych czasów, a ludzi interesujących się ziołolecznictwem nazywano lekceważąco ludowymi zielarzami i znachorami.

Niedoceniana wręcz ośmieszana była medycyna ludowa, odwieczna skarbnica mądrości wzbogacanej z upływem wieków, przekazywanej z pokolenia na pokolenie.

stary znachorI nic dziwnego, że potrzeba szukania w ziołach ratunku dla nadwyrężonego zdrowia doprowadziła do masowego samolecznictwa.

Nie ulega wątpliwości i nikt tego nie kwestionuje, że chemioterapia odnosiła i odnosi sukcesy, iż przynosi prędką ulgę w ludzkich cierpieniach, że bardzo szybko likwiduje choroby zakaźne.

Ale powoli, z roku na rok, dawała o sobie znać druga strona medalu, jaką jest szkodliwe działanie uboczne leków syntetycznych.

Ujawniło się szkodliwe i wtórne działanie leków chemicznych na delikatny i kruchy organizm ludzki, jak np. rakotwórcze, teratogenne, alergogenne, psychopatogenne a nawet mutagenne.

Odsetek leków farmakologicznych, które zabijają i poważnie szkodzą, nie jest wcale taki mały.

To, co pochodzi z przyrody powinno się traktować jak sprzymierzeńca a nie jak wroga.

Na szczęście zioła nie zmarły śmiercią naturalną.

Mądrzy ludzie szukają dla siebie ziołowego leku.

Gdyby lekarz powiedział pacjentowi uczciwie – ”pij pan napar z dziurawca trzy razy dziennie” oznaczałoby to stracić pacjenta dla siebie, dla apteki, dla koncernów farmaceutycznych.

Rokrocznie przemysł farmaceutyczny rzuca na rynek kilka tysięcy nowych środków, których kariera medyczna kończy się wielkim skandalem.

Dlaczego stare leki zastępuje się nowymi, czy dlatego, że przemysł chemiczny produkował lepsze leki? Czasami bywało i tak, ale przede wszystkim w ogromnej większości wypadków przyczyną usuwania tych środków z lekospisów było ich szkodliwe działania uboczne, które nie zawsze było łatwe do wykrycia nawet przy ścisłym porozumieniu pacjenta i lekarza.

Do wojny z ziołami wystąpił na szerokim froncie szczególnie niemiecki przemysł chemiczny.

Są to przecież potęgi finansowe, które narzucają światu także różnego rodzaju trucizny np. talidomid.

Wśród zalet ziołolecznictwa specjalnie akcentuje się jego przydatność w leczeniu chorób przewlekłych, bo pacjenci bardzo dobrze znoszą takie leki, które rzadko powodują odczyny alergiczne, są dobrze tolerowane i dlatego mogą być stosowane przez długi okres.

Godnym podkreślenia jest fakt, że leki ziołowe wcale nie powodują uzależnienia, co jest plagą wielu leków chemicznych, np. przypomnijmy dokuczliwe „małe narkomanie, od leków sedatywnych lub przeciwbólowych.

Nie bez znaczenia jest też argument ekonomiczny: leki ziołowe są wielokrotnie tańsze, ponieważ producentem leków syntetycznych są wielkie i kosztowne kombinaty fabryczne, natomiast producentem ziół jest Matka-Przyroda.

Organizmy współczesnych ludzi przesycone są różnymi chemikaliami pochodzącymi z przechemizowanych pokarmów.

Dlatego człowiek broni się przed środkami chemicznymi, w tym przed lekami syntetycznymi – są to substancje obce dla naszego organizmu, ciała sztuczne i słabo przyswajalne.

Rośliny lecznicze zawierają w sobie organiczne związki czynne, których organizm potrzebuje do których jest przyzwyczajony i zaadaptowany od tysięcy lat

Puppendienstag: Huckleberry continued

herbstfarbenHuckleberry. Den haben wir ja gerade erst kennengelernt. Er ist so einschmeichelnd und paßt so gut in die Herbstfarben, dass ihn Gertraud Pohl noch einmal “ins Rennen schickt”.

Und kess ist diese kleine Figur auch. Und furchtlos, schreibt sie.

Skulptur.webDie Verse über das “Flohmarktschnäppchen” beziehen sich natürlich nicht auf meine Puppen – natürlich nicht!

Sehr liebe Grüsse
von Gertraud

***

Gespenst.webFlohmarktschnäppchen

Du warst nicht mehr als ein Flohmarkt-Schnäppchen,
ein falsch geschlucktes trockenes Häppchen,
ein Wegwerf-Lover mit Mädchenzügen
und echtem Talent, sich selbst zu betrügen.
Ein mit Sorgfalt geschliffenes Stückchen Glas.
Sonst nichts.
Kein Diamant,
keine wertvolle „Antiquität“,
und vor allem: Kein MANN!

versteckt

Immer Montags: Der polnische Adel… (8)

Wir begannen vor zwei Monaten und kommen heute zum Ende eines interessanten Texts von Stanislaw K. Kubicki. Wenn im Text von “Kubicki” oder “Vater” die Rede ist, gemeint ist der Maler, der Autors Vater war. Auch seine Mutter Margarete war eine Malerin. Übrignes: Merken wir uns, dass der 10-jährige Knirps inzwischen aufgewachsen ist.

Der Polnische Adel aus dem Blickwinkel eines 1936 10-jährigen deutschen Knirpses

Nachtrag

1938 hatten die Nazis die internationalen Spannungen schon so angeheizt, dass an weitere Urlaube auf Wydawy nicht mehr zu denken war. Mit Kriegsbeginn brachen alle Nachrichten ab.

Dann erschien aber Vater im Frühjahr 1940 ganz plötzlich wieder in Britz. Mutter und ich waren gerade unterwegs. Janina, die eigentlich in Heidelberg studierte, war zufällig zuhaus, ließ den Vater ein und legte uns die unfaßbare Nachricht hin: „Vater schläft oben“.

Von der Zeit an – etwa bis zum Spätsommer 1941 – erschien er häufiger und blieb jeweils zwei bis drei Wochen in Britz. Er hatte nie die polnische Staatsbürgerschaft angenommen und konnte nun als Reichsdeutscher für den polnischen Widerstand als Kurier relativ leicht zwischen Warschau und Berlin hinundherpendeln. Dann wurde er Ende 1941 verhaftet. Mutter wurde ihm im Reichssicherheitshauptamt in der Prinz Albrecht Straße noch einmal gegenübergestellt. Danach wurde er wieder nach Warschau verbracht und dort Anfang 1942 von der Gestapo umgebracht.

krosno-sulechow

Ich meinerseits hatte das zweifelhafte Vergnügen, 1944 nach Krossen (Krosno Odrzańskie – ziemlich in der Mitte der Karte, direkt unterhalb der Oder) zur Infanterie eingezogen zu werden, kam letztendlich aber in eine Inspektion nach Züllichau (Sulechów – einige Kilometer weiter östlich, oberhalb des Oderknicks) mit einer monatelangen Ausbildungszeit – sah also von der Front so gut wie nichts.

In dieser Zeit wurde ich mit meinem unvergessenen Freund Gabka zwecks Umzuges eines Offiziers ins Haus der Frau von Zitzewitz abkommandiert. Sie lebte dort mit ihrer reizenden Tochter, einer Gräfin Hochberg, und deren kleinen Kindern. Es war – wie man so sagte – in Züllichau das „Erste Haus am Platze“, was ich aber erst sehr viel später begriff.

Im Gespräch hatte ich von meinen Ferien jenseits der ehemaligen Grenze bei den Mycielskis erzählt, von den Fürsten Czartoryskis, den Slaskis und Niklewiczs. Man lud mich ein, bei freier Zeit ruhig wieder zu kommen, als gern gesehener Gast. Ich wurde ein ständiger. Man parlierte über viele Dinge. Die junge Frau Gräfin malte, und ich schenkte ihr zu irgendeiner Gelegenheit ein wundervolles Büchlein über Franz Marc aus meinem Bücherschrank. Mutter brachte es mir bei einem ihrer häufigen Besuche in der Garnisonsstadt mit. Nur über die aktuelle Politik sprach man nicht direkt. Die blieb stillschweigend außen vor. Man spürte gegenseitig, daß man auf der gleichen Seite, der des Widerstandes, war. Die Bekanntschaft mit Theodor Haubachs war das Äußerste, was man erwähnen konnte. Dann kam der 20. Juli. Der bisherige schneidige Standortkommandant – ein Oberst mit vielen Orden – beging Selbstmord, und es kam ein neuer Oberst, ein ruhiger pommerscher Gutsbesitzer.

Als ich ihn das erste Mal bei Frau von Zitzewitz traf, baute ich sofort ein ‚Männchen’, wie man die militärische Ehrenbezeugung so nannte. Aber der Oberst sagte nur: „Junge! Setz Dich hin und machs Dir gemütlich. Es geht auf Advent zu“.

Und der Krieg ist bald verloren“, sollte er dazu sagen, verschwieg es aber.

Einige Zeit später wurde ich von unserem Hauptmann, einem Nazi, der die Inspektion leitete, dem Herrn Oberst im Offizierskasino mit drei anderen Reserveoffiziersbewerbern vorgestellt, denn wir mußten reihum einmal im Kasino essen, damit man sich ein Bild von unsere Manieren machen konnte. Der Hauptmann meldete, der Oberst befahl: „Augen gradeaus, rührt euch“, kam zu mir, legte seine Hand auf meine Schulter und sagte: „Na wir kennen uns ja schon. Gehen Sie mal zu den jungen Offizieren. Die anderen drei bitte ich an meinen Tisch“.

Der Haupmann schwoll an und zischelte mir noch zu: „Woher kennen Sie den Herrn Oberst?“ Da packte mich der Schwejk und ich sagte – an sich ja wahrheitsgemäß – ich träfe ihn regelmäßig (ich gebe zu: regelmäßig war leicht übertrieben) bei der Frau von Zitzewitz.

Und nun passierte etwas Merkwürdiges. Egal, was ich machte, es blieb ungeahndet. Früher mußte ich regelmäßig nachexerzieren, weil ich ‚Fahrkarten’ schoß oder ähnliches. Es war so auffällig, daß ich eines Tages der Frau von Zitzewitz davon erzählte, die aber zu meiner Überraschung anfing zu lachen. „Wissen Sie das wirklich nicht?“, sagte sie: „Wir führen hier das Erste Haus am Platze, und jeder Offizier wünscht sich, bei uns verkehren zu dürfen. Und Sie, Muschik Kubicki, dürfen, und ihr Herr Hauptmann nicht.“

Sic! Nun wurde mir schlagartig klar, wie international der Adel ist. Über die Czartoryskis, Mycielskis und Slaskis, die ja vor dem Kriege praktisch gleich jenseits der Grenze – gewissermaßen nebenan – wohnten, und mit den von Zitzewitz möglicherweise sogar irgendwie verwandt waren, war ich ein Vertrauter geworden.


Frühere Bezüge auf diese Erinnerungen befinden sich in den Publikationen von Lidia Głuchowska:

1. Avantgarde und Liebe. Margarete und Stanislaw Kubicki 1910-1945. Gebr.-Mann Verlag. Berlin 2007
2. (Trans)regionalne uniwersum. „Rodzinna Europa” i Paneuropa – arystokracja i awangarda = (Trans)regionales Universum. „Familie Europa” und Paneuropa – Aristokratie und Avantgarde. Pro Libris 2 (31) (2010), S. 6-12.
3. Worek cukru, czyli o awangardzie i nie tylko artystycznych cudach współpracy polsko-niemieckiej = Ein Sack Zucker. Über die Avantgarde und die nicht nur künstlerischen Wunder der deutsch-polnischen Zusammenarbeit. Pro Libris 3 (28) (2009), S. 70-81.

Poesía – Poezja – Poetry – Poesie / Alfonsina Storni

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/1/16/Monumento_a_Alfonsina_Storni.jpg/285px-Monumento_a_Alfonsina_Storni.jpgDedykuję mojej siostrze Kasi

Opowiadała mi o niej nasza Mama – Irena Kuran-Bogucka – w czasach, kiedy nie było internetu, ani nawet nieskomplikowanego dostępu do książek i prasy na świecie. Nie znałam więc ani jednego jej wiersza, ale wiedziałam, że była argentyńską poetką i piękną kobietą, która popełniła samobójstwo, gdy zaczęła się starzeć i wiedziała, że już nie będzie obiektem miłości. Urodziła się w roku 1892 w Szwajcarii, zabiła się 25 października 1938 roku w Mar de la Plata. Miała 46 lat. Mama przetłumaczyła jej wiersze, kiedy ja już wyjechałam z Polski i nigdy mi nie pokazała tych tłumaczeń. Nawet nie wiedziałam, że były.
Minęły dwie dekady – Mama w międzyczasie umarła – zanim po raz pierwszy przeczytałam wiersze Alfonsiny.  Dowiedziałam się też, że w roku 1935 zachorowała na raka piersi, być może jest więc możliwa inna interpretacja jej samobójstwa niż ta, jaką podała mi Mama. Nie wiem. Tak jak nie wiadomo, czy poetka skoczyła do morza z wysokiego falochronu czy też weszła powoli coraz głębiej i głębiej zanurzając się w wodach oceanu.

Na zdjęciu pomnik Luisa Perlotti w Mar del Plata, upamiętniający samobójstwo Alfonsiny. Podobno zawsze leżą tam kwiaty. 22 października 1938 roku poetka napisała w pensjonacie w Mar del Plata wiersz „Voy a dormir“ (“Idę spać”). Zaniosła go na pocztę i wysłała do redakcji gazety La Nación, gdzie został opublikowany w dwa dni po jej samobójczej śmierci.

W tym sonecie w ostatniej zwrotce Alfonsina napisała: pozwól mi zasnąć w spokoju i proszę… jeśli on znów zadzwoni, powiedzcie mu, żeby nie nalegał, wyszłam…

Czyta Omar Cerasuolo

Alfonsina Storni, Voy a dormir

Dientes de flores, cofia de rocío,
manos de hierbas, tú, nodriza fina,
tenme prestas las sábanas terrosas
y el edredón de musgos escardados.

Voy a dormir, nodriza mía, acuéstame.
Ponme una lámpara a la cabecera,
una constelación, la que te guste,
todas son buenas, bájala un poquito.

Déjame sola: oyes romper los brotes.
Te acuna un pie celeste desde arriba
y un pájaro te traza unos compases

para que olvides. Gracias… Ah, un encargo:
si él llama nuevamente por teléfono
le dices que no insista, que he salido.

Pisząc o Alfonsinie po prostu nie można pominąć piosenki, która powstała w 30 lat po śmierci poetki.

Alfonsina i morze. Słowa i muzyka: Ariel Ramírez i Félix Luna, wykonanie Mercedes Sosa – jedna z najczęściej wykonywanych pieśni argentyńskich.

***

Wracam do ostatniego wiersza Alfonsiny. Znalazłam tłumaczenia na angielski i niemiecki.

I’m going to sleep

Teeth of petals, bonnet of dew,
handfuls of herbs, oh sweet nursemaid,
turn the earthly sheets down for me
and prepare my quilt of  carded moss.

I’m going to sleep, my nursemaid—lay me down;
put a lamp on the nightstand for me,
or a constellation, whichever you like—
both are fine; turn the lights down a bit.

Now leave me alone and hear the buds break …
as you’re rocked by a heavenly foot from above,
and a bird zigzags you a path

so that you can forget … Thank you. Oh, a favor:
if he calls again
tell him not to insist, for I have gone away…

Translation by Richard E. McDorman
© 2011

***

Bald geh ich schlafen….

du mit den blumenzähnen, mit dem häubchen aus tau
und händen aus kräutern, du zärtliche amme,
bereite mir das erdige, kühle leintuch
und das federbett aus zerpflücktem moos.

bald geh ich schlafen, meine amme, bette mich gut
stell mir ein lämpchen ans kopfende,
ein sternbild, irgendeins, das dir gefällt.
sie leuchten ja alle. und neig es mir ein wenig zu.

lass mich allein: ich hör das aufbrechen der knospen,
ein fuss des himmels wiegt mich leise,
und ein vogel trillert mir ein paar takte,

damit ich vergesse… danke… ach, ein auftrag noch:
falls er anruft,
sag ihm, sein drängen sei umsonst, ich sei verreist..

okladka***
Niestety Mama nie przetłumaczyła tego ostatniego wiersza.  Dowiedziałam się tego tworząc ten wpis. Znalazłam informacje, że te tłumaczenia ukazały się w Biuletynie Kulturalnym Między Innymi (w numerze 7/8 z 1986 roku), wydawanym przez Szczecińskie Towarzystwo Kultury, a ja otrzymałam ich skany dzięki nadzwyczajnej wręcz uprzejmości pracowników Czytelni Pomorzoznawczej Książnicy Pomorskiej w Szczecinie – www.ksiaznica.szczecin.pl.
Przepisuję tu więc inny jej wiersz, też z roku 1938, potwierdzający to, co mówiła Mama, opowiadając mi o tragedii kobiety, która przestała być atrakcyjna dla mężczyzn.

wiersze

Czas bezpłodności (1938)

A najpierw cyfry ujarzały Kobietę,
i na jej łonie złożyły puzderko:
stamtąd trysnęła owa rzeka krwawa,
co świat obiega spiralą okrężną.

Znaków przedziwnych nieczytelne pismo
cieniem pokryło rzeczny brzeg, a Księżyc,
złowieszczo pośród nich zarysowany,
wyznaczał czasy przypływów tajemnych.

To on był twórcą wezbranych powodzi
i lodowatych losów, co widnieją
na ciepłych twarzach o wzroku strwożonym.

Aż raz jej łono porzuciła rzeka.
a żyzna wyspa, kwitnąca dla mężczyzn,
została pusta; i wicher się zerwał.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

Reblog: Aleka Polis, Jawna partyzantka i głowa byka

Dziś otwarcie wystawy Aleki Polis w Staniszowie. To pod Wrocławiem, zachęcam więc ludzi z Wrocka-Klocka, żeby tam pojechali, zobaczyć tę niezwykłą artystkę i jej dzieła. Zaczęłam od filmiku, który jest skrajnie lekki, a teraz przejdziemy do tekstu, który skrajnie ciężki. Nie to nieprawda, oczywiście. Ale jest to na pewno tekst uczony.

Więcej o wystawie: Staniszów

oppositeAgnieszka Żechowska

Bestia w szponach Europy. O sztuce Aleki Polis

„Europa nie jest czymś, co czeka na odkrycie; Europa jest misją – czymś, co należy dopiero powołać do istnienia, stworzyć, zbudować. Wypełnienie tej misji wymaga ogromnej pomysłowości, wytrwałości w dążeniu do celu i wytężonej pracy. Być może jest to praca, która nigdy się nie kończy, wyzwanie, któremu nie sposób sprostać w pełni, perspektywa na zawsze nieosiągalna.” (Bauman)1.

Jedną z odpowiedzi na pytanie o przyszłość Europy jest artystyczna wizja obalenia dotychczasowej, niedokończonej konstrukcji i zbudowania na jej gruzach nowych fundamentów. Realizacja tej wizji wymaga spojrzenia na historię z odwróconej perspektywy, wniknięcia w głąb jej zwierciadlanego odbicia, cofnięcia się do prehistorii, wkroczenia, za pomocą jakiegoś tricku na orbitę czasu mitycznego, w obszar „pierwotnego” chaosu i opowiedzenia nigdy nie opowiedzianej, przemilczanej, zakazanej –„ jej własnej wersji mitu założycielskiego” – Herstory.

Aleka Polis podejmuje w swych pracach próbę zdekonstruowania narracji o początku rzeczy oraz odzyskania „pradawnego” wzorca kobiecej historii. Cykl filmów Wzorzec Herstorii, do którego należą: Hylogenia, Tytanida, Pustynna Triada, Zmierzch bogów oraz Katharsis I i II wyznacza horyzont mitycznej kosmogonii. Spotykają się tu kres i początek w cyklu przemian życia i śmierci. Horyzont ów jest dla artystki obszarem chaosu – pełnym niepewności i ambiwalencji, podobnie jak w ujęciu Jane Harrison, dla której „Chaos jest przestrzenią pomiędzy Ziemią i Niebem”2. W filmie Aleki Polis Hylogenia Ocean/Ziemia i Niebo zszywane są ze sobą na linii horyzontu, tym samym pojawia się wiążący  je pas ambiwalencji. Artystka jest tu mediatorem – tricksterem, który na wzór Prometeusza, niesie ogień twórczej przemiany, łączy przeciwieństwa i znosi hierarchiczne podziały.

Ziemia jest głównym motywem mitu początku i bywa utożsamiana z Wielką Matką władającą życiem i śmiercią. Jak pisze Harrison, „Kult Ziemi na świecie wyprzedza kult Nieba”3. W filmie Pustynna Triada Aleka Polis przedstawia kobiety orzące piaszczystą glebę. Jedna z kobiet ciągnie pług, druga go prowadzi, trzecia zaś interpretuje Tarota. Karty odzwierciedlają cykliczność przemian, a wyłaniająca się z nich opowieść koresponduje z obrazem stymulowanego pługiem „ciała” Ziemi.

Karl Kerenéyi zauważył, że w mitologii greckiej „Stwórcą świata jest poeta, który o tym opowiada”4. Poeci (mężczyźni) pisali o Matce-Ziemi w pierwszych akapitach narracji o początku, lecz w kolejnych, już odmawiali jej pierwszeństwa, uznając prymat niebiańskiej – męskiej potencji i aktywności. Tym samym męskie libido nabierało cech niewidzialnego bóstwa, uobecniającego się w fallicznych formach lub powiązanych z fallusem postaciach zwierząt. Kobiecość utożsamiona z Ziemią podporządkowana została męskiej dominacji. Mity dostarczają wielu przykładów hierarchicznego porządku płci i władzy. Monika Bakke w książce Bio-transfiguracje zwróciła uwagę na to, że „mityczne intergatunkowe pary charakteryzują się na ogół dwoma cechami: po pierwsze, są one heteroseksualne, po drugie zwierzęcy partner jest płci męskiej. […] Bestia, zwierzę, mężczyzna, bóg […] to partner uosabiający bardzo wyraziste cechy dominacji i władzy.5

Aleka Polis w roli trickstera wkracza w obszar chaosu, z którego wydobywa świat na nowo i konstruuje opowieść odmienną od dotychczasowych. Jednym z kluczowych motywów jest wspomniany wcześniej mit Europy utożsamianej z Gają-Ziemią. We własnej wersji mitu artystka ukazuje księżniczkę w roli pogromczyni i zabójcy antycznego boga Zeusa i jego wcielenia byka–bestii. Przykładem podobnej zbrodni był czyn biblijnej bohaterki – Judyty, która dzięki podstępowi pokonała wodza Asyryjczyków – Holofernesa. Ścinając mu głowę ocaliła Izraelitów broniących miasta Betulia. Dzięki temu stała się przykładem cnót i czystości.

Według Owidiusza, Jowisz (Zeus) aby uprowadzić córkę fenickiego króla Europę, przybrał postać białego, łagodnego i budzącego zaufanie byka. Europa nie spodziewała się podstępu, a nawet – jak pisał Owidiusz – odważyła się „siąść na grzbiecie byka, nie wiedząc co czyni.”6 Konsekwencją uprowadzenia było zerwanie więzi z własnym środowiskiem, a tym samym skazanie na zależność od porywacza. Mit przez wieki inspirował poetów i malarzy, jednakże nieomal wszystkie jego interpretacje posiadają męskie autorstwo, nie naruszając i nie kwestionując leżących u podstaw: uprowadzenia i gwałtu.

Aleka Polis w projekcie zatytułowanym Tricktser odmienia role i losy bohaterów mitu. Odwraca relację władzy i siły, uprzedza gwałt i mści się za jego zamiar. W ten sposób narusza „fundament europejskiej cywilizacji”, oznajmia kres władzy bogów olimpijskich. W zamian uwalnia siły i bóstwa chtoniczne, zrodzone z Ziemi – Tytanidy i Tytanów.

Mitologiczne losy Europy przypominają losy porwanej przez Hadesa Kory/Persefony, której matka Demeter rozpaczając po utracie córki, uczyniła ziemię nieurodzajną; sprowadziła na ludzi głód, ukazała im swoje śmiertelne oblicze. Ziemia zaczęła jednak rodzić na nowo w wyniku ugody pomiędzy rodzicami – Demeter i Zeusem. Córka mogła na powrót spotkać się z matką. Jednakże opuszczając „niewolę” była już kimś innym. Zachęcona, skosztowała owoc granatu z ogrodu Hadesa i w ten sposób na zawsze związała się z podziemną krainą, do której musiała powracać każdego roku dla upamiętnienia owej „sceny pierwotnej”. Roberto Calasso zwrócił uwagę na podobieństwo obu mitologicznych wydarzeń (uprowadzenie Europy i porwanie Kory) . Wydarzenia te ukazują proces tworzenia porządku opartego na seksualnej władzy mężczyzny nad kobietą i uzurpacji męskiej potencji do bycia zasadą płodności i siłą twórczą. Aleka Polis także utożsamia ze sobą Europę i Persefonę. Przedstawia siebie w obu rolach jednocześnie – z owocami granatu w dłoniach, triumfującą nad głową pokonanego byka.

Zamach na boski, a zarazem męski autorytet, był gestem iście prometejskim – wypływał z niezgody na przemoc legitymizowaną przewagą siły i zdolnością do cielesnej przemiany podsycanej namiętnością. Z. Bauman przypomniał, że, „Goethe określił kulturę europejską mianem kultury prometejskiej” 7. Europa miała zawdzięczać swoją ekspansywność „przebiegłości, tupetowi i śmiałości” Prometeusza. Aleka Polis ukazuje inne – bliźniacze oblicze Prometeusza-Europy, wyłaniające się zza kulis historii, śmiało spoglądające w zwierciadło zdarzeń, świadome swojej ludzkiej i zarazem nie-ludzkiej, boskiej i nie-boskiej kondycji – oblicze „Konieczności sterowanej przez trzy Mojry i Erynie”. Te pierwsze to boginie władające życiem i śmiercią zarówno ludzi jak i bogów, te drugie to boginie zemsty. Jan Kott analizując dramat Ajschylosa Prometeusz skuty zwrócił uwagę na fragment greckiego dramatu, w którym tytan w dialogu z chórem wyznaje, że Zeus „także nie może ujść przeznaczeniu”8 – Konieczności.

Ofiara z głowy byka- Zeusa symbolizuje wykastrowanie jego zdolnego do przemiany organu, a zarazem symbolu podstępnego rozumu. Dekapitacja przypomina o nieuniknionym losie. Artystka dedykuje zemstę ofiarom gwałtów i przemocy – kobietom oskarżonym o czary, szaleństwo, herezję i spalonym na stosach. Nazwiska tych kobiet umieszcza w jednej ze swoich prac zatytułowanej Zwierciadło prostych dusz. Nadaje im formę niekończącego siętekstu, który rozwija się w dwóch przeciwstawnych sobie kierunkach, przy czym jeden jest lustrzanym odbiciem drugiego . Ów tekst, niczym akt oskarżenia staje się tłem w fotografiach należących do projektu Trickster. Na jednej z nich widać głowę byka odbijającą się w tafli postumentu, zakrwawiony topór obosieczny oraz ocierającą pot z czoła „zabójczynię”; na drugiej pojawia się „Europa-Persefona” z czerwonymi owocami granatu, z których jeden podrzuca zwycięsko nad broczącą krwią głową ofiary.

Zwierciadłu prostych dusz i „zamachowi” na byka-Zeusa patronują dwie postaci. Jedną z nich jest Judyta, której atrybutem stała się głowa Holofernesa. Jej czyny opisywano w średniowiecznych księgach umoralniających tak zwanych Speculua Virginum (zwierciadła dziewic); stawiano ją tam za wzór pokory i czystości. Drugą patronką jest beginka i mistyczka Marguerite Porrette, autorka Speculum simplicium animarum, które tłumaczono niekiedy jako Zwierciadło dusz prostych i unicestwionych. Głoszone w nim poglądy sprzeczne z nauką Kościoła, ignorowały jego rolę i znaczenie. Z tego powodu Porrette oskarżona została o herezję i spalona na stosie wraz ze swym dziełem w 1310 r.

Motyw zwierciadła w projekcie Trickster uobecnia się w formach podwojonych. Reprezentują je dwa owoce granatu lub dwa ostrza labrysu. W kulturze minojskiej (na Krecie) labrys pełnił funkcję rytualną. Zadawano nim ciosy bykowi przeznaczonemu na ofiarę. Przyjmuje się, że materialne pozostałości tej kultury z licznymi przedstawieniami formy podwójnego topora, są śladami epoki matriarchalnej lub takiej, w której kobieta posiadała bardzo wysoką pozycję. Współcześnie labrys stał się symbolem lesbijek.

Kreta to miejsce narodzin Zeusa i miejsce osadzenia Europy. Być może wyspa była sceną pierwotnego „gwałtu” i przewrotu patriarchalnego, którego sens kiełkował w tajemniczych misteriach przemiany powiązanych z kultem Demeter i Persefony. Narodziny fallicznego bóstwa w finale misterium, ustanowiły prymat męskiej zasady płodności znajdującej odzwierciedlenie w dziełach poetyckich i w sztuce. Maria Ciechomska w artykule Feminizm a patriarchalna rewolucja zwróciła uwagę na fragment Przemian Owidiusza, w którym poeta skonfrontował ze sobą dwie opowieści: matriarchalną i patriarchalną. Pierwszą reprezentowały Muzy z Pierii, drugą Muzy z Helikonu. Konfrontacja miała formułę konkursu chórów, a forma estetyczna stanowiła kryterium prawdy. Tematem zaś była geneza i znaczenie kultu Demeter i Persefony. Wygrały, reprezentujące poetę, elokwentne Muzy z Helikonu, które swoim rywalkom zarzuciły zdradę i kłamstwo. Muzy z Pierii głosiły klęskę Zeusa w starciu z potworem Tyfonem reprezentującym czasy przedolimpijskie. Pokonane, nie mogły dokończyć swojej opowieści, zostały ukarane niemotą i zamienione w sroki.

Aleka Polis dokonuje rekonstrukcji przerwanej opowieści, odgrywa na nowo misterium ofiary w ambiwalentnej przestrzeni chaosu. Przestrzeń tę opisuje w cyklu Bestiarium podświadomości, którego tytuł nawiązuje do średniowiecznych iluminowanych bestiariuszy przedstawiających realne i fantastyczne zwierzęta. W Bestiarium… ukazane zostały budzące niepokój niezdefiniowane formy: żywe korpusy pozbawione głów-fallusów, zwierzęta żywiące się ranami oraz znaki graficzne przypominające kombinacje chromosomów X i Y, ulegające nieustającej transformacji. Ponadto zakwestionowane zostały punkty odniesienia takie jak góra i dół. W utworzonym „laboratorium płci” dokonują się wciąż na nowo procesy separacji, kastracji i łączenia.

Odcięta od cielska głowa byka w projekcie Trickster symbolizuje klęskę Zeusa, a zarazem odrodzenie ziemskich mocy bóstwa chtonicznego, wynurzającego zwieńczoną księżycowymi rogami głowę z ziemi okrytej śniegiem. Ostatnia odsłona zaaranżowanego przez artystkę „misterium” ma miejsce na skraju lasu, gdzie przy dogasającym ognisku i złożonej obok zwierzęcej czaszce, zasnęły dwie kobiety. Nad nimi świta jutrzenka, gwiazda poranna (łac. eosphoros – niosący świt) utożsamiona z Wenus, którą starożytni Rzymianie nazywali Lucyferem – niosącym światło (od lux: światło; ferre: nieść).

Prometeusz (również niosący światło) zasłużył się dla ludzkości kradzieżą ognia olimpijskiego, za co został ukarany. Ogień przeniesiony został w wydrążonej łodydze kopru włoskiego, którą Sigmund Freud utożsamił z penisem uwzględniając jego dwie funkcje: gaszenia (związaną z oddawaniem moczu) i rozniecania „ognia” namiętności. Kradzież ognia oznaczała dla ludzi, że mogą poradzić sobie bez boskiej łaski błyskawic. Według Freuda wydrążoną łodygę można też utożsamić z waginą i przypisać Prometeuszowi cechy obu płci. Pochodnia w mitologii antycznej była atrybutem wielu bóstw kobiecych. Posługiwały się nią Erynie – boginie zemsty. Demeter wyruszyła z dwiema pochodniami w poszukiwaniu uprowadzonej córki. Boginie związane z kultem księżyca – Hekate, Artemida i tytanida Selene, również były przedstawiane z pochodniami. W filmie Tytanida Aleka Polis ukazuje biegnącą torowiskiem kobietę trzymającą w uniesionej ręce żarówkę odciętą od źródła energii – symbol zgaszonej pochodni, zarazem zapowiedź zmierzchu bogów olimpijskich. Wzniecenie pochodni wymaga powtórzenia gestu prometejskiego, artystycznego tricku naruszającego sacrum. Aleka Polis w roli Prometeusza-trickstera (w starożytności portretowanego czasem w czapce artysty-rzemieślnika9) udostępnia odbiorcom zapałki. Na pudełku przedstawia pochodnię na czarnym tle symbolizującym ziemię oraz gwiazdę pięcioramienną – jutrzenkę na tle błękitnym, symbolizującym niebo; horyzont „spina” klamrami czerwonych liter słowa „trickster”, symbolizującymi strefę pomiędzy – chaos. Marzena Karwowska w książce Symbole Apokalipsy. Studia z antropologii wyobraźni zauważyła, że „Czerwień funkcjonuje w kulturze jako kolor fundamentalny, który zawarł w sobie pełnię – życie i śmierć, ich permanentną przemienność.”10 Trzy kolory czarny, czerwony i błękit stały się przewodnim motywem projektu Aleki Polis Trickster. Oprócz serii fotografii z „misterium” – ofiary z głowy byka i pudełka z zapałkami, należą do niego tarcze graficzne: jedna z omówionym już motywem pochodni i gwiazdy, kolejna z motywem topora obosiecznego przypominającego klin spajający ze sobą ziemię i niebo. Trzecia zaś tarcza przedstawiająca miecz i wagę, atrybuty Temidy, bogini bezstronnej sprawiedliwości. Tym razem Ziemia i Niebo połączone zostały wzdłuż osi wertykalnej sugerującej zrównanie tego, co kobiece z tym, co męskie. Intencją Aleki Polis nie jest bowiem przewrót matriarchalny lecz osiągnięcie stanu równowagi i sprawiedliwa dystrybucja praw.

Ogień i pochodnia, podobnie jak głowa byka, to symbole falliczne. Według Kerenéyego „Fallus jest sobowtórem i alter ego Trickstera”11. W pracy Idol Nadwiślański artystka wykorzystała formę falliczną do interpretacji ogłoszonego w mediach w 2006 r. zakazu fotografowania premiera z profilu. Wytoczyła z drewna tralkę przypominającą figurę polityka, która ustawiona „en face” zawsze ukazywała wyparty, lecz nie dający się okiełznać, a ponadto podwojony profil (premiera-prezydenta). Figurka Idola stworzona w oparciu o grę znaczeń słowa „profil”, została przez artystkę umieszczona w wielu miejscach i kontekstach nasuwając skojarzenia z niesfornym pogańskim bożkiem.

Innym nawiązaniem do falliczności była akcja profanacji w Kościele Zbawiciela, w efekcie której powstał film O dildowatości moralności. Calasso opisując czyny Zeusa wysnuł wniosek, że: „Gwałt jest oznaką boskiego ucisku, trwałej zdolności dalekich bogów do zawładnięcia umysłem i ciałem śmiertelnych ludzi.”12 Zaślubiny przez gwałt były w centrum starożytnych misteriów, ale także uobecniły się w zawoalowanej i wysubtelnionej formie w chrześcijańskiej wizji nawiedzenia dziewicy przez Ducha Świętego. Ugruntowały one prymat władzy fallicznej ustanawiającej zasady „gry” i stosującej przemoc moralną. Aleka Polis oświetliła „narzędzie” gwałtu fundujące sacrum poprzez odesłanie do jego zwierciadlanej, sztucznej, służącej przyjemności, imaginacyjnej postaci – dildo. Zorganizowała ślub trzech kobiet przed głównym ołtarzem i przeciwstawiła figurę Prometeusza-Zbawcy (patronującą akcji) postaci Chrystusa-Zbawiciela, zaś mityczną kobiecą trójcę skonfrontowała z mistyczną Trójcą Świętą.

Carl Gustaw Jung w tekście O psychologii postaci trickstera nawiązał do średniowiecznych obyczajów religijnych „opartych na wspomnieniach osobliwych Saturnaliów”. Ujawniały one demoniczne cechy trickstera, jego „nieprzewidywalne zachowanie, bezsensowne niszczycielskie orgie i zadawane samemu sobie cierpienia”; odzwierciedlały również jego „stopniową przemianę w zbawiciela i jednocześnie uczłowieczenie”. Zdaniem Junga: „Właśnie ta przemiana tego, co bezsensowne, w to, co pełne sensu, odsłania kompensacyjną relację trickstera ze >>świętym<<”13 Jung przytoczył opis przebiegu Święta Obrzezania Pańskiego w Notre Dame w Paryżu z 1198 r., w którym jest mowa o „szkaradzieństwach”, „bezwstydnych czynach”, „sprośnych dowcipach i rozlewie krwi”, a także opis piętnastowiecznych uroczystości w rzymskiej Bazylice Świętego Piotra „W samym środku nabożeństwa przebierańcy o groteskowych twarzach, […] odstawiali swoje tańce, śpiewali chórem nieprzyzwoite piosenki, pożerali tłuste jadło w rogu ołtarza tuż obok odprawiającego mszę księdza’.14 Rytuały o podobnym charakterze można obserwować współcześnie na przykład w buddyjskim Bhutanie. W czasie religijnych świąt w przerwach pomiędzy kolejnymi kanonicznymi tańcami mnichów, tricksterzy – klauni dostarczają rozrywki opowiadając sprośne dowcipy, wymachując drewnianymi fallusami, a nawet symulując grupowe para-homoseksualne akty.

Według Kerényi’ego „Prometeusz, dobroczyńca ludzkości, nie troszczy się o siebie i nie jest skory do zabawy.”15, natomiast według Aleki Polis Prometeusz również nie jest prześmiewcą i żartownisiem, choć jego artystyczne interwencje przypominają niekiedy zabawę i nie są całkowicie pozbawione subtelnych humorystycznych akcentów. W głównej jednak mierze jest on/ona anarchistą, rebeliantem i buntownikiem, który poważnie traktuje swoją misję redukowania przemocy opartej o boski autorytet. Dla swoich celów wykorzystuje ogień łączący przeciwieństwa: kreację i destrukcję, oraz lustro odzwierciedlające ukrytą stronę rzeczywistości.

***

1 Bauman (2005: 7)/ 2 Harrison (1989: 455)/3 Harrison (1989: 451)/4 Kerényi (2000: 75)/5 Bakke (2010: 121)/6 Owidiusz (2004: 69-70)/7 Bauman (2005: 17)/8 Kott (1999: 26)/9 Kerényi (2000: 90)/10 Karwowska (2011: 98)/11 Kerényi (2010: 207)/12 Calasso (2010: 65)/13 Jung (2010: 222)/14 Jung (2010: 223)/15 Kerényi (2010: 211)

Tekst opublikowany za zgodą redakcji.

Straszne wiersze

Dawno tu nie widziana Łucja Fice przysłała wiersze. Są straszne.

OPIEKUNKI W NIEMCZECH

W prywatnych domach jak w więzieniach
Niekiedy luksusowych co atrapą gniazd w Polsce
Pieski na łańcuchu
Tygodniowa porcja Euro
Bogata w witaminy bezpieczeństwa
Opiekunki kręcą się w kółko
Czekają na wieczorne wiadomości
Telefon z Polski rozrywką

Niewidzialna ręka
Zakłada długą smycz
Wyprowadza raz dziennie na spacer
Jedna smycz na jeden kark
Krystaliczna z kranu woda
Niemiecka oszczędność
Najprzyjemniejsze są sny w bogatych budach
Opiekunki wtedy wracają do swoich domów

OSTATNIE REJONY

Za oknem jeszcze żywe krajobrazy
Babie lato i sznurki pajęczyn
Na których moi podopieczni
Zawieszają wyprane ze złudzeń myśli
Usta szepczą wiarę w jutro
A wiara giętka jak te pajęczyny

Najczęściej jesienią ludzie gnają
W ostatnie rejony
Przed dniem ostatnim są jak Łazarze
Wstydzą się swoich odbić
Ich modlitwy palą się w głowach
Zostaje tylko popiół po prośbach

NA EMIGRACJI

Czuję się jak wędrujący cygan
Od domu do domu
Z kraju do następnego kraju
Tysiące takich cyganów
Tęskniących za rodzinami
Weź w swoją opiekę
Boże! Oświeć mnie i nie odbieraj
Rozumu w chwilach słabości
Niech kwiaty z ogrodu
Przemówią do mnie ludzkim głosem
Boże! Stoję przed Tobą i proszę Cię

Zlikwiduj moje piekło

MOJE DRZEWO

Na tylnym siedzeniu samochodu
Rozsiadło się drzewo. Znam je z dzieciństwa
Co robisz w moim samochodzie??
Zasłaniasz mi widok rozłożonymi za szybą ramionami

Drzewo:
To ty mnie tu posadziłaś
Samochód to nie miejsce dla drzewa
Zobacz! Usychają mi korzenie, nie mam wody
Przesadź mnie! bo umrę

Dlaczego mi przeszkadzasz?
Nie mogę się teraz zatrzymać
Nie dyskutuj więc ze mną
Mogę spowodować wypadek

Drzewo:
Musisz mnie zaraz przesadzić
Umieram z pragnienia
Nie ważne dla mnie twoje cele
Sięgnąć muszę korzeniami w ziemię

Kocham przyrodę Lubię drzewa
Ale załatwiam swoje pilne sprawy
Zaczekaj! Dojedziemy na miejsce
Wówczas cię przesadzę

Drzewo:
Wiem! Kiedy dojedziesz do celu
Znajdziesz sobie drugi cel
Zamknę więc okno i zostanę
Zaczekam aż zwolnisz

Muszę sięgnąć korzeniami w ziemię
Poznać jej tajemnice i przekazać je niebu.

Dederonin

Dieser Text hat schon ein paar Jahre, wurde aber nie veröffentlicht. Höchste Zeit also…

Ausländer aller Länder vereinigt Euch!
VIKTORIA KORB

DIE DEDERONIN IM ABSURDISTAN

Man kann nicht das ganze Leben in einem Condom verbringen, wie man gehofft hat. Weder im Ospen noch im Wespenland. Nicht mal das Schicksal der Wossis ist „vorprogrammiert“.
Jetzt müssen sogar Apo-Opas ihre Chaos-, Flirt- und Orgasmusschulen verlassen. Man hat nicht mal mehr Zeit für`s Couching beim Psychiater – der Schweißfaktor wächst, die Wende-Hälse haben sich dem Konkurrenzkampf angeschlossen. Opa nach Europa! Polen-Allergie greift um sich. Was tun mit den weißen Negern? Neues Deutschland. Aber man muss eine bestimmte Mitbringekapazität mitbringen. Das Arbeitsamt ruft – ein Programm der Arbeitslosenbekämpfung läuft an.
Sie drücken die Schulbank, zusammen mit einem grünen Türken aus Kreuzbergistan, der nicht mehr Berliner Kebab und anderes Kochgut nach Senatsvorschrift grillen will, obwohl die Ost-Kuh hoffentlich kein BSE hat. Neben ihnen als Frauen getarnte biologische Mannekins. Ist diese Gestalt hier ein als Frau verkleideter Mann oder eine als Frau verkleidete Frau? Aber unter ihnen, oh Wunder, auch eine Frau weiblichen Geschlechts. Die Dederonin teilt das Klassenzimmer mit Yuppie-Puppen, Atrappen der Menschen, ausgestopften Anzügen.
Puritanische Singles und Komputerwitwen unter sich. Man braucht nicht mal eine Anti-Sex-Liga oder Islamvorschriften, damit Ruhe herrscht. Wenn überhaupt, gibt es sterilen Micky-Maus-Sex mit Kondomen und Socken an, der oft auch mit der Dusche verwechselt wird.
Neurosenkavaliere, Vereinigung der Papieris, künftige Papiertiger.
Auch die Sozialistische Prinzessin aus Brandenburg ackert an den modernen Glaskugeln. Sie hat keine Angst mehr, die Maus in die Hand zu nehmen. Sie zieht jeden Tag ihren Panzer an und fährt mit der S-Bahn zur Schule. Dort kann sie sich im Internat vernetzen und digitalisieren. Nur ab und zu sagt der empörte Lehrer: „Aber Frau Schmidt, hier fehlt doch der Abstand nach dem Punkt!“
Sie wurde zum Mitglied der Fließbandgesellschaft mit einem Computerchip im Hirn. Auch wurde sie in den Marktstamm und in die Stressgemeinschaft aufgenommen. La deutsche Vita. Teutonik schlägt durch. Sie weiß, wann man Papiere in einer Plastikhülle verschicken soll und wann ohne. Sie weiß, wo was piepst. Sie verwöhnt sich mit dem Desodorant Marke German Sweat, trinkt Prosecco, den König der Weine und isst köstliche alternative Eier. Sie ist psychischen Verkaufsvampiren zum Opfer gefallen.
Jetzt ist auch sie Sklavin des mit Müll überfüllten Briefkastens.
Sie hat schon alles bundesweit im Kopf, sie kennt die Verbonnung und bald wird sie zum Staatsburger der BeBra.
Sie hat die Coca-Colonisierung überstanden, nur ihre Kunstblume ist eingegangen, trotz sorgfältigen Gießens. Oder gerade deswegen – zu spät hat sie bemerkt, dass sie aus Plastikstoff war.
Blume, Tier und Mensch als Störfaktor.
Aber „geh doch nach Drüben“ kann man ihr nicht mehr sagen,
„Drüben“ ist verschwunden. Nur ab und zu kommt die Ostalgie.
Aber die strenge, gnadenlose Buba, die BUndesBAnk, regiert das vereinigte Land. Von Stasiland zu Absurdistan. Sie liest, dass Mielke unter STASI-Verdacht steht. Berliner Amok häuft sich. Die Zeit der roten Grütze ist vorbei und die Dederonin muss am Rattenwettbewerb mit elektronischen Ellbögen teilnehmen.
Pre-feriale Hysterie abwechselnd mit toter Hose-Zeit der Ferien. Die Rucksack-Berliner fahren hektisch herum auf Rollenskatern und simulieren stürmische Aktivitäten.
Das ganze Jahr in wenige Monate eingepresst – Mein Krampf.
Die Kreis-Säge der Zeit dreht sich.
Deutsche Frau trägt wieder Zöpfe, sagen die Regenbogenblätter.
Nekrofilosemitismus blüht im Neuen Deutschland – wie schön und einfach ist es, tote Juden zu lieben. Ein guter Jude ist ein toter Jude. Die Flucht nach hinten hilft gegen die Zeit.
Ach dieses Hotel Adlon, ach die Comedian Harmonists, ach diese Klezmermusik, ach diese Hinterhöfe, Synagogen, ach diese umgebrachte Kultur, ach diese Wissenschaftler, die für Deutschland Nobelpreise ansammelten…
Mit den Lebenden ist es unendlich schwieriger. Die gibt es aber Gott sei Dank kaum – keine Luftmenschen mehr da.
Aber die Zeitbombe tickt – sie kommen doch aus Russland…
Ach diese Stättle, die sie nicht wollen… Ach diese Bomben vor den Gemeinden…
Die braune Soße kocht. “Ausländer raus aus Deutschland“ – “Deutsche raus aus Deutschland“, antwortet ein anderes Graffiti…
Es ist nicht wahr, dass die Deutschen ausländerfeindlich sind, sie sind untereinander auch so, sagt ein Andersrassiger.
Der Klassenkampf tobt wieder und die rote Socke wird zur weißen Weste des Moralisten oder zur weißen Socke des Unternehmers.
Stasigysi, Gysistasi, Stasigysi, Gysistasi singt das Fernsehen monoton zum Einschlafen abwechselnd mit der „Steuerreform“.
Das Rad der Geschichte dreht sich. Gestern war Jelzin in gefeierter Demokrat, der das Parlament stürmte, heute ist es umgekehrt. Oder doch nicht? Gestern begangen die Serben Brutalitäten gegen Moslems, unsere Verbündeten, und heute ist es umgekehrt. Oder doch nicht? Wie wurde es gerade im Fernsehen verkündet? Uran hilft allen.
Die Nachgeborenen von Hitler und Stalin regieren in Europa. Wie soll es denn aussehen?
Wir schützen Arbeitsplätze vor Ausländern. Aber vielleicht brauchen wir sie bald, damit sie unsere Renten zahlen?
Und je rauher die Sitten, umso herzlicher die Einladungen. Neuerdings gibt es nur noch “herzliche Einladungen“.

Ich lade in den Wald ein:
Ein deutscher Wald
und dadrinnen:
Deutsches Gras
Deutsche Eichen
Deutsches Moos
Deutsche Eichhörnchen
Deutsche Hirsche
und Deutsche Spinnen.
Deutsche Ameisen und ihre Haufen.
Und unser großer, Deutscher Scheißhaufen.

Piana złudzeń czyli Dziewczyna z lilią

Ewa Maria Slaska dla Adama Slaskiego

W Pianie złudzeń oglądamy i rejestrujemy zniszczenie świata. Był to świat specyficzny, idealistyczne wyspy szczęśliwości, tak jak je widział człowiek lat 40, zaraz po okrucieństwie wojny – nawet tej mniej okrutnej, francuskiej. To świat kolorowy, lekki jak obłoczek, stworzony i zamieszkiwany przez młodych, pięknych, zdrowych i bogatych. Jest to zarazem świat a-naturalny, a w zamian za to pełen ciekawostek technicznych, ułatwiających życie człowiekowi. W filmie zresztą ten aspekt został zdecydowanie przesadzony, co zlikwidowało filozofię, zamieniając ją burleskę. Tym niemniej i film i ksiązka pokazują, że człowiek może być szczęśliwy tylko w otoczeniu cywilizacji. Natura to potwór – niewiadome zagrożenie, które czai się wszędzie, to wiatr, który zdmuchnie kolory z chusteczki Chloe i obsypie Chloe i Colina piórami gołębi w tunelu, gdzie przygotowuje się rekwizyty do ozdoby miejskich placów.

nenufarVian odwołuje się tu i konfrontuje z powieścią Sartre Mdłości, pierwszą i kto wie, czy nie najlepszą jego powieścią, która ukazała się w roku 1938. Ta książka to manifestacja straszności istnienia jako podstawowej cechy człowieka. Straszna świadomość bytu, której towarzyszą mdłości. La Nausee można oczywiście przetłumaczyć na mdłości, może nawet nie da się inaczej, ale jest to coś więcej. To wyraz rodzaju żeńskiego w liczbie pojedynczej, słowo pospolite a zarazem upersonifikowane, związane z morzem (greckie: nautia, łacińskie: na’usea). Nausee to młoda kobieta, Nauzykaa. To mdłości podróży morskiej. Dlatego Chloe umiera od nenufara czyli tytułowej lilii wodnej, a wraz z nią umiera cały świat.

Pojawia się więc nowa świadomość bytu, straszne pojęcia obcości i absurdu. W groteskowym ujęciu Viana Jean-Sol Partre jest autorem Wymiocin. Otoczony jest histerycznym kultem, jako żywo przypominającym kult gwiazd filmu i estrady, jaki narodzi się dobre pokolenie później.

blotoNausea Sartre’a to młoda dziewczyna.
U Viana pojawią się aż trzy takie młode dziewczyny, Aliza, Izis, Chloe, trzy Gracje, ale zarazem trzy Mojry, z których co najmniej jedna nosi bezpośrednio imię Bogini. Dziewczyny nie tylko reprezentują zagładę, ale po prostu nią są. Nie można bez nich żyć, ale życie z nimi jest niemożliwe. W filmie nie ma motywu Alizy jako bogini zagłady. W książce, gdy Chloe umiera, niszcząc część tego świata, pięknego i wygodnego świata dla bogaczy, miękkiego jak safianowe pudełeczko na komódce kobiety, Aliza, dokonuje reszty zniszczenia, chodząc w miejsca, gdzie spotykają się mężczyźni, po to by wyrwać im serca i spalić ich azyl i dzieło. Reszty dopełnią świat robotników i natura. Ciężka praca za grosze i deszcz, który zamienia kolorowe wesołe miasteczko w szare ciężkie błoto. W błocie natura odzyskuje to, co w ciągu ostatnich 10 tysięcy lat odebrali jej rzemieślnicy i inżynierowie.

W powieści Vian widzi dwa momenty, w którym kolorowy cyrk szczęśliwości zamienia się w błoto i znój. Pierwszy to choroba Chloe, moment w którym do jej płuca dostaje się lilia. Drugi, wynikający zresztą poniekąd z tego pierwszego, to chwila, gdy w marmurowym sejfie skończyły się złote dublezony i Colin, żeby zarobić na kwiaty dla Chloe, musi iść do pracy.

lilie3W filmie punktem przełomowym jest ślub Colina i Chloe. W podróży poślubnej w połowie świata wciąż jeszcze świeci słońce, ale w drugiej połowie już leje. Wtedy też po raz pierwszy pojawi się praca. Obraz anachroniczny i jakby żywcem wyjęty z Lalki Prusa, gdzie panna Izabela tak samo jak Chloe po raz pierwszy w życiu widzi ludzi, którzy ciężko pracują.

„Droga wiła się. Teraz błoto zaczynało parować. Samochód jechał otoczony białymi oparami o ostrym zapachu miedzi. Później błoto stwardniało całkowicie i pojawiła się szosa, popękana i spopielała. W oddali powietrze drgało jak nad wielkim piecem.” Na ostatnich stronach powieści ten opis, stosownie do postępującego niszczenia świata, wydłuża się. „Colin brnął wzdłuż drogi. Kręciła się pośród kopców zwieńczonych szklanymi kopułami, które w świetle dnia nabierały niewyraźnego odcienia morskiej wody. Od czasu do czasu zadzierał głowę i odczytywał napisy, żeby się upewnić, że idzie we właściwym kierunku, i wówczas widział niebo pokreślone poprzecznie brudnym brązem i błękitem. W oddali ponad zboczami mógł dostrzec ciągnące się kominy głównej szklarni. W kieszeni miał gazetę, w której wyczytał, iż poszukiwano mężczyzn od dwudziestu do trzydziestu lat do pracy na rzecz obronności kraju. Szedł najszybciej, jak mógł, lecz nogi zapadały mu się w ciepłą ziemię, która wszędzie odzyskiwała stan posiadania kosztem budowli i drogi.”

Zawsze twierdziłam, że żywię ogromny szacunek dla (traktowanych symbolicznie) inżynierów, bo świat stworzony przez Boga, to była kula błota, pełna deszczu, wybujałych skrzypów, dinozaurów i komarów, a dopiero oni wymyślili agrafkę, penicylinę, kino i samochód, czyli zamienili błoto w wygodny świat. Ale na Wyspach Andamańskich na Oceanie Indyjskim widziałam też jak natura odbiera swoje, jak po kilkudziesięciu latach miasto opuszczone przez ludzi jest już z powrotem dżunglą.

Film jest marny, książka naiwna, a mimo to, jeśli chcemy choć przez chwilą pomyśleć o tym, co nami będzie, radzę i obejrzeć film (z kin zapewne już znika lub zniknął, jest na youtubie, ale ma paskudną jakość,  zapewne jednak wkrótce pojawi się na DVD), i przeczytać książkę.

Puppendienstag: Huckleberry

Puppen bei der Arbeit

Drehbuch GZSZ.webHuckleberrySand im Getriebe

Ich bin doch eigentlich ganz helle
Und trete sonst nicht auf der Stelle,
beherrsche bestens die Finanzen,
mach´ Inventur, erstell´ Bilanzen,
kann meine Mitarbeiter führen
und werde nie den Kopf verlieren.
So dachte ich, doch Pustekuchen –
das sollt´ ich mal bei dir versuchen!
Du machst mich krank, du bringst mich um,
ich fühl´ mich hilflos, schwach und dumm.
Ein Wahnsinn dies, und keine Liebe –
Nimm doch dich – Sand – aus mir – Getriebe!

Diesmal habe ich für “unseren Dienstag” eine kleine Puppe aus El Salvador  ausgewählt – sie ist neu in meiner schon nicht mehr ganz kleinen Kollektion.

jagodziankaDas Aussehen ist allerdings überhaupt nicht salvatorianisch, und darum hatte sie spontan den Namen Huckleberry.

Hb6-britz1
Hb5-britz2Huckleberry war mit im Britzer Garten und in Bad Saarow.

Hb-figury

Und dort muß das Fernweh übermächtig geworden sein – der kleine Kerl hat sich in die Fluten des Scharmützelsees gestürzt. Er konnte gerettet und überzeugt werden, dass Asyl im Hause von Gertraud Pohl eine annehmbare Lösung ist.

Fernweh-gerettetSehr liebe Grüsse und viel Spaß mit den Fotos von Huckleberry

Gertraud Pohl