Architektura wnętrza

Dorota Cygan – festiwal, dzień drugi

Architektura wnętrza

Wchodząc do
środka siebie
lepiej starannie zamknąć
za sobą drzwi
by ktoś za nami
nie wszedł
lub co gorsza nie wcisnął
między drzwi a framugę
brudnego buta
a pod podeszwą
pokiereszowany ochłap
cudzego serca
bezdomny

Domykać szczelnie wynalazek
strażników tożsamości
klamek nie ruszać
w wariatkowie własnego ja
nigdy nie wiadomo
może być tak sobie
albo i gorzej

Wejście awaryjne
czy głuche echo
niedoczekanego pukania
no bądź tu mądry

Gedanke des Tages / Myśl dnia
“Stop making stupid people famous”
Street text somewhere in the world

Algorytm porządku

Dorota Cygan

dawno tu niewidziana, dostaje więc – za jednym zamachem! – trzy dni czyli dziś, jutro, pojutrze. Tego jeszcze nie było. Cygański festiwal! Lalki wracają od przyszłego wtorku.

 ALGORYTM  PORZĄDKU

Szosa krajowa E (ileś), dwupasmowa, dwa wolne (!) pasma prosto na wakacje, łagodna wstęga raz pośród pól, raz bliżej lasu, byle dalej od tego, co uwiera na co dzień, czerń asfaltu pocięta białymi paskami, odmierzającymi regularne odcinki – coraz dalej od obowiązków, coraz bliżej niemyślenia. Niemyślenie – stan szczęśliwości dany na stałe niewielu szczęśliwcom. Tylko jak go osiągnąć? Może bezrefleksyjnie wyrzucając przez okno samochodu myśl po myśli, a najlepiej parami, żeby było szybciej. Uśmiercone myśli ulatujące przez okno ku niebu parami – czyż nie ładny to obrazek?

Radio nadaje pośród sieczki popowej raz po raz tekst mówiony, który wprawne ucho konsumenta rozrywki kasuje, zanim zdąży on dotrzeć do świadomości, redukcja podprogowa (ciekawe, czy istnieje taki termin) w służbie higieny psychicznej, mądry mechanizm, co komu po radiowych tekstach paplanych? Zaraz, co oni mówią? Że gminy nie radzą sobie z ustawowo nakazanym sortowaniem śmieci? A co w tym dziwnego? Człowiek nie radzi sobie nawet z sortowaniem własnych myśli, mimo że jednak własne, a co dopiero radzić sobie z produktami obcego pochodzenia, obcego marketingu i obcej myśli technicznej? Kto by to ogarnął? Wystarczy się rozejrzeć na lewo i prawo: tu niebieski worek w lesie, tam lodówka. Sama pamiętam, jak rok temu na tym zakręcie zostawiłam myśl ważną i istotną dla przyszłości, od tej pory jestem ‘nadal na zakręcie’. Albo parę kilometrów dalej, tam gdzie ślady po pikniku, wyrzuciłam ostatecznie myśl o jednej niepotrzebnej, niemądrej i właściwie nieistniejącej miłości. Ech, cała ta droga E (ileś) usłana jest śmieciami własnej pamięci, ofiarami nieprzemyślanej czystki. Ile zgubiłam ‘z własnej woli, ile przeciw sobie’, nie warto już dociekać. No właśnie, gminy sobie nie radzą, więc co dopiero ja.

Ileż by było pożytku, gdyby się dało w drodze posortować, poukładać, nadać sens i kierunek myślom! A może bym tak dała zaprzyjaźnionemu inżynierowi za zadanie wymyślić jakiś mały, poręczny algorytm do porządkowania myśli? Za coś takiego to Nobel od razu. Powiedział kiedyś, że jak zarobi pierwszy milion, to się ze mną podzieli. Nie mówiłam mu oczywiście, że od razy podzielę się dalej z jakimiś kreatywnymi niezarabiającymi, bo może inżynier niekoniecznie rozumie takie rzeczy, zresztą nieważne, on rozumie algorytmy a ja księgowość kreatywną, czyli działania wyłącznie na liczbach ujemnych, i to wystarczy. Umowa od tej pory między nami stoi, gdyby tak został autorem algorytmu porządku, to byłoby więcej niż kamień filozoficzny. Ach, bo się rozmarzę: A gdybyż tak faktycznie udało się wszelkie nieszlachetne myśli przemienić w szlachetne? No, tego to nawet spowiedź nie potrafi. A ileż materiału do rozważań naukowych! Wystarczy zajrzeć do niemieckiego Słownika pojęć filozoficznych otwierając na haśle ORDNUNG, żeby zrozumieć jaka to szansa na zaistnienie w nauce humanistycznej, dzięki podrzuceniu do rozbudowanego hasła ‘Ordnung’ jednej skromnej linijki z algorytmem porządku myśli. I to jako inżynier! (po niemiecku z dużej litery!) Ech, inżynierię gospodarczą potrzebną do rozparcelowania tego miliona jakoś by się opanowało – i to bez kursów wieczorowych może. A i niejedną rozprawkę filologiczną na temat by się może napisało. O właśnie, może to nie jest głupia myśl: najpierw trzeba tworzyć pojęcia i inne byty, żeby potem móc o nich pisać. Proste.

Tymczasem jest lekko z górki, co zakręt to jedna myśl mniej, a co parking, to o cały pakiet lżej. Ale koniecznie trzeba by utylizować te myśli ‘na sicher’, jak mawiała babcia. Żeby mi się żadna nie odnowiła nie chciana! Potrzebne jest rozwiązanie systemowe i trwałe, takie są wymogi unijne. Nie jak teraz, proszę: tu, na tym zwężeniu jezdni pięć lat temu zarzuciłam myśl o karierze tłumacza, tu przy przejeździe obok tych wywróconych kubłów – myśl o odchudzaniu, tam za mostem całkiem niedawno przebłysk o kupieniu strychu za niewielkie pieniądze – i proszę, każda z tych myśli wraca nieproszona, choćby ją ileś razy zasypał śnieg, poturbował grad, podmoczył deszcz lub wytrawiło słońce, jakieś niezniszczalne te zmory, nic tylko je kołkiem osinowym… A jedna to już nawet wiem, czemu się tak nie może odczepić, przykleiła się do opony z tyłu i udaje, że jej nie ma, raz po raz mi mignie w lusterku wstecznym i znów znika, wiem, co chce osiągnąć, narzuca się z tym swoim „pisz, pisz wreszcie, nie ociągaj się, nie będziesz żyć stu lat, napisz coś w końcu, nie wykręcaj się”. Ani myjnia nie pomogła, ani ostra jazda po żwirowisku, mówię Wam, przykleiła się ‘na fest’(znowu – jak mawiała babcia), pomoże tylko radykalna utylizacja w nowoczesnej technologii. Niech by te gminy sobie wreszcie poradziły ze śmietniskiem, bardzo tego sobie życzę. To może być prawdziwy skok jakościowy w moim życiu.

To próbujmy tymczasem zrobić sortowanie przedwstępne, będzie taniej i bardziej eko. Dzielimy myśli na: 1. Te najprzydatniejsze (dotyczące strategii ataku i obrony), 2. Najtrwalsze (troska o własne geny), 3. Najbardziej trujące (zawierające spory komponent religijno-patriotyczny), 4. Najdłużej się rozkładające (to te o miłości), 5. Te najnaiwniejsze (że jeszcze kiedyś wrócę na Ziemię w przyszłym życiu), 6. Te najpiękniejsze (że ludzie są fajni, jacy są), 7. Te najbardziej toksyczne (że im jeszcze kiedyś pokażę, jeszcze mnie docenią) plus 8. Jedna myśl całkowicie eko-kompostowa (że dam się skremować, gdy przyjdzie czas) tudzież 9. Jedna myśl szklana (by jednak nie tłuc porcelany po szczerej wymianie zdań) oraz 10. Jedna generalna myśl plastikowa (że ważna jest nienaganna cera, depilacja i wyjazd do ciepłych krajów według najnowszego katalogu). To katalog otwarty, zaznaczam, nie mam nic przeciwko, gdyby szanowni Czytelnicy katalog rozszerzyli.

Ideałem byłaby ekokonwersja zupełna, niepozostawienie niczego, żadnej myśli, siedzenie i trwanie. Gapienie się w morze, nieskażone jedną nawet przypadkową myślą. Plaża musi pozostać czysta. Polecam radykalne zakopywanie każdej przypadkowej myśli w głębokim piachu. I proszę uważać, żeby nie zabrać żadnej myśli z plaży do domu, należy dokładnie wysypać wszystko z butów, pięty opłukać pod prysznicem i niepostrzeżenie wymknąć się do pensjonatu, gdzie przed telewizorem nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo, że powstanie jakaś myśl własna lub że spotkamy się z jakąkolwiek myślą cudzą. Jedno jest wszakże bardzo ważne: Nie wyzbywajmy się opakowań po myślach – to one bowiem stanowią o naszym działaniu na ludzi, czyli w efekcie i o sukcesie. Liczy się Forma, proszę Państwa. Gombrowiczowi śmiech by przeszedł, gdyby widział to zupełne i niepodzielne zwycięstwo Formy. Przeszłyby go ciarki nawet w pełnym słońcu nad morzem.

Wasza Mobilna Wakacyjna Sortownia Myśli

Poezja – Poesía / Como Acordeón

Piosenka zespołu La Troba Kung-Fú z Barcelony – zespół gra Rumbę, Cumbię, Dub, Blues… Na koncertach budzi niekłamany entuzjazm.

Na akordeonie gra Joan Garriga, który również śpiewa, stąd te aluzje w tytule i tekście do tego instrumentu: http://www.latrobakungfu.net/index.php/fotos

Uwaga: tu nagranie na Youtubie, którego NIE WOLNO odsłuchać (tak! dobrze czytacie – nie wolno nawet odsłuchać) w Niemczech.
http://www.youtube.com/watch?v=2qQ_pnIZDbc

A jest to o tyle śmieszne, że na stronie zespołu są wszystkie (WSZYSTKIE) posenki z nanowszej płyty “Santalegria” w tym również ów Akordeon. Trzeba po prostu kliknąć na strzałeczkę po prawej stronie od tytułu piosenki:

trobakungfuhttp://latrobakungfu.net/santalegria/temes/

COMO ACORDEÓN
Te abrazaré toda la noche,
te cantaré y te bailaré,
te encontraré tus mil botones
como si fueras acordeón.
Respiraré con tu compás,
caminaré siguiendo el paso
dejando el peso en tu regazo
como si fueras un danzón.
Y la noche cantará
qué bonito bailas.
Y regarás todos mis ríos
bombeando en clave de pasión,
serás el ritmo de mi brío
como si fueras mi corazón.
Y seguiré medio dormido
sabiendo que tu lejanía
me robará toda alegría
como si fueras una ilusión.
Y la noche llorará
porque tú te marchas.
Apareciendo en la sorpresa
a mi boca sin previo aviso
resistirás siempre el olvido
como si tú fueras canción.
Y la noche cantará
qué bonito bailas tu.
JAK AKORDEON
Będę cię obejmował przez całą noc
śpiewał ci i tańczył,
odnajdę u ciebie tysiąc przycisków
jak gdybyś była akordeonem.
Będę oddychać w twoim rytmie,
pójdę za twymi krokami
obejmując cię w pasie
jak gdybyś była tańcem.
I noc zaśpiewa,
że tak pięknie tańczysz.
Nawodnisz wszystkie moje rzeki
z namiętnością,
staniesz się napędzającą mnie energią
jak gdybyś była moim sercem.
I tak będę trwać w półśnie
wiedząc, że twoje oddalenie
zabierze mi całą radość
jak gdybyś była tylko złudzeniem.
I noc zapłacze
że odchodzisz.
Pojawiając się niespodzianie
u moich ust
zawsze oprzesz się zapomnieniu
jak gdybyś była piosenką.
I noc zaśpiewa,
że tak pięknie tańczysz.
Przekład KwikTV

Pani Irenka reloaded 1

Pani Irenka już u nas była, ale dawno, a poza tym teraz się pozmieniała, uaktualniła, rozrosła do czterech odcinków czyli zaczynamy od nowa.

Karolina Kuszyk

U nas na Brodwinie

Niniejsze opowiadanie jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób, miejsc i zdarzeń są przypadkowe.

Jeśli by ktoś chciał znać moje zdanie, to u nas na parafii już od dawna nie działo się najlepiej. Ludzie już w Boga nie wierzą. Do kościoła chodzić chodzą. Ale w głowach im tylko supermarkety, samochody, reklamy, kosmetyki jakieś, kupony. Ja tu już mieszkam ponad dwadzieścia lat, proszę pani. Jak te bloki pobudowali i te Brodwino nastało, to najrozmaitszego się tu nasprowadzało. I komuna do tego, a komuna ludzi psuła że psuła. Jak raz wczoraj w telewizji taki program nadawali, i taki jeden młody mówił, że niby w Polsce komunizmu nie było. Nie było komunizmu, mówi, tylko jakby coś innego. Ja tam nie wiem, czego teraz tych dzieciaków uczą, ale jak mi taki młody, dopiero co toto szkoły pokończyło, a już w krawacie, wielki pan prezes czy inny dyrektor, tak proszę pani kłamie, to ja się pytam, to co było za komuny, jak nie komuna. Tylko ten telewizor wyłączyć. Teraz to patrzę już tylko na mój film i na papieża, ale to już wszystko nie to samo, odkąd naszego zabrakło. Ten najnowszy to w ogóle całkiem do niczego. Już ten poprzedni ładniejszy był. Taki uśmiechnięty, chociaż Niemiec, i bardzo podobnież uczony… Ale za to nasz ile języków umiał? Chyba ze dwadzieścia! To zdjęcie, co na telewizorze stoi, to na pamiątkę syn zrobił, jak w dziewięćdziesiątym dziewiątym nasz papież u nas odprawiał. Na tym stadionie takim wielkim. Mało co widać, bo żeśmy daleko stali, ale pamiątka zawsze jest. Zresztą, papież papieżem, przecież to nie do papieża człowiek się modli ani do księdza, tylko do Pana Boga, Matki Boskiej i wszystkich świętych. Ale kto się dzisiaj jeszcze modli, proszę pani. Ludzie Boga zapomnieli. I kupować by tylko bez przerwy kupowali. Do supermarketów w niedzielę chodzą zamiast w domu siedzieć i kupują że kupują. Zastawy, wypoczynki, rzeczy jakieś, diamenty. Anteny, te, satelitarne. Tyle wszystkiego! I niespokojni tacy, jakby bali się, że komuna wróci i im pozabiera. Pani, ja tam nikogo nie namawiam, żeby o chlebie i wodzie żył, wiadomo, każdy swoje potrzeby ma. Sama na truskawki do Niemiec jeździłam, zawsze to człowiek trochę uskładał. Ale ludzie miary nie znają. W niczym, tak pani powiem. Jak u nas w piwnicy tego Kwiatkowskiego z piątego piętra znaleźli nieżywego, to zaraz dziennikarze z telewizji przyjechali. Rozgadał ktoś, zadzwonił, a oni przyjechali takim autem, Sopot Te Fau było napisane, i rozpytywać zaczęli. Wstydu za grosz nie mają, wszystko by w telewizji zaraz opisali. Nawet śmierci nie uszanują. Do czego to podobne? Mnie też nawet pytali, bo zeszłam na dół, pewno, że zeszłam, hałas taki był, to myślę, pójdę zobaczę, i taka młoda nerwowa zaraz mi pod nos mikrofon podtyka: Czy pani jest lokatorką? A na kogo wyglądam, pytam się. W kapciach byłam i w fartuchu, bo akurat syn z synową mieli przyjść, obiad szykowałam. To ona się zaraz pyta: nazwisko pani proszę? Irena, mówię, Irena Kujawa, pod ósmym mieszkam. Czy znała pani denata? Kogo, pytam się, bo z początku jakoś niezbyt zrozumiałam. Pana Kwiatkowskiego, ona na to, czy pani znała. Ale jak raz syn z synową i wnuczkiem do klatki weszli. Syn zaraz odsunął tą dziennikarkę, ale uprzejmie, manier to jest nauczony mój syn, i pyta się mnie, co się stało i czego chce ta pani. Kwiatkowskiego znaleźli, nieżywego, w piwnicy, mówię, a to pani z telewizji jest. Synowa aż podskoczyła, a syn się spytał: Czy ktoś wezwał policję? Zaraz tu będą, powiedziała Danka, ta z pierwszego piętra, co zawsze taka mocno umalowana, a syn na to, to dobrze i do mnie: Mamusiu, zaraz przyjedzie policja i się tym zajmie. Nic tu po nas. Kto go znalazł w tej piwnicy? Pan Stanisław, jak schodził po kompot, mówię. O mało co zawału nie dostał. Pan Stanisław siedział na schodach, słoik kompotu obejmował i tylko postękiwał, chłopina. Jego żona zaraz z tabletkami przyleciała i wsadziła mu pod język. A syn do mnie: Niech mamusia się do tego nie miesza i z żadnymi dziennikarzami nie rozmawia. Kwiatkowski pewnie zawał miał albo gdzieś się potknął i upadł. Najmłodszy nie był. Taki znowu stary też nie, pomyślałam sobie, ale nicem nie powiedziała. Na obiad schabowe im zrobiłam, ale jakieś takie nie bardzo były.

Następnego dnia idę do Biedronki, i spieszę się, bo o dwunastej mają przyjść gaz czytać, i spotykam na ulicy Samborską, tą, co kiedyś u nas mieszkała pod piątką, a potem przeprowadziła się do córki na Kolberga. Ona do mnie, jak zdrowie pani, tyle my się nie widziały, a ja: Pomalutku, jakoś idzie. A ona do mnie tak bliżej podchodzi i szeptem: Pani, a to prawda, że Kwiatkowski nie żyje? Prawda, mówię i wzdycham, niech mu ziemia… A ona mi w słowo: Ale co to, pani, się stało? Podobnież serce nie wytrzymało. – Ale przecież młody mężczyzna był, jeszcze sześćdziesiątki nie miał! – No nie miał, ja na to, ale czy to wiadomo, co komu pisane, kochana? – Niby tak, ona na to, ale patrz pani, jak to tak, z dnia na dzień, żeby śmierć? Serce miał chore czy co? – A nie wiem, ja na to, tak dobrze to my się z Kwiatkowskim nie znali. Tyle co do kościoła i z powrotem. Czasem w pierwsze piątki na spowiedzi go widziałam. Mruk straszny się zrobił, odkąd mu żona umarła,  ale sąsiad dobry był. Pani, idę, bo jeszcze do Biedronki muszę…  i tak żeśmy sobie ździebko porozmawiały, ale jakoś to mi spokoju nie dawało, że Kwiatkowski niestary wcale był, zdrowy, a jakby na serce umarł. Ale od dozorczyni wiedziałam, że mu tam wszystko posprawdzali i nic, nawet ranki jednej nie miał ani stłuczenia, wszystko na swoim miejscu… Bo jakby go jakiś rabuś dopadł tam na dole, toby go musiał przecież czymś rąbnąć, nie? Syn też mnie uspokajał, mamusiu, no co mamusia, przecież lekarz go zaraz przepatrzył, zawał stwierdził i koniec. Niech się mamusia już tak nie przejmuje. Niby wiem, że zawał to czasem i zdrowego chłopa dopadnie, ale tydzień prawie minął i dalej mi to spokoju nie dawało. Na pogrzeb pójść poszłam. Dużo sąsiadów było, pani, i dobrze, bo z rodziny to tylko ta jego córka z mężem go żegnali, reszta wszystko albo pomarli albo gdzie daleko po zagranicach. Jak ta jego córka płakała, pani, jak płakała, aż się serce kroiło… To jak mnie na stypę poprosili, to pomyślałam, a pójdę, a co one będą tam same przy tym stole siedzieć jak te kołki. A też i ciekawa byłam, tak szczerze pani powiem. Dużo nas nawet sąsiadów przyszło, to żeśmy posiedzieli, pojedli, pół litra otworzyli, jak to przy stypie. Ja do ubikacji poszłam i ździebko się temu Kwiatkowskiego mieszkaniu przyjrzałam, z raz może tu byłam, to myślę sobie, rozglądnę się. Za czysto tam nie było, ale wiadomo, chłop sam mieszkający kurzu nie widzi. Trzy pokoje miał, stołowy, sypialkę i jeszcze jeden taki pokoik mały, córka tam mieszkała jak mała była, a teraz widać, że to puste nieużywane. Puste i niepuste. W tym małym pokoiku zdjęcia, zabawki jakieś, gitara nawet była, bo ta ich Marzenka, jak już taka większa panna była, to ciągle gitara i gitara. Teraz to chyba może jaką nową ma albo jej całkiem przeszło, nie wiem, przecież już z siedem lat będzie, co się do tych Niemiec przeprowadziła. Za opiekunkę pracuje do takich starych, co to już koło siebie nic zrobić nie mogą, a mąż jej po budowach robi. I patrzę, że biurko po Marzence widać w użyciu, bo rachunki na nim świeże leżą, za wodę, za gaz, recepty jakieś, pocztówki. Te recepty to sobie dokładnie przepatrzyłam, myślę, może znajdę, że stary Kwiatkowski na serce chory był, tabletki brał czy coś, to się uspokoję. Dla spokoju, proszę pani, sumienia to zrobiłam. Ale nic tam nie było: tylko tabletki na spanie miał przepisane i taki syrop na kaszel, co sama go też kiedyś musiałam brać. Na serce nic a nic. Kwiatkowski zdrowy był jak koń! Na tym biurku leżała jeszcze książeczka do nabożeństwa z papierami różnymi w środku powtykanymi – a to z banku listy, a to z ubezpieczalni, i podkreślone grubo przypomnienie, żeby do spowiedzi dwudziestego maja, to pierwszy piątek był, pójść nie zapomniał. To sobie jeszcze pomyślałam, proszę pani, Bogu dzięki, że jeszcze przed śmiercią u spowiedzi był. Grzechem się chyba żadnym większym przed śmiercią nie skalał, bo przecież w ten sam dzień się wyspowiadać poszedł. Jakby wiedział. Jak to pomyślałam, to aż, proszę pani, podskoczyłam. Ale zaraz Marzenka wchodzi i mi o tych fotografiach na ścianach opowiada, to pierwsza komunia, mówi, a to na koloniach. No, ale co zobaczyłam, to zapamiętałam. I już wiedziałam, że Kwiatkowski na żadne serce nie chorował, musi coś go innego zabiło. Albo sam zabił się, chociaż w to to ja akurat od samego początku nie bardzo wierzyłam.

 Ciąg dalszy w następną sobotę

Reblog: Laura Makabresku i Aëla Labbé

Dorota Groyecka

„Wyglądasz, jak twoje zdjęcia” – fotografka Aëla Labbé słyszała wielokrotnie od zaskoczonych osób, gdy ją poznawały. Również Laurze Makabresku nieraz zadawano pytanie, jak wygląda jej prawdziwe życie, czy jest takie, jak na fotografiach?

laura1Mgliste analogowe zdjęcia dwóch młodych fotografek, Polki Laury Makabresku i Francuzki Aëli Labbé wiele łączy: baśniowość, klimat melancholii i grozy, często poruszany temat śmierci i istnienia fantastycznych postaci oraz sił nadprzyrodzonych. Ale przede wszystkim autentyczność, zgodność tworzonych obrazów z ich wizerunkami, z ich osobowościami, które wynurzają się z licznych autoportretów, zapisków codzienności oraz wywiadów. Makabresku powtarza za Kafką: „nie mam ze sobą nic wspólnego”, ma jednak wiele punktów wspólnych z historiami, które opowiada – strach, odosobnienie, wrażliwość i przede wszystkim ucieczka od rzeczywistości w baśniowość.

laura3podwojonaZarówno Makabresku, jak i Labbé, same nauczyły się sztuki fotografii. Kilka lat temu wpadł im w ręce aparat, początkowo głównie zapisywały codzienne wydarzenia, eksperymentowały, dziś tworzą złożone sesje zdjęciowe, każda z nich wypracowała swój własny, rozpoznawalny styl. Młode fotografki na początku zaczęły zdobywać popularność w internecie, obecnie mają już na swoim koncie pierwsze publikacje w prasie i pierwsze ważne imprezy – zdjęcia Makabresku zostały pokazane m.in. na zeszłorocznym Miesiącu Fotografii, a pod koniec stycznia jej prace ponownie zostaną wystawione w Krakowie w dużym formacie wzdłuż ulicy Koletek. Labbé w lutym weźmie udział w Międzynarodowych Targach Sztuki w Madrycie (Just Madrid International Art Fair).

I dalej:

Laura Makabresku i Aëla Labbé. Kolekcjonerki wspomnień, marzeń i snów – Magazyn O.pl.

Reblog za zgodą portalu Magazyn O.pl; wszystkie zdjęcia Laura Makabresku – za zgodą autorki, która zdjęcia z motylami opatrzyła opisem: fairy tale about a girl, who hanged herself in the attic. she was hanging there for so long, that her sweet scent enticed butterflies. these coated her livid body and now it looks like she was only a chrysalis, swayed calmly by a draught.

Dziadek

Ewa Maria Slaska & Dariusz Bogucki

Dziadek (Ojciec)

Dziadka pamiętam bardzo dobrze. Miałam sześć lat jak umarł. Pamiętam chudą postać w pasiastej piżamie siedzącą na łóżku, ale przede wszystkim pamiętam wielkiego misia, którego Dziadek namalował dla mnie na ścianie, przy schodach wiodących na strych. Okiem misia była wystająca ze ściany, przycięta i zatynkowana na obło rura. Codziennie stawałam na schodku koło misia – miś był wyższy ode mnie – i dzielnie połykałam łyżkę tranu, zagryzając kawałkiem chleba z solą. Dziadek mnie głaskał po głowie i chwalił, udawałam więc, że lubię i tran, i chleb, choć nie lubiłam.

Był malarzem:
BOGUCKI Jan Feliks (1886-1955)

Malarz, grafik, związany z warszawskim środowiskiem artystycznym. Kształcił się w Wyższej Szkole Przemysłowej w Krakowie. Uprawiał malarstwo sztalugowe, ścienne, grafikę, projektował kilimy. Uczył na kursach dla praktykantów drukarskich. W czasie II wojny został wywieziony do obozu pracy w Kassel.

Gdy już nie żył, trwał w opowieściach. Była na przykład opowieść o ślubie Babci. Nie wyszła za mąż za tego, którego kochała, bo pan szykował się do kariery politycznej i Babcia była mu za mało światowa i z koneksjami. To znaczy bez koneksji. Poprzysięgła sobie wtedy, że wyjdzie za mąż za pierwszego lepszego, który się napatoczy i napatoczył się malarz w aksamitnym berecie i pelerynie. Nie był dobrym mężem, ani ojcem, ale jego syn, a mój ojciec, Dariusz Bogucki, wspominał, że to Dziadek malarz zaszczepił mu (na niewidziane) miłość do morza.

Bodajże w połowie lat trzydziestych ojciec zaprenumerował dla mnie miesięcznik „Morze”, a ja przychodzące regularnie numery dosłownie połykałem, bezwiednie wchłaniając ten świat i budując w sobie poczucie więzi z morzem. A potem, jużw czasie wojny, również od ojca otrzymałem książkę Londona Żegluga na jachcie Snark, z dedykacją: „Dla przyszłego budowniczego okrętów”. W żaden sposób nie mógł wtedy wydedukować czy przeczuć, że tym właśnie będę się w przyszłości zajmować. A przecież trafił celnie.

kolumna-dziadekNadał mu też imię Dariusz Michał Anioł – “zapewne w nadziei, że pójdę kiedyś w ślady mistrza”, zapisał Ojciec. Ojciec w ślady mistrza nie poszedł, ożenił się za to z graficzką i w rodzinie po dziś wszyscy malują i rysują. Tylko ja nie.

W zapasach legend rodzinnych jest też opowieść o tym, po latach potwierdzona w autobiografii ojca, że Dziadek jeszcze przed wojną spłodził trzech synów, po czym wyszedł z domu i wrócił po 17 latach. Już po wojnie, do Gdańska. Moja siostra Katarzyna twierdzi, że kiedyś odnalazł ją pewien pan, który przekazał jej pamiętniki, a może listy, pewnej pani, która to pani kochała Dziadka, a może była jego kochanką. Nie wiem, bo nie widziałam listów ani pamiętników. I może to tylko kolejna opowieść, jakich jest mnóstwo w naszej rodzinie.

W naszym domu stał, a teraz, w domu mojej siostry, stoi wielki czarny kufer, w którym Dziadek przechowywał farby. Robił je sam, z jakichś proszków, przechowywanych w szarych torebkach. Torebki zawsze były podarte, pogniecione i brudne od farby, a trochę proszku zawsze się wysypywało. Na dnie kufra leżały zbite w brudne kule resztki farb. Pamiętam intensywny ciemny błękit i farbę złotomiedzianorudą. Pamiętam czy myślę, że pamiętam?
Nasza Mama opowiadała, że Dziadek był malarzem peregrynatorem, wędrował po wiejskich plebaniach, gdzie malował freski, najczęściej za wikt i opierunek, rzadko za pieniądze, czasem za honoraria w naturze. Te sumiennie odsyłał rodzinie do Gdańska. W szponach powojennej poczty polskiej wiejskie masło jełczało, słoiki z miodem rozbijały się w driebiezgi (pamiętacie taki dowcip z owych czasów: jak rozbić atom? nadać go na pocztę polską), jajka się tłukły. Wszystko kapało i śmierdziało, ale listonoszka starannie dostarczała paczkę pod wskazany adres. Trzymała ją jednak jak najdalej od siebie, w wyciągniętej ręce, drugą zatykając nos.

Takie były legendy naszego dzieciństwa. Kiedyś, jako małą dziewczynkę zabrano mnie (ale kto? nic nie pamiętam) do restauracji na Dworcu Gdańskim, ozdobionej freskami Dziadka. Ale nie pamiętam tych fresków. Pamiętam tylko misia.

Dopiero tuż przed śmiercią w 2002 roku, czyli prawie pół wieku po śmierci Dziadka, Ojciec przekazał nam rękopis swojej autobiografii, dziś już wydany. Tam Dziadek stał się odrobinę bardziej wyrazisty. Babcia

… wyszła za mąż za znacznie od siebie starszego Jana Feliksa Boguckiego – mojego ojca. Ślub odbył się 7 września 1926 roku w Pratulinie koło Białej Podlaskiej.
O początkach ich znajomości i powodach zawarcia małżeństwa mama nigdy nie chciała mówić, ale z różnych aluzji i luźnych uwag babci Jadwigi czy ciotek wiem, że przyczyną był jakiś dotkliwy zawód miłosny, jaki mamę spotkał w Zakopanem. Ojciec, absolwent Wyższej Szkoły Rzemiosł Artystycznych, był artystą malarzem, a choć był dobrym pejzażystą, nie dorobił się ani sławy, ani fortuny. Z czasem zajął się techniką średniowiecznej polichromii ściennej, szczególnie kościelnej, i stał się cenionym specjalistą w tej dziedzinie.
Rodzice przez krótki czas wspólnego życia zamieszkiwali w Warszawie i musiało im być wtedy materialnie bardzo ciężko, bo ojciec, malarz bez uznanego nazwiska, zarabiał niewiele i nieregularnie, głównie więc praca mamy zapewniała im skromną egzystencję. To ich wspólne życie nie trwało jednak długo, jako że w moich najwcześniejszych wspomnieniach sięgających Warszawy ojciec nie występuje. Tak jakby go zupełnie nie było. Musiał się wcześnie od nas odłączyć, gdyż z tego okresu zapamiętałem, że od czasu do czasu w domu zjawiał się starszy łysawy mężczyzna, który od innych gości wyróżniał się tym, że nie mówiło siędo niego pan, tylko tata. Zawsze był poważny i sztywny, nas dzieci niemal nie zauważał, rozmawiał tylko z mamą i innymi dorosłymi. Bywał krótko i zazwyczaj nie zostawał na noc. Gdy już podrosłem na tyle, by to zrozumieć, mama wyjaśniła mi, że jakkolwiek ten pan jest moim ojcem, nie należy jednak do rodziny, tylko mieszka oddzielnie gdzieśw Radomiu, i że to się nazywa separacja. I tak już miało zostać niemal do końca. Ojciec zamieszkał z nami na stałe dopiero po wojnie, w ostatnich latach swego życia. Z dzieciństwa pamiętam, że odwiedzał nas sporadycznie, czasami przywoził jakieś upominki dla mnie i moich braci, lecz nawet z biegiem lat nie wytworzyła się między nami zażyłość. Nigdy nie stanowił dla nas wzorca ani autorytetu (…) Kiedy już zainstalowaliśmy się z mamą na dobre w Gdańsku, ojciec zamieszkał z nami. Dopiero tych kilka powojennych lat względnie spokojnego życia pozwoliło rodzicom nawiązać jakąś formę wzajemnej sympatii, choć zapewne nie zagoiło wszystkich ran przeszłości. Gdy w 1953 roku mama zmarła, w wieku 51 lat, nagle zabrakło jej życzliwego serca, ciepła i pogody ducha. Pozostała po niej ogromna, trwała pustka. Była osobą wielkiej skromności, pod którą skrywała się równie wielka dzielność wspaniałej kobiety. Śmierć mamy niespodziewanie mocno wstrząsnęła ojcem. Po pogrzebie ukrył się gdzieś bez śladu i nie pokazywał w domu przez kilka dni. Od tego czasu zamknął się w sobie, prawie się nie odzywał i właściwie przestał pracować. Odnosiło się wrażenie, że zapadał się powoli, jakby świadomie, w swój wewnętrzny świat. Umarł w niespełna dwa lata po odejściu mamy.

rynek-dziadekIstotną rolę w sposobie, w jaki traktowaliśmy nasze mieszkanie (w Gdańsku na ulicy Grunwaldzkiej), odegrał mój ojciec, który po wojnie powrócił z oflagu w Niemczech (…), ściągnął do Gdańska i ostatnie lata życia przemieszkał razem z nami. Jako zawodowy artysta-malarz, ojciec doskonale znał stare techniki malarskie, sztukatorskie i złotnicze i miał w tym zakresie ogromną wiedzę i praktykę. Już przed wojną był cenionym specjalistą renowacji polichromii kościelnych. Pracował intensywnie i z zamiłowaniem, miał sporo zleceń, chociaż finansowo stał zawsze kiepsko, bo honoraria pobierał na zasadzie czym chata bogata. Księża plebani rzadko dysponowali gotówką, w zamian za swoje usługi otrzymywał więc wiejskie specjały, a nierzadko jakieś antyki, wygrzebane na plebanijnych strychach. A że rynek antyków w owych czasach niespecjalnie funkcjonował, takie honoraria miały jeśli nie znikomą wartość materialną, to na pewno znikomą przydatność. Jako się rzekło, zamówień ojciec miał dużo, ale mógł je realizować tylko w ciepłej połowie roku, zimę spędzał więc z nami w domu. Wstawał bardzo wcześnie rano, a potrafił markować do późna w nocy. Coś tam sobie szkicował, wypróbowywał różne zestawienia farb i techniki, jako poligonu doświadczalnego używając ścian. Z roku na rok freski ojca zajmowały coraz większe połacie naszego mieszkania. Nie było w tym żadnego całościowego pomysłu, bo ojciec traktował
wszystko jako eksperymenty, względnie szkice do późniejszych realizacji w kościołach. Wzdłuż schodów, gdzie ściany były pomalowane na ciepły jasnożółty kolor, powstał cały rząd herbów wszystkich miast nadbałtyckich. Tam, gdzie kończyły się schody, a zaczynał korytarz, płynęła po ścianie ogromna fregata, widziana od dziobu, pod pełnymi żaglami. Na każdym żaglu wymalowany był herb rodowy Boguckich, Krzywda. Ściana z drugiej strony schodów została wykorzystana do próbnego doboru kolorystyki ornamentów dendrytowych. Korytarz był bezpański, co pozwoliło ojcu działać nie tylko bezkarnie, ale i bez ograniczeń, w pokojach natomiast lokatorzy stawiali opór, który nie zawsze udawało mu się przełamać. Wywalczył sobie jednak prawo do wymalowania jednego z trzech pokoi w amfiladzie i trzeba przyznać, że wykorzystał tę szansę umiarkowanie. Pomalował tylko jedną ścianę, ale za to pokrył ją gęstwą najprzeróżniejszych malowideł, wszystkie w ciemnej tonacji. Eksperymentował nie tylko kolorystycznie, ale i materiałowo, a stosował techniki tak trwałe, że kiedy w wiele lat po jego śmierci postanowiliśmy pokój wyremontować, trzeba było skuć tynk do żywej cegły. Takie zagospodarowanie ścian nie utrudniało zresztą życia w jego fizycznym wymiarze, a odczucia wywołane wartościami artystycznymi tych malowideł dawały się zaakceptować, póki eksperymenty nie przeniosły się na podłogę. Wszystko zaczęło się znowu od ziemi niczyjej, czyli od korytarza, ale tym razem i na korytarzu skończyło. Farby ówczesne nie schły szybko, dlatego omijanie wykorzystanych do prób połaci podłogi przekraczało cierpliwość nawet najbardziej życzliwie nastawionych współmieszkańców. Ostatecznie ojciec musiał tych eksperymentów zaniechać, co uczynił, nie kryjąc głębokiej dezaprobaty. (…) jeszcze długo po jego śmierci przy kolejnych remontach pojawiały się niespotykane – i w żadnym razie niezamierzone – zestawy kolorystyczne na ścianach i podłogach, a nawet na meblach.

Z malowideł na ścianach i podłodze nic nie zostało, a ja ich nawet nie pamiętam. Dawno nie ma misia. W restauracji na Dworcu równie dawno nie ma fresków Dziadka. W podziale spuścizny rodzinnej nie przypadł mi w udziale żaden jego porządny obraz. Nawet szkicowniki mnie ominęły. To co mam, to właściwie resztki i odpady. Pocztówki w tym wpisie nie są moje, znalazłam je na jakiejś stronie aukcyjnej (Dziękuję). Mam to:

dziadek2 dziadek1 Ale miałam misia i mam wspomnienia o Dziadku. To dużo. Jestem bardzo zadowolona.

Wiele jej prac błędnie przypisano mężowi

Wpis dedykuję Teresie Boguckiej

Amanzia-kotyText auch auf Deutsch (siehe unten).

Amanzia Ammirata Guérillot była włoską malarką, o której istnieniu dowiedziałam się, bo koleżanka z Facebooka zlinkowała się do jej obrazu na stronie iterArte Roma: Gatti che giocano con un vaso di pesci rossi, 1840-1850, Collezione privata.

Zajrzałam do Wikipedii i znalazłam wpisy o Amanzii po włosku i poniemiecku. Przeczytałam po niemiecku i mnie zamurowało. Wiele jej prac, pisze Wikipedia, błędnie przypisano mężowi.

Nóż feministycznego poczucia krzywdy otworzył mi się w kieszeni i już nie miałam wyjścia – musiałam przygotować ten wpis. Po polsku i po niemiecku. Korzystałam z Wikipedii, w której są wpisy tylko po niemiecku i po włosku. Po niemiecku wpis jest dłuższy.

Urodziła się 2 grudnia 1828 roku w Mediolanie, zmarła po roku 1886. Amanzia Ammirata Guérillot była włoską malarką, która malowała romantyczne widoki i martwe natury. Wiele jej prac błędnie przypisano mężowi, malarzowi Angelo Inganni (1807 – 1881). Był od niej o 33 lata starszy!

Urodziła się w rodzinie francuskiej, mieszkającej we Włoszech. Pierwszym jej nauczycielem malarstwa był ojciec, Nicola Guérillot. W roku 1845 opiekę nad młodą malarką przejął Angelo Inganni, który udzielał jej też lekcji malarstwa. Amanzia często mu pozowała. W roku 1847 debiutowała na wystawie w Accademia di Belle Arti di Brera, gdzie pokazano dwie jej weduty. W następnych latach wystawiała weduty, portrety, martwe natury, obrazy ze zwierzętami i kwiatami. Dużo wystawiała  w Medziolanie, m.in. w Galleria d’arte moderna. W latach 1853-1855 wykonała 14 stacji Męki Pańskiej dla kościoła parafialnego Ronco di Gussago. W roku 1856 (lub 1859) wyszła za mąż za Angela Inganni, którego pierwsza żona zmarła trzy lata wcześniej. Małżonkowie wyprowadzili się w okolice Brescii. Amanzia Guérillot i Ingannio często wspólnie pracowali. Malowali na przykład drewniane figury żołnierzy zdobiących odrzwia, manekiny dla pracowni krawieckich, bukiety kwiatów mocowanych na ramach luster, szkatułki i parawany. Gdy Ignannio zmarł, w roku 1887, Guérillot wyszła powtórnie za mąż za urzędnika sądowego Lodovico Antoniani, z którym wyprowadziła się do Padwy. O jej życiu i dziełach po tej dacie nic nie wiadomo. Nawet data jej śmierci nie jest pewna.

Geboren am 2. Dezember 1828 in Mailand, gestorben nach 1887 Amanzia Ammirata Guérillot war eine italienische Malerin, die vorwiegend romantische Veduten und Stillleben malte. Viele ihrer Werke wurden irrtümlich ihrem ersten Ehemann, dem Maler Angelo Inganni (1807 – 1881) zugeschrieben. Er war 33 Jahre älter als sie!

Angelo Inganni, Portrait of Amanzia Guérillot at the Mirror (1856)

Amanzia-portret2Sie wurde 1828 in Mailand als Mitglied einer Familie geboren, die ursprünglich aus Frankreich stammte. Ihren ersten Zeichenunterricht erhielt sie von ihrem Vater Nicola Guérillot. 1845 wurde der Maler Angelo Inganni ihr Vormund und Lehrer, sie stand ihm zudem häufig Modell. 1847 debütierte Guérillot mit einer Ausstellung in der Accademia di Belle Arti di Brera. Dort zeigte sie die zwei Veduten. Auch in den folgenden Jahren stellte sie Veduten, Porträts, Stillleben, Tier- und Blumenstücke aus. Viele ihrer Werke wurden in Mailand ausgestellt, unter anderem in der Galleria d’arte moderna. Von 1853 bis 1855 gestaltete sie 14 Kreuzwegstationen für die Pfarrkirche Ronco di Gussago. 1856 (oder 1859) heiratete sie Inganni, dessen erste Frau drei Jahre zuvor verstorben war. Nach der Hochzeit zog das Paar in die Nähe von Brescia. Guérillot arbeitete bis zu Ingannis Tod 1881 häufig mit ihm zusammen. So bemalten sie unter anderem gemeinsam Soldaten aus Holz für Türverkleidungen, Holz-Figurinen für ein Schneideratelier, Blumensträuße auf Spiegel, Dosen und Paravents. 1887 heiratete Guérillot in zweiter Ehe den Justizbeamten Lodovico Antoniani, mit dem sie nach Padova zog. Ihr weiteres Wirken und Todestag sind nicht bekannt.