Miasta dla minimalistów. Kopenhaga

Ewa Maria Slaska

Jestem zdania, że miasta należy zwiedzać kiedy indziej. Nie da się generalnie określić kiedy, ale kiedy indziej. Nie wtedy, gdy jadą tam wszyscy. Nie należy więc jeździć do Kassel w trakcie wystawy dOCUMENTA (czego się nie trzymałam), do Norymbergi w czasie adwentu i do Rzymu na intronizację papieża Polaka. Pojechałyśmy z Anią do Kopenhagi późną jesienią ubiegłego roku. Było szaro i zimno. Przez całe przedpołudnie lało. Na przystankach autobusowych leżały jabłka.

Gdy przyjedziesz do jakiegoś miasta poza sezonem, Tivoli będzie w remoncie, flamingi w zoo pochowają sią po kątach, w fontannach nie będzie wody, a rzeźby i rośliny zostały zapakowane w worki lub skrzynie. Ale za to zobaczysz miejsca, które w sezonie zasłonią ci tłumy i kolorowe atrakcje, na przykład den Kongelige Afstøbningssamling nad Öresundem czyli Królewskie zbiory odlewów gipsowych. Jestem pewna, że latem nigdy byśmy tam nie weszły. Weszłyśmy, bo było nam zimno. A to piękne muzeum, edukacyjne, jasne, takie muzea w całej Europie powstawały po to, by biedni mogli zobaczyć cuda sztuki i kultury, ale ekspozycyjnie nader nowoczesne.

Überrachy

Kolejne opowiadanie o paczkach, jakie dostawaliśmy w Polsce podczas stanu wojennego. Autor, Leszek Pękalski, słynny gdański fotografik, nie nadesłał go na konkurs, tylko  na moją prośbę napisał je teraz, zainspirowany tekstami naszych autorów.

Jesienią 1981 roku pojechałem na saksy do RFN. Najpierw przez miesiąc zbierałem winogrona w Rheinpfalzu, a potem wylądowałem we Frankfurcie nad Menem, gdzie moja przyjaciółka, niemiecka fotoreporterka Erika Sulzer-Kleinemeier, załatwiła mi pracę w biurze architektonicznym, w charakterze człowieka do wszystkiego. Sprzątałem piwnicę z zalegających tam gratów, grabiłem w ogrodzie liście na kompost, skuwałem tynki w mansardzie (przy okazji, w zapale, nieco ją nadmiernie zdemolowałem), kserowałem jakieś albumy, no, słowem wszystko. Dostałem pokoik dwa piętra nad biurem, które mieściło się w dużej kamienicy na Westendzie tudzież klucz do biura, żebym mógł korzystać z łazienki i robić sobie śniadania i kolacje. Lunche jadałem wspólnie z całym personelem biura przy dużym stole i muszę przyznać, że traktowany byłem – wtedy dla mnie zaskakujące – jak członek zespołu, a nie jak robol z zapóźnionego kraju.

Jeden z architektów siedzących przy tym stole zachowywał się zwykle dość głośno – ot tak mniej więcej, jak przeciętny Polak wyobraża sobie Prusaka: butny, arogancki, hałaśliwy, niezbyt sympatyczny, blondyn o czerwonej twarzy. Zdarzyło się któregoś wieczoru, że, gdy zszedłem do biura zrobić sobie kolację, ów Niemiec był tam jeszcze, widać kończył jakąś zaległą robotę. Dwóch mężczyzn w dużym, pustym biurze – zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że pochodzi ze Świebodzina, przed wojną Schwiebus. Mieszkał tam aż do 1947 roku, kiedy to całej rodzinie kazano się wynosić. Nie pojmuje, dlaczego, bo nigdy nikt z jego rodziny żadnemu Polakowi nie zrobił krzywdy. Wysłuchałem ze współczuciem, powiedziałem, że go rozumiem, bo mojej rodzinie też kazano się wynosić ze Lwowa, ale że on z kolei powinien zaakceptować fakt, iż po tym wszystkim, co zaszło między Polakami i Niemcami podczas ostatniej wojny, woleliśmy zostać we własnym domu sami. Pokiwał głową….

Miałem być w Niemczech do świąt Bożego Narodzenia, ale czułem się zmęczony, tęskniłem do rodziny. Wróciłem 4 grudnia. 13 zaczął się stan wojenny. Do dziś się zastanawiam, co bym był zrobił, gdyby zastało  mnie to we Frankfurcie – pewnie nie byłbym tu, gdzie teraz jestem, ale to już inna historia…

Gdzieś na początku stycznia dostaliśmy paczkę z RFN – „Absender” Winfried Gladis, Braunfels. W środku żywność, jakiś proszek do prania, kosmetyki… Kto to u diabła jest Winfried Gladis?! Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że to ów „Prusak”, z którym raz rozmawiałem późnym wieczorem w pustym biurze we Frankfurcie. Skąd wziął mój adres? Pewnie zostawiłem w biurze, albo skontaktował się z Eriką…

Potem zaczęły przychodzić dalsze paczki – mniej więcej co dwa tygodnie. Czasem żywność, czasem „Haushaltsmittel”, kiedy indziej odzież dziecięca. Widać skądś wiedział, że mamy dwójkę dzieci, wtedy sześciolatka-chłopca i roczną dziewczynkę. Ciuszki były używane, ale w bardzo dobrym stanie i nieskazitelnie czyste. Zawsze też było wśród nich coś zupełnie nowego, prosto ze sklepu i jakieś drobne zabawki dla dzieci. Rozpakowywanie tych przesyłek było świętem, szczególnie dzieci asystowały przy tym pełne emocji. Największym powodzeniem cieszyły się, jak to one nazywały, „überrachy” (Überraschung), czekoladowe jajka z niespodzianką w środku – małą, plastikową zabawką do składania. Dziś można to kupić w każdym nieomal sklepie, wtedy był to ewenement – no i powiew szerokiego świata…

Chcąc się jakoś zrewanżować za te wszystkie dobra, napisałem do Winfrieda, czy jest może coś, w czym mógłbym mu być pożyteczny lub czym mógłbym mu sprawić przyjemność. Odpowiedział, że chętnie przyjąłby jakieś foldery turystyczne lub inne wydawnictwa dotyczące jego „Schwiebus”. Wątpiąc, czy coś takiego w ogóle znajdę, wolałem spakować się – i wybrałem w podróż. Chodziłem po tym Świebodzinie przez bodaj trzy dni i fotografowałem wszystko, co wydało mi się godne uwagi, przede wszystkim oczywiście to, co pamiętało czasy niemieckie. Jako rzetelny dokumentalista uwieczniłem na zdjęciach i to, co piękne, i to, co nie bardzo – m.in. totalnie zdewastowane poniemieckie cmentarze i ogólnie dość smętny, typowo PRL-owski obraz prowincjonalnego miasteczka. Wróciłem do domu, wywołałem materiał, zrobiłem porządne powiększenia, oddałem introligatorowi do oprawy i wysłałem. Poniewczasie sądzę, że chyba jednak trochę przesadziłem z tym uczciwym obrazem, bo odzew nie był nadmiernie entuzjastyczny – chyba zgoła żaden… No, ale zrobiłem, co było w mojej mocy.

Paczki stopniowo przychodziły coraz rzadziej, ale zawsze piękne i przemyślane – jak się potem okazało, stała za tym żona Winfrieda, Ute. W 1987 roku udało mi się wreszcie wybrać do Niemiec, do mojego brata, który od lata 1981 roku mieszka w Hanowerze. Postanowiliśmy pojechać do Braunfels i rzeczywiście spędziliśmy tam, goszczeni po królewsku, dwa bardzo miłe dni. Ogólnie ciepłej atmosfery nie zepsuł mi nawet fakt, ze w pokoju pana domu wisiała na ścianie wielka mapa Niemiec… z granicami z 1938 roku. No, ja też lubię sobie wyobrażać, że Lwów jest znowu polski, choć absolutnie nie myślę go szablą odbierać…

Potem byłem tam jeszcze raz, a później kontakt się urwał. Stale sobie obiecuję, że napiszę albo zadzwonię, a czas ucieka. Może kiedyś…

Die Schönheit der Blinden

zaproszenie2 Karsten Hein
Modenschau und Ausstellung

Hände tasten über einen schimmernden Stoff, dann über einen flauschigen, dann über feine und glatte und grobe und rauhe; staunende und konzentrierte Gesichter, rätselhafte Blicke.
Fotografien einer Modenschau von Blinden für Blinde. Blinde Models und ein blindes Publikum, eine Modenschau zum Anfassen.

Ausgangssituation

Es gibt heute viele selbstbewußte Blinde, die im Berufsleben stehen und eine Rolle in der Gesellschaft spielen, denen es wichtig ist, dem allgemeinen Bild der Blinden eine selbstbewußte Wendung zu geben. Die Welt der Blinden ist anders als die der Sehenden – sie ist nicht per se schlechter, geschweige denn bemitleidenswert.
Unser Projekt zielt auf ein postives Bild von Blindheit – die Schönheit der Blinden.

zaproszenie2str2Die Modenschau

Zur gleichen Zeit, als ich vor drei Jahren Blinde für meine Fotografie entdeckte, taten sich mehrere blinde Frauen zusammen, um in zwei Büchern über das Thema „Blindheit und Schönheit“ zu reflektieren und aus ihrer Perspektive über ihre Wahrnehmung des Gesehenwerdens, über ihr Bedürfnis nach Wahrgenommensein zu schreiben.

Gemeinsam möchten wir dieses Projekt realisieren.

Veranstaltungsort wird die Aula des BfW Halle sein. Die Kleider werden von drei bis vier Modedesignern stammen, teilweise von Modestudenten der Kunsthochschule Halle.
Besonders wichtig ist die Vielfalt der Oberflächenstruktur der benutzten Stoffe und sonstigen Materialien; dessen was die Blinden mit ihren Händen “sehen” können.

Die Bilder

Die Veranstaltung wird nicht vor sehendem Publikum stattfinden. Sie wird nur in Gestalt ihrer fotografischen Dokumentation, in einer Ausstellung und einer Website und ggfs einem Katalog veröffentlicht werden.

Die Fotografien bieten sozusagen einen Blick in eine geschlossene Gesellschaft: Blinde haben etwas, das Ihr Sehenden nicht habt! Die Blinden sind schön und ihre Welt, in die die tastenden Hände hineinführen, ist es ebenfalls.

Meine Entdeckung beim Fotografieren war, daß viele Blinde sich nicht nur sehr gut fotografieren lassen, sondern unter den richtigen Voraussetzungen dabei sogar zu ganz besonderem Ausdruck fähig sind. Ich muß nur mein Vorgehen ein wenig anpassen. Das Fotografieren mit Blinden ist ein langes ruhiges Gespräch, untermalt von sporadischem Klicken. Dies vorausgesetzt läßt sich bei manchen Blinden ein reinerer Ausdruck, eine unverstelltere Mimik finden als bei vielen Sehenden.

Fast ebenso wichtig wie die Gesichter sind bei unserem Projekt die Hände der Abgebildeten.

Ohnehin sind Hände ein wertvoller Bestandteil bei Portraits, da sie viel über den Portraitierten erzählen. Zudem können sie Bildern sowohl Intimität als auch Dynamik verleihen. Jede Handbewegung zum Körper hin ist ein Zeigen – es schafft Beziehungen.

Das gilt umso mehr für die Hände von Blinden beim Tasten. Wenn Blinde etwas ertasten, sieht es ganz anders aus, als wenn Sehende das versuchen.

Eben als ob – was ja der Fall ist – jede ihrer Bewegungen einen Sinn hätte. Es wirkt auch viel eleganter als die Bewegungen Sehender, gerade auch auf Fotos.

Damit die tastenden Hände in der Ausstellung sozusagen ein Ziel haben, werden die Kleider mit Texten in Punktschrift versehen sein. Wir haben eine Kunststickerin gefunden, die die unseres Wissens erste Technik entwickelt hat, mit der Kleidung wirklich gut tastbar mit Punktschrift bestickt werden kann. (Das könnte übrigens auch einen praktischen Nutzen haben: Man könnte damit zB die Farbe des Kleidungsstücks und die Waschanweisungen auf den Saum sticken.)

Die Ausstellung

In der Ausstellung werden dann parallel zu den Bildern die Erlebnisberichte und Reflexionen der Blinden hörbar gemacht. Die Models und die Besucher werden aus ihrer Perspektive die Veranstaltung und die Kleider beschreiben.

Die Texte und einige O-Töne werden aufgenommen werden, so daß sie in der Ausstellung auf verschiedene Weise wiedergegeben werden können. Teils zum Hören, teils auf Tafeln gedruckt, in Punkt- und in “Schwarz”-Schrift.

Für blinde Ausstellungsbesucher wiederum werden die Fotos von unseren Bildbeschreibern  beschrieben. Auf diesem Feld haben wir durch unseren Bildbeschreibungsblog „Bilder für die Blinden“ bereits Erfahrung. Es ist übrigens das erste Projekt seiner Art und kommt in der Blindenszene sehr gut an. Gegründet habe ich den Blog als Grundlage für meine Arbeit mit blinden Darstellern, um mich mit ihnen über unsere gemeinsame Arbeit austauschen zu können.

GMO

Redakcja

24 lutego wzięłam udział w spotkaniu berlińskiej Polonii z przedstawicielami Konsulatu Generalnego RP w Berlinie. Podczas zebrania uczestnicy podpisali i przekazali Konsulowi Generalnemu list protestacyjny w sprawie GMO. List przedłożyła zebranym Anna Kuśmierska, akcję wspiera Jadwiga Łopata – pierwsza Polka, która otrzymała (w roku 2002) nagrodę Goldmanów czyli tzw. ekologicznego Nobla, aktywistka, zaangażowana w działania na rzecz zachowania wartości kulturowych i przyrodniczych polskiej wsi oraz promocję rolnictwa ekologicznego oraz agroturystyki.

Dr Jerzy Margański
Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej
Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej
w Republice Federalnej Niemiec
Lassenstraße 19
14193 Berlin

My, obywatele polscy, którzy z różnych powodów zamieszkują na terenie Niemiec, mając nadzieję powrócić do naszego kraju, protestujemy i wyrażamy wielkie obawy w związku z obecnie proponowaną wyprzedażą polskich ziem rolnych międzynarodowym korporacjom. Ziemie te następnie będą udostępniane dla upraw roślin GMO w „specjalnie wyznaczonych strefach“. Doprowadzi to do zniszczenia gospodarstw rodzinnych i do rozprzestrzeniania się wielkoobszarowych monokultur niszczących różnorodność  biologiczną, a w konsekwencji do zniszczenia naturalnego środowiska człowieka
Nie chcemy sałaty  z genami szczura ani ryby z ludzkimi genami!!!
Nie chcemy modyfikowanych ziemniaków, kukurydzy i innych  takich produktów!!!
Nie chcemy amerykańskiego mięsa i przetworów nafaszerowanych hormonami, chemią i przetworzonych genetycznie!    

Jak Panu wiadomo, w tej chwili mają miejsce protesty rolników przeciwko „prywatyzacji i eksploatacji“ polskiej wsi i obecnie staje się to sprawą ogólnonarodową.

W naszej akcji wspierają nas obywatele Niemiec, którzy regularnie odwiedzają Polskę i szczególnie cenią piękno jej wsi  oraz wspaniałą tradycyjną żywność. Razem oczekujemy od Pana interwencji w tej sprawie i wywarcia nacisku na rząd polski, aby uznał zasadność protestu rolników, podejmując działanie, aby ich niżej wymienione postulaty zostały wzięte pod uwagę:

– Powstrzymanie wysprzedaży polskiej ziemi rolnej międzynarodowym korporacjom.

– Wprowadzenie ustawowego zakazu upraw i handlu roślinami GMO na polskiej ziemi.

– Zlikwidowanie uciążliwych przepisów blokujących i zakazujących sprzedażny w miejscowych sklepach produktów wytworzonych w  gospodarstwie.

Oczekujemy również zapoznania polskiej opinii publicznej ze strasznymi skutkami upraw GMO, które ponoszą mieszkańcy krajów, w których już od wielu lat  prowadzona jest uprawa GMO, takich jak Argentyna , Brazylia, Indie, w których to krajach na skutek zwielokrotnionych oprysków upraw GMO środkiem owadobójczym RAUNDAP z zawartością GLIFOSATU doszło do  zatrucia miejscowej ludności, zniekształceń płodu, zmian DNA. Prowadzone są celowe opryski całych wiosek, co zmusza miejscowych rolników do opuszczenia ziem, które od stuleci były w ich posiadaniu.  Doprowadzono do samobójstw tysięcy ludzi.

Badania niezależnych naukowców  potwierdzają zagrożenie na różnych płaszczyznach,  wynikające z wprowadzenia GMO.
Ostrzegamy przed ignorancją i lekceważeniem naszych ostrzeżeń.

Taka perspektywę przygotowuje nam rząd  polski?

Jako przedstawiciele Polaków mieszkających w Niemczech, prosimy Pana również o spotkanie z nami i bezzwłoczne  omówienie tych pilnych spraw.

Z poważaniem

Jeśli też chcesz podpisać ten list, wydrukuj go, podpisz i wyślij na adres:
LUIS LEITNER
SCHILLERPROMENADE 32
12047 BERLIN

Brueghel

Dorota Cygan przysłała zdjęcie z okna. Aktualne, bo w Berlinie pada cichy drobny śnieg. Oczywiście skojarzyło się jej z Brueghelem.

BRUEGHEL
Dorota widzi ten park z okna, ja tam czasem chodzę na spacer z Antosiem. To takie miejsce, gdzie czarne chłopaki z Azji i z Afryki, jak pisze Dorota, “uprawiają cichą spokojną dealerkę pod okiem policji, która przejeżdża tamtędy raz dziennie”, a ja dodam, że wtedy, gdy jesteśmy tam my. Antoś zamiata kijem zamarznięty staw i pyta, dlaczego policja jeździ po parku? Antoś ma trzy lata i wie już bardzo dużo, ale jeszcze nie wszystko.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/e/ed/Pieter_Bruegel_d._%C3%84._106b.jpg

Pieter Brueghel Starszy, z cyklu Miesiące, Styczeń, Myśliwi na śniegu,1565, Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. Wikipedia Commons, fotograf nieznany.

Okno – Wnętrze – Ściana

Lidia Głuchowska

Jarosław Łukasik “Okno – Wnętrze – Ściana” / “Fenster – Raum – Wand”

Staniszów d. Stonsdorf
Lidia Głuchowska przesłała tekst laudatio znakomitej retrospektywnej wystawy poznańskiego malarza Jarosława Łukasika, który inauguruje cykl ekspozycji „Barometr: Sztuka – Architektura – Społeczeństwo” w dolnośląskim Staniszowie (dawniej Stonsdorf) pod Jelenią Górą

http://www.forumstaniszow.pl/news/261/

http://www.forumstaniszow.pl/artist/77/

>> Übersetzung ins Deutsche: LukasikLaudatioDE

3_Nun, alles vorbei, Oel auf Leinwand, 2009, 140 x 90

Po wszystkim / Nun ist alles vorbei, olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2009

2006, Wspomnienie Wroblewskiegoolej na plotnie, 90x55cm

Wspomnienie Wróblewskiego /Hommage an Wróblewski, olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2009, własność / Eigentum: Lidia Głuchowska

2011 Judyta i Holofernes 2in1, olej na ploltnie, 90x145cm

Judyta i Holofernes. Dwa w jednym & Judith und Holofernes. 2 in 1. olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2011

jarek wenus zielonogorska 2011

Wenus zielonogórska / Venus aus Zielona Góra (Grünberg),  olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2011

jarek konajacy Slowianin 2011

Konający Słowianin / Sterbender Slawe, olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2011

Lidia Głuchowska

Tytuł najnowszej wystawy malarstwa Jarosława Łukasika jest próbą syntezy jego metody twórczej realizowanej w pracach z ostatnich siedmiu lat. Sekwencja pojęć „Okno – Wnętrze – Ściana” odnosi się tak do wizualnej, jak i mentalnej dominanty jego prac. Po pierwsze sygnalizuje ona – w  sensie kompozycyjnym – znaczenie nieortodoksyjne stosowanej przez artystę perspektywy geometrycznej, od czasów renesansu tworzącej złudzenie głębi na płaszczyznie, intencjonalnie zapraszającej widza do wnętrza wykreowanych na płótnie sytuacji. Tytuł „Okno – Wnętrze – Ściana” pozwala więc wyobrazić sobie umowne, zbieżne linie po akademicku komponowanych obrazów, w różny sposób modyfikowane w prezentowanych tu eksperymentach twórczych. Po drugie – w sensie mentalnym – przywołane w tytule okno jest synonimem wolności, wnętrze zaś – bezpieczeństwa bądź osaczenia, i wreszcie ściana – sytuacji bez wyjścia. W obu tych znaczeniach triada pojęć „Okno – Wnętrze – Ściana” wyznacza horyzont interpretacyjny dokonań malarza, który potencjał twórczy łączy ze świadomością krytyka sztuki. Dotychczas prace swe prezentował na kilkunastu wystawach indywidualnych w Polsce i w Niemczech.

Jak wyznaje sam autor, malarstwo jest jego nałogiem – remedium na smutek i pustkę współczesnej egzystencji. „Jako uzależniony – twierdzi – nie potrafię inaczej myśleć o swoim życiu jak tylko poprzez kadry następnych obrazów.”  Jego żmudny, refleksyjny proces koncepcyjny kończy więc nagła, kompulsywna eksplozja malarskich wizji i erupcja optymistycznych barw. Jak Opus quinque dierum Dürera – jedna z renesansowych fascynacji autora – obrazy te dokumentują przełamywanie ograniczeń tworzywa. Ich nieco lunatyczna aura i nokturnowe odrealnienie nie są bynajmniej przypadkiem. Powstają one bowiem w nocy, jak ekran filtrując koturnowe uniesienia i emocje. Stąd i kontur rzeczywistości rozmyty przez sztuczne światło znikąd wskazujące na drugie dno trywialnych sytuacji.

Na pozór panuje tu poetyka dokumentacji, autor stroni jednak od arbitralnych rozstrzygnięć, traktując uwieczniane fakty (czy imaginacje) z przymrużeniem oka. Jest to więc dokument filtrowany przez krytyczne refleksje i finezyjne rozstrzygnięcia formalne, bliższy surrealistycznej niż hiperrealistycznej, parafotograficznej wizji. To polemika z voyeurystycznym duchem postnowoczesności, niwelującej intymność i bezpośredniość doznań, w której wszystko trzeba utrwalić i podejrzeć w internecie.

Jako przyklad niech posłużą tu obrazy z prezentowanego na wystawie częściowo cyklu o przewrotnym tytule „Obrazy nieostatnie”, ukazujące – na wpół żartobliwie, na wpół autoironicznie – do bólu rzeczowy katalog potencjalnych form rozważanych przez artystę form samozagłady. Wspomnę tu tylko trzy prace, przykładowo ilustrujące poetykę zgrzytu i czarny humor twórcy: – wanna krwi ukazana „Po wszystkim” (2008), zielonym cieniem odgrodzona od oswojonego świata, „Autoportret pośmiertny” (2008) – ciemna rozlana plama o amebowatym kształcie – i – „przytulne” różowe(!) kapcie w pomieszczeniu żółtym jak pokój van Gogha na moment przed tym, jak zagarnął go obłęd. I wreszcie – stryczek, cień wisielca w pośmiertnych drgawkach i pomarańczowe siedzisko stołka – oglądany zza węgła kadr filmu – „Po zeskoku taboret się przewrócił” (2008).

Te z pozoru chłodne i hermetyczne, obrazy określa coincidentia oppositiorum dysonans intelektualnej dyscypliny i liryzmu, oszczędnych w walor, matowych płaszczyzn i fluorescencyjnie połyskujących detali, zwartej kompozycji i rozległych przestrzeni, budowanych na kontraście geometrycznych plam i niespodziewanych w tym kontekście organicznych form – jakby z innego ontologicznie porządku.

Milczące płótna ewokują narrację. Zaskakującą ich cechą jest to, iż nawet gdy rozległe, jednobarwne tło stanowi większość kompozycji, nigdy nie jest głuche. Geometrię rodem z klasycznej awangardy przełamuje pobrzmiewający w tle niepokój i aura magicznego realizmu, filtrowana przez osobiste doświadczenia malarza oraz kilka dziesięcioleci krytycznej i autokrytycznej refleksji innych twórców drugiej połowy XX wieku.

Przestrzeń definiują przedmioty magiczne – lewitujący stół („Stół dla państwa Hopperów”, (2006), „Podniesienie”, 2007/2011)  – substytut nieosiagalnej domowości, i kapcie –„ciepłochody” – na czarodziejskim dywanie ulatujące do krainy wiecznych spełnień („Mały dywanik”, 2008). Mała apokalipsa i mała stabilizacja.

Dominuje atmosfera oczekiwania – napięcia – stagnacji (?), Chiricowski niemal niepokój – choć obrazy te nie ukazują bezkresnych przestrzeni antycznych miast i mitologicznego rekwizytorium, lecz kameralne niemal wnętrza czy ustronne zaułki – kulisy ledwo minionego czy spodziewanego dramatu. Krzesła agresywnie napierające na siebie i widza – ich krwista czerwień przecinająca poszarzały błękit – („Wspomnienie Wróblewskiego”, 2006), przywołują na myśl niezastygłe konflikty, czas nie do cofniecia. Aktorzy opuścili scenę, a może dopiero się pojawią. Pozorny dystans i bezosobowość narracji nie pozwalają wyśledzić tych, których dotyczy ona bezpośrednio. Anonimowy komunikat apeluje jednak do widza, przenikając tyleż zamkniętą co niedookreśloną przestrzeń.

To bezludne i – w swym zdystansowanym okrucieństwie niekiedy nieludzkie – obszary. Niemalże brak tu twarzy. Rzadko jedynie bezgłowe torsa rodem z katastroficznych wizji dwudziestolecia, czy odzianych w zjadliwie pogodną barwę „Rostrzelań” Wróblewskiego dokumentują skarlenie wielkich mitów historii, zatęchły frazes z życia prowincji. „Konający Słowianin” (2011), poległy na chodniku, tuż przed reanimacją na izbie wytrzeźwień – to zdegradowany bohater, parodia narodowej martyrologii. Znakomicie rzeźbiarska, dostojna „Wenus Zielonogórska” en grisaille – parodia Nike z Samotraki – i jej groteskowy pendant –„Adonis Poznański” (oba 2011) w polarze – obnażają zaś farsę pomników „ku czci”, prowincjonalny zmierzch bogów. W tytule „Judyta i Holofernes. Dwa w jednym” (2011) tradycja kultury wysokiej i marketingowy slogan sąsiadują ze sobą w wiwisekcji współczesności. Ta dekapitacja à la Carravaggio ma „feministyczne” dno. Wskazuje na stereotypy walki płci, i spetryfikowane wizje ról społecznych, z binarnym podziałem – intelekt (męski) / (żeński) seks-apealu –„bezmyslność”, materia. Judyta – intelektualistka – ucieleśnia wewnętrznego wroga. Jej obcięta głową obok ponętnego ciała, przygląda mu się z ironią, męskim spojrzeniem „innego“. Niemożność zespolenia obu ról skutkuje autodestrukcją.

Wszędzie tu jednak dominuje niedopowiedzenie, amor vacui i magiczny realizm à la Giorgio Morandi czy Wilhelm Hammevsvøj. Oniryczna atmosfera wypełnia przestrzeń tej przedziwnie uwodzicielskiej ekspozycji.

Głębię modeluje tu nie światłocień lecz kolor. Światło, barwa i baśniowa aura na podszewce z codzienności mają moc narkotyczną. Odurzają, wciągając do intelektualnej i estetycznej gry. Stąd perspektywa jest arbitralna i anty-naukowa, o krok dalej niż w dziełach manierystów i profetów antysztuki rodem z awangardy. Wewnętrzny impuls góruje zatem nad regułą costruzzione leggitima Albertiego, a intuicja nad matematycznym wykresem i werystycznym odwzorowaniem zjawisk. Rozproszone światło konotuje emocje, rozbijając linearny schemat „Okno – Wnętrze – Ściana”  – kontur materialnego konkretu, zapraszajac do mentalnej podróży, ewokowanej przez jej ekwiwalenty – „Perspektywę barową”, „Ołtarz hotelowy” i… „Ostatni tramwaj” (2011).

Monidło

Renata Borowczak-Nasseri niedługo będzie dla nas regularnie pisała. O…? Się okaże! A na razie zapraszamy do obejrzenia jej filmu pt. “Monidło”. To niemy film sprzed kilku lat, trwa 5 minut. Piękny!

Renata Borowczak-Nasseri wird bald für uns regelmässig schreiben. Worüber? Wird sich zeigen. Heute, als Vorgeschmack, ihr Film “Monidlo” – gemacht vor ein paar Jahren; ein Stummfilm; dauert 5 Minuten. Schön!

Dear Mr Murakami

Ewa Maria Slaska

Dear Mr Murakami,
this letter is a novel written at the beginning of the New Chinese Year 2009.

Dear Mr Murakami,
just for you to know: You were born January 12, 1949. (Many happy returns!) I was born 9 months later, on 2nd September. I am a cow and you are a rat. Your year finished shortly after your birthday. Now it is my year. The Year of a Cow. La vache qui rit. It began on January, 26th.

We are both writer. You the famous one, me not. I am a Polish writer living in Germany, you  a Japanese one  once living in USA.

Last week I decide, I have to write a letter to you. You will see, why. I will send it to your publishing house in Köln and they will send it to you. It is very nice of them and I am grateful they are ready to do it.

This letter is a long story with some other stories inside, Mr Murakami, so be prepared.

With many many greetings
Yours sincerely
Ewa Maria Slaska

PS. Berlin, 21st February 2013

Either Dumont did not send my letter to Murakami or he just did not answer. Both is possible. Meanwhile the Polish magazine “Odra” published that “letter” in Polish.

Writing a letter to Haruki Murakami

Reading Blind Willow, Sleeping Woman 1

Dear Mr Murakami, I begin with a quotation of your own text “Chance Traveller” as it was published in Harpers. You, Haruki Murakami, are speaking to us as the narrator staying before the curtain, delivering prologue.

“The reason I´ve turned up here is I thought it best to relate directly several so-called strange events that have happened to me. Actually, events of this kind happen quite often. Some of them are significant and have affected my life in one way or another. Others are insignificant incidents that have no impact at all. At least I think so.
Whenever I bring up these incidents, say, in a group discussion, I never get much of reaction. Most people just make some noncommittal comment, and it never goes anywhere. It never jumpstarts the conversation, never spurs someone else to bring up something similar that´s happened to him. The topic is like so much water flowing down the wrong channel and being sucked up in a nameless stretch of sand. No one says anything for a while, then invariably someone changes the subject.
At first I thought I was telling the story wrong, so one time I tried writing it down as an essay. I figured if I did that maybe people would take it more seriously. But no one seemed to believe what I have written. “You´ve made it all up, right?” I don´t know how many times I´ve heard that. Because I´m a novelist, people assume that anything I say or write must have a touch of make-believe. Granted, my fiction contains more than its share of invention, but when I´m not writing fiction I don´t go out of my way to make up meaningless stories.”

So, Mr Murakami, I believe you, I take up, what you have said, it jumpstarts the conversation (one-sided, well, but it doesn´t matter), it spurs me to bring up something similar, that´s happened to me or to somebody I know very well. Vous l´avez voulu, George Dandin.

Reading A Wild Sheep Chase

At the beginning there was a novel A Wild Sheep Chase. Your first novel I’ve red. Reading in a tube. Absolutely inside this book suddenly I looked up and saw a young man sitting opposite to me reading the same novel. At the same time he also looked at me. We didn’t spoke to each other. We only noticed the merely fact. Nothing important.

Your books are good. But you know it. For me they are more. They do things. In me and around. Supposedly you know it too.

They meet in a tube. Read in German. Doesn’t matter. I red your books in German, English and Polish.

Reading The Wind-Up Bird Chronicle

It happened on 1st April last year. A fool day. But you know it. I think you know the all details about the European culture better than most of us.

It happened to me (to me?) on 1st April. One week before I borrowed your novel The Wind-Up Bird Chronicle from my nephew. I already read it almost to the end, but as there were only few pages left, I fall asleep (it was because of the spring time change, which make me always falling out of sleep balance). After an hour I waked up and started to read further. I read already a scene in a hotel. Toru Okada, the main person, is in hotel, where he probably meets his lost wife. He is not sure, he never saw this person in hotel. It was always dark as he was there. If he was there at all. Now he is in that hotel and there is a light in, but in that very moment, he will see that woman, the light suddenly switched off. As I read it, a lamp in my room switched off too. I thought it was a bulb, but no, it was not a bulb, all lights in my flat were off. I went to check the security plugs, but, halas, no, they were also ok. So I knew I have to check also the entire house security. I went out of my flat. The neighbours were already in the hall, they said, the main security plug is fully ok. We went out. The whole street was without light. I went back home, made a candle light and read your book to the end. Then Martha, a young woman renting a room in my flat, came back from the university. We didn’t want to sit in a dark flat, not even being able to make tea (we have only an electrical stove and / or cooking machine), so we went to the walk. We found a lot of people doing the same, so the streets were really crowdy.  Everybody spoke about the light being out of operation. Strange, but people were not nervous. They were rather jolly and friendly to each other. It was almost like Sylvester or carnival. Everybody said, it was funny, while there were some streets with light and other ones without. Nobody understood why. On the Bergmannstrasse, the main street in our part of the town, which was dark, we saw the ambulance car of electricity service. It had flashing orange warning lights. We went to it, wanting to ask the security men, whether they know, our street, which is quite far away, is also without light. But the car was dark inside and there was nobody to ask. We stood there a while looking at the orange bulbs. Do something, said Martha and in that very moment the light revived in the whole street. People shouted “hurray!” and it was even better than Sylvester. Hallelujah!

Mr Murakami, you switched the light off in the whole district, but Martha and me repaired it, just looking at the service car. Here you are!

So, you see, Mr Murakami, it is like that with you and me in Berlin.

Reading Blind Willow, Sleeping Woman 2

Eight months are gone. Now it is January 2009. I am reading Blind Willow, Sleeping Woman. In Polish. By “The Seventh Man” I asked myself, what I will tell being in such an imaginary situation as in that story. We are sitting in a room, everybody is telling about something strange, what had happened to him. Or to her.  It is a similar situation in “Crabs”. Or even better. The story teller was telling you and only you his story. He had your full attention only for what he was saying. Whatever. If I have a chance of telling you the story, what will I say you?

Next day I went to visit my friend, Anna. She was ill, lying in bed, wanting something, not really knowing what. Shall we see a film together? No, I answered, I have no time. I have to go soon. So tell me the story. She said I shall tell her a story.

They were many stories. They had to be. First about you. Than about us. And than the proper story. The story for you. My friend Anna is a reader but she read just another books. So I had to tell her about you. I gave her a short explanation. You are a very good Japanese writer, who’s books we used to read since years. “We” means my son, my nephew and me. My son gave me the first book of you to read. A Wild Sheep Chase. Then I started to buy your books for him. Kafka on the Shore for example. As you already know, last year I borrowed The Wind-Up Bird Chronicle from my nephew and as Christmas gift last year he gave me the Blind Willow, Sleeping Woman. Well, I tell her, you write strange stories, but no fantasy. They are neither magicians nor witches in your books, no magical utensils and not a trace of parapsychology. But they are strange.

Mister Murakami, please believe me that I did not read yet your novel “Chance Traveller”. That I first read a day after and it is why I write that letter. In “Chance Traveller” you spoke exactly about those matters I told my friend a day before. Whatever. So, I said, since yesterday I am thinking about the stories I could tell Murakami being a sort of “The Seventh Man”. Of course, I could tell her the story about electricity crash and The Wind-Up Bird Chronicle, or even about meeting a man in a tube, reading A Wild Sheep Chase. But they are not that sort of stories. They are good, no question, but they are stories about you. Not for you.

For you I found another stories. One of them I told my friend Anna. It is about normality. It is a long story. Another ones are short and I begin with them, just for having it done.

Keukenhof

Some years ago I went to Holland for a short trip. Some sightseeing, some meetings with friends and a visit in Mauritshuis in Den Haag (The Hague) to see a gorgeous exhibition of Jan Vermeer van Delft. I used to travel all around the world to see his pictures. He is my best painter as you are my best writer, taking this place as third, because Marcel Proust and than Gabriel Garcia Marquez possessed this place before you. On the last day I went to Keukenhof. It was spring, a proper time to visit the park there. The park people write on their homepage: “Nowhere else in the world are the flowers and colours of the spring as glorious as at Keukenhof. You get the opportunity to see millions of bulbs in flower, fantastic flower shows and the largest sculpture park in the Netherlands and is the most photographed place in the world. Enjoy the spring!” Truly it is impressively, how many flowers they show. Tulips, irises, daffodils, crocuses, narcissus. In thousands. But not lily of the valley! I was sure I am wrong. There must be also the lily of the valley. Somewhere. It was as being Gerda in that Andersen story of Snow Queen, wandering through the witch garden and looking for roses and finding not a one. I went systematically through the whole park of Keukenhof, path for path, looking right, looking left. Nothing. Tulips, irises, daffodils, crocuses, narcissus.  Even first roses. Amaryllis. Tulips, irises, daffodils, crocuses, narcissus. And no one lily of the valley! I went fully resigned out of the park into the economic part of it, hidden behind a tiny little forest. Nobody erred there. The trees were still dark, sheetless, greenless. That colourful park was prepared for the tourists making photos, the real nature was not so photogenic. But there I found my lilies of the valley. They were pale, weak and thin. Nobody cared about them, they were not for show. They were only for me.

Well, the question is, did I made them or did I found them? You shall be sure, I wanted to find them, so it happened like I wanted. I am rather not so sure.

Kreuzberg

Writing about tourists making photos one think immediately about Japanese. Sorry, but it is like that. I mean in Europe it is like that. Japanese tourists making photos are proverbial. I am living in Kreuzberg. It is a famous part of Berlin. No, it is not. It used to be. In 80 an alternative way of life was invented and practiced there. You could find every sort of strange people in Kreuzberg, punks and old hippies, lesbians and gays, pacifists, softies, vegetarians and vegans, and even florans, if you know, what I mean,  foreigners, artists without success, singles, not married couples, mothers with illegitimately children, preferably coloured, looser, being proud of being a looser, junkies and unemployed, you see, every sort of opponents of  normal social structures including clothes and hair style were to meet in Kreuzberg.

Now almost 30 years later we are not so wild, we became more calmly and are not so in fashion as we used to be, but it is still nice to live here. We have two big public parks in Kreuzberg, one with a high hill, one of the highest in Berlin. We call it mountain! 66 meter! On the top of it there is a monument erected in 19 century for a German victory against France. It is why it is called Victoria Park. Belonging to the „mountain“ and to the monument there is also an artificial waterfall of 24 meter height.

I am living in a street leading directly to waterfall. It makes me always happy even thinking about it. I am really happy living to the foot of a mountain with a waterfall. In winter there is no water in waterfall. They close the water for a cold half of the year, mostly on the 1st of November and open it again in April. But there are some years there is no water in a waterfall even in a warm half of a year. It is because of money. Yes, it costs money, to keep the water running in waterfall. But even then sometimes the waterfall would be open again for some days or weeks and you can never tell why or when. It takes a bit of my happiness away if in summer there is no water running in Victoria waterfall. If so, getting out I always use to look to the waterfall to check, let say, the water situation.

It was a sunny summer work day. Let say Tuesday. Nothing special on that day. Just Tuesday. I went shopping and a short look to the waterfall said me snafu, situation as usually, no water. Half an hour later coming back home suddenly I saw water glistening in the sun. They let the water flow! Hallelujah!! I run into my flat, let my bags lay, took sun glasses, book and cigarettes and run to the waterfall. I was one of the first there but soon there were many people at the waterfall. Mothers with Kids, old couples, some vagabonds, young women wearing glasses, all with books in their hands. A Turk family. We were quite a party. All of us sitting on the benches or stones or just staying on a small bridge, looking eagerly to the troubled water. I thought, it was like a Miracolo a Milano, everybody coming out to see sunshine, or maybe like in Japan, when thousands are going to see the plum trees in blossom. And the Word became Flesh. After half an hour three Japanese, two young women and one boy, came to the bridge and made photos. They posted themselves with water in a fond, separately and all together, making all sorts of obligatory photos to the topic “Me and a waterfall in Berlin”.

Why did they come? There was not such a question by all the others. They were like me, people living in the neighbourhood, looking every day to the waterfall, checking almost automatically, whether there is water or not. But how did that Japanese get the new? No idea. But they did. They did, they come, they made photos and went. We stay somewhat longer, but it was not the same. Something was gone. So we went too. Taken away as a photo the miracle was over as soon as it happened.

Normality

It is a true story. Because one person who is concerned in this story is still alive, I feel obliged to change some details, even if the chance she read these lines is rather small.

I was growing up in a strange family of artists and voyagers. My mother was a painter, my father musician and seaman. The friends of them, mostly ten or more years younger then they both, were also artists, art students, or at least interested in film, music, poetry, paintings and all that jazz. Of course also jazz. With the exception of my mother they all were also interested in exploring the world. Alpinists, sailors. Overwhelming the elements. Strong men and interesting women trying to keep a pace. In this group of maybe ten or fifteen people the most important was K. He was older than the rest of them, just slightly younger then my parents. He was the first who came. The rest, they all came to us because of his recommendation. There were ones which came just a couple of time and than vanished, but the “hard core” stayed truthfully through years and even decades. K. and his girl friend, Maria, with whom he parted after some years, but she also stayed as a home friend in a group. Then D. and three brothers J. and their young beautiful sister, which became the next girl friend of K. and which is my main person in that story, let say, Agnes.

They were coming every day. They ate with us, they slept on a guest couch or just on the floor. The house was full of loudly played music and smoking people. Always discussing, always finding something new and exiting, laying a lot of weight in interests, behaving and looking different as the “normals”.

I am not sure, but I think, they came as I was six or almost seven, shortly before I started going to the school.  At least ten years they lived partly in our home rejecting all forms of stabilisation. After ten years the group began to loose its homogeneity. In the time coming, the young women left, getting married to somebody else, with the exception of Agnes. Then the first male member of the group married too. They were still friends, but there was no more that group of young angry men as it used to be such a long time. They were not angry any more, and maybe also not so young.

Only K. stayed himself from yore, intelligent, brisk, critical and angry, difficult, still living in informally relationship with Agnes. But Agnes, even Agnes, was with years floating tired of that form of life. They were together ten, maybe even fifteen years, but she was in a first line a sinister, strange and unpleasant situation in communistic-catholic Poland.

She wanted a normal life.

They married. My God, how long time it was before they did it at least. In that time I finished my study and married also, only one year later.

Then he went to a sailor trip. Maybe it was that proverbial last drop. Agnes decided to divorce. In her letter send to him overseas she wrote, she need stability and a normal life. She doesn’t want to be a wife of never settled angry man.

His yacht never turned back. Only her letter came back. The sailors’ community in the whole world searched it two years long in all waters, passable or not passable. Live or dead. Nothing was found. It vanished and the story went to the chronicles of world yachting.

Her letter came back and was opened by her mother in law. Which hated Agnes. And hated her even more after reading, what she wrote. She told it everybody and everybody told it again and again.

Agnes was neither divorced nor widow. And she was pregnant. Our sons were born in almost the same time. But her son was born incurably ill. Abnormally.

So, it is my story for you. A story about a woman wanting a normal life.

If you have read it till now, I thank you.

But of course, you did not read it.

***

Anyway, I send this letter to him and he never answered.

Jupiter is still a planet

Redakcja

Dziś 540 rocznica urodzin Kopernika, do porannego wpisu o “Atlasie chmur” dołączam więc jeszcze w prezencie urodzinowym zdjęcie Jowisza, a przy okazji przypomnę, że w przeciwieństwie do biednego Plutona, Jowisz wciąż jeszcze jest planetą.

W sprawie Plutona zobacz: “Back When Pluto Was a Planet”

Poniższe zdjęcie pokazał mi Włodek, współtwórca KWIKTV i 2nt.eu. Zobaczyłam biały punkcik na czarnym tle.

jowisz1

– Co to? – zapytałam.
– Jowisz – odpowiedział mój rozmówca.
– Skąd wiesz?
– Bo ma księżyce.

jowisz3

Zielona gałązka w górnym lewym rogu zdjęcia poniżej, poświadcza, że fota nie została zrobiona w obserwatorium, tylko przez kogoś, kto stał na ziemi, na Ziemi, oczywiście, póki jeszcze i ona jest planetą.

jowisz2
Mikołaju, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!

Atlas chmur

Ewa Maria Slaska

Ranking

W grudniu 2012 roku “Time” opublikował listę najgorszych filmów roku – film “Atlas chmur” rodzeństwa Wachowskich i Toma Tykwera znalazł się na pierwszym miejscu.

Znalazłam tę informację dopiero dziś, gdy zaczęłam pisać ten tekst. A zaczęłam go pisać, bo już od jakiegoś czasu chciałam tu powiedzieć, że film mi się bardzo podobał, a książka według której został nakręcony – powieść Davida Mitchella – jest świetna. Nie chce mi się dyskutować z twórcami opinii publicznej, nawet jeśli reprezentują “Time’a”. Ich opinia nic mnie nie obchodzi, a zresztą podejrzewam ich o taką samą arogancję, jaka cechuje firmy ratingowe. Zawsze sobie myślę, że nikt z nas ich nie wybiera, nie muszą więc grać w grę pozorów współczesnej polityki, która ukrywa żądzę władzy za iluzjami demokracji. Każdy normalny polityk w świecie zachodnim musi grać w tę grę z wyborcami, tylko firmy ratingowe nic nie muszą. Nie muszą, a rządzą nami korzystając z boskich niemal uprawnień. Finansiści o nieznanej nam twarzy dostali od nas tę władzę, choć nie wiem, jak i kiedy to się zdarzyło. Ale zdarzyło się, na naszych oczach, i nawet słówka nie pisnęliśmy.

A zatem “Atlas chmur” – historia poniekąd właśnie o tym. Nie 1:1, oczywiście że nie, ale jednak o tym właśnie, o upadku świata i o tym, że nawet nie zauważyliśmy, jak to się stało. Przyzwoliliśmy, zawsze przyzwalamy, nawet jak się nam wydaje, że jesteśmy nie wiadomo jak mądrzy. W książce Mitchella koniec świata postępuje nieprzerwanie od XVIII wieku, od momentu, gdy umarł Bóg, a jego miejsce zastąpił ludzki rozum. Bierzemy w tym udział i nic nie widzimy. Po to właśnie potrzebujemy pisarzy, żeby widzieli za nas to, czego sami nie widzimy.

Oto fragment, który zrobił na mnie być może największe wrażenie – przełożyła Justyna Gardzińska:

• Wykład: działania rzeczywistej przeszłości + przeszłości wirtualnej można zilustrować  na przykładzie wybranego wydarzenia znanego zbiorowej historii, takiego jak zatonięcie „Titanica”. Faktyczny przebieg katastrofy, taki, jaki miał miejsce, zaciera się i ginie w niepamięci wraz z wymieraniem naocznych świadków, ginięciem dokumentów + wrak statku rozkłada się w grobie na dnie Atlantyku. Lecz wirtualne zatonięcie „Titanica”, powstałe z odtworzonych wspomnień, dokumentów, pogłosek, fikcji – jednym słowem z wierzeń – staje się coraz bardziej „prawdziwe”. Rzeczywista przeszłość jest krucha i coraz mroczniejsza + coraz trudniejszy staje się do niej dostęp i jej rekonstrukcja: z drugiej strony, przeszłość wirtualna, plastyczna i łatwa w kształtowaniu, coraz bardziej się rozjaśnia + coraz trudniej ją obejść/obnażyć jako fałszerstwo.
• Teraźniejszość zmusza wirtualną przeszłość, żeby działała na jej korzyść, nadawała wiarygodność jej mitologiom + uprawomocniała narzuconą wolę. Władza szuka prawa i sama w sobie stanowi prawo „kształtowania krajobrazu” przeszłości wirtualnej. (Racja jest po stronie tego, kto opłaca historyków).
• Symetria wymaga istnienia również faktycznej oraz wirtualnej przyszłości. Wyobrażamy sobie, jak będzie wyglądał przyszły tydzień, przyszły rok, czy rok 2225 – wyobrażamy sobie wirtualną przyszłość zbudowaną z życzeń, przepowiedni + marzeń na jawie. Ta wirtualna przyszłość może wpływać na rzeczywistą przyszłość, jak w samospełniającej się przepowiedni, lecz przyszłość faktyczna zaćmi naszą przyszłość wirtualną w sposób tak oczywisty, jak jutro przyćmiewa nasze dzisiaj. Podobnie jak Utopia, rzeczywista przyszłość + przyszłość wirtualna istnieją jedynie w mglistej dali, gdzie nikomu na nic się nie przydają.
• Pytanie: Czy istnieje znaczące rozróżnienie między mylącą ułudą dymu, luster + cieni – przeszłością faktyczną – od innej równie mylącej ułudy – faktycznej przyszłości?
•  Model czasu: niekończąca się matrioszka z namalowanymi momentami, każdą laleczkę (teraźniejszość) umieszczoną wewnątrz łańcucha laleczek (wcześniejsze teraźniejszości) nazywam faktyczną przeszłością, ale postrzegamy ją jako przeszłość wirtualną. Laleczka „teraz” w podobny sposób obejmuje łańcuch wszystkich teraźniejszości, które dopiero nastąpią, a które ja nazywam faktyczną przyszłością, lecz postrzegamy je jako przyszłość wirtualną.
• Twierdzenie: Kocham Luisę Rey.

Detonator uruchomiony. C-4 wybucha. Odrzutowiec pochłania kula ognia. Metalowe i plastikowe części, kable obwodów, pasażerowie, ich kości, ubrania, notesy i mózgi – wszystko traci określoność w płomieniach, których temperatura przekracza tysiąc dwieście stopni Celsjusza.

Rzeczy od-stworzone i zmarli istnieją wyłącznie w naszej faktycznej i wirtualnej przeszłości. Teraz obydwie przeszłości zaczynają się rozwidlać.